Rzecz o polityce

Rozmowy Jacka Nizinkiewicza w cyklu "Rzecz o Polityce" to połączenie tradycyjnego, dobrego dziennikarstwa, z którym kojarzy się "Rzeczpospolita" z szansami, jakie dają formy internetowe – spokojną rozmową, możliwością dopytywania, prymatem meritum nad presją czasu.

Kategorie:
Wiadomości

Odcinki od najnowszych:

Dorota Łoboda, posłanka KO
2024-08-29 16:21:39

W sumie błahy incydent - tak posłanka KO Dorota Łoboda oceniła wulgarne okrzyki uczestników spotkania Campus Polska Przyszłości pod adresem PiS. - Wiele wspaniałych rzeczy dzieje się na Campusie, dużo bardziej wartych rozmowy niż ta wpadka - powiedziała w rozmowie z Joanną Ćwiek-Świdecką. W niedzielę w Olsztynie na organizowanym przez prezydenta Warszawy, wiceprzewodniczącego Platformy Obywatelskiej Rafała Trzaskowskiego Campusie Polska Przyszłości odbyła się dyskoteka (tzw. silent disco), podczas której młodzi ludzie słuchali piosenki "Jbć Pis" Cypisa. "Pisowcy w...", "j... was, pisowskie śmiecie", "w... z tego kraju" - brzmi utwór. "J... PiS" - skandowali uczestnicy imprezy. Na miejscu byli ministrowie rządu Donalda Tuska (PO) - minister sportu i turystyki Sławomir Nitras (PO) oraz minister do spraw Unii Europejskiej Adam Szłapka (Nowoczesna). Nagranie umieścił w internecie warszawski radny Koalicji Obywatelskiej, Mikołaj Wasiewicz, który później skasował swój wpis. - Mamy poczucie wpadki. Takie wpadki się zdarzają. Cóż, każdy z nas miał kiedyś 19 lat i głupie pomysły przychodziły nam do głowy - skomentowała w środę w rozmowie z Joanną Ćwiek-Świdecką posłanka Koalicji Obywatelskiej Dorota Łoboda. - Rzeczywiście, ten utwór nie powinien się był tam pojawić, ale też nie robiłabym z tego historii, która przykrywa wszystkie dobre rzeczy, które dzieją się na Campusie - zastrzegła. - Młode osoby, które puściły ten utwór myślę, że mają nauczkę i zrozumiały, że czasami zwyczajna głupota może mieć poważne konsekwencje. Takimi konsekwencjami jest to, że od dwóch dni tłumaczymy się z tego, co wydarzyło się podczas silent disco, co było dość w sumie błahym incydentem w kontekście tego wszystkiego, co tutaj się dzieje na Campusie - mówiła posłanka KO. Dorota Łoboda wyraziła pogląd, że incydent z wulgarnym zachowaniem uczestników imprezy, której patronuje Trzaskowski, "przykrywa fantastyczne debaty, fantastyczne panele, aktywność młodych osób, które zadają naprawdę mądre pytania, (...) które chcą brać odpowiedzialność, chcą angażować się w życie publiczne". - Mamy nadzwyczajnych panelistów, świetne warsztaty i oczywiście, że to, co wydarzyło się podczas silent disco było niewłaściwe i nikt temu nie zaprzecza, natomiast to był utwór wybrany przez młode osoby, które uczestniczyły w silent disco - powiedziała. - Zostało im powiedziane, że nie powinny były tego robić i myślę, że powinniśmy wreszcie przestać o tym rozmawiać, bo wiele wspaniałych rzeczy dzieje się tutaj na Campusie, dużo bardziej wartych rozmowy niż akurat ta wpadka - oświadczyła posłanka formacji kierowanej przez Donalda Tuska. Gdy sprawa wulgarnego zachowania uczestników Campusu Polska Przyszłości stała się głośna, Rafał Trzaskowski mówił, że Campus to nie obóz harcerski, zaś Donald Tusk zacytował piosenkę wykonywaną przez Jerzego Stuhra, że "śpiewać każdy może". Czy władze Platformy Obywatelskiej nie nazbyt trywializują to, co się stało? Może jest problem z mową nienawiści? - pytała Joanna Ćwiek-Świdecka.  Dorota Łoboda odparła, że "warsztatów o mowie nienawiści, o hejcie naprawdę w programie Campusu jest wiele". - Jest też regulamin Campusu, znany wszystkim uczestniczkom i uczestnikom, i wyraźnie jest tam powiedziane, że wulgaryzmy czy mowa nienawiści, czy obrażanie kogokolwiek jest zakazane na terenie Campusu i w trakcie tej imprezy. To nie jest tak, że my nie próbowaliśmy temu przeciwdziałać czy też, że nie było żadnej reakcji – przekonywała. - Nie chodzi o bagatelizowanie tego, ale przywrócenie właściwej miary. Wydarzyło się coś głupiego, coś złego - powiedziała posłanka KO. Zaznaczyła, że w imprezie na Campusie Polska Przyszłości brali udział dorośli ludzie. - Myślę, że zrozumieli, że to będzie dla nich potężna nauczka - dodała. Hosted on Acast. See acast.com/privacy for more information.

W sumie błahy incydent - tak posłanka KO Dorota Łoboda oceniła wulgarne okrzyki uczestników spotkania Campus Polska Przyszłości pod adresem PiS. - Wiele wspaniałych rzeczy dzieje się na Campusie, dużo bardziej wartych rozmowy niż ta wpadka - powiedziała w rozmowie z Joanną Ćwiek-Świdecką.


W niedzielę w Olsztynie na organizowanym przez prezydenta Warszawy, wiceprzewodniczącego Platformy Obywatelskiej Rafała Trzaskowskiego Campusie Polska Przyszłości odbyła się dyskoteka (tzw. silent disco), podczas której młodzi ludzie słuchali piosenki "Jbć Pis" Cypisa. "Pisowcy w...", "j... was, pisowskie śmiecie", "w... z tego kraju" - brzmi utwór. "J... PiS" - skandowali uczestnicy imprezy.


Na miejscu byli ministrowie rządu Donalda Tuska (PO) - minister sportu i turystyki Sławomir Nitras (PO) oraz minister do spraw Unii Europejskiej Adam Szłapka (Nowoczesna). Nagranie umieścił w internecie warszawski radny Koalicji Obywatelskiej, Mikołaj Wasiewicz, który później skasował swój wpis.


- Mamy poczucie wpadki. Takie wpadki się zdarzają. Cóż, każdy z nas miał kiedyś 19 lat i głupie pomysły przychodziły nam do głowy - skomentowała w środę w rozmowie z Joanną Ćwiek-Świdecką posłanka Koalicji Obywatelskiej Dorota Łoboda. - Rzeczywiście, ten utwór nie powinien się był tam pojawić, ale też nie robiłabym z tego historii, która przykrywa wszystkie dobre rzeczy, które dzieją się na Campusie - zastrzegła.


- Młode osoby, które puściły ten utwór myślę, że mają nauczkę i zrozumiały, że czasami zwyczajna głupota może mieć poważne konsekwencje. Takimi konsekwencjami jest to, że od dwóch dni tłumaczymy się z tego, co wydarzyło się podczas silent disco, co było dość w sumie błahym incydentem w kontekście tego wszystkiego, co tutaj się dzieje na Campusie - mówiła posłanka KO.


Dorota Łoboda wyraziła pogląd, że incydent z wulgarnym zachowaniem uczestników imprezy, której patronuje Trzaskowski, "przykrywa fantastyczne debaty, fantastyczne panele, aktywność młodych osób, które zadają naprawdę mądre pytania, (...) które chcą brać odpowiedzialność, chcą angażować się w życie publiczne". - Mamy nadzwyczajnych panelistów, świetne warsztaty i oczywiście, że to, co wydarzyło się podczas silent disco było niewłaściwe i nikt temu nie zaprzecza, natomiast to był utwór wybrany przez młode osoby, które uczestniczyły w silent disco - powiedziała. - Zostało im powiedziane, że nie powinny były tego robić i myślę, że powinniśmy wreszcie przestać o tym rozmawiać, bo wiele wspaniałych rzeczy dzieje się tutaj na Campusie, dużo bardziej wartych rozmowy niż akurat ta wpadka - oświadczyła posłanka formacji kierowanej przez Donalda Tuska.


Gdy sprawa wulgarnego zachowania uczestników Campusu Polska Przyszłości stała się głośna, Rafał Trzaskowski mówił, że Campus to nie obóz harcerski, zaś Donald Tusk zacytował piosenkę wykonywaną przez Jerzego Stuhra, że "śpiewać każdy może". Czy władze Platformy Obywatelskiej nie nazbyt trywializują to, co się stało? Może jest problem z mową nienawiści? - pytała Joanna Ćwiek-Świdecka. 


Dorota Łoboda odparła, że "warsztatów o mowie nienawiści, o hejcie naprawdę w programie Campusu jest wiele". - Jest też regulamin Campusu, znany wszystkim uczestniczkom i uczestnikom, i wyraźnie jest tam powiedziane, że wulgaryzmy czy mowa nienawiści, czy obrażanie kogokolwiek jest zakazane na terenie Campusu i w trakcie tej imprezy. To nie jest tak, że my nie próbowaliśmy temu przeciwdziałać czy też, że nie było żadnej reakcji – przekonywała.



- Nie chodzi o bagatelizowanie tego, ale przywrócenie właściwej miary. Wydarzyło się coś głupiego, coś złego - powiedziała posłanka KO. Zaznaczyła, że w imprezie na Campusie Polska Przyszłości brali udział dorośli ludzie. - Myślę, że zrozumieli, że to będzie dla nich potężna nauczka - dodała.


Hosted on Acast. See acast.com/privacy for more information.

Anna Maria Żukowska, szefowa klubu Lewicy
2024-08-29 10:45:34

Jeżeli ta decyzja wiąże się z czymś innym, to teoretycznie mogę to zrozumieć, bo są różne ważne rzeczy w państwie. Ale lepiej by było usłyszeć taki komunikat niż ten, że ktoś czegoś nie dopilnował - mówiła Anna Maria Żukowska, szefowa Klubu Lewicy, pytana o decyzję premiera Donalda Tuska o złożeniu kontrasygnaty pod decyzją prezydenta o wyznaczeniu Krzysztofa Wesołowskiego na przewodniczącego Zgromadzenia Izby Cywilnej Sądu Najwyższego. Anna Maria Żukowska, szefowa Klubu Lewicy, zapytana została w programie Joanny Ćwiek o decyzję premiera Donalda Tuska o złożeniu kontrasygnaty (podpisu) pod decyzją prezydenta o wyznaczeniu Krzysztofa Wesołowskiego na przewodniczącego Zgromadzenia Izby Cywilnej Sądu Najwyższego. Kontrasygnata premiera umożliwiła wyznaczenie Wesołowskiego, który jest tzw. neosędzią, na przewodniczącego zgromadzenia, które ma dokonać wyboru prezesa Izby Cywilnej SN. Decyzja Tuska wywołała niezadowolenie części środowisk sędziowskich, krytycznych wobec reformy wymiaru sprawiedliwości przeprowadzonej przez PiS. - Nie za bardzo wierzę, że to był ludzki błąd, szczególnie, że znam pana ministra (Macieja) Berka. To jest bardzo odpowiedzialna i oddana walce o przywracanie praworządności osoba. Trudno mi to sobie wyobrazić. Nie wiem, co się stało. Wolałabym usłyszeć – jako obywatelka Polski – inny komunikat niż ten, że w takich sprawach się nie czyta tego, co się podpisuje. To zdumiało bardzo wiele osób – powiedziała Anna Maria Żukowska. - Ta decyzja zbulwersowała i środowisko sędziowskie, i osoby, które tworzyły łańcuchy światła w obronie wolnych sądów, kiedy rządziło PiS. Wszystkich tych, którzy mają w sercu wolę przywrócenia prawdziwych rządów prawa w wymiarze sprawiedliwości. To było niezrozumiałe. A – co jest najgorsze w tej sytuacji – tego się nie da odkręcić. Ten podpis legalizuje nielegalnego neosędziego w Sądzie Najwyższym. To jest precedens, który przez stronę PiS i neosędziów będzie wykorzystywany do argumentowania – „dlaczego chcecie weryfikować neosędziów, przecież pan Wesołowski został uznany przez premiera Donalda Tuska”. Ten precedens będzie tworzył kolejne problemy w wymiarze sprawiedliwości. To kolejny krok, który jest błędny. Nie wiem, dlaczego do tej decyzji nie została przywiązana odpowiednia waga. Jeżeli ona rzeczywiście wiąże się z czymś innym, to teoretycznie mogę to zrozumieć, bo są różne rzeczy w państwie, które są ważne. Ale lepiej by było usłyszeć taki komunikat niż ten, że ktoś czegoś nie dopilnował - dodała szefowa Klubu Lewicy.  Czy w związku z tą sprawą ktoś powinien stracić stanowisko? - Ostatnio mieliśmy bardzo nieprzyjemną sytuację związaną z ministrem z ramienia Lewicy, panem Ciążyńskim . Popełnił błąd i natychmiast podał się do dymisji. Jeśli ktoś i w tej sytuacji popełnił błąd, to myślę, że reakcja powinna być dokładnie taka sama. Jeżeli sam pan premier przyznał, że błędy się zdarzają, ale trzeba za nie ponosić odpowiedzialność polityczną, to chciałabym zobaczyć, gdzie jest w tym momencie odpowiedzialność polityczna i czyja ona jest - stwierdziła Żukowska. - Ja sobie głęboko w sercu nie życzę dymisji pana Berka, bo w dużej mierze na nim stoi KPRM i wszystkie ustawy, które są przygotowywane, w tym między innymi ustawy dotyczące przywracania praworządności. On ma pełną wiedzę w tej sprawie i porusza się w tej tematyce bardzo swobodnie. Natomiast nie może być podwójnych standardów, jak jest jakiś błąd, to musi być reakcja. To jest poważny błąd, którego się nie da odkręcić. A co by było, gdyby pan premier miał guzik atomowy, jak prezydent USA? W pewnych sytuacjach i instytucjach takie błędy nie mają prawa się wydarzyć - zaznaczyła polityk. Hosted on Acast. See acast.com/privacy for more information.

Jeżeli ta decyzja wiąże się z czymś innym, to teoretycznie mogę to zrozumieć, bo są różne ważne rzeczy w państwie. Ale lepiej by było usłyszeć taki komunikat niż ten, że ktoś czegoś nie dopilnował - mówiła Anna Maria Żukowska, szefowa Klubu Lewicy, pytana o decyzję premiera Donalda Tuska o złożeniu kontrasygnaty pod decyzją prezydenta o wyznaczeniu Krzysztofa Wesołowskiego na przewodniczącego Zgromadzenia Izby Cywilnej Sądu Najwyższego.


Anna Maria Żukowska, szefowa Klubu Lewicy, zapytana została w programie Joanny Ćwiek o decyzję premiera Donalda Tuska o złożeniu kontrasygnaty (podpisu) pod decyzją prezydenta o wyznaczeniu Krzysztofa Wesołowskiego na przewodniczącego Zgromadzenia Izby Cywilnej Sądu Najwyższego. Kontrasygnata premiera umożliwiła wyznaczenie Wesołowskiego, który jest tzw. neosędzią, na przewodniczącego zgromadzenia, które ma dokonać wyboru prezesa Izby Cywilnej SN. Decyzja Tuska wywołała niezadowolenie części środowisk sędziowskich, krytycznych wobec reformy wymiaru sprawiedliwości przeprowadzonej przez PiS.


- Nie za bardzo wierzę, że to był ludzki błąd, szczególnie, że znam pana ministra (Macieja) Berka. To jest bardzo odpowiedzialna i oddana walce o przywracanie praworządności osoba. Trudno mi to sobie wyobrazić. Nie wiem, co się stało. Wolałabym usłyszeć – jako obywatelka Polski – inny komunikat niż ten, że w takich sprawach się nie czyta tego, co się podpisuje. To zdumiało bardzo wiele osób – powiedziała Anna Maria Żukowska. - Ta decyzja zbulwersowała i środowisko sędziowskie, i osoby, które tworzyły łańcuchy światła w obronie wolnych sądów, kiedy rządziło PiS. Wszystkich tych, którzy mają w sercu wolę przywrócenia prawdziwych rządów prawa w wymiarze sprawiedliwości. To było niezrozumiałe. A – co jest najgorsze w tej sytuacji – tego się nie da odkręcić. Ten podpis legalizuje nielegalnego neosędziego w Sądzie Najwyższym. To jest precedens, który przez stronę PiS i neosędziów będzie wykorzystywany do argumentowania – „dlaczego chcecie weryfikować neosędziów, przecież pan Wesołowski został uznany przez premiera Donalda Tuska”. Ten precedens będzie tworzył kolejne problemy w wymiarze sprawiedliwości. To kolejny krok, który jest błędny. Nie wiem, dlaczego do tej decyzji nie została przywiązana odpowiednia waga. Jeżeli ona rzeczywiście wiąże się z czymś innym, to teoretycznie mogę to zrozumieć, bo są różne rzeczy w państwie, które są ważne. Ale lepiej by było usłyszeć taki komunikat niż ten, że ktoś czegoś nie dopilnował - dodała szefowa Klubu Lewicy. 


Czy w związku z tą sprawą ktoś powinien stracić stanowisko? - Ostatnio mieliśmy bardzo nieprzyjemną sytuację związaną z ministrem z ramienia Lewicy, panem Ciążyńskim. Popełnił błąd i natychmiast podał się do dymisji. Jeśli ktoś i w tej sytuacji popełnił błąd, to myślę, że reakcja powinna być dokładnie taka sama. Jeżeli sam pan premier przyznał, że błędy się zdarzają, ale trzeba za nie ponosić odpowiedzialność polityczną, to chciałabym zobaczyć, gdzie jest w tym momencie odpowiedzialność polityczna i czyja ona jest - stwierdziła Żukowska. - Ja sobie głęboko w sercu nie życzę dymisji pana Berka, bo w dużej mierze na nim stoi KPRM i wszystkie ustawy, które są przygotowywane, w tym między innymi ustawy dotyczące przywracania praworządności. On ma pełną wiedzę w tej sprawie i porusza się w tej tematyce bardzo swobodnie. Natomiast nie może być podwójnych standardów, jak jest jakiś błąd, to musi być reakcja. To jest poważny błąd, którego się nie da odkręcić. A co by było, gdyby pan premier miał guzik atomowy, jak prezydent USA? W pewnych sytuacjach i instytucjach takie błędy nie mają prawa się wydarzyć - zaznaczyła polityk.


Hosted on Acast. See acast.com/privacy for more information.

Marek Sawicki, poseł PSL
2024-08-27 10:50:13

Jedni pląsają w rytm dyrygentury ojca (Tadeusza) Rydzyka, inni dyrygentury pana (Sławomira) Nitrasa. Pląsać i bawić się można, ale uczestniczyli w tym ministrowie (…) To nie wygląda dobrze. Jak się popełni błąd, to trzeba się do niego przyznać - tak na zdarzenie, do którego doszło podczas spotkania Campus Polska, zareagował poseł PSL, marszałek-senior Marek Sawicki. Gościem programu Joanny Ćwiek był Marek Sawicki, poseł PSL. Polityk zapytany został między innymi o koalicję rządzącą oraz o to, czy może się ona rozpaść. - W tej chwili rząd bardzo intensywnie pracuje nad sklejeniem budżetu na przyszły rok. Nie jest to zadanie łatwe – nie jest łatwo pogodzić różne środowiska polityczne, które tworzą koalicję rządzącą. Te dyskusje liderów miały miejsce w tym i ubiegłym tygodniu, więc mam nadzieję, że do 11 września – kiedy odbędzie się pierwsze po wakacjach posiedzenie Sejmu – rząd będzie gotowy z propozycjami - powiedział Sawicki.  Jak Marek Sawicki ocenia koalicję? - Wszyscy wieszczą jej trzeszczenie i rozpad. Ale przyzwyczailiśmy się przez osiem lat do jednomyślności. Zawsze dla Polski i Polaków takie jednomyślności kończyły się źle. Zawsze, kiedy wraca koalicja demokratyczna – kiedy wracają wewnętrzne napięcia i spory o różne sprawy, i przez różne środowiska są wynoszone ich propozycje – wtedy po stronie mediów demokratycznych słyszę zmęczenie i znużenie, jakby znów zatęsknili za tym, że był jeden prezes, jeden sekretarz, jednomyślność w decyzjach – powiedział polityk. - Tak już nie będzie, w tej koalicji przez cztery lata będą spory o wszystko – o gospodarkę, edukację, zdrowie, wojsko. Cały czas będzie to miało miejsce i musimy się do tego przyzwyczaić - zaznaczył.  Sawicki mówił także o kwestii aborcji. Jak stwierdził, „nigdy nie była ona problemem politycznym stawianym przez PSL”.  - Pan Donald Tusk dziesięć lat temu i rok temu, zawierając koalicję, doskonale wiedział, że w tej sprawie nie ma stanowiska i nie będzie stanowiska PSL-u – powiedział poseł. - Tę wycieczkę na Campusie traktuję jako swoistą wycieczkę człowieka świadomego – i będącego w polityce nie od dziś – w stronę PSL-u. Tusk wie doskonale o tym, że ani nasz status, ani programy wyborcze nigdy w tej sprawie się nie wypowiadały. My – jako posłowie – mamy w sprawie aborcji, w sprawach światopoglądowych, pełną swobodę podejmowania decyzji, głosowania i wypowiadania się. Szukanie stanowiska PSL-u i obciążanie o cokolwiek PSL-u jest zwyczajną wymówką dla własnej nieudolności – ocenił Sawicki.  - PSL mówi od lat, że w tej sprawie nie będzie zabierał stanowiska i nikomu łamał kręgosłupów. Pamiętam, jak premier zapowiedział, że na liście PO nie będzie nikogo, kto nie poprze zabijania dzieci nienarodzonych do 12. tygodnia ciąży. U siebie też nie znalazł stuprocentowego poparcia, część kandydatów wyeliminował. Ale my w PSL nigdy nie składaliśmy w tej sprawie obietnicy ani Tuskowi, ani wyborcom. Prosiłbym bardzo, żeby pan premier nie brnął w tym kierunku – zaapelował poseł.  Marek Sawicki odniósł się także do sytuacji, która miała miejsce podczas spotkania Campus Polska. W trakcie wydarzenia grupa młodych ludzi brała udział w tzw. silent disco. Na nagraniu, które zamieścił w internecie warszawski radny Koalicji Obywatelskiej, Mikołaj Wasiewicz słychać, jak tłum skanduje „je*** PiS”. Na miejscu obecni byli członkowie rządu – minister sportu Sławomir Nitras i minister ds. europejskich Adam Szłapka. - Jedni pląsają w rytm dyrygentury ojca Rydzyka, inni dyrygentury pana Nitrasa. Pląsać i bawić się można, natomiast jeśli uczestniczą w tym ministrowie i tłumaczą, że to była dyskoteka na słuchawkach i nie słyszeli, ale później jednak okazuje się, że słyszeli, to nie wygląda to dobrze - ocenił poseł PSL. - Zamiast szybko przeprosić i się z tego wycofać, to udają, że nie brali w tym udziału - zaznaczył Marek Sawicki.  Hosted on Acast. See acast.com/privacy for more information.

Jedni pląsają w rytm dyrygentury ojca (Tadeusza) Rydzyka, inni dyrygentury pana (Sławomira) Nitrasa. Pląsać i bawić się można, ale uczestniczyli w tym ministrowie (…) To nie wygląda dobrze. Jak się popełni błąd, to trzeba się do niego przyznać - tak na zdarzenie, do którego doszło podczas spotkania Campus Polska, zareagował poseł PSL, marszałek-senior Marek Sawicki.


Gościem programu Joanny Ćwiek był Marek Sawicki, poseł PSL. Polityk zapytany został między innymi o koalicję rządzącą oraz o to, czy może się ona rozpaść. - W tej chwili rząd bardzo intensywnie pracuje nad sklejeniem budżetu na przyszły rok. Nie jest to zadanie łatwe – nie jest łatwo pogodzić różne środowiska polityczne, które tworzą koalicję rządzącą. Te dyskusje liderów miały miejsce w tym i ubiegłym tygodniu, więc mam nadzieję, że do 11 września – kiedy odbędzie się pierwsze po wakacjach posiedzenie Sejmu – rząd będzie gotowy z propozycjami - powiedział Sawicki. 


Jak Marek Sawicki ocenia koalicję? - Wszyscy wieszczą jej trzeszczenie i rozpad. Ale przyzwyczailiśmy się przez osiem lat do jednomyślności. Zawsze dla Polski i Polaków takie jednomyślności kończyły się źle. Zawsze, kiedy wraca koalicja demokratyczna – kiedy wracają wewnętrzne napięcia i spory o różne sprawy, i przez różne środowiska są wynoszone ich propozycje – wtedy po stronie mediów demokratycznych słyszę zmęczenie i znużenie, jakby znów zatęsknili za tym, że był jeden prezes, jeden sekretarz, jednomyślność w decyzjach – powiedział polityk. - Tak już nie będzie, w tej koalicji przez cztery lata będą spory o wszystko – o gospodarkę, edukację, zdrowie, wojsko. Cały czas będzie to miało miejsce i musimy się do tego przyzwyczaić - zaznaczył. 


Sawicki mówił także o kwestii aborcji. Jak stwierdził, „nigdy nie była ona problemem politycznym stawianym przez PSL”. 


- Pan Donald Tusk dziesięć lat temu i rok temu, zawierając koalicję, doskonale wiedział, że w tej sprawie nie ma stanowiska i nie będzie stanowiska PSL-u – powiedział poseł. - Tę wycieczkę na Campusie traktuję jako swoistą wycieczkę człowieka świadomego – i będącego w polityce nie od dziś – w stronę PSL-u. Tusk wie doskonale o tym, że ani nasz status, ani programy wyborcze nigdy w tej sprawie się nie wypowiadały. My – jako posłowie – mamy w sprawie aborcji, w sprawach światopoglądowych, pełną swobodę podejmowania decyzji, głosowania i wypowiadania się. Szukanie stanowiska PSL-u i obciążanie o cokolwiek PSL-u jest zwyczajną wymówką dla własnej nieudolności – ocenił Sawicki. 


- PSL mówi od lat, że w tej sprawie nie będzie zabierał stanowiska i nikomu łamał kręgosłupów. Pamiętam, jak premier zapowiedział, że na liście PO nie będzie nikogo, kto nie poprze zabijania dzieci nienarodzonych do 12. tygodnia ciąży. U siebie też nie znalazł stuprocentowego poparcia, część kandydatów wyeliminował. Ale my w PSL nigdy nie składaliśmy w tej sprawie obietnicy ani Tuskowi, ani wyborcom. Prosiłbym bardzo, żeby pan premier nie brnął w tym kierunku – zaapelował poseł. 


Marek Sawicki odniósł się także do sytuacji, która miała miejsce podczas spotkania Campus Polska. W trakcie wydarzenia grupa młodych ludzi brała udział w tzw. silent disco. Na nagraniu, które zamieścił w internecie warszawski radny Koalicji Obywatelskiej, Mikołaj Wasiewicz słychać, jak tłum skanduje „je*** PiS”. Na miejscu obecni byli członkowie rządu – minister sportu Sławomir Nitras i minister ds. europejskich Adam Szłapka.


- Jedni pląsają w rytm dyrygentury ojca Rydzyka, inni dyrygentury pana Nitrasa. Pląsać i bawić się można, natomiast jeśli uczestniczą w tym ministrowie i tłumaczą, że to była dyskoteka na słuchawkach i nie słyszeli, ale później jednak okazuje się, że słyszeli, to nie wygląda to dobrze - ocenił poseł PSL. - Zamiast szybko przeprosić i się z tego wycofać, to udają, że nie brali w tym udziału - zaznaczył Marek Sawicki. 


Hosted on Acast. See acast.com/privacy for more information.

Ryszard Petru, poseł Polski 2050
2024-08-26 10:03:52

Chciałbym, żeby inflacja była tak niska, abyśmy nie musieli o tym rozmawiać - mówił Ryszard Petru, ekonomista, poseł Polski 2050, w programie "Rzecz o Polityce". Pytany, czy Polakom grozi powakacyjna inflacja, trzymanie się za portfele i przekonanie, że „za PiS żyło się lepiej”, Ryszard Petru stwierdził, że kilkunastoprocentowa inflacja z czasów Prawa i Sprawiedliwości, Polsce nie grozi, ale kilkuprocentowa na pewno tak. - W sierpniu inflacja będzie prawdopodobnie oscylować wokół 4-5 procent. Nie bagatelizuję jej, to poziom daleko niewystarczający, powinno być około 2-2,5 proc. - uważa ekonomista. Ma to oznaczać, że podwyższone ceny grożą Polakom do końca roku. - Na tle Europy czy świata zachodniego wygląda to słabo, ale w porównaniu z czasami rządów PiS – bardzo dobrze – ocenił Petru. Dodał, że chciałby, aby inflacja w Polsce była na takim poziomie, żeby nie trzeba było o niej rozmawiać. Petru uważa, że wszystko, co się teraz dzieje w polskiej gospodarce, jest pokłosiem decyzji podejmowanych przez PiS i ogłaszanych przez partię Jarosława Kaczyńskiego tarcz. - Wiadomo, że jak tarcze będą wygasać, będzie rosła inflacja. Ale nie tak, jak za czasów PiS – zastrzegł Petru. - Rozpoczyna się nowy sezon polityczny – takie sprawy jak składki zdrowotne czy handlowe niedziele muszą się w nim pojawić - mówił Ryszard Petru w rozmowie z Jackiem Nizinkiewiczem. Polityk mówił, że w kwestii składek zdrowotnych, które dzielą rządzącą koalicję, powinno się wrócić do składek ryczałtowych, aby nikt nie mógł przy nich manipulować. Niedziele handlowe z kolei są potrzebne. Petru stwierdził, że w komisji po pierwszym czytaniu jest projekt ustawy przywracający handlowe niedziele – pierwszą i ostatnią w miesiącu. Polityk zwrócił uwagę, że nad przedstawicielami innych zawodów które pracują w niedziele, nikt się nie pochyla, a praca w te dni jest pożądana z punktu widzenia producentów i klientów, co rozumiało także PiS, pozostawiając kilka niedziel pracujących w roku. Petru zapowiedział w tej sprawie konsultacje społeczne, ale nie tylko z przedstawicielami związków pracowników handlu, ale też z producenckimi i konsumenckimi.  Hosted on Acast. See acast.com/privacy for more information.

Chciałbym, żeby inflacja była tak niska, abyśmy nie musieli o tym rozmawiać - mówił Ryszard Petru, ekonomista, poseł Polski 2050, w programie "Rzecz o Polityce".


Pytany, czy Polakom grozi powakacyjna inflacja, trzymanie się za portfele i przekonanie, że „za PiS żyło się lepiej”, Ryszard Petru stwierdził, że kilkunastoprocentowa inflacja z czasów Prawa i Sprawiedliwości, Polsce nie grozi, ale kilkuprocentowa na pewno tak.


- W sierpniu inflacja będzie prawdopodobnie oscylować wokół 4-5 procent. Nie bagatelizuję jej, to poziom daleko niewystarczający, powinno być około 2-2,5 proc. - uważa ekonomista. Ma to oznaczać, że podwyższone ceny grożą Polakom do końca roku. - Na tle Europy czy świata zachodniego wygląda to słabo, ale w porównaniu z czasami rządów PiS – bardzo dobrze – ocenił Petru. Dodał, że chciałby, aby inflacja w Polsce była na takim poziomie, żeby nie trzeba było o niej rozmawiać.


Petru uważa, że wszystko, co się teraz dzieje w polskiej gospodarce, jest pokłosiem decyzji podejmowanych przez PiS i ogłaszanych przez partię Jarosława Kaczyńskiego tarcz. - Wiadomo, że jak tarcze będą wygasać, będzie rosła inflacja. Ale nie tak, jak za czasów PiS – zastrzegł Petru.


- Rozpoczyna się nowy sezon polityczny – takie sprawy jak składki zdrowotne czy handlowe niedziele muszą się w nim pojawić - mówił Ryszard Petru w rozmowie z Jackiem Nizinkiewiczem.


Polityk mówił, że w kwestii składek zdrowotnych, które dzielą rządzącą koalicję, powinno się wrócić do składek ryczałtowych, aby nikt nie mógł przy nich manipulować. Niedziele handlowe z kolei są potrzebne.


Petru stwierdził, że w komisji po pierwszym czytaniu jest projekt ustawy przywracający handlowe niedziele – pierwszą i ostatnią w miesiącu.


Polityk zwrócił uwagę, że nad przedstawicielami innych zawodów które pracują w niedziele, nikt się nie pochyla, a praca w te dni jest pożądana z punktu widzenia producentów i klientów, co rozumiało także PiS, pozostawiając kilka niedziel pracujących w roku. Petru zapowiedział w tej sprawie konsultacje społeczne, ale nie tylko z przedstawicielami związków pracowników handlu, ale też z producenckimi i konsumenckimi. 


Hosted on Acast. See acast.com/privacy for more information.

Dr Mirosław Oczkoś, specjalista ds. wizerunku
2024-08-23 10:59:25

- Rafał Trzaskowski całkiem sprawnie poradził sobie wizerunkowo z kryzysem po załamaniu pogodowym w Warszawie - zauważył dr Mirosław Oczkoś, specjalista ds. marketingu politycznego. Jak dodał, politycy PiS nie rozumieją, że dobrze lub źle wypada się na czyimś tle. Im bardziej oni nasilają atak, tym lepiej postrzegana jest spokojna reakcja prezydenta Warszawy. Ekspert pytany był także o zbliżające się wybory prezydenckie i procedury wyłaniania kandydatów poszczególnych partii. - To stara zasada, jeśli chodzi o budowanie wizerunku. Nie chodzi o to, czy wizerunek jest dobry czy zły, tylko czy jest pożądany, czy niepożądany – zauważył dr Mirosław Oczkoś w rozmowie z Jackiem Nizinkiewiczem. - Nic w działaniu prezydenta Trzaskowskiego nie zdarzyło się takiego, co byłoby poza normą. Zrobił to, co należało zrobić, a reszta się rozmywa, rozpłynęła się jak woda, co wsiąkła – mówił. dr Oczkoś.   Pytany o rozpoczynający się Campus Polska, dr Mirosław Oczkoś zauważył, że w jego opinii „cała ta inicjatywa powstała między innymi po to, by wspierać środowisko Rafała Trzaskowskiego” i byłoby błędem, gdyby prezydent Warszawy nie wykorzystał tego wydarzenia w ewentualnej kampanii wyborczej w wyborach prezydenckich. - Ekipa młodych ludzi, którzy w tym uczestniczy to ewidentne wsparcie. Nie wiem, czy wszyscy (uczestnicy) są już wyborcami, ale jakaś część z nich dorosła już - zauważa dr Oczkoś.  - Może nie jest to wielka „wyrzutnia”, ale lekkie „działo samobieżne”, przydatne w kampanii wyborczej. Jeśli ktoś stawia zarzut Trzaskowskiemu, to znaczy, że nie rozumie o co chodzi. W normalnych demokracjach takie rzeczy się dzieją i to było dziwne, że do tej pory nic takiego się nie działo – uważa ekspert.  Pytany o to, czy Rafał Trzaskowski jest pewnym kandydatem Koalicji Obywatelskiej w wyborach prezydenckich, dr Oczkoś zauważył, że w polityce nic nie jest pewne, „nigdy się nie mówi nigdy i nigdy się nie mówi zawsze”. Zwrócił uwagę na to, że „jedno zdanie z ostatniej wypowiedzi Donalda Tuska jest bardzo interesujące”. Donald Tusk, jak zwrócił uwagę dr Oczkoś, mówił o „kandydatach” w liczbie mnogiej. - Czyli albo w Platformie zarzucono pomysł wewnętrznych wyborów, albo jest tak, że mimo wszystko ciągle Donald Tusk usiłuje utrzymać na takiej „smyczy”, „więzi politycznej” Rafała Trzaskowskiego, by nie był pewny, że to właśnie on zostanie kandydatem – uważa specjalista ds. marketingu politycznego.  Pytany o inny scenariusz, według którego Donald Tusk mógłby zostać kandydatem na prezydenta, a kandydatem na premiera – Radosław Sikorski, dr Mirosław Oczkoś odrzekł, że musiałby być powód, by Donald Tusk chciał wystartować w wyborach prezydenckich. - Co musiałoby się zadziać? Sondaże musiałyby pokazać, najdalej w grudniu, że Donald Tusk ma jakieś szanse. Na razie pokazują, że ma mniejsze szanse niż Rafał Trzaskowski. Tusk musiałby wystartować jako kandydat wszystkich czterech ugrupowań, które są w koalicji rządowej. Wtedy to miałoby jakiś sens polityczny – mówił. Dodał, że wtedy propozycja na wejście do rządu w roli premiera, byłaby raczej skierowana w stronę Rafała Trzaskowskiego.  Dr Mirosław Oczkoś zauważył, że Radosław Sikorski sam zgłosił się, że chętnie wystartuje w prawyborach. - Jestem sobie w stanie to wyobrazić, że premierem zostaje Radosław Sikorski. Ma na to „papiery”, jest jednym z nielicznych polityków „wagi ciężkiej” również poza Polską, ma do tego świetną żonę, choć w Polsce żony premierów nie są eksponowane – zauważył. - Jeśli puszczamy sobie wodze fantazji, taki scenariusz jest jak najbardziej możliwy – powiedział. Dodał, że Sikorski ma pomysły, jest znany w świecie, ma wyraziste poglądy. Ale - jak dodał - „liderowanie” próbuje cały czas trzymać Rafał Trzaskowski.  Hosted on Acast. See acast.com/privacy for more information.

- Rafał Trzaskowski całkiem sprawnie poradził sobie wizerunkowo z kryzysem po załamaniu pogodowym w Warszawie - zauważył dr Mirosław Oczkoś, specjalista ds. marketingu politycznego. Jak dodał, politycy PiS nie rozumieją, że dobrze lub źle wypada się na czyimś tle. Im bardziej oni nasilają atak, tym lepiej postrzegana jest spokojna reakcja prezydenta Warszawy. Ekspert pytany był także o zbliżające się wybory prezydenckie i procedury wyłaniania kandydatów poszczególnych partii.


- To stara zasada, jeśli chodzi o budowanie wizerunku. Nie chodzi o to, czy wizerunek jest dobry czy zły, tylko czy jest pożądany, czy niepożądany – zauważył dr Mirosław Oczkoś w rozmowie z Jackiem Nizinkiewiczem. - Nic w działaniu prezydenta Trzaskowskiego nie zdarzyło się takiego, co byłoby poza normą. Zrobił to, co należało zrobić, a reszta się rozmywa, rozpłynęła się jak woda, co wsiąkła – mówił. dr Oczkoś.  


Pytany o rozpoczynający się Campus Polska, dr Mirosław Oczkoś zauważył, że w jego opinii „cała ta inicjatywa powstała między innymi po to, by wspierać środowisko Rafała Trzaskowskiego” i byłoby błędem, gdyby prezydent Warszawy nie wykorzystał tego wydarzenia w ewentualnej kampanii wyborczej w wyborach prezydenckich. - Ekipa młodych ludzi, którzy w tym uczestniczy to ewidentne wsparcie. Nie wiem, czy wszyscy (uczestnicy) są już wyborcami, ale jakaś część z nich dorosła już - zauważa dr Oczkoś. 


- Może nie jest to wielka „wyrzutnia”, ale lekkie „działo samobieżne”, przydatne w kampanii wyborczej. Jeśli ktoś stawia zarzut Trzaskowskiemu, to znaczy, że nie rozumie o co chodzi. W normalnych demokracjach takie rzeczy się dzieją i to było dziwne, że do tej pory nic takiego się nie działo – uważa ekspert. 


Pytany o to, czy Rafał Trzaskowski jest pewnym kandydatem Koalicji Obywatelskiej w wyborach prezydenckich, dr Oczkoś zauważył, że w polityce nic nie jest pewne, „nigdy się nie mówi nigdy i nigdy się nie mówi zawsze”. Zwrócił uwagę na to, że „jedno zdanie z ostatniej wypowiedzi Donalda Tuska jest bardzo interesujące”. Donald Tusk, jak zwrócił uwagę dr Oczkoś, mówił o „kandydatach” w liczbie mnogiej. - Czyli albo w Platformie zarzucono pomysł wewnętrznych wyborów, albo jest tak, że mimo wszystko ciągle Donald Tusk usiłuje utrzymać na takiej „smyczy”, „więzi politycznej” Rafała Trzaskowskiego, by nie był pewny, że to właśnie on zostanie kandydatem – uważa specjalista ds. marketingu politycznego. 


Pytany o inny scenariusz, według którego Donald Tusk mógłby zostać kandydatem na prezydenta, a kandydatem na premiera – Radosław Sikorski, dr Mirosław Oczkoś odrzekł, że musiałby być powód, by Donald Tusk chciał wystartować w wyborach prezydenckich. - Co musiałoby się zadziać? Sondaże musiałyby pokazać, najdalej w grudniu, że Donald Tusk ma jakieś szanse. Na razie pokazują, że ma mniejsze szanse niż Rafał Trzaskowski. Tusk musiałby wystartować jako kandydat wszystkich czterech ugrupowań, które są w koalicji rządowej. Wtedy to miałoby jakiś sens polityczny – mówił. Dodał, że wtedy propozycja na wejście do rządu w roli premiera, byłaby raczej skierowana w stronę Rafała Trzaskowskiego. 


Dr Mirosław Oczkoś zauważył, że Radosław Sikorski sam zgłosił się, że chętnie wystartuje w prawyborach. - Jestem sobie w stanie to wyobrazić, że premierem zostaje Radosław Sikorski. Ma na to „papiery”, jest jednym z nielicznych polityków „wagi ciężkiej” również poza Polską, ma do tego świetną żonę, choć w Polsce żony premierów nie są eksponowane – zauważył. - Jeśli puszczamy sobie wodze fantazji, taki scenariusz jest jak najbardziej możliwy – powiedział. Dodał, że Sikorski ma pomysły, jest znany w świecie, ma wyraziste poglądy. Ale - jak dodał - „liderowanie” próbuje cały czas trzymać Rafał Trzaskowski. 



Hosted on Acast. See acast.com/privacy for more information.

Joanna Mucha, wiceminister edukacji
2024-08-22 14:54:13

Polska 2050 przygotowuje się do nowego sezonu politycznego. - Najważniejszą kwestią jest dla nas kwestia składki zdrowotnej – mówiła wiceministra edukacji Joanna Mucha. – Chcemy, żeby została wyeliminowana składka od środków trwałych, żebyśmy nie musieli płacić składki zdrowotnej, sprzedając samochód firmowy - dodała. Opowiedziała również, jak będzie wyglądać zmiana, która obejmie przebywające w Polsce ukraińskie dzieci obowiązkiem szkolnym. Jak wyjaśniła, propozycje Polski 2050 mają dotyczyć również mikroprzedsiębiorców, którzy są obciążeni bardzo wysoką składką zdrowotną. – Na tej grupie bardzo nam zależy, żeby urealnić ich składkę zdrowotną, doprowadzić ją do rozsądnego poziomu – przekonywała w rozmowie z Joanną Ćwiek-Świdecką.  - Ta rozmowa cały czas się toczy. Z naszej strony uczestniczą w nich Ryszard Petru i posłanka Ewa Wiśniewska. Naszym priorytetem jest odciążenie mikroprzedsiębiorców. – Jakie to konkretnie będą grupy i jakie konkretnie wartości, tu musimy wesprzeć się aparatem ministerstwa finansów, bo to, co nie zostanie zebrane ze składki zdrowotnej, musi być uzupełnione z budżetu państwa. Nie możemy doprowadzić do sytuacji, w której środków finansowych na zdrowie będzie mniej. Zdajemy sobie sprawę, że to kwestia kilku miliardów złotych. Na taką skalę tej zmiany jest zgoda ze strony ministerstwa finansów.  Jestem głęboko przekonana, to moje osobiste przekonanie, że składka zdrowotna powinna być płacona wyraźnie progresywnie, czyli ten, kto zarabia więcej, powinien więcej płacić.  Pytana o porozumienie z resortem finansów i z koalicjantami – i sprzeciw Lewicy – Joanna Mucha odpowiedziała, że deklaracja ze strony ministra finansów jest jednoznaczna, że środki na składkę zdrowotną zostaną uzupełnione z budżetu państwa.  Jak mówiła wiceministra edukacji w resorcie najważniejszą kwestią jest objęcie od 1 września obowiązkiem edukacyjnym wszystkich dzieci z Ukrainy, które mieszkają w Polsce. -Trzeba będzie monitorować ten proces, wspierać samorządy, nauczycieli, dyrektorów, zaoferować wszelką pomoc dla uczniów polskich i ukraińskich – mówiła. Jak dodała wiceministra Mucha, powołała zespół, „który będzie na bieżąco oceniał cały proces wprowadzania dzieci ukraińskich do polskiej szkoły”.  Wyjaśniła też, że ukraińskie dzieci, które trafią do polskich szkół będą się uczyły po polsku, według polskiego programu nauczania. - Tu nastąpił w przestrzeni publicznej jakiś dramatyczny fake news, który trzeba zdementować. Będą uczyły się tego samego, czego uczą się polskie dzieci – mówiła, pytana o wypowiedzi wicemarszałka Piotra Zgorzelskiego z PSL. - Wypowiedzi pana marszałka Zgorzelskiego uważam za nieoparte na prawdzie - dodała.  Piotr Zgorzelski stwierdził, że widzi zagrożenie w pakiecie edukacyjnym dla Ukraińców. Mówił o tym, że "nie może być zgody”, aby w programach nauczania ”były treści, które budują tożsamość młodych Ukraińców w oparciu o ideologię banderowską”.  - Pan marszałek Zgorzelski po prostu się myli – przekonywała wiceministra edukacji Joanna Mucha. Jak dodała, w Polsce przez dwa i pół roku uczniowie z Ukrainy "uczyli się w ukraińskim systemie online, albo de facto w ogóle się nie uczyli lub uczyli się w szkołach ukraińskich”. - Przez te dwa lata nikt z tej krzyczącej prawicy nie zainteresował się tym, czego uczniowie ukraińscy uczą się w systemie online. W momencie, kiedy kończy się proces nauczania według ukraińskiego systemu, oni rozpętują jakąś histerię - stwierdziła.  Jak dodała, "jeśli ktoś próbuje twierdzić, że ukraińskie nauczanie to jest Bandera, to jest niemądry”. - Zejdźmy na poziom merytorycznej rozmowy – napominała gościni Joanny Ćwiek-Śwideckiej. - Każde dziecko ma prawo do to tego, żeby pielęgnować swoja tożsamość. - powiedziała.  Hosted on Acast. See acast.com/privacy for more information.

Polska 2050 przygotowuje się do nowego sezonu politycznego. - Najważniejszą kwestią jest dla nas kwestia składki zdrowotnej – mówiła wiceministra edukacji Joanna Mucha. – Chcemy, żeby została wyeliminowana składka od środków trwałych, żebyśmy nie musieli płacić składki zdrowotnej, sprzedając samochód firmowy - dodała. Opowiedziała również, jak będzie wyglądać zmiana, która obejmie przebywające w Polsce ukraińskie dzieci obowiązkiem szkolnym.


Jak wyjaśniła, propozycje Polski 2050 mają dotyczyć również mikroprzedsiębiorców, którzy są obciążeni bardzo wysoką składką zdrowotną. – Na tej grupie bardzo nam zależy, żeby urealnić ich składkę zdrowotną, doprowadzić ją do rozsądnego poziomu – przekonywała w rozmowie z Joanną Ćwiek-Świdecką. 


- Ta rozmowa cały czas się toczy. Z naszej strony uczestniczą w nich Ryszard Petru i posłanka Ewa Wiśniewska. Naszym priorytetem jest odciążenie mikroprzedsiębiorców. – Jakie to konkretnie będą grupy i jakie konkretnie wartości, tu musimy wesprzeć się aparatem ministerstwa finansów, bo to, co nie zostanie zebrane ze składki zdrowotnej, musi być uzupełnione z budżetu państwa. Nie możemy doprowadzić do sytuacji, w której środków finansowych na zdrowie będzie mniej. Zdajemy sobie sprawę, że to kwestia kilku miliardów złotych. Na taką skalę tej zmiany jest zgoda ze strony ministerstwa finansów. 


Jestem głęboko przekonana, to moje osobiste przekonanie, że składka zdrowotna powinna być płacona wyraźnie progresywnie, czyli ten, kto zarabia więcej, powinien więcej płacić. 


Pytana o porozumienie z resortem finansów i z koalicjantami – i sprzeciw Lewicy – Joanna Mucha odpowiedziała, że deklaracja ze strony ministra finansów jest jednoznaczna, że środki na składkę zdrowotną zostaną uzupełnione z budżetu państwa. 


Jak mówiła wiceministra edukacji w resorcie najważniejszą kwestią jest objęcie od 1 września obowiązkiem edukacyjnym wszystkich dzieci z Ukrainy, które mieszkają w Polsce. -Trzeba będzie monitorować ten proces, wspierać samorządy, nauczycieli, dyrektorów, zaoferować wszelką pomoc dla uczniów polskich i ukraińskich – mówiła.


Jak dodała wiceministra Mucha, powołała zespół, „który będzie na bieżąco oceniał cały proces wprowadzania dzieci ukraińskich do polskiej szkoły”. 


Wyjaśniła też, że ukraińskie dzieci, które trafią do polskich szkół będą się uczyły po polsku, według polskiego programu nauczania. - Tu nastąpił w przestrzeni publicznej jakiś dramatyczny fake news, który trzeba zdementować. Będą uczyły się tego samego, czego uczą się polskie dzieci – mówiła, pytana o wypowiedzi wicemarszałka Piotra Zgorzelskiego z PSL. - Wypowiedzi pana marszałka Zgorzelskiego uważam za nieoparte na prawdzie - dodała. 


Piotr Zgorzelski stwierdził, że widzi zagrożenie w pakiecie edukacyjnym dla Ukraińców. Mówił o tym, że "nie może być zgody”, aby w programach nauczania ”były treści, które budują tożsamość młodych Ukraińców w oparciu o ideologię banderowską”. 


- Pan marszałek Zgorzelski po prostu się myli – przekonywała wiceministra edukacji Joanna Mucha. Jak dodała, w Polsce przez dwa i pół roku uczniowie z Ukrainy "uczyli się w ukraińskim systemie online, albo de facto w ogóle się nie uczyli lub uczyli się w szkołach ukraińskich”. - Przez te dwa lata nikt z tej krzyczącej prawicy nie zainteresował się tym, czego uczniowie ukraińscy uczą się w systemie online. W momencie, kiedy kończy się proces nauczania według ukraińskiego systemu, oni rozpętują jakąś histerię - stwierdziła. 


Jak dodała, "jeśli ktoś próbuje twierdzić, że ukraińskie nauczanie to jest Bandera, to jest niemądry”. - Zejdźmy na poziom merytorycznej rozmowy – napominała gościni Joanny Ćwiek-Śwideckiej. - Każde dziecko ma prawo do to tego, żeby pielęgnować swoja tożsamość. - powiedziała. 


Hosted on Acast. See acast.com/privacy for more information.

Grzegorz Walijewski, synoptyk IMGW-PIB
2024-08-21 14:20:54

Zdaniem gościa Joanny Ćwik-Śwideckiej, „w ostatnim czasie mieliśmy bardzo specyficzną sytuację nad Polską”.  - Zwrotnikowe powietrze, dość wilgotne, ale jednocześnie bardzo ciepłe, zaczęło być wypychane przez powietrze polarnomorskie, zdecydowanie chłodniejsze, ale jednocześnie bardziej suche – tłumaczył Grzegorz Walijewski. - Na styku dwóch różnych mas powietrza doszło do pojawienia się frontu atmosferycznego. Już w poniedziałek bardzo intensywne opady deszczu były obserwowane na Dolnym Śląsku i na Lubelszczyźnie. We wtorek, 20 sierpnia, ten front przemieścił się do centrum. W stolicy spadło ponad 120 litrów wody na metr kwadratowy. To są ogromne ilości wody, bo norma dla sierpnia dla Warszawy wynosi 60 litrów wody na metr kwadratowy – powiedział. Jak dodał Grzegorz Walijewski, tym razem w ciągu jednej doby spadło aż 120 litrów wody, a zatem norma miesięczna została w ciągu jednej doby przekroczona aż o 200 procent. Jak dodał Walijewski, analizował opady również w interwałach godzinowych. - W ciągu trzech pierwszych godzin na miasto spadło już 60 litrów na metr kwadratowy. To są ogromne ilości, które powodują, że miasto nie poradzi sobie z takim opadem – mówił.  Grzegorz Walijewski zwrócił uwagę na to, że opady trafiły na Warszawę, a więc obszar silnie zurbanizowany, zabudowany, zabetonowany. - Musiało dojść do takich problemów jak podtopienia – stwierdził. Jego zdaniem, nawet gdyby w Warszawie było mniej betonu i więcej zieleni, więcej powierzchni przepuszczalnych, sytuacja byłaby tylko „delikatnie złagodzona”, bo wyschnięta w ciągu poprzednich ciepłych dni ziemia nie przyjęłaby szybko takich ilości wody. Zastrzegł, że sytuacja nigdy dotąd nie była spotykana w Warszawie. - Można byłoby wręcz powiedzieć, że to była ulewa stulecia dla Warszawy – powiedział.  Walijewski przypomniał, że kanalizacja w Warszawie była projektowana kilkadziesiąt lub nawet kilkaset lat temu. – Wtedy nie spodziewano się aż tak intensywnych, krótkotrwałych opadów deszczu i na taki opad nie ma mocnych – mówił. Jak powiedział synoptyk, takie sytuacje, nie tylko w Warszawie, ale również w innych dużych miastach, mogą powtarzać się coraz częściej. – Ważne jest, by wszyscy mieszkańcy Polski nie ignorowali ostrzeżeń, wydawanych przez IMGW. Jeżeli ktoś mieszka na terenie blisko rzeki i wie, że ta rzeka szybko reaguje na intensywne opady deszczu, to musi się przygotować. Albo jeśli mieszka na obszarze, gdzie przy intensywnym deszczu zalewana jest jego piwnica lub garaż, to powinien przygotować worki z piaskiem lub motopompę. Po pierwsze świadomość, a po drugie nieignorowanie ostrzeżeń - napomniał.  Zaznaczył, że IMGW publikuje ostrzeżenia dla poszczególnych powiatów. - Pamiętajmy, że burze są niekiedy bardzo lokalnym zjawiskiem. Nie potrafimy jeszcze prognozować z dokładnością na przykład do jednego kilometra – zauważył synoptyk. Wspomniał, że synoptycy często dostają informacje, że niekiedy dostają wiadomości, że prognozy się nie sprawdziły, mimo ich ostrzeżeń. - Pamiętajmy, że dosłownie pięć, dziesięć kilometrów dalej mogło dojść do ogromnej tragedii, ktoś mógł stracić dach. Te burze są bardzo lokalne – zastrzegł.  Grzegorz Walijewski stwierdził, że w Polsce zarówno susze jak i powodzie „były, są i będą”. - To jest cecha naszego klimatu, ale ten klimat bardzo się zmienia. W ostatnich 70 latach średnia temperatura dla Polski wzrosła aż o 2,1 stopnia Celsjusza. To implikuje problem z opadami. Te opady jeszcze 30 lat temu występowały częściej. O ile teraz sumy opadów są na podobnym poziomie, to liczba dni z opadami jest zdecydowanie mniejsza – zauważył. - Jeśli są opady, to bardziej intensywne – zaznaczył.  Hosted on Acast. See acast.com/privacy for more information.

Zdaniem gościa Joanny Ćwik-Śwideckiej, „w ostatnim czasie mieliśmy bardzo specyficzną sytuację nad Polską”. 


- Zwrotnikowe powietrze, dość wilgotne, ale jednocześnie bardzo ciepłe, zaczęło być wypychane przez powietrze polarnomorskie, zdecydowanie chłodniejsze, ale jednocześnie bardziej suche – tłumaczył Grzegorz Walijewski. - Na styku dwóch różnych mas powietrza doszło do pojawienia się frontu atmosferycznego. Już w poniedziałek bardzo intensywne opady deszczu były obserwowane na Dolnym Śląsku i na Lubelszczyźnie. We wtorek, 20 sierpnia, ten front przemieścił się do centrum. W stolicy spadło ponad 120 litrów wody na metr kwadratowy. To są ogromne ilości wody, bo norma dla sierpnia dla Warszawy wynosi 60 litrów wody na metr kwadratowy – powiedział.


Jak dodał Grzegorz Walijewski, tym razem w ciągu jednej doby spadło aż 120 litrów wody, a zatem norma miesięczna została w ciągu jednej doby przekroczona aż o 200 procent. Jak dodał Walijewski, analizował opady również w interwałach godzinowych. - W ciągu trzech pierwszych godzin na miasto spadło już 60 litrów na metr kwadratowy. To są ogromne ilości, które powodują, że miasto nie poradzi sobie z takim opadem – mówił. 


Grzegorz Walijewski zwrócił uwagę na to, że opady trafiły na Warszawę, a więc obszar silnie zurbanizowany, zabudowany, zabetonowany. - Musiało dojść do takich problemów jak podtopienia – stwierdził. Jego zdaniem, nawet gdyby w Warszawie było mniej betonu i więcej zieleni, więcej powierzchni przepuszczalnych, sytuacja byłaby tylko „delikatnie złagodzona”, bo wyschnięta w ciągu poprzednich ciepłych dni ziemia nie przyjęłaby szybko takich ilości wody. Zastrzegł, że sytuacja nigdy dotąd nie była spotykana w Warszawie. - Można byłoby wręcz powiedzieć, że to była ulewa stulecia dla Warszawy – powiedział. 


Walijewski przypomniał, że kanalizacja w Warszawie była projektowana kilkadziesiąt lub nawet kilkaset lat temu. – Wtedy nie spodziewano się aż tak intensywnych, krótkotrwałych opadów deszczu i na taki opad nie ma mocnych – mówił.


Jak powiedział synoptyk, takie sytuacje, nie tylko w Warszawie, ale również w innych dużych miastach, mogą powtarzać się coraz częściej. – Ważne jest, by wszyscy mieszkańcy Polski nie ignorowali ostrzeżeń, wydawanych przez IMGW. Jeżeli ktoś mieszka na terenie blisko rzeki i wie, że ta rzeka szybko reaguje na intensywne opady deszczu, to musi się przygotować. Albo jeśli mieszka na obszarze, gdzie przy intensywnym deszczu zalewana jest jego piwnica lub garaż, to powinien przygotować worki z piaskiem lub motopompę. Po pierwsze świadomość, a po drugie nieignorowanie ostrzeżeń - napomniał. 


Zaznaczył, że IMGW publikuje ostrzeżenia dla poszczególnych powiatów. - Pamiętajmy, że burze są niekiedy bardzo lokalnym zjawiskiem. Nie potrafimy jeszcze prognozować z dokładnością na przykład do jednego kilometra – zauważył synoptyk. Wspomniał, że synoptycy często dostają informacje, że niekiedy dostają wiadomości, że prognozy się nie sprawdziły, mimo ich ostrzeżeń. - Pamiętajmy, że dosłownie pięć, dziesięć kilometrów dalej mogło dojść do ogromnej tragedii, ktoś mógł stracić dach. Te burze są bardzo lokalne – zastrzegł. 


Grzegorz Walijewski stwierdził, że w Polsce zarówno susze jak i powodzie „były, są i będą”. - To jest cecha naszego klimatu, ale ten klimat bardzo się zmienia. W ostatnich 70 latach średnia temperatura dla Polski wzrosła aż o 2,1 stopnia Celsjusza. To implikuje problem z opadami. Te opady jeszcze 30 lat temu występowały częściej. O ile teraz sumy opadów są na podobnym poziomie, to liczba dni z opadami jest zdecydowanie mniejsza – zauważył. - Jeśli są opady, to bardziej intensywne – zaznaczył. 


Hosted on Acast. See acast.com/privacy for more information.

Dr Paweł Grzesiowski, główny inspektor sanitarny
2024-08-20 12:13:14

Jedna z naszych baz wskazuje, że codziennie zgłaszanych jest około pięciu tysięcy zachorowań na COVID-19. Możemy to spokojnie przemnożyć razy dziesięć lub piętnaście, bo to będą realne dane na temat zachorowań. Sytuacja jest trudna, ale precyzyjnych statystyk nie posiadamy - powiedział dr Paweł Grzesiowski, główny inspektor sanitarny. Gościem programu Jacka Nizinkiewicza był dr Paweł Grzesiowski, główny inspektor sanitarny. Podczas rozmowy ekspert zapytany został między innymi, czy COVID-19 wrócił – od jakiegoś czasu zaobserwować można bowiem wzrost zachorowań. - Tak, jesteśmy w tej chwili w trakcie kolejnej fali COVID-19. Ona zaczęła się mniej więcej pod koniec czerwca i stopniowo narasta. Mamy potwierdzenie z sześciu różnych systemów o tym, że wirusa jest więcej – że jest więcej zachorowań i więcej testów. W niektórych dniach powyżej 50 proc. wykonanych testów jest dodatnich, więc mamy wyraźny wzrost zachorowań - stwierdził Grzesiowski.  Jaki jest poziom zagrożenia? - Należy pamiętać o tym, że wirus cały czas mutuje – wytwarza coraz to nowe warianty i one przełamują naszą odporność, tę poszczepienną i tę, która wytworzyła się po przechorowaniu. Oczywiście, osoba zaszczepiona przynajmniej trzema dawkami zwykle choruje lżej, ale należy pamiętać też o tym, że ogólne zalecenie jest takie, żeby mniej więcej raz na sześć miesięcy przyjmować nową dawkę szczepionki - powiedział główny inspektor sanitarny. - Teraz kończy się okres możliwości podania szczepionki wytworzonej jeszcze na tej poprzedniej fali. Do końca sierpnia szczepionki są ważne, a potem będziemy mieli przerwę, dlatego, że nowe szczepionki są dopiero rejestrowane przez Europejską Agencję Leków. Realnie będziemy mieli szansę na szczepienia dopiero około października tego roku - dodał ekspert.  - Jeżeli mamy falę zachorowań, to czekanie jest ryzykowne. Ktoś należący do grupy ryzyka powinien szczepić się teraz – tym, co jest. Bo ta szczepionka – mimo że jest utworzona podczas poprzedniej fali – i na nowy wariant redukuje ryzyko powikłań i śmierci. Osoby zaszczepione – nawet szczepionką z poprzedniego sezonu – nie umierają. Po to są właśnie te zalecenia, żeby osoby w grupie ryzyka się szczepiły i nie czekały na nową szczepionkę - zaznaczył dr Paweł Grzesiowski.  Jak przyznał ekspert, obecnie „nie ma rzetelnej statystyki dotyczącej zachorowań”. - Możemy tylko tworzyć pewnego rodzaju scenariusze oparte o dane pośrednie. Z jednej z naszych baz danych wynika, że w tej chwili zgłaszanych jest codziennie od półtora do dwóch tysięcy zachorowań. Według innej bazy jest to około pięciu tysięcy zachorowań. Możemy to spokojnie przemnożyć razy dziesięć czy piętnaście, bo to będą realne dane na temat zachorowań. Widzimy, że ilość wirusa w ściekach jest wyższa niż na początku tego roku, kiedy mieliśmy jeszcze falę poprzednią. To pokazuje, że zachorowań jest więcej. Sytuacja jest trudna, ale precyzyjnych statystyk nie posiadamy - zaznaczył Grzesiowski.  inspektor sanitarny pytany był także o małpią ospę (mpox). Niedawno bowiem została ona określona przez WHO mianem "zagrożenia dla zdrowia publicznego w skali globalnej". - Ten problem jest zupełnie inny. O ile COVID-19 mamy w Polsce i tych zachorowań jest dużo, o tyle mpox jest problemem przyszłym, który może nas dotyczyć, jeśli zaniedbamy przygotowanie i profilaktykę - powiedział dr Paweł Grzesiowski. - Jesteśmy jeszcze na etapie, kiedy głównym rezerwuarem mpox jest Afryka. Natomiast ten wariant wirusa mpox, który występuje w tej chwili, jest bardziej zakaźny niż ten sprzed dwóch lat. Właśnie dlatego WHO ogłosiła po raz drugi stan zagrożenia zdrowia publicznego. Ten wirus przenosi się przez zwykły dotyk w najbliższym otoczeniu - dodał. Hosted on Acast. See acast.com/privacy for more information.

Jedna z naszych baz wskazuje, że codziennie zgłaszanych jest około pięciu tysięcy zachorowań na COVID-19. Możemy to spokojnie przemnożyć razy dziesięć lub piętnaście, bo to będą realne dane na temat zachorowań. Sytuacja jest trudna, ale precyzyjnych statystyk nie posiadamy - powiedział dr Paweł Grzesiowski, główny inspektor sanitarny.


Gościem programu Jacka Nizinkiewicza był dr Paweł Grzesiowski, główny inspektor sanitarny. Podczas rozmowy ekspert zapytany został między innymi, czy COVID-19 wrócił – od jakiegoś czasu zaobserwować można bowiem wzrost zachorowań. - Tak, jesteśmy w tej chwili w trakcie kolejnej fali COVID-19. Ona zaczęła się mniej więcej pod koniec czerwca i stopniowo narasta. Mamy potwierdzenie z sześciu różnych systemów o tym, że wirusa jest więcej – że jest więcej zachorowań i więcej testów. W niektórych dniach powyżej 50 proc. wykonanych testów jest dodatnich, więc mamy wyraźny wzrost zachorowań - stwierdził Grzesiowski. 


Jaki jest poziom zagrożenia? - Należy pamiętać o tym, że wirus cały czas mutuje – wytwarza coraz to nowe warianty i one przełamują naszą odporność, tę poszczepienną i tę, która wytworzyła się po przechorowaniu. Oczywiście, osoba zaszczepiona przynajmniej trzema dawkami zwykle choruje lżej, ale należy pamiętać też o tym, że ogólne zalecenie jest takie, żeby mniej więcej raz na sześć miesięcy przyjmować nową dawkę szczepionki - powiedział główny inspektor sanitarny. - Teraz kończy się okres możliwości podania szczepionki wytworzonej jeszcze na tej poprzedniej fali. Do końca sierpnia szczepionki są ważne, a potem będziemy mieli przerwę, dlatego, że nowe szczepionki są dopiero rejestrowane przez Europejską Agencję Leków. Realnie będziemy mieli szansę na szczepienia dopiero około października tego roku - dodał ekspert. 


- Jeżeli mamy falę zachorowań, to czekanie jest ryzykowne. Ktoś należący do grupy ryzyka powinien szczepić się teraz – tym, co jest. Bo ta szczepionka – mimo że jest utworzona podczas poprzedniej fali – i na nowy wariant redukuje ryzyko powikłań i śmierci. Osoby zaszczepione – nawet szczepionką z poprzedniego sezonu – nie umierają. Po to są właśnie te zalecenia, żeby osoby w grupie ryzyka się szczepiły i nie czekały na nową szczepionkę - zaznaczył dr Paweł Grzesiowski. 


Jak przyznał ekspert, obecnie „nie ma rzetelnej statystyki dotyczącej zachorowań”. - Możemy tylko tworzyć pewnego rodzaju scenariusze oparte o dane pośrednie. Z jednej z naszych baz danych wynika, że w tej chwili zgłaszanych jest codziennie od półtora do dwóch tysięcy zachorowań. Według innej bazy jest to około pięciu tysięcy zachorowań. Możemy to spokojnie przemnożyć razy dziesięć czy piętnaście, bo to będą realne dane na temat zachorowań. Widzimy, że ilość wirusa w ściekach jest wyższa niż na początku tego roku, kiedy mieliśmy jeszcze falę poprzednią. To pokazuje, że zachorowań jest więcej. Sytuacja jest trudna, ale precyzyjnych statystyk nie posiadamy - zaznaczył Grzesiowski. 


inspektor sanitarny pytany był także o małpią ospę (mpox). Niedawno bowiem została ona określona przez WHO mianem "zagrożenia dla zdrowia publicznego w skali globalnej".


- Ten problem jest zupełnie inny. O ile COVID-19 mamy w Polsce i tych zachorowań jest dużo, o tyle mpox jest problemem przyszłym, który może nas dotyczyć, jeśli zaniedbamy przygotowanie i profilaktykę - powiedział dr Paweł Grzesiowski. - Jesteśmy jeszcze na etapie, kiedy głównym rezerwuarem mpox jest Afryka. Natomiast ten wariant wirusa mpox, który występuje w tej chwili, jest bardziej zakaźny niż ten sprzed dwóch lat. Właśnie dlatego WHO ogłosiła po raz drugi stan zagrożenia zdrowia publicznego. Ten wirus przenosi się przez zwykły dotyk w najbliższym otoczeniu - dodał.


Hosted on Acast. See acast.com/privacy for more information.

Paulina Hennig-Kloska, minister klimatu i środowiska
2024-08-19 10:34:46

- Robimy wszystko, i na ten moment nam się to udaje, by ograniczyć skalę oddziaływania złotej algi w zbiorniku Dzierżno, by nie przedostała się ona do Odry i nie popłynęła dalej w Polskę - powiedziała Paulina Hennig-Kloska, minister klimatu i środowiska, pytana o katastrofę ekologiczną w Dzierżnie Dużym. Przyznała, że zakwit alg to efekt spuszczanych w tamtym rejonie wód poprzemysłowych. Minister klimatu powiedziała, że w rzece Kłodnicy, która prowadzi wody ze zbiornika Dzierżno do Odry, prowadzony jest eksperyment z użyciem nadtlenku wodoru. - Nadtlenek wodoru, jak się okazuje po kilku dniach, neutralizuje algę w 95 procentach w dzień, do 99 proc. w nocy – powiedziała gościni Jacka Nizinkiewicza. - Dzięki temu eksperymentowi alga nie trafia ze zbiornika Dzierżno do Odry – powiedziała. Nadtlenek wodoru, zwany również wodą utlenioną, to nieorganiczny związek chemiczny, w którym dwóm atomom wodoru towarzyszą dwa atomy tlenu.   Minister przyznała, że stosowanie nadtlenku wodoru pod nazwą perhydrol to „absolutnie jest sposób działania incydentalnego, punktowego”. - On też nie w każdej sytuacji będzie skuteczny. Przez kolejne dni prognozy są niekorzystne dla tego typu zjawisk – stwierdziła Paulina Hennig-Kloska. - Mamy wysokie temperatury, wysokie nasłonecznienie, niski poziom opadów, przeciągającą się suszę - wyliczała. - Ta sytuacja przy niskim poziomie wód sprzyja rozwojowi złotej algi. Nie możemy wykluczyć, że gdzieś jeszcze jakieś ognisko nie wystąpi – zastrzegła.  - Tu sytuację mamy pod kontrolą. Alga nie rozprzestrzenia się poza zbiornik Dzierżno i kawałek Kanału Gliwickiego i rzeki Kłodnicy – powiedziała minister, pytana o dozowanie nadtlenku wodoru do rzeki Kłodnica, zasilającej zbiornik Dzierżno. Jak dodała, „ten eksperyment będzie prowadzony tak długo jak to będzie zasadne i bezpieczne”. - Wszystko, co robimy, musi być bezpieczne dla środowiska – powiedziała minister. - Na ten moment panujemy nad sytuacją. Alga nie rozprzestrzenia się poza zbiornik Dzierżno i kawałek Kanału Gliwickiego i rzeki Kłodnicy – poinformowała.  Pytana o to, czy podobny eksperyment nie był prowadzony już w przeszłości, za poprzednich rządów, przy krytyce obecnie rządzącej ekipy, minister przyznała, że tak było, ale „na niewielką skalę, przy zaniku algi i ciężko było z niego wyciągnąć wnioski”. - Nie był nigdy prowadzony w taki sposób, który dałby rzeczywisty obraz oddziaływania – stwierdziła.  Jej zdaniem „ta metoda rozbijania złotej algi sprawdza się na wodach płynących, gdzie nie ma szerokiego koryta i odpowiednio rześki nurt”. W zbiornikach stojących, takich jak zbiornik Dzierżno – jak zaznaczyła gościni Jacka Nizinkiewicza – prowadzony jest drugi eksperyment. - Zobaczymy na ile ten drugi sposób będzie do zastosowania na większą skalę dla wód stojących – zaznaczyła minister. - Czekam na ocenę efektów tego eksperymentu przez stronę naukową - powiedziała, informując o spotkaniu przedstawicieli kilku resortów i służb środowiskowych.  Minister powiedziała, że „kluczowe jest wybudowanie na tym terenie instalacji odsalającej”. - We wrześniu Ministerstwo Przemysłu ma przedstawić wstępny plan, co zamierza z tym zrobić - powiedziała. Pytana o to, czy można w jakiś sposób zablokować przedostawanie się zasolonej wody do rzek, minister odpowiedziała, że instalacje odsalające ”to nie są tanie rzeczy, to są inwestycje rządu miliarda, półtora miliarda złotych„, ale ”trwają rozmowy z KGHM, które spuszcza zasolone wody do Odry na dalszym odcinku”, ”rozmawiamy z Ministerstwem Przemysłu, które reprezentuje kopalnie i z przedstawicielami tych zakładów”. Hosted on Acast. See acast.com/privacy for more information.

- Robimy wszystko, i na ten moment nam się to udaje, by ograniczyć skalę oddziaływania złotej algi w zbiorniku Dzierżno, by nie przedostała się ona do Odry i nie popłynęła dalej w Polskę - powiedziała Paulina Hennig-Kloska, minister klimatu i środowiska, pytana o katastrofę ekologiczną w Dzierżnie Dużym. Przyznała, że zakwit alg to efekt spuszczanych w tamtym rejonie wód poprzemysłowych.


Minister klimatu powiedziała, że w rzece Kłodnicy, która prowadzi wody ze zbiornika Dzierżno do Odry, prowadzony jest eksperyment z użyciem nadtlenku wodoru. - Nadtlenek wodoru, jak się okazuje po kilku dniach, neutralizuje algę w 95 procentach w dzień, do 99 proc. w nocy – powiedziała gościni Jacka Nizinkiewicza. - Dzięki temu eksperymentowi alga nie trafia ze zbiornika Dzierżno do Odry – powiedziała. Nadtlenek wodoru, zwany również wodą utlenioną, to nieorganiczny związek chemiczny, w którym dwóm atomom wodoru towarzyszą dwa atomy tlenu.  


Minister przyznała, że stosowanie nadtlenku wodoru pod nazwą perhydrol to „absolutnie jest sposób działania incydentalnego, punktowego”. - On też nie w każdej sytuacji będzie skuteczny. Przez kolejne dni prognozy są niekorzystne dla tego typu zjawisk – stwierdziła Paulina Hennig-Kloska. - Mamy wysokie temperatury, wysokie nasłonecznienie, niski poziom opadów, przeciągającą się suszę - wyliczała. - Ta sytuacja przy niskim poziomie wód sprzyja rozwojowi złotej algi. Nie możemy wykluczyć, że gdzieś jeszcze jakieś ognisko nie wystąpi – zastrzegła. 


- Tu sytuację mamy pod kontrolą. Alga nie rozprzestrzenia się poza zbiornik Dzierżno i kawałek Kanału Gliwickiego i rzeki Kłodnicy – powiedziała minister, pytana o dozowanie nadtlenku wodoru do rzeki Kłodnica, zasilającej zbiornik Dzierżno. Jak dodała, „ten eksperyment będzie prowadzony tak długo jak to będzie zasadne i bezpieczne”. - Wszystko, co robimy, musi być bezpieczne dla środowiska – powiedziała minister. - Na ten moment panujemy nad sytuacją. Alga nie rozprzestrzenia się poza zbiornik Dzierżno i kawałek Kanału Gliwickiego i rzeki Kłodnicy – poinformowała. 


Pytana o to, czy podobny eksperyment nie był prowadzony już w przeszłości, za poprzednich rządów, przy krytyce obecnie rządzącej ekipy, minister przyznała, że tak było, ale „na niewielką skalę, przy zaniku algi i ciężko było z niego wyciągnąć wnioski”. - Nie był nigdy prowadzony w taki sposób, który dałby rzeczywisty obraz oddziaływania – stwierdziła. 


Jej zdaniem „ta metoda rozbijania złotej algi sprawdza się na wodach płynących, gdzie nie ma szerokiego koryta i odpowiednio rześki nurt”. W zbiornikach stojących, takich jak zbiornik Dzierżno – jak zaznaczyła gościni Jacka Nizinkiewicza – prowadzony jest drugi eksperyment. - Zobaczymy na ile ten drugi sposób będzie do zastosowania na większą skalę dla wód stojących – zaznaczyła minister. - Czekam na ocenę efektów tego eksperymentu przez stronę naukową - powiedziała, informując o spotkaniu przedstawicieli kilku resortów i służb środowiskowych. 


Minister powiedziała, że „kluczowe jest wybudowanie na tym terenie instalacji odsalającej”. - We wrześniu Ministerstwo Przemysłu ma przedstawić wstępny plan, co zamierza z tym zrobić - powiedziała. Pytana o to, czy można w jakiś sposób zablokować przedostawanie się zasolonej wody do rzek, minister odpowiedziała, że instalacje odsalające ”to nie są tanie rzeczy, to są inwestycje rządu miliarda, półtora miliarda złotych„, ale ”trwają rozmowy z KGHM, które spuszcza zasolone wody do Odry na dalszym odcinku”, ”rozmawiamy z Ministerstwem Przemysłu, które reprezentuje kopalnie i z przedstawicielami tych zakładów”.




Hosted on Acast. See acast.com/privacy for more information.

Paulina Matysiak, posłanka Nowej Lewicy
2024-08-15 10:45:09

– Do debaty o CPK wrócimy pewnie po wakacjach. Temat nie umiera. Trwa zbiórka podpisów pod obywatelskim projektem ustawy „tak dla CPK” — zadeklarowała Paulina Matysiak, posłanka zawieszona w prawach członka klubu Lewicy w związku ze wspólnym wystąpieniem z Marcinem Horałą (PiS) i zapowiedzią powołania ruchu społecznego „Tak dla rozwoju”. O plan stowarzyszenia „Tak dla rozwoju” Paulina Matysiak była pytana przez Michała Kolankę. – Ono jest cały czas w procesie rejestracji. Czekamy na decyzję sądu o zarejestrowaniu stowarzyszenia – mówiła. – To nam nie przeszkadza w działaniu, bo wspieramy stowarzyszenie „Tak dla CPK” w zbiórce podpisów, która trwa do połowy września – dodała.  – Mam poczucie, że to stowarzyszenie wzbudza wciąż dużo emocji. Już nie tak wielkich, jak pod koniec czerwca, ale konsekwencje związane z założeniem tego stowarzyszenia, rozpoczęciem tego projektu, cały czas mnie dotykają. Zarówno w strukturach partii Razem jak i w strukturach klubu Lewicy jestem zawieszona. Zawieszenie w klubie trwa mniej więcej do końca września i trudno rozstrzygać, co dalej – mówiła posłanka Matysiak.   Jak dodała, wydaje jej się prawdopodobne, że zawieszenie będzie trwało. – Nie mam kontaktu z kolegami i koleżankami, co w tej sprawie może się wydarzyć. Cierpliwie czekam na wrzesień i rozstrzygnięcia klubowe. Odwoływałam się od decyzji o zawieszeniu w klubie, odwołanie nie zostało przez kolegów przyjęte pozytywnie. Podtrzymano to zawieszenie – relacjonowała posłanka Matysiak.  – Stoję na stanowisku, że nie zrobiłam niczego niewłaściwego, nie zrobiłam nic złego. Wiele osób pracuje w różnego rodzaju stowarzyszeniach z osobami o innych poglądach, z innych ugrupowań. Wydaje mi się, ze to zawieszenie to zbyt duży krok, zbyt duża „kara” dla mnie – mówiła.  W czerwcu posłanka Lewicy Paulina Matysiak i poseł PiS Marcin Horała wspólnie zainicjowali powołanie ruchu społecznego „Tak dla rozwoju”, który ma się skupić na wsparciu rozwoju inwestycji w CPK, elektrowni jądrowych i polskiej armii. Hosted on Acast. See acast.com/privacy for more information.

– Do debaty o CPK wrócimy pewnie po wakacjach. Temat nie umiera. Trwa zbiórka podpisów pod obywatelskim projektem ustawy „tak dla CPK” — zadeklarowała Paulina Matysiak, posłanka zawieszona w prawach członka klubu Lewicy w związku ze wspólnym wystąpieniem z Marcinem Horałą (PiS) i zapowiedzią powołania ruchu społecznego „Tak dla rozwoju”.


O plan stowarzyszenia „Tak dla rozwoju” Paulina Matysiak była pytana przez Michała Kolankę. – Ono jest cały czas w procesie rejestracji. Czekamy na decyzję sądu o zarejestrowaniu stowarzyszenia – mówiła. – To nam nie przeszkadza w działaniu, bo wspieramy stowarzyszenie „Tak dla CPK” w zbiórce podpisów, która trwa do połowy września – dodała. 


– Mam poczucie, że to stowarzyszenie wzbudza wciąż dużo emocji. Już nie tak wielkich, jak pod koniec czerwca, ale konsekwencje związane z założeniem tego stowarzyszenia, rozpoczęciem tego projektu, cały czas mnie dotykają. Zarówno w strukturach partii Razem jak i w strukturach klubu Lewicy jestem zawieszona. Zawieszenie w klubie trwa mniej więcej do końca września i trudno rozstrzygać, co dalej – mówiła posłanka Matysiak.  


Jak dodała, wydaje jej się prawdopodobne, że zawieszenie będzie trwało. – Nie mam kontaktu z kolegami i koleżankami, co w tej sprawie może się wydarzyć. Cierpliwie czekam na wrzesień i rozstrzygnięcia klubowe. Odwoływałam się od decyzji o zawieszeniu w klubie, odwołanie nie zostało przez kolegów przyjęte pozytywnie. Podtrzymano to zawieszenie – relacjonowała posłanka Matysiak. 


– Stoję na stanowisku, że nie zrobiłam niczego niewłaściwego, nie zrobiłam nic złego. Wiele osób pracuje w różnego rodzaju stowarzyszeniach z osobami o innych poglądach, z innych ugrupowań. Wydaje mi się, ze to zawieszenie to zbyt duży krok, zbyt duża „kara” dla mnie – mówiła. 


W czerwcu posłanka Lewicy Paulina Matysiak i poseł PiS Marcin Horała wspólnie zainicjowali powołanie ruchu społecznego „Tak dla rozwoju”, który ma się skupić na wsparciu rozwoju inwestycji w CPK, elektrowni jądrowych i polskiej armii.


Hosted on Acast. See acast.com/privacy for more information.

Informacja dotycząca prawa autorskich: Wszelka prezentowana tu zawartość podkastu jest własnością jego autora

Wyszukiwanie

Kategorie