Historia dla Dorosłych

Historia dla Dorosłych to podkast poświęcony historii oraz tematom, które z różnych względów byłyby niestosowne dla dzieci, albo po prostu dla nich nudne. Mam nadzieję, że będą ciekawe dla dorosłych :)


Odcinki od najnowszych:

96 - Gilotyna i zabory
2026-01-15 23:55:18

Gilotyna i granice - jak rewolucja we Francji przypieczętowała los Polski Wyobraźcie sobie Europę końca XVIII wieku. To świat w ogniu, w którym stary porządek królów ściera się z nowym światem obywateli. Często uczymy się o rozbiorach Polski i rewolucji francuskiej jako o dwóch osobnych rozdziałach w podręczniku historii. To błąd. 21 stycznia 1793 roku w Paryżu, na Placu Rewolucji, ostrze gilotyny opada na szyję Ludwika XVI. Monarchia we Francji przestaje istnieć. Zaledwie dwa dni później, 23 stycznia, w Petersburgu Rosja i Prusy podpisują dokument, który wymazuje z mapy Europy ogromne połacie Rzeczypospolitej. Dwa tysiące kilometrów odległości, a jednak te wydarzenia są splecione nierozerwalną nicią interesów i strachu. Cofnijmy się cztery miesiące, do września 1792 roku. Prusacy - uznawani za najlepszą machinę wojenną ówczesnej Europy - maszerują na Paryż, by zdusić rewolucję i przywrócić stary porządek. Wydaje się, że to tylko formalność. 20 września, pod Valmy, dochodzi do starcia. Pruska piechota kontra „armia szewców i krawców”, jak pogardliwie nazywano rewolucjonistów. I nagle dzieje się coś niewytłumaczalnego: po wymianie ognia artyleryjskiego Prusacy wycofują się. Obecny na miejscu wielki poeta Johann Wolfgang von Goethe zapisał w swoim dzienniku prorocze słowa: „W tym miejscu i w dniu dzisiejszym rozpoczyna się nowa epoka w historii świata, a wy możecie mówić, żeście przy tym byli.” Choć rewolucja francuska wybuchła w 1789 roku, to właśnie trzy lata później - w 1792 - okrzepła. To ten moment Goethe uznał za przełomowy, a nie zdobycie Bastylii. Dzień po bitwie zniesiono we Francji monarchię i ogłoszono republikę. Dlaczego niezwyciężona armia pruska, po tak drobnym niepowodzeniu, nie ruszyła ponownie do decydującego ataku? Pod Valmy Francuzi nie rozgromili Prusaków. Jeśli już, to armię Fryderyka Wilhelma II pokonały pogoda i czerwonka. Dlaczego więc nie wrócili? Odpowiedź leży na wschodzie. Król Prus Fryderyk Wilhelm II zaczął zerkać w stronę Polski. Wiedział, że jeśli zaangażuje wszystkie siły w wojnę z Francją, Katarzyna Wielka po wojnie w obronie Konstytucji 3 maja sama „skonsumuje” Rzeczpospolitą. Prusacy potrzebowali pretekstu, by wycofać się z niewygodnej wojny na Zachodzie i ruszyć po łupy na Wschodzie. Rewolucja francuska dała im ten pretekst - stała się „straszakiem”, dzięki któremu mogli ogłosić: „Musimy wejść do Polski, aby powstrzymać rozprzestrzenianie się rewolucyjnej zarazy”. To był czysty cynizm. Prusy na Zachodzie deklarowały walkę z rewolucją, a na Wschodzie rozbierały państwo, które próbowało się reformować. Tymczasem zwycięstwo pod Valmy oraz wycofanie armii pruskiej dały rewolucjonistom ogromną pewność siebie. Skoro „pokonali” Prusaków, nie musieli już negocjować z królem. Ludwik XVI, nazywany teraz po prostu obywatelem Ludwikiem Kapetem, stanął przed gilotyną. Tu pojawia się postać tragiczna - Maria Antonina. Córka wielkiej Marii Teresy i ciotka panującego wówczas cesarza Austrii, Franciszka II. Dla Wiednia wojna z Francją była sprawą osobistą - walką o życie rodziny. Austriacy nie mogli wycofać się tak, jak zrobili to Prusacy. Austria została więc sama na polu walki z Francją, podczas gdy jej „sojusznicy” - Prusy i Rosja - zajmowali się krojeniem polskiego tortu w ramach II rozbioru. Austria w nim nie uczestniczyła, bo była zbyt zajęta krwawymi zmaganiami na Zachodzie. Maria Antonina została ścięta 16 października 1793 roku. Śmierć pary królewskiej zmieniła wszystko. Polska próbowała walczyć. Wybuchła insurekcja kościuszkowska. Dla mocarstw ościennych był to jednak tylko kolejny dowód na to, że Polacy „zarazili się” francuskim jakobinizmem. Gdy w 1795 roku doszło do III rozbioru, Austria nie chciała już popełnić tego samego błędu. Skoro nie udało się uratować Marii Antoniny, a skarb państwa pustoszał przez wojny z Francją, cesarz Franciszek II uznał, że musi otrzymać swoją część polskiej ziemi jako rekompensatę. Gdyby nie determinacja francuskich rewolucjonistów pod Valmy, Prusy być może zdusiłyby rewolucję, a Polska zyskałaby czas na reformy. Z drugiej strony - gdyby nie opór Polaków w latach 1792 i 1794, wojska rosyjskie i pruskie mogłyby zalać Francję i przywrócić tam absolutyzm. Historia to naczynia połączone. Krew Ludwika XVI na paryskim bruku i podpis pod traktatem rozbiorowym w Petersburgu to dwie strony tego samego medalu. Rzadko mówi się o tym wprost, ale to właśnie zachłanność zaborców uratowała republikańską Francję. Po Valmy Prusacy zrozumieli, że wojna na Zachodzie będzie długa, krwawa i kosztowna. Zamiast ginąć za sprawę Burbonów, woleli maszerować po darmowe łupy nad Wisłę. Fryderyk Wilhelm II wycofał swoje najlepsze oddziały z frontu francuskiego, by mogły wkroczyć do Wielkopolski i zająć Toruń oraz Poznań w ramach II rozbioru. Dla Francuzów był to dar losu - najgroźniejsza armia kontynentu przestała naciskać, zajęta pilnowaniem nowych granic w Polsce. Z Austrią było jeszcze ciekawiej. Przez lata to ona dźwigała główny ciężar walki z rewolucyjną Francją. Widząc jednak, jak Prusy i Rosja obłowiły się w 1793 roku, Austriacy wpadli w furię i panikę. Bali się, że jeśli nie wezmą udziału w kolejnym podziale, zostaną z niczym, a ich sąsiedzi staną się zbyt potężni. W kluczowym momencie, zamiast wysyłać posiłki nad Ren, Austria zaczęła przerzucać swoje korpusy na Wschód, by zabezpieczyć tereny od Krakowa po Lublin. Efekt? Front zachodni osłabł tak bardzo, że rewolucyjna Francja nie tylko przetrwała, ale zaczęła wygrywać i zajmować sąsiednie terytoria. Można więc postawić szokującą, ale prawdziwą tezę: Polska zapłaciła swoją niepodległością za przetrwanie idei wolności, równości i braterstwa we Francji. Prusacy wybrali II rozbiór zamiast walki z rewolucją. Austriacy wybrali III rozbiór zamiast ratowania resztek monarchii. Polska zniknęła z mapy, ale Francja mogła stać się potęgą. Po Valmy do armii rewolucyjnej zaczęli napływać ochotnicy. Jej siła rosła. Kilka lat później, pod wodzą Napoleona, Francja wróciła do Europy Środkowej, by raz jeszcze przemieszać szyki zaborcom. W oddziałach Napoleona walczyło wielu Polaków, którzy wcześniej stawiali opór rozbiorom. Historia zatoczyła koło.
Gilotyna i granice - jak rewolucja we Francji przypieczętowała los Polski

Wyobraźcie sobie Europę końca XVIII wieku. To świat w ogniu, w którym stary porządek królów ściera się z nowym światem obywateli. Często uczymy się o rozbiorach Polski i rewolucji francuskiej jako o dwóch osobnych rozdziałach w podręczniku historii. To błąd.

21 stycznia 1793 roku w Paryżu, na Placu Rewolucji, ostrze gilotyny opada na szyję Ludwika XVI. Monarchia we Francji przestaje istnieć. Zaledwie dwa dni później, 23 stycznia, w Petersburgu Rosja i Prusy podpisują dokument, który wymazuje z mapy Europy ogromne połacie Rzeczypospolitej. Dwa tysiące kilometrów odległości, a jednak te wydarzenia są splecione nierozerwalną nicią interesów i strachu.

Cofnijmy się cztery miesiące, do września 1792 roku. Prusacy - uznawani za najlepszą machinę wojenną ówczesnej Europy - maszerują na Paryż, by zdusić rewolucję i przywrócić stary porządek. Wydaje się, że to tylko formalność.

20 września, pod Valmy, dochodzi do starcia. Pruska piechota kontra „armia szewców i krawców”, jak pogardliwie nazywano rewolucjonistów. I nagle dzieje się coś niewytłumaczalnego: po wymianie ognia artyleryjskiego Prusacy wycofują się.

Obecny na miejscu wielki poeta Johann Wolfgang von Goethe zapisał w swoim dzienniku prorocze słowa: „W tym miejscu i w dniu dzisiejszym rozpoczyna się nowa epoka w historii świata, a wy możecie mówić, żeście przy tym byli.”

Choć rewolucja francuska wybuchła w 1789 roku, to właśnie trzy lata później - w 1792 - okrzepła. To ten moment Goethe uznał za przełomowy, a nie zdobycie Bastylii. Dzień po bitwie zniesiono we Francji monarchię i ogłoszono republikę.

Dlaczego niezwyciężona armia pruska, po tak drobnym niepowodzeniu, nie ruszyła ponownie do decydującego ataku? Pod Valmy Francuzi nie rozgromili Prusaków. Jeśli już, to armię Fryderyka Wilhelma II pokonały pogoda i czerwonka. Dlaczego więc nie wrócili?

Odpowiedź leży na wschodzie. Król Prus Fryderyk Wilhelm II zaczął zerkać w stronę Polski. Wiedział, że jeśli zaangażuje wszystkie siły w wojnę z Francją, Katarzyna Wielka po wojnie w obronie Konstytucji 3 maja sama „skonsumuje” Rzeczpospolitą.

Prusacy potrzebowali pretekstu, by wycofać się z niewygodnej wojny na Zachodzie i ruszyć po łupy na Wschodzie. Rewolucja francuska dała im ten pretekst - stała się „straszakiem”, dzięki któremu mogli ogłosić: „Musimy wejść do Polski, aby powstrzymać rozprzestrzenianie się rewolucyjnej zarazy”.

To był czysty cynizm. Prusy na Zachodzie deklarowały walkę z rewolucją, a na Wschodzie rozbierały państwo, które próbowało się reformować.

Tymczasem zwycięstwo pod Valmy oraz wycofanie armii pruskiej dały rewolucjonistom ogromną pewność siebie. Skoro „pokonali” Prusaków, nie musieli już negocjować z królem. Ludwik XVI, nazywany teraz po prostu obywatelem Ludwikiem Kapetem, stanął przed gilotyną.

Tu pojawia się postać tragiczna - Maria Antonina. Córka wielkiej Marii Teresy i ciotka panującego wówczas cesarza Austrii, Franciszka II. Dla Wiednia wojna z Francją była sprawą osobistą - walką o życie rodziny. Austriacy nie mogli wycofać się tak, jak zrobili to Prusacy.

Austria została więc sama na polu walki z Francją, podczas gdy jej „sojusznicy” - Prusy i Rosja - zajmowali się krojeniem polskiego tortu w ramach II rozbioru. Austria w nim nie uczestniczyła, bo była zbyt zajęta krwawymi zmaganiami na Zachodzie.

Maria Antonina została ścięta 16 października 1793 roku. Śmierć pary królewskiej zmieniła wszystko.

Polska próbowała walczyć. Wybuchła insurekcja kościuszkowska. Dla mocarstw ościennych był to jednak tylko kolejny dowód na to, że Polacy „zarazili się” francuskim jakobinizmem.

Gdy w 1795 roku doszło do III rozbioru, Austria nie chciała już popełnić tego samego błędu. Skoro nie udało się uratować Marii Antoniny, a skarb państwa pustoszał przez wojny z Francją, cesarz Franciszek II uznał, że musi otrzymać swoją część polskiej ziemi jako rekompensatę.

Gdyby nie determinacja francuskich rewolucjonistów pod Valmy, Prusy być może zdusiłyby rewolucję, a Polska zyskałaby czas na reformy. Z drugiej strony - gdyby nie opór Polaków w latach 1792 i 1794, wojska rosyjskie i pruskie mogłyby zalać Francję i przywrócić tam absolutyzm.
Historia to naczynia połączone.

Krew Ludwika XVI na paryskim bruku i podpis pod traktatem rozbiorowym w Petersburgu to dwie strony tego samego medalu. Rzadko mówi się o tym wprost, ale to właśnie zachłanność zaborców uratowała republikańską Francję.

Po Valmy Prusacy zrozumieli, że wojna na Zachodzie będzie długa, krwawa i kosztowna. Zamiast ginąć za sprawę Burbonów, woleli maszerować po darmowe łupy nad Wisłę. Fryderyk Wilhelm II wycofał swoje najlepsze oddziały z frontu francuskiego, by mogły wkroczyć do Wielkopolski i zająć Toruń oraz Poznań w ramach II rozbioru.

Dla Francuzów był to dar losu - najgroźniejsza armia kontynentu przestała naciskać, zajęta pilnowaniem nowych granic w Polsce. Z Austrią było jeszcze ciekawiej. Przez lata to ona dźwigała główny ciężar walki z rewolucyjną Francją. Widząc jednak, jak Prusy i Rosja obłowiły się w 1793 roku, Austriacy wpadli w furię i panikę. Bali się, że jeśli nie wezmą udziału w kolejnym podziale, zostaną z niczym, a ich sąsiedzi staną się zbyt potężni.

W kluczowym momencie, zamiast wysyłać posiłki nad Ren, Austria zaczęła przerzucać swoje korpusy na Wschód, by zabezpieczyć tereny od Krakowa po Lublin. Efekt? Front zachodni osłabł tak bardzo, że rewolucyjna Francja nie tylko przetrwała, ale zaczęła wygrywać i zajmować sąsiednie terytoria.

Można więc postawić szokującą, ale prawdziwą tezę: Polska zapłaciła swoją niepodległością za przetrwanie idei wolności, równości i braterstwa we Francji. Prusacy wybrali II rozbiór zamiast walki z rewolucją. Austriacy wybrali III rozbiór zamiast ratowania resztek monarchii.

Polska zniknęła z mapy, ale Francja mogła stać się potęgą. Po Valmy do armii rewolucyjnej zaczęli napływać ochotnicy. Jej siła rosła. Kilka lat później, pod wodzą Napoleona, Francja wróciła do Europy Środkowej, by raz jeszcze przemieszać szyki zaborcom. W oddziałach Napoleona walczyło wielu Polaków, którzy wcześniej stawiali opór rozbiorom. Historia zatoczyła koło.

95 - Vivaldi
2025-12-04 16:03:36

Wchodzimy do barokowej Wenecji, na początku XVIII wieku. Tu, w mieście kanałów i masek, żył jeden z najbardziej kolorowych kompozytorów w historii. Był księdzem, ale zamiast kazań pisał opery. Był nauczycielem, który stworzył z anonimowych dziewcząt najlepszą orkiestrę Europy. I miał ognistorude włosy, przez co wszyscy znali go jako… Il Prete Rosso – Rudego Księdza. Oto historia Antonia Vivaldiego i jego rewolucyjnego arcydzieła: „Czterech pór roku”. Antonio Vivaldi urodził się w 1678 roku w Wenecji. Jego historia muzyczna zaczęła się nietypowo, bo nie od arystokratycznych salonów, lecz od... cyrulika. Ojciec Antonia, Giovanni Battista Vivaldi, był pierwotnie fryzjerem, ale z czasem został zawodowym skrzypkiem, zyskując posadę w słynnej Bazylice Świętego Marka. To właśnie on był pierwszym i najważniejszym nauczycielem młodego Antonia, przekazując mu wirtuozerię gry na skrzypcach. Antonio, jako najstarszy syn, został przeznaczony do stanu duchownego i w 1703 roku przyjął święcenia kapłańskie. Mimo woli ojca, jego serce należało do muzyki. Został zwolniony z obowiązku odprawiania mszy, prawdopodobnie z powodu problemów z astmą. Choć krążyły plotki, że w trakcie nabożeństw przerywał liturgię, by biec do zakrystii i szybko zapisać pomysły, które właśnie wpadły mu do głowy! Ale prawdziwą rewolucję Vivaldi rozpoczął w weneckim sierocińcu dla dziewcząt, Ospedale della Pietà. W tym samym roku, w którym został księdzem (1703), objął tam posadę nauczyciela skrzypiec, a z czasem awansował na dyrektora muzycznego. Orkiestra tego ośrodka organizowała cotygodniowe, głośne koncerty, by zbierać fundusze na utrzymanie. Vivaldi stworzył z tych anonimowych dziewcząt zespół, który stał się znany z doskonałych interpretacji. Poziom był tak wysoki, że instytucja przyjmowała na naukę płatne uczennice z zamożnych rodzin, które chciały zapewnić swoim córkom pierwszorzędne wykształcenie muzyczne. Jedną z nich była prawdopodobnie Anna Girò. Koncerty były tak sławne, że turyści z całej Europy przybywali do Wenecji tylko po to, by ich posłuchać – dziewczęta grały za metalową kratą, co dodawało ich muzyce aury tajemniczości. Krytycy pisali, że nigdzie na świecie nie znajdzie się muzyki równie słodkiej i harmonijnej! Właśnie dla tych niezwykle utalentowanych uczennic – Vivaldi stworzył większość swoich najważniejszych dzieł instrumentalnych. Choć Vivaldi znany jest głównie jako twórca koncertów, był także płodnym kompozytorem oper, pisząc ich ponad 50. Był impresariem, podróżującym po całej Europie, by wystawiać swoje utwory – od Mantui po Pragę i Wiedeń. W jego podróżach towarzyszyła mu młoda kontralcistka, Anna Girò, która stała się jego ulubioną primadonną. Anna, młodsza od Vivaldiego o około 30 lat, była jego uczennicą i zawodową partnerką. Towarzyszyła mu również jej siostra, Paulina, pełniąca rolę opiekunki (szaperonki). Ta relacja wywołała ogromny skandal w konserwatywnej Wenecji. Jak to możliwe, że ksiądz podróżuje i mieszka pod jednym dachem z młodą śpiewaczką? Plotki były tak złośliwe, że Vivaldi musiał publicznie się tłumaczyć, zaprzeczając wszelkim romansowym insynuacjom. Stanowczo bronił cnoty Anny, pisząc do swoich mecenasów: "Przez ostatnie 14 lat La Girò i ja podróżowaliśmy razem po wielu miastach Europy i jej skromność była wszędzie podziwiana." Anna Giro wyszła za mąż dopiero po śmierci Vivaldiego. Około 1720 roku Vivaldi skomponował cykl, który na zawsze odmienił historię muzyki. To cykl czterech koncertów skrzypcowych, które są do dziś jednym z najbardziej rozpoznawalnych utworów klasycznych. Koncerty te są esencją tzw. malarstwa dźwiękowego (imitazione della natura). Vivaldi jako jeden z pierwszych stworzył muzykę programową, która nie tylko wywoływała emocje, ale opowiadała historię. Podstawą jego dzieła były cztery anonimowe sonety, których fragmenty kompozytor wpisał w odpowiednie miejsca partytury. Dziś posłuchajmy tych poetyckich opisów, które Vivaldi przełożył na język dźwięków. 1. Wiosna (Koncert nr 1) Zaczynamy od obietnicy, radości i gwałtownej burzy, którą ptaki szybko przeganiają: Wiosna już nadeszła i ptaki wesoło Radosną swą pieśnią wieszczą jej przybycie; Zefir łagodnym tchnieniem fale toczy wkoło Potoków, co rwą bystro, skąpane w błękicie. Błyskawice i grzmoty, które w krąg słyszycie, Wysłano, by ogłosić nowej wiosny tchnienie; Ptaszęta przerywają zimowe milczenie, Znowu śpiewem swym dzwoniąc na podniebnym szczycie. I wnet się rozchodzi nad pola i drzewa Szmer kwiatów, traw i liści w noworodnej pysze, Kózka drzemiąc na słońcu gnuśnie się wygrzewa; Wiejska kobza ją do snu łagodnie kołysze. Pasterz nimfę porywa, a w tańcu im śpiewa Wiosna, zaglądając w lśniących oczu ciszę 2. Lato (Koncert nr 2) Czas upałów, senności, natrętnych much i dramatycznej, gwałtownej burzy: W pełni lata, gdy słońce wysoko w zenicie Ludzie i stada więdną od spiekoty. Kukułka zakuka i ptasie zaloty Turkawek i szczygłów budzą leśne życie. Zefirek powiewa, lecz wnet go wypiera Boreasz swarliwy i rusza swą drogą. Na łące pasterz nagle zdjęty trwogą Przeczuwa wichurę i w niebo spoziera. Porzuca odpoczynek, zrywa się po chwili, Z niepokojem czeka błyskawic i grzmotów. A muchy tną natrętnie i wirują rojem. Tak, pasterz zna przyrodę, instynkt go nie myli: Już niebo błyska, piorun walić gotów I grad łamie zboże, co na polu stoi. 3. Jesień (Koncert nr 3) Po burzy przychodzi czas na świętowanie zbiorów, taniec i… upojenie alkoholowe: Tańcami i śpiewem świętują wieśniacy Radość z pomyślnego na swych łanach zbioru. Wielu z nich się z Bachusem zadawszy po pracy, W sen zapada, nie bacząc na rozmach wieczoru. Porzucają zajęcia, tańczą i śpiewają, Na co rześkie powietrze skutecznie nakłania, Zaproszenia jesieni skwapliwie słuchają, Ciągnąc huczne zabawy choćby do zarania. Myśliwy, dzierżąc strzelby, wyrusza świtaniem, Trop w trop dąży, nie dając wymknąć się zwierzynie, Co umyka zaszczuta psów i rogów graniem. Nim nagonka wyruszy, zwierzyna łan minie, I choć łowczy się czasem błaźni pudłowaniem, To zmęczona ucieczką, osaczona - ginie. 4. Zima (Koncert nr 4) Ostatni sonet to mróz, drżenie, zgrzytanie zębami i walka z wichrami: Przemarzłym mną miotają przenikliwe chłody, Wiatr pędzi tumany, zrywa nawałnice, Przytupując szybko przebiegam ulice Zaciskam zęby, zgrzytam, tęsknię do zagrody. Gdziem przy łagodnym ogniu pędził błogie chwile, Gdy na zewnątrz ziąb trzymał, deszcz zacięty padał. Drobne kroki na lodzie kruchym lekko stawiam, Boję się ślizgawicy, nie upaść się silę. Wszystko na nic, padamy, młody czy też stary Zaraz zrywa się, biegnie gnany wichrów zgrają; Wokół zdradliwe trzaski lodu wciąż słyszymy. Byle prędzej do domu. Lecz i tu przez szpary Sirocco i Boreasz w walce docierają, Byśmy nie zapomnieli o potędze zimy Sukces nie trwał wiecznie. Pod koniec życia sława Vivaldiego w Wenecji zaczęła blednąć. Po niepowodzeniu ostatniej opery w 1738 roku, kompozytor podjął ostatnią, desperacką podróż w poszukiwaniu nowego mecenasa. W 1740 roku wyjechał do Wiednia, mając nadzieję na pracę u cesarza Karola VI. Niestety, cesarz zmarł krótko po jego przybyciu, a Vivaldi został bez protektora i bez środków do życia. Zmarł w Wiedniu w 1741 roku w skrajnej nędzy, a jego twórczość została niemal całkowicie zapomniana. Jego renesans rozpoczął się dopiero w XX wieku, po odnalezieniu tzw. rękopisów turyńskich. To właśnie wtedy świat na nowo oszalał na punkcie Rudego Księdza, który stworzył – jak złośliwie komentował Igor Strawiński – „czterysta razy jeden koncert”. To jest jednak dowód nie na powtarzalność, lecz na jego niezwykłą inwencję i zmysł melodyczny w ramach jednej formy. Tym samym, dziewczęta z sierocińca i ich rudy ksiądz na zawsze pozostawili swoje imię w historii muzyki!
Wchodzimy do barokowej Wenecji, na początku XVIII wieku. Tu, w mieście kanałów i masek, żył jeden z najbardziej kolorowych kompozytorów w historii. Był księdzem, ale zamiast kazań pisał opery. Był nauczycielem, który stworzył z anonimowych dziewcząt najlepszą orkiestrę Europy. I miał ognistorude włosy, przez co wszyscy znali go jako… Il Prete Rosso – Rudego Księdza. Oto historia Antonia Vivaldiego i jego rewolucyjnego arcydzieła: „Czterech pór roku”.

Antonio Vivaldi urodził się w 1678 roku w Wenecji. Jego historia muzyczna zaczęła się nietypowo, bo nie od arystokratycznych salonów, lecz od... cyrulika. Ojciec Antonia, Giovanni Battista Vivaldi, był pierwotnie fryzjerem, ale z czasem został zawodowym skrzypkiem, zyskując posadę w słynnej Bazylice Świętego Marka. To właśnie on był pierwszym i najważniejszym nauczycielem młodego Antonia, przekazując mu wirtuozerię gry na skrzypcach.
Antonio, jako najstarszy syn, został przeznaczony do stanu duchownego i w 1703 roku przyjął święcenia kapłańskie. Mimo woli ojca, jego serce należało do muzyki. Został zwolniony z obowiązku odprawiania mszy, prawdopodobnie z powodu problemów z astmą. Choć krążyły plotki, że w trakcie nabożeństw przerywał liturgię, by biec do zakrystii i szybko zapisać pomysły, które właśnie wpadły mu do głowy!

Ale prawdziwą rewolucję Vivaldi rozpoczął w weneckim sierocińcu dla dziewcząt, Ospedale della Pietà. W tym samym roku, w którym został księdzem (1703), objął tam posadę nauczyciela skrzypiec, a z czasem awansował na dyrektora muzycznego. Orkiestra tego ośrodka organizowała cotygodniowe, głośne koncerty, by zbierać fundusze na utrzymanie.
Vivaldi stworzył z tych anonimowych dziewcząt zespół, który stał się znany z doskonałych interpretacji. Poziom był tak wysoki, że instytucja przyjmowała na naukę płatne uczennice z zamożnych rodzin, które chciały zapewnić swoim córkom pierwszorzędne wykształcenie muzyczne. Jedną z nich była prawdopodobnie Anna Girò. Koncerty były tak sławne, że turyści z całej Europy przybywali do Wenecji tylko po to, by ich posłuchać – dziewczęta grały za metalową kratą, co dodawało ich muzyce aury tajemniczości.
Krytycy pisali, że nigdzie na świecie nie znajdzie się muzyki równie słodkiej i harmonijnej! Właśnie dla tych niezwykle utalentowanych uczennic – Vivaldi stworzył większość swoich najważniejszych dzieł instrumentalnych.

Choć Vivaldi znany jest głównie jako twórca koncertów, był także płodnym kompozytorem oper, pisząc ich ponad 50. Był impresariem, podróżującym po całej Europie, by wystawiać swoje utwory – od Mantui po Pragę i Wiedeń.
W jego podróżach towarzyszyła mu młoda kontralcistka, Anna Girò, która stała się jego ulubioną primadonną. Anna, młodsza od Vivaldiego o około 30 lat, była jego uczennicą i zawodową partnerką. Towarzyszyła mu również jej siostra, Paulina, pełniąca rolę opiekunki (szaperonki).
Ta relacja wywołała ogromny skandal w konserwatywnej Wenecji. Jak to możliwe, że ksiądz podróżuje i mieszka pod jednym dachem z młodą śpiewaczką? Plotki były tak złośliwe, że Vivaldi musiał publicznie się tłumaczyć, zaprzeczając wszelkim romansowym insynuacjom. Stanowczo bronił cnoty Anny, pisząc do swoich mecenasów: "Przez ostatnie 14 lat La Girò i ja podróżowaliśmy razem po wielu miastach Europy i jej skromność była wszędzie podziwiana."
Anna Giro wyszła za mąż dopiero po śmierci Vivaldiego.

Około 1720 roku Vivaldi skomponował cykl, który na zawsze odmienił historię muzyki. To cykl czterech koncertów skrzypcowych, które są do dziś jednym z najbardziej rozpoznawalnych utworów klasycznych.
Koncerty te są esencją tzw. malarstwa dźwiękowego (imitazione della natura). Vivaldi jako jeden z pierwszych stworzył muzykę programową, która nie tylko wywoływała emocje, ale opowiadała historię. Podstawą jego dzieła były cztery anonimowe sonety, których fragmenty kompozytor wpisał w odpowiednie miejsca partytury. Dziś posłuchajmy tych poetyckich opisów, które Vivaldi przełożył na język dźwięków.

1. Wiosna (Koncert nr 1)
Zaczynamy od obietnicy, radości i gwałtownej burzy, którą ptaki szybko przeganiają:
Wiosna już nadeszła i ptaki wesoło
Radosną swą pieśnią wieszczą jej przybycie;
Zefir łagodnym tchnieniem fale toczy wkoło
Potoków, co rwą bystro, skąpane w błękicie.
Błyskawice i grzmoty, które w krąg słyszycie,
Wysłano, by ogłosić nowej wiosny tchnienie;
Ptaszęta przerywają zimowe milczenie,
Znowu śpiewem swym dzwoniąc na podniebnym szczycie.
I wnet się rozchodzi nad pola i drzewa
Szmer kwiatów, traw i liści w noworodnej pysze,
Kózka drzemiąc na słońcu gnuśnie się wygrzewa;
Wiejska kobza ją do snu łagodnie kołysze.
Pasterz nimfę porywa, a w tańcu im śpiewa
Wiosna, zaglądając w lśniących oczu ciszę

2. Lato (Koncert nr 2)
Czas upałów, senności, natrętnych much i dramatycznej, gwałtownej burzy:
W pełni lata, gdy słońce wysoko w zenicie
Ludzie i stada więdną od spiekoty.
Kukułka zakuka i ptasie zaloty
Turkawek i szczygłów budzą leśne życie.
Zefirek powiewa, lecz wnet go wypiera
Boreasz swarliwy i rusza swą drogą.
Na łące pasterz nagle zdjęty trwogą
Przeczuwa wichurę i w niebo spoziera.
Porzuca odpoczynek, zrywa się po chwili,
Z niepokojem czeka błyskawic i grzmotów.
A muchy tną natrętnie i wirują rojem.
Tak, pasterz zna przyrodę, instynkt go nie myli:
Już niebo błyska, piorun walić gotów
I grad łamie zboże, co na polu stoi.

3. Jesień (Koncert nr 3)
Po burzy przychodzi czas na świętowanie zbiorów, taniec i… upojenie alkoholowe:
Tańcami i śpiewem świętują wieśniacy
Radość z pomyślnego na swych łanach zbioru.
Wielu z nich się z Bachusem zadawszy po pracy,
W sen zapada, nie bacząc na rozmach wieczoru.
Porzucają zajęcia, tańczą i śpiewają,
Na co rześkie powietrze skutecznie nakłania,
Zaproszenia jesieni skwapliwie słuchają,
Ciągnąc huczne zabawy choćby do zarania.
Myśliwy, dzierżąc strzelby, wyrusza świtaniem,
Trop w trop dąży, nie dając wymknąć się zwierzynie,
Co umyka zaszczuta psów i rogów graniem.
Nim nagonka wyruszy, zwierzyna łan minie,
I choć łowczy się czasem błaźni pudłowaniem,
To zmęczona ucieczką, osaczona - ginie.

4. Zima (Koncert nr 4)
Ostatni sonet to mróz, drżenie, zgrzytanie zębami i walka z wichrami:
Przemarzłym mną miotają przenikliwe chłody,
Wiatr pędzi tumany, zrywa nawałnice,
Przytupując szybko przebiegam ulice
Zaciskam zęby, zgrzytam, tęsknię do zagrody.
Gdziem przy łagodnym ogniu pędził błogie chwile,
Gdy na zewnątrz ziąb trzymał, deszcz zacięty padał.
Drobne kroki na lodzie kruchym lekko stawiam,
Boję się ślizgawicy, nie upaść się silę.
Wszystko na nic, padamy, młody czy też stary
Zaraz zrywa się, biegnie gnany wichrów zgrają;
Wokół zdradliwe trzaski lodu wciąż słyszymy.
Byle prędzej do domu. Lecz i tu przez szpary
Sirocco i Boreasz w walce docierają,
Byśmy nie zapomnieli o potędze zimy

Sukces nie trwał wiecznie. Pod koniec życia sława Vivaldiego w Wenecji zaczęła blednąć. Po niepowodzeniu ostatniej opery w 1738 roku, kompozytor podjął ostatnią, desperacką podróż w poszukiwaniu nowego mecenasa. W 1740 roku wyjechał do Wiednia, mając nadzieję na pracę u cesarza Karola VI.
Niestety, cesarz zmarł krótko po jego przybyciu, a Vivaldi został bez protektora i bez środków do życia. Zmarł w Wiedniu w 1741 roku w skrajnej nędzy, a jego twórczość została niemal całkowicie zapomniana.
Jego renesans rozpoczął się dopiero w XX wieku, po odnalezieniu tzw. rękopisów turyńskich. To właśnie wtedy świat na nowo oszalał na punkcie Rudego Księdza, który stworzył – jak złośliwie komentował Igor Strawiński – „czterysta razy jeden koncert”. To jest jednak dowód nie na powtarzalność, lecz na jego niezwykłą inwencję i zmysł melodyczny w ramach jednej formy.
Tym samym, dziewczęta z sierocińca i ich rudy ksiądz na zawsze pozostawili swoje imię w historii muzyki!

94 - Katarzyna von Bora
2025-11-14 19:27:09

Katarzyna von Bora: Rewolucjonistka Reformacji i Prekursorka Nowoczesnej Kobiety Fascynująca historia życia Katarzyny von Bora – kobiety, która z zakonnicy stała się żoną Marcina Lutra i współtwórczynią Reformacji. Ta audycja, idealnie wpisująca się w temat „Zmiana”, ukazuje Katarzynę von Bora jako prekursorkę nowoczesnej, inicjatywnej kobiety, która dokonała rewolucyjnych wyborów w XVI wieku. Kluczowe tematy audycji: Ucieczka z Zakonu i Bunt z Wiedzy: Katarzyna, pochodząca z ubogiej szlachty, została oddana do zakonu jako dziecko. W wieku 24 lat, zainspirowana pismami Marcina Lutra, zaryzykowała karę śmierci , organizując ucieczkę 12 zakonnic, ukrytych w beczkach po śledziach. Ucieczka jest tu przedstawiona jako akt wolności zrodzony z dostępu do wiedzy. Małżeństwo z Lutrem i „Pan Katarzyna”: To Katarzyna, proaktywna i świadoma swojej wartości, sama oświadczyła się Lutrowi , odrzucając innego kandydata. Mimo początkowych wahań, Luter szybko docenił jej charakter, nazywając ją ironicznie „Her Katarzyna” (Pan Katarzyna) z powodu jej przedsiębiorczości. Gospodyni i Przedsiębiorczyni: Para otrzymała ruinę dawnego klasztoru. Katarzyna, w przeciwieństwie do „kiepskiego” w gospodarstwie Lutra, przejęła całe zarządzanie : warzyła piwo, hodowała zwierzęta, wynajmowała pokoje studentom i urządziła szpital. To jej praca i zaradność uczyniły ich jedną z bogatszych rodzin w Wittenberdze, ilustrując protestanckie podejście do majątku jako błogosławieństwa. Przełamywanie Stereotypów: Katarzyna uczestniczyła na równi w „rozmowach stołowych” z teologami, dyskutując na tematy biblijne. Jej obecność i edukacja były ogromnym przełamaniem barier dla kobiet tamtych czasów. Dziedzictwo Zmiany: Audycja podkreśla szerszy wpływ Reformacji na społeczeństwo: powszechną edukację (również dla dziewcząt), tłumaczenie Biblii na język niemiecki i ideę równości wszystkich przed Bogiem . Pokazuje jednak, że zmiana jest procesem – mimo rewolucji, Katarzyna po śmierci męża borykała się z biedą i wojnami, a prawo saskie odebrało jej prawo do dziedziczenia majątku. Posłuchaj, jak Katarzyna von Bora, wraz z Marcinem Lutrem , stała się ikoną wytrwałości i przedsiębiorczości, przyczyniając się do zmian, które ukształtowały współczesny świat i prawa kobiet. Podkast Stacja Zmiana można posłuchać tutaj: https://open.spotify.com/show/10o2alLflVBIV3T7pAGATa https://www.youtube.com/@stacjazmiana https://stacjazmiana.pl/
Katarzyna von Bora: Rewolucjonistka Reformacji i Prekursorka Nowoczesnej Kobiety
Fascynująca historia życia Katarzyny von Bora – kobiety, która z zakonnicy stała się żoną Marcina Lutra i współtwórczynią Reformacji. Ta audycja, idealnie wpisująca się w temat „Zmiana”, ukazuje Katarzynę von Bora jako prekursorkę nowoczesnej, inicjatywnej kobiety, która dokonała rewolucyjnych wyborów w XVI wieku.Kluczowe tematy audycji:
  • Ucieczka z Zakonu i Bunt z Wiedzy: Katarzyna, pochodząca z ubogiej szlachty, została oddana do zakonu jako dziecko. W wieku 24 lat, zainspirowana pismami Marcina Lutra, zaryzykowała karę śmierci, organizując ucieczkę 12 zakonnic, ukrytych w beczkach po śledziach. Ucieczka jest tu przedstawiona jako akt wolności zrodzony z dostępu do wiedzy.
  • Małżeństwo z Lutrem i „Pan Katarzyna”: To Katarzyna, proaktywna i świadoma swojej wartości, sama oświadczyła się Lutrowi, odrzucając innego kandydata. Mimo początkowych wahań, Luter szybko docenił jej charakter, nazywając ją ironicznie „Her Katarzyna” (Pan Katarzyna) z powodu jej przedsiębiorczości.
  • Gospodyni i Przedsiębiorczyni: Para otrzymała ruinę dawnego klasztoru. Katarzyna, w przeciwieństwie do „kiepskiego” w gospodarstwie Lutra, przejęła całe zarządzanie: warzyła piwo, hodowała zwierzęta, wynajmowała pokoje studentom i urządziła szpital. To jej praca i zaradność uczyniły ich jedną z bogatszych rodzin w Wittenberdze, ilustrując protestanckie podejście do majątku jako błogosławieństwa.
  • Przełamywanie Stereotypów: Katarzyna uczestniczyła na równi w „rozmowach stołowych” z teologami, dyskutując na tematy biblijne. Jej obecność i edukacja były ogromnym przełamaniem barier dla kobiet tamtych czasów.
  • Dziedzictwo Zmiany: Audycja podkreśla szerszy wpływ Reformacji na społeczeństwo: powszechną edukację (również dla dziewcząt), tłumaczenie Biblii na język niemiecki i ideę równości wszystkich przed Bogiem. Pokazuje jednak, że zmiana jest procesem – mimo rewolucji, Katarzyna po śmierci męża borykała się z biedą i wojnami, a prawo saskie odebrało jej prawo do dziedziczenia majątku.
Posłuchaj, jak Katarzyna von Bora, wraz z Marcinem Lutrem, stała się ikoną wytrwałości i przedsiębiorczości, przyczyniając się do zmian, które ukształtowały współczesny świat i prawa kobiet.


Podkast Stacja Zmiana można posłuchać tutaj:
https://open.spotify.com/show/10o2alLflVBIV3T7pAGATa
https://www.youtube.com/@stacjazmiana
https://stacjazmiana.pl/

93 - Z Waterloo do Carabobo
2025-10-21 11:22:40

 Z Waterloo do Carabobo: Byli Wrogowie Walczący dla Bolivara Bitwa pod Waterloo (1815) nie tylko zakończyła epokę Napoleona, ale też stworzyła ogromny problem demobilizacyjny dla całej Europy. Przez ponad dwadzieścia lat, od początku wojen rewolucyjnych w 1792 roku (zapoczątkowanych po Rewolucji Francuskiej z 1789 r.) do ostatecznej klęski Napoleona, tysiące doświadczonych żołnierzy, którzy znali tylko wojnę, nagle znalazło się bez zajęcia i środków do życia. Ta potężna fala weteranów, zarówno ze strony zwycięskiej Wielkiej Brytanii, jak i przegranego obozu napoleońskiego (w tym polscy legioniści), stała się zapasowym "paliwem" dla nowej rewolucji, która rozpalała się po drugiej stronie Atlantyku – w Ameryce Południowej. Kryzys Weteranów i Dyplomatyczne Mrużenie Oka W Wielkiej Brytanii, mimo zwycięstwa, powrót do pokoju oznaczał kryzys społeczny. Rząd musiał znaleźć rozwiązanie dla tysięcy zdemobilizowanych żołnierzy. Utrzymanie armii w czasie pokoju było drogie, a bezrobotni weterani stanowili potencjalne źródło niepokojów. W tym samym czasie Simón Bolívar, "Wyzwoliciel" (El Libertador), prowadził ciężkie walki o wyzwolenie Wenezueli i Nowej Granady (Kolumbii) spod panowania Hiszpanii. Bolívar pilnie potrzebował doświadczonych kadr, a Europa była nimi przesycona. Wielka Brytania była oficjalnie związana z Hiszpanią, a nadrzędne zasady paktu europejskiego dodatkowo komplikowały sytuację. Ustalenia Kongresu Wiedeńskiego (1815) zobowiązywały wszystkich sygnatariuszy, w tym Wielką Brytanię, do zachowania stabilności i neutralności w konfliktach wewnętrznych państw sojuszniczych – czyli Hiszpanii. Publiczne wsparcie rebeliantów byłoby rażącym złamaniem tego porządku. Później, w 1819 roku, Londyn uchwalił nawet Akt o Służbie Cudzoziemskiej (Foreign Enlistment Act), który teoretycznie zakazywał obywatelom brytyjskim zaciągania się do obcych armii walczących przeciwko Hiszpanii. Rzeczywistość była jednak inna. Kluczową rolę w tym dyplomatycznym "mrużeniu oka" odegrał sam Książę Wellington. Bohater spod Waterloo wiedział doskonale, że emigracja tysięcy weteranów to najlepszy sposób, aby pozbyć się potencjalnych kłopotów w kraju. Oficjalnie Londyn potępiał rekrutację, ale w praktyce cicho ją tolerował, przedkładając wewnętrzny spokój i przyszłe korzyści handlowe nad formalne zobowiązania. Rola Luisa Lópeza Méndeza i Legionów Brytyjskich W Londynie na początku działał Luis López Méndez, agent Bolivara i Wenezueli. Pomimo oficjalnych przeszkód, Méndez prowadził w stolicy Wielkiej Brytanii szeroko zakrojoną, choć półlegalną, rekrutację. Obiecywał żołnierzom nie tylko przygodę i awans, ale także wysoki żołd (choć często bywało, że go nie otrzymywali) oraz działki ziemi w przyszłej, wolnej Wenezueli. Działania Méndeza miały tak kolosalne znaczenie dla rewolucji, że sam Simón Bolívar miał później powiedzieć: „Jeśli Caracas (stolica Wenezueli) zawdzięcza życie Paezowi, to Méndezowi zawdzięcza wolność”. Było to jednoznaczne uznanie, że zwycięstwo zostało osiągnięte dzięki weteranom zwerbowanym przez jego agenta. Dzięki temu powstały Legiony Brytyjskie (British Legions). Nie była to jednolita formacja, lecz zbiór oddziałów liczących łącznie kilka tysięcy ochotników, w skład których wchodzili: Weterani brytyjscy – zwłaszcza piechota i oficerowie, Żołnierze niemieccy i irlandzcy – także mający doświadczenie z wojen napoleońskich. Polacy u boku Dawnych Wrogów W tym samym tyglu znaleźli się Polacy – weterani Legii Nadwiślańskiej, którzy po klęsce Napoleona stracili nadzieję na szybką niepodległość ojczyzny. W państwach zaborczych czekały ich represje, a walka pod flagą Bolivara była dla nich kontynuacją idei wolności. Spotkanie byłych wrogów najlepiej ilustrują historie konkretnych osób: Polak – Izydor Borowski (1776–1838): Weteran Legionów Polskich we Włoszech i kampanii napoleońskich, podpułkownik i ceniony oficer. Po upadku Napoleona zaciągnął się do armii Bolivara, gdzie służył w kawalerii, przyczyniając się do kluczowych zwycięstw, a później osiadł w Peru, kontynuując karierę wojskową w nowej republice. Anglik – Daniel Florence O’Leary (1801–1854): Młody oficer, który zaciągnął się do służby w Wenezueli w 1818 roku. Był kluczowym członkiem brytyjskich kontyngentów, a później awansował na osobistego adiutanta Simóna Bolivara. Po śmierci Wyzwoliciela O’Leary poświęcił życie spisaniu jego monumentalnych pamiętników, co czyni go jednym z najważniejszych kronikarzy rewolucji. Ci żołnierze, którzy pod Austerlitz, Frydlandem czy Saragossą walczyli przeciwko sobie, teraz zjednoczyli się z nimi w ramach brytyjskich lub innych cudzoziemskich formacji. Byli cenieni za swoje umiejętności. Sprawdzian Bojowy Legiony Brytyjskie odegrały kluczową rolę w decydujących momentach rewolucji. Ich zdyscyplinowanie i doświadczenie były nieocenione dla Bolivara. Bitwa pod Pantano de Vargas (25 lipca 1819) Najważniejszą bitwą, w której wykazali się Brytyjczycy i walczący u ich boku żołnierze, była Bitwa pod Carabobo w 1821 roku. To zwycięstwo zapewniło ostateczną niepodległość Wenezueli. Pozycja brytyjskich legionistów, którzy walczyli z odwagą, która często decydowała o losach starcia, stała się legendarna. Ostatecznie, dzięki pragmatyzmowi Winstona (Wellingtona), sprytowi Méndeza oraz determinacji europejskich weteranów – zarówno brytyjskich zwycięzców, jak i polskich przegranych z epoki napoleońskiej – kontynent Ameryki Południowej zyskał swoich wyzwolicieli. Ich historia to niezwykły przykład na to, jak geopolityka i rewolucyjny zapał potrafią przekuć dawne waśnie w sojusze.
 Z Waterloo do Carabobo: Byli Wrogowie Walczący dla Bolivara
Bitwa pod Waterloo (1815) nie tylko zakończyła epokę Napoleona, ale też stworzyła ogromny problem demobilizacyjny dla całej Europy. Przez ponad dwadzieścia lat, od początku wojen rewolucyjnych w 1792 roku (zapoczątkowanych po Rewolucji Francuskiej z 1789 r.) do ostatecznej klęski Napoleona, tysiące doświadczonych żołnierzy, którzy znali tylko wojnę, nagle znalazło się bez zajęcia i środków do życia. Ta potężna fala weteranów, zarówno ze strony zwycięskiej Wielkiej Brytanii, jak i przegranego obozu napoleońskiego (w tym polscy legioniści), stała się zapasowym "paliwem" dla nowej rewolucji, która rozpalała się po drugiej stronie Atlantyku – w Ameryce Południowej.
Kryzys Weteranów i Dyplomatyczne Mrużenie Oka
W Wielkiej Brytanii, mimo zwycięstwa, powrót do pokoju oznaczał kryzys społeczny. Rząd musiał znaleźć rozwiązanie dla tysięcy zdemobilizowanych żołnierzy. Utrzymanie armii w czasie pokoju było drogie, a bezrobotni weterani stanowili potencjalne źródło niepokojów.
W tym samym czasie Simón Bolívar, "Wyzwoliciel" (El Libertador), prowadził ciężkie walki o wyzwolenie Wenezueli i Nowej Granady (Kolumbii) spod panowania Hiszpanii. Bolívar pilnie potrzebował doświadczonych kadr, a Europa była nimi przesycona.
Wielka Brytania była oficjalnie związana z Hiszpanią, a nadrzędne zasady paktu europejskiego dodatkowo komplikowały sytuację. Ustalenia Kongresu Wiedeńskiego (1815) zobowiązywały wszystkich sygnatariuszy, w tym Wielką Brytanię, do zachowania stabilności i neutralności w konfliktach wewnętrznych państw sojuszniczych – czyli Hiszpanii. Publiczne wsparcie rebeliantów byłoby rażącym złamaniem tego porządku. Później, w 1819 roku, Londyn uchwalił nawet Akt o Służbie Cudzoziemskiej (Foreign Enlistment Act), który teoretycznie zakazywał obywatelom brytyjskim zaciągania się do obcych armii walczących przeciwko Hiszpanii. Rzeczywistość była jednak inna.
Kluczową rolę w tym dyplomatycznym "mrużeniu oka" odegrał sam Książę Wellington. Bohater spod Waterloo wiedział doskonale, że emigracja tysięcy weteranów to najlepszy sposób, aby pozbyć się potencjalnych kłopotów w kraju. Oficjalnie Londyn potępiał rekrutację, ale w praktyce cicho ją tolerował, przedkładając wewnętrzny spokój i przyszłe korzyści handlowe nad formalne zobowiązania.
Rola Luisa Lópeza Méndeza i Legionów Brytyjskich
W Londynie na początku działał Luis López Méndez, agent Bolivara i Wenezueli. Pomimo oficjalnych przeszkód, Méndez prowadził w stolicy Wielkiej Brytanii szeroko zakrojoną, choć półlegalną, rekrutację. Obiecywał żołnierzom nie tylko przygodę i awans, ale także wysoki żołd (choć często bywało, że go nie otrzymywali) oraz działki ziemi w przyszłej, wolnej Wenezueli. Działania Méndeza miały tak kolosalne znaczenie dla rewolucji, że sam Simón Bolívar miał później powiedzieć: „Jeśli Caracas (stolica Wenezueli) zawdzięcza życie Paezowi, to Méndezowi zawdzięcza wolność”. Było to jednoznaczne uznanie, że zwycięstwo zostało osiągnięte dzięki weteranom zwerbowanym przez jego agenta.
Dzięki temu powstały Legiony Brytyjskie (British Legions). Nie była to jednolita formacja, lecz zbiór oddziałów liczących łącznie kilka tysięcy ochotników, w skład których wchodzili:
Weterani brytyjscy – zwłaszcza piechota i oficerowie,
Żołnierze niemieccy i irlandzcy – także mający doświadczenie z wojen napoleońskich.
Polacy u boku Dawnych Wrogów
W tym samym tyglu znaleźli się Polacy – weterani Legii Nadwiślańskiej, którzy po klęsce Napoleona stracili nadzieję na szybką niepodległość ojczyzny. W państwach zaborczych czekały ich represje, a walka pod flagą Bolivara była dla nich kontynuacją idei wolności.
Spotkanie byłych wrogów najlepiej ilustrują historie konkretnych osób:
Polak – Izydor Borowski (1776–1838): Weteran Legionów Polskich we Włoszech i kampanii napoleońskich, podpułkownik i ceniony oficer. Po upadku Napoleona zaciągnął się do armii Bolivara, gdzie służył w kawalerii, przyczyniając się do kluczowych zwycięstw, a później osiadł w Peru, kontynuując karierę wojskową w nowej republice.
Anglik – Daniel Florence O’Leary (1801–1854): Młody oficer, który zaciągnął się do służby w Wenezueli w 1818 roku. Był kluczowym członkiem brytyjskich kontyngentów, a później awansował na osobistego adiutanta Simóna Bolivara. Po śmierci Wyzwoliciela O’Leary poświęcił życie spisaniu jego monumentalnych pamiętników, co czyni go jednym z najważniejszych kronikarzy rewolucji.
Ci żołnierze, którzy pod Austerlitz, Frydlandem czy Saragossą walczyli przeciwko sobie, teraz zjednoczyli się z nimi w ramach brytyjskich lub innych cudzoziemskich formacji. Byli cenieni za swoje umiejętności.
Sprawdzian Bojowy
Legiony Brytyjskie odegrały kluczową rolę w decydujących momentach rewolucji. Ich zdyscyplinowanie i doświadczenie były nieocenione dla Bolivara. Bitwa pod Pantano de Vargas (25 lipca 1819)
Najważniejszą bitwą, w której wykazali się Brytyjczycy i walczący u ich boku żołnierze, była Bitwa pod Carabobo w 1821 roku. To zwycięstwo zapewniło ostateczną niepodległość Wenezueli. Pozycja brytyjskich legionistów, którzy walczyli z odwagą, która często decydowała o losach starcia, stała się legendarna.
Ostatecznie, dzięki pragmatyzmowi Winstona (Wellingtona), sprytowi Méndeza oraz determinacji europejskich weteranów – zarówno brytyjskich zwycięzców, jak i polskich przegranych z epoki napoleońskiej – kontynent Ameryki Południowej zyskał swoich wyzwolicieli. Ich historia to niezwykły przykład na to, jak geopolityka i rewolucyjny zapał potrafią przekuć dawne waśnie w sojusze.

92 - Wierzący uczeni
2025-10-11 11:53:09

Często mówi się o konflikcie między nauką a wiarą, o rzekomej przepaści między rozumem a religią. A jednak, gdy przyjrzymy się historii, zobaczymy coś zupełnie przeciwnego. Zobaczymy ludzi, którzy byli nie tylko wielkimi uczonymi, lecz także ludźmi głębokiej wiary — przekonanych, że poznając prawa natury, odkrywają dzieło samego Boga. Oto kilku z nich. Johannes Kepler (1571–1630) Niemiecki astronom i matematyk, który sformułował trzy prawa ruchu planet. Dzięki niemu zrozumieliśmy, że planety nie poruszają się po idealnych okręgach, lecz po elipsach, a odkrycia Kopernika nabrały sensu. Prace Keplera stały się fundamentem fizyki Newtona. Kepler wierzył, że matematyka to język, którym Stwórca zapisał wszechświat. Pisał, że badając niebo, „myśli Boże stara się odczytać”. Dla niego nauka była formą modlitwy – zachwytem nad porządkiem stworzenia. Na jego cześć nazwano kosmiczny teleskop Keplera oraz kratery Keplera na Księżycu i Marsie. Galileusz (1564–1642) Ojciec współczesnej nauki, który udoskonalił teleskop i jako pierwszy zastosował go do obserwacji nieba. Badał prawa ruchu i odkrył księżyce Jowisza. Choć popadł w konflikt z władzami Kościoła, sam nigdy nie przeciwstawiał wiary rozumowi. To właśnie Galileusz powiedział słynne słowa: „Pismo Święte mówi, jak się idzie do nieba, a nie jak niebo się porusza.”  Uważał, że prawdziwa wiara i prawdziwa nauka nie mogą sobie zaprzeczać, bo obie pochodzą od Boga – tylko mówią różnymi językami. Kluczowym elementem jego myślenia było przekonanie, że istnieją dwa sposoby poznania Boga: poprzez księgę Pisma Świętego i poprzez księgę natury. Na jego cześć nazwano księżyce galileuszowe Jowisza, sondę Galileo i system nawigacji satelitarnej Galileo. Blaise Pascal (1623–1662) Francuski matematyk, fizyk i filozof. Odkrył prawo ciśnienia i skonstruował jeden z pierwszych kalkulatorów mechanicznych – tzw. Pascalinę. Po duchowym przełomie związał się z ruchem jansenistów i napisał swoje słynne Myśli – głęboką refleksję o wierze i ludzkiej naturze. Pascal uważał, że rozum prowadzi człowieka tylko do pewnej granicy – dalej zaczyna się tajemnica Boga. Nauka, jego zdaniem, nie jest w stanie odpowiedzieć na wszystkie pytania. Jego imieniem nazwano jednostkę ciśnienia – paskal (Pa), używaną na całym świecie. Robert Boyle (1627–1691) Irlandzki chemik i fizyk, autor prawa Boyle’a-Mariotte’a opisującego zależność między ciśnieniem a objętością gazu. Był jednym z pierwszych uczonych, którzy uczynili eksperyment sercem nauki. Boyle był gorliwym chrześcijaninem, finansował tłumaczenia Biblii i pisał dzieła teologiczne. Wierzył, że nauka nie oddala człowieka od Boga, ale przybliża go do zrozumienia Jego zamysłu. Do dziś jego nazwisko widnieje w podręcznikach chemii jako prawo Boyle’a. Isaac Newton (1643–1727) Twórca mechaniki klasycznej, prawa powszechnego ciążenia i podstaw nowoczesnej fizyki.  Mniej znany jest fakt, że Newton poświęcił ogromną część życia studiowaniu Biblii. Pisał traktaty teologiczne, analizował proroctwa i nie wierzył w dogmat Trójcy, uznając tylko jednego Boga Ojca. To trochę paradoks, że był antytrynitarzem, a pracował w Trinity College (Kolegium Trójcy) w Cambridge. Dla Newtona wszechświat był doskonałym mechanizmem zaprojektowanym przez mądrego Stwórcę. Jednostka siły – niuton (N) – nosi jego imię, a jego zasady wciąż stanowią podstawę fizyki szkolnej. Michael Faraday (1791–1867) Angielski fizyk i chemik, odkrywca indukcji elektromagnetycznej i zjawiska elektrolizy. Jego odkrycia obejmowały m.in. magnetyczną polaryzację światła (efekt Faradaya) i odkrycie benzenu. Prawa elektrolizy Faradaya połączyły fizykę i chemię, tworząc nową dziedzinę – elektrochemię (od niego pochodzą m.in. określenia „katoda” i „anoda”). Był członkiem niewielkiej wspólnoty chrześcijańskiej – Sandemanianów. Z powodu wiary odmówił przyjęcia tytułu szlacheckiego i nie chciał uczestniczyć w badaniach nad bronią. Faraday uważał, że w prawach natury odzwierciedla się porządek Boga. Jego imię upamiętnia jednostka pojemności elektrycznej – farad (F) – oraz stała Faradaya, kluczowa w elektrochemii. Gregor Mendel (1822–1884) Augustianin z Brna, zwany ojcem genetyki. W ogrodzie klasztornym prowadził swoje słynne doświadczenia nad grochem, odkrywając podstawowe prawa dziedziczenia. Mendel był przekonany, że badając życie, odkrywa Boży plan stworzenia. Jego wiara dawała mu cierpliwość i pokorę wobec natury. Po jego śmierci jego odkrycia na dziesięciolecia popadły w zapomnienie, a gdy w XX wieku je przywrócono, stały się fundamentem biologii. W Związku Radzieckim, gdzie ateistyczna ideologia rządziła nauką, prawa Mendla uznano za „burżuazyjne” i zakazano ich nauczania. Uczeni, którzy je bronili, byli prześladowani. To ironia historii – to nie wierzący, lecz bezbożni ideolodzy sprzeciwiali się nauce. Jego nazwisko przetrwało w pojęciu genetyki mendlowskiej, czyli podstawowej teorii dziedziczenia. James Clerk Maxwell (1831–1879) Szkocki fizyk, który połączył elektryczność, magnetyzm i światło w jedną teorię. Jego równania są filarem współczesnej fizyki. Maxwell był człowiekiem głębokiej wiary. Pisał poezje religijne i uważał, że harmonia natury odzwierciedla mądrość Boga. Nie ma jednostki jego imienia w układzie SI, ale imieniem Maxwella nazwano jednostkę strumienia magnetycznego w układzie CGS – makswel (Mx). Jego równania Maxwella to jeden z najtrwalszych pomników ludzkiego geniuszu – od nich wyszedł Einstein, budując swoją teorię względności. Georges Lemaître (1894–1966) Belgijski ksiądz katolicki i astrofizyk. To on pierwszy zaproponował teorię „pierwotnego atomu”, czyli ideę Wielkiego Wybuchu, czemu początkowo przeciwstawiał się Einstein. Choć był duchownym, podkreślał, że nauka i teologia to dwie różne dziedziny: nauka bada, jak powstał świat, a wiara – dlaczego. Na jego cześć nazwano krater Lemaître na Księżycu i teleskop Lemaître w Chile. Dla wielu stał się przykładem uczonego, który potrafił łączyć rozum i wiarę z pełnym spokojem. Arthur Compton (1892–1962) Amerykański fizyk, laureat Nagrody Nobla za odkrycie efektu Comptona, który potwierdził, że światło może zachowywać się jak cząstka. Compton był człowiekiem głębokiej wiary. Uważał, że nauka odsłania prawa wpisane przez Boga w świat i że każde odkrycie to kolejny krok w stronę poznania Stwórcy. Jego nazwisko utrwalono w efekcie Comptona i w pojęciu długości fali Comptona, kluczowym w fizyce kwantowej. Francis Collins (ur. 1950) Amerykański genetyk, kierownik projektu poznania ludzkiego genomu i były dyrektor amerykańskich instytutów zdrowia. Collins przez wiele lat był ateistą, ale – jak sam mówi – wiara przyszła, gdy zobaczył w kodzie DNA „język Boga”. W swojej książce The Language of God opisał, jak nauka nie tylko nie osłabiła jego wiary, ale ją pogłębiła. Napisał tam też: „Nie przyszedłem do wiary przez jakąś wizję czy objawienie, ale przez rozsądną analizę dowodów i pytań, które stawia nauka i moralność. Wiara była naturalnym wnioskiem z tej refleksji.” Choć nie ma jednostki jego imienia, jego nazwisko na zawsze pozostanie związane z projektem poznania ludzkiego genomu – jednym z największych osiągnięć współczesnej nauki. Zakończenie Historia tych ludzi pokazuje, że nauka i wiara nie są wrogami.  Dla Keplera, Newtona, Faradaya czy Mendla poznawanie świata było formą czci wobec Boga.  Dla Lemaître’a i Collinsa – sposobem, by zrozumieć język, którym Bóg przemówił do stworzenia. Ich życie przypomina, że prawdziwa nauka nie boi się pytań o sens, a prawdziwa wiara – nie boi się światła rozumu.
Często mówi się o konflikcie między nauką a wiarą, o rzekomej przepaści między rozumem a religią. A jednak, gdy przyjrzymy się historii, zobaczymy coś zupełnie przeciwnego. Zobaczymy ludzi, którzy byli nie tylko wielkimi uczonymi, lecz także ludźmi głębokiej wiary — przekonanych, że poznając prawa natury, odkrywają dzieło samego Boga. Oto kilku z nich.
Johannes Kepler (1571–1630)
Niemiecki astronom i matematyk, który sformułował trzy prawa ruchu planet. Dzięki niemu zrozumieliśmy, że planety nie poruszają się po idealnych okręgach, lecz po elipsach, a odkrycia Kopernika nabrały sensu. Prace Keplera stały się fundamentem fizyki Newtona.
Kepler wierzył, że matematyka to język, którym Stwórca zapisał wszechświat. Pisał, że badając niebo, „myśli Boże stara się odczytać”. Dla niego nauka była formą modlitwy – zachwytem nad porządkiem stworzenia.
Na jego cześć nazwano kosmiczny teleskop Keplera oraz kratery Keplera na Księżycu i Marsie.
Galileusz (1564–1642)
Ojciec współczesnej nauki, który udoskonalił teleskop i jako pierwszy zastosował go do obserwacji nieba. Badał prawa ruchu i odkrył księżyce Jowisza. Choć popadł w konflikt z władzami Kościoła, sam nigdy nie przeciwstawiał wiary rozumowi.
To właśnie Galileusz powiedział słynne słowa: „Pismo Święte mówi, jak się idzie do nieba, a nie jak niebo się porusza.”
 Uważał, że prawdziwa wiara i prawdziwa nauka nie mogą sobie zaprzeczać, bo obie pochodzą od Boga – tylko mówią różnymi językami. Kluczowym elementem jego myślenia było przekonanie, że istnieją dwa sposoby poznania Boga: poprzez księgę Pisma Świętego i poprzez księgę natury.
Na jego cześć nazwano księżyce galileuszowe Jowisza, sondę Galileo i system nawigacji satelitarnej Galileo.
Blaise Pascal (1623–1662)
Francuski matematyk, fizyk i filozof. Odkrył prawo ciśnienia i skonstruował jeden z pierwszych kalkulatorów mechanicznych – tzw. Pascalinę. Po duchowym przełomie związał się z ruchem jansenistów i napisał swoje słynne Myśli – głęboką refleksję o wierze i ludzkiej naturze.
Pascal uważał, że rozum prowadzi człowieka tylko do pewnej granicy – dalej zaczyna się tajemnica Boga. Nauka, jego zdaniem, nie jest w stanie odpowiedzieć na wszystkie pytania.
Jego imieniem nazwano jednostkę ciśnienia – paskal (Pa), używaną na całym świecie.
Robert Boyle (1627–1691)
Irlandzki chemik i fizyk, autor prawa Boyle’a-Mariotte’a opisującego zależność między ciśnieniem a objętością gazu. Był jednym z pierwszych uczonych, którzy uczynili eksperyment sercem nauki.
Boyle był gorliwym chrześcijaninem, finansował tłumaczenia Biblii i pisał dzieła teologiczne. Wierzył, że nauka nie oddala człowieka od Boga, ale przybliża go do zrozumienia Jego zamysłu.
Do dziś jego nazwisko widnieje w podręcznikach chemii jako prawo Boyle’a.
Isaac Newton (1643–1727)
Twórca mechaniki klasycznej, prawa powszechnego ciążenia i podstaw nowoczesnej fizyki.
 Mniej znany jest fakt, że Newton poświęcił ogromną część życia studiowaniu Biblii. Pisał traktaty teologiczne, analizował proroctwa i nie wierzył w dogmat Trójcy, uznając tylko jednego Boga Ojca.
To trochę paradoks, że był antytrynitarzem, a pracował w Trinity College (Kolegium Trójcy) w Cambridge. Dla Newtona wszechświat był doskonałym mechanizmem zaprojektowanym przez mądrego Stwórcę.
Jednostka siły – niuton (N) – nosi jego imię, a jego zasady wciąż stanowią podstawę fizyki szkolnej.
Michael Faraday (1791–1867)
Angielski fizyk i chemik, odkrywca indukcji elektromagnetycznej i zjawiska elektrolizy. Jego odkrycia obejmowały m.in. magnetyczną polaryzację światła (efekt Faradaya) i odkrycie benzenu. Prawa elektrolizy Faradaya połączyły fizykę i chemię, tworząc nową dziedzinę – elektrochemię (od niego pochodzą m.in. określenia „katoda” i „anoda”).
Był członkiem niewielkiej wspólnoty chrześcijańskiej – Sandemanianów. Z powodu wiary odmówił przyjęcia tytułu szlacheckiego i nie chciał uczestniczyć w badaniach nad bronią.
Faraday uważał, że w prawach natury odzwierciedla się porządek Boga. Jego imię upamiętnia jednostka pojemności elektrycznej – farad (F) – oraz stała Faradaya, kluczowa w elektrochemii.
Gregor Mendel (1822–1884)
Augustianin z Brna, zwany ojcem genetyki. W ogrodzie klasztornym prowadził swoje słynne doświadczenia nad grochem, odkrywając podstawowe prawa dziedziczenia.
Mendel był przekonany, że badając życie, odkrywa Boży plan stworzenia. Jego wiara dawała mu cierpliwość i pokorę wobec natury. Po jego śmierci jego odkrycia na dziesięciolecia popadły w zapomnienie, a gdy w XX wieku je przywrócono, stały się fundamentem biologii.
W Związku Radzieckim, gdzie ateistyczna ideologia rządziła nauką, prawa Mendla uznano za „burżuazyjne” i zakazano ich nauczania. Uczeni, którzy je bronili, byli prześladowani. To ironia historii – to nie wierzący, lecz bezbożni ideolodzy sprzeciwiali się nauce.
Jego nazwisko przetrwało w pojęciu genetyki mendlowskiej, czyli podstawowej teorii dziedziczenia.
James Clerk Maxwell (1831–1879)
Szkocki fizyk, który połączył elektryczność, magnetyzm i światło w jedną teorię. Jego równania są filarem współczesnej fizyki.
Maxwell był człowiekiem głębokiej wiary. Pisał poezje religijne i uważał, że harmonia natury odzwierciedla mądrość Boga.
Nie ma jednostki jego imienia w układzie SI, ale imieniem Maxwella nazwano jednostkę strumienia magnetycznego w układzie CGS – makswel (Mx). Jego równania Maxwella to jeden z najtrwalszych pomników ludzkiego geniuszu – od nich wyszedł Einstein, budując swoją teorię względności.
Georges Lemaître (1894–1966)
Belgijski ksiądz katolicki i astrofizyk. To on pierwszy zaproponował teorię „pierwotnego atomu”, czyli ideę Wielkiego Wybuchu, czemu początkowo przeciwstawiał się Einstein.
Choć był duchownym, podkreślał, że nauka i teologia to dwie różne dziedziny: nauka bada, jak powstał świat, a wiara – dlaczego.
Na jego cześć nazwano krater Lemaître na Księżycu i teleskop Lemaître w Chile. Dla wielu stał się przykładem uczonego, który potrafił łączyć rozum i wiarę z pełnym spokojem.
Arthur Compton (1892–1962)
Amerykański fizyk, laureat Nagrody Nobla za odkrycie efektu Comptona, który potwierdził, że światło może zachowywać się jak cząstka.
Compton był człowiekiem głębokiej wiary. Uważał, że nauka odsłania prawa wpisane przez Boga w świat i że każde odkrycie to kolejny krok w stronę poznania Stwórcy.
Jego nazwisko utrwalono w efekcie Comptona i w pojęciu długości fali Comptona, kluczowym w fizyce kwantowej.
Francis Collins (ur. 1950)
Amerykański genetyk, kierownik projektu poznania ludzkiego genomu i były dyrektor amerykańskich instytutów zdrowia.
Collins przez wiele lat był ateistą, ale – jak sam mówi – wiara przyszła, gdy zobaczył w kodzie DNA „język Boga”. W swojej książce The Language of God opisał, jak nauka nie tylko nie osłabiła jego wiary, ale ją pogłębiła. Napisał tam też: „Nie przyszedłem do wiary przez jakąś wizję czy objawienie, ale przez rozsądną analizę dowodów i pytań, które stawia nauka i moralność. Wiara była naturalnym wnioskiem z tej refleksji.”
Choć nie ma jednostki jego imienia, jego nazwisko na zawsze pozostanie związane z projektem poznania ludzkiego genomu – jednym z największych osiągnięć współczesnej nauki.
Zakończenie
Historia tych ludzi pokazuje, że nauka i wiara nie są wrogami.
 Dla Keplera, Newtona, Faradaya czy Mendla poznawanie świata było formą czci wobec Boga.
 Dla Lemaître’a i Collinsa – sposobem, by zrozumieć język, którym Bóg przemówił do stworzenia.
Ich życie przypomina, że prawdziwa nauka nie boi się pytań o sens, a prawdziwa wiara – nie boi się światła rozumu.

91 - Wuj Kopernika
2025-08-18 20:28:31

Łukasz Watzenrode, biskup warmiński odegrał znaczącą rolę nie tylko w życiu swojego siostrzeńca, słynnego astronoma Mikołaja Kopernika, ale także w polityce Królestwa Polskiego.  Pochodzenie i wczesne lata życia Łukasza Watzenrodego *   Łukasz Watzenrode, zwany Łukaszem II, urodził się w Toruniu w rodzinie kupieckiej. Jego ojciec, również Łukasz (Łukasz I), był toruńskim kupcem, który m.in. zakupił kamienicę przy ulicy Świętej Anny, którą przekazał córce Katarzynie, matce Mikołaja Kopernika. Rodzina Watzenrode należała do patrycjatu, czyli najbogatszej i najbardziej wpływowej warstwy społecznej w Prusach Królewskich, utrzymującej władzę w miastach takich jak Toruń i Gdańsk przez dziesięciolecia. *   Dzieciństwo Łukasza II przypadło na okres Wojny Trzynastoletniej z Zakonem Krzyżackim, która zakończyła się, gdy miał 19 lat. Zmarł pięć lat przed początkiem Reformacji. *   Po śmierci ojca, Łukaszem II zaopiekował się jego szwagier, Tylman von Allen, mąż jego starszej siostry, Krystyny. Ta praktyka rodzinnego wsparcia była powszechna, gdyż w tamtych czasach przetrwanie bez pomocy rodziny było niemal niemożliwe. Każde dziecko w patrycjuszowskich rodzinach miało zaplanowaną przyszłość, często w karierze duchownej lub królewskiej kancelarii, co było możliwe dzięki znacznym dochodom rodzin. Kariera i skandal w młodości *   Łukasz II, podobnie jak później Kopernik, studiował w Krakowie, a następnie kontynuował naukę w Kolonii i we Włoszech (Bolonia, Rzym). *   Pomiędzy studiami w Kolonii a Bolonii, około 20 roku życia, Łukasz miał incydent z Elżbietą, która zaszła w ciążę. Rodzina Watzenrode, w celu uniknięcia skandalu, szybko wydała Elżbietę za mąż za Teschnera, zapewniając jej i dziecku byt. Syn Łukasza II, Filip Teschner, był zaopiekowany przez rodzinę. Łukasz sam musiał odprawić pokutę i przekazać pieniądze Kościołowi za ten incydent. Biskup Warmiński *   Po powrocie do Polski, Łukasz II Watzenrode stał się bliskim współpracownikiem Zbigniewa Oleśnickiego, osoby wpływowej na dworze królewskim. Mimo że Kazimierz Jagiellończyk, ówczesny król, pragnął, aby jego najmłodszy syn Fryderyk objął bogate biskupstwo warmińskie, kapituła warmińska ostatecznie wybrała Łukasza Watzenrodego na biskupa. Argumenty na jego korzyść obejmowały jego przyjaźń z Oleśnickim oraz pro-polską postawę jego ojca podczas Wojny Trzynastoletniej. *   Po Wojnie Trzynastoletniej, Prusy Królewskie (w tym Toruń, Gdańsk) zostały włączone do Polski. Jednakże Księstwo Warmińskie, mimo przynależności do Polski, stanowiło "półwysep" otoczony z trzech stron przez Państwo Krzyżackie, co komplikowało jego stosunki z Polską, gdyż nie miało bezpośredniej granicy z Królestwem. *   Według legendy, po otrzymaniu nominacji papieskiej na biskupa warmińskiego, Łukasz Watzenrode musiał wracać do Warmii w przebraniu księgarza, by uniknąć schwytania przez rozwścieczonego króla Kazimierza Jagiellończyka. *   Po śmierci Kazimierza Jagiellończyka, stosunki Łukasza Watzenrodego z kolejnymi królami Polski – Janem Olbrachtem i Aleksandrem – znacznie się poprawiły. Stał się ich bliskim doradcą. Jego początkowy separatystyczny kurs zmienił się we współpracę, ponieważ zdał sobie sprawę, że bez Polski Warmia nie poradzi sobie z Zakonem Krzyżackim. *   Łukasz Watzenrode był autorem planu „Podola”, który zakładał przesiedlenie Krzyżaków z Prus na Podole. Ten plan, niestety niezrealizowany przez Zygmunta Starego (który pozwolił swojemu siostrzeńcowi, ostatniemu mistrzowi krzyżackiemu, zostać księciem pruskim), mógłby zaoszczędzić Polsce wielu późniejszych problemów. *   Biskup Łukasz Watzenrode był również zaangażowany w rozwój Warmii, wspierając sztukę i naukę. Założył pierwszą drukarnię w regionie i planował utworzenie uniwersytetu w Elblągu. Był oceniany jako bardzo kompetentny i światły zarządca. Aktywnie wspierał również swój rodzinny Toruń, dbając o jego prawa handlowe i chroniąc go przed omijaniem przez kupców. Wpływ na Mikołaja Kopernika *   Po śmierci ojca Mikołaja Kopernika, Łukasz Watzenrode przejął opiekę nad Mikołajem i jego bratem Andrzejem, finansując ich studia w Krakowie i we Włoszech (Rzym). Podobieństwo sytuacji Łukasza i Koperników, którzy również stracili ojca w młodym wieku, jest uderzające. *   Istnieje hipoteza, że Andrzej (brat Mikołaja) był młodszy, a nie starszy, jak często się uważa, co mogłoby tłumaczyć niektóre jego zachowania. Niezależnie od wieku, Łukasz zapewnił obu braciom kanonikaty warmińskie, co było bardzo lukratywnym i wpływowym urzędem. *   Uważa się, że Łukasz Watzenrode planował dla Mikołaja karierę duchowną, możliwe, że nawet chciał, aby Mikołaj został jego następcą na stanowisku biskupa warmińskiego. *   Andrzej Kopernik prawdopodobnie zachorował na syfilis, chorobę, która w tamtych czasach dotykała również królów. Mikołaj Kopernik, który był również z wykształcenia lekarzem, opiekował się chorym bratem, a także swoim wujem Łukaszem. Później, po śmierci wuja, Kopernik leczył także księcia pruskiego. *   Mimo pełnienia ważnych funkcji zarządczych w kapitule warmińskiej i misji dyplomatycznych, główną pasją Mikołaja Kopernika była astronomia, której poświęcał każdą wolną chwilę, nawet podczas oblężenia Olsztyna. Był on świetnie przygotowany do roli biskupa, jednak nie pociągała go kariera duchowna. Stosunek Łukasza Watzenrodego do pasji siostrzeńca pozostaje niejasny – nie wiadomo, czy był rozczarowany, czy wspierał jego wybory. Wnioski Historia Łukasza Watzenrodego i jego relacji z Mikołajem Kopernikiem podkreśla kluczową rolę rodziny i nepotyzmu w tamtych czasach. Było to powszechne i normalne, aby członkowie rodzin wspierali się wzajemnie, co było niezbędne do przetrwania i osiągnięcia sukcesu. Łukasz Watzenrode, jako wybitny i światły przywódca, skutecznie wykorzystał dostępne warunki, by wspierać swoją rodzinę, rozwijać region i wpływać na politykę Królestwa Polskiego.
Łukasz Watzenrode, biskup warmiński odegrał znaczącą rolę nie tylko w życiu swojego siostrzeńca, słynnego astronoma Mikołaja Kopernika, ale także w polityce Królestwa Polskiego. 
Pochodzenie i wczesne lata życia Łukasza Watzenrodego
*   Łukasz Watzenrode, zwany Łukaszem II, urodził się w Toruniu w rodzinie kupieckiej. Jego ojciec, również Łukasz (Łukasz I), był toruńskim kupcem, który m.in. zakupił kamienicę przy ulicy Świętej Anny, którą przekazał córce Katarzynie, matce Mikołaja Kopernika. Rodzina Watzenrode należała do patrycjatu, czyli najbogatszej i najbardziej wpływowej warstwy społecznej w Prusach Królewskich, utrzymującej władzę w miastach takich jak Toruń i Gdańsk przez dziesięciolecia.
*   Dzieciństwo Łukasza II przypadło na okres Wojny Trzynastoletniej z Zakonem Krzyżackim, która zakończyła się, gdy miał 19 lat. Zmarł pięć lat przed początkiem Reformacji.
*   Po śmierci ojca, Łukaszem II zaopiekował się jego szwagier, Tylman von Allen, mąż jego starszej siostry, Krystyny. Ta praktyka rodzinnego wsparcia była powszechna, gdyż w tamtych czasach przetrwanie bez pomocy rodziny było niemal niemożliwe. Każde dziecko w patrycjuszowskich rodzinach miało zaplanowaną przyszłość, często w karierze duchownej lub królewskiej kancelarii, co było możliwe dzięki znacznym dochodom rodzin.
Kariera i skandal w młodości
*   Łukasz II, podobnie jak później Kopernik, studiował w Krakowie, a następnie kontynuował naukę w Kolonii i we Włoszech (Bolonia, Rzym).
*   Pomiędzy studiami w Kolonii a Bolonii, około 20 roku życia, Łukasz miał incydent z Elżbietą, która zaszła w ciążę. Rodzina Watzenrode, w celu uniknięcia skandalu, szybko wydała Elżbietę za mąż za Teschnera, zapewniając jej i dziecku byt. Syn Łukasza II, Filip Teschner, był zaopiekowany przez rodzinę. Łukasz sam musiał odprawić pokutę i przekazać pieniądze Kościołowi za ten incydent.
Biskup Warmiński
*   Po powrocie do Polski, Łukasz II Watzenrode stał się bliskim współpracownikiem Zbigniewa Oleśnickiego, osoby wpływowej na dworze królewskim. Mimo że Kazimierz Jagiellończyk, ówczesny król, pragnął, aby jego najmłodszy syn Fryderyk objął bogate biskupstwo warmińskie, kapituła warmińska ostatecznie wybrała Łukasza Watzenrodego na biskupa. Argumenty na jego korzyść obejmowały jego przyjaźń z Oleśnickim oraz pro-polską postawę jego ojca podczas Wojny Trzynastoletniej.
*   Po Wojnie Trzynastoletniej, Prusy Królewskie (w tym Toruń, Gdańsk) zostały włączone do Polski. Jednakże Księstwo Warmińskie, mimo przynależności do Polski, stanowiło "półwysep" otoczony z trzech stron przez Państwo Krzyżackie, co komplikowało jego stosunki z Polską, gdyż nie miało bezpośredniej granicy z Królestwem.
*   Według legendy, po otrzymaniu nominacji papieskiej na biskupa warmińskiego, Łukasz Watzenrode musiał wracać do Warmii w przebraniu księgarza, by uniknąć schwytania przez rozwścieczonego króla Kazimierza Jagiellończyka.
*   Po śmierci Kazimierza Jagiellończyka, stosunki Łukasza Watzenrodego z kolejnymi królami Polski – Janem Olbrachtem i Aleksandrem – znacznie się poprawiły. Stał się ich bliskim doradcą. Jego początkowy separatystyczny kurs zmienił się we współpracę, ponieważ zdał sobie sprawę, że bez Polski Warmia nie poradzi sobie z Zakonem Krzyżackim.
*   Łukasz Watzenrode był autorem planu „Podola”, który zakładał przesiedlenie Krzyżaków z Prus na Podole. Ten plan, niestety niezrealizowany przez Zygmunta Starego (który pozwolił swojemu siostrzeńcowi, ostatniemu mistrzowi krzyżackiemu, zostać księciem pruskim), mógłby zaoszczędzić Polsce wielu późniejszych problemów.
*   Biskup Łukasz Watzenrode był również zaangażowany w rozwój Warmii, wspierając sztukę i naukę. Założył pierwszą drukarnię w regionie i planował utworzenie uniwersytetu w Elblągu. Był oceniany jako bardzo kompetentny i światły zarządca. Aktywnie wspierał również swój rodzinny Toruń, dbając o jego prawa handlowe i chroniąc go przed omijaniem przez kupców.
Wpływ na Mikołaja Kopernika
*   Po śmierci ojca Mikołaja Kopernika, Łukasz Watzenrode przejął opiekę nad Mikołajem i jego bratem Andrzejem, finansując ich studia w Krakowie i we Włoszech (Rzym). Podobieństwo sytuacji Łukasza i Koperników, którzy również stracili ojca w młodym wieku, jest uderzające.
*   Istnieje hipoteza, że Andrzej (brat Mikołaja) był młodszy, a nie starszy, jak często się uważa, co mogłoby tłumaczyć niektóre jego zachowania. Niezależnie od wieku, Łukasz zapewnił obu braciom kanonikaty warmińskie, co było bardzo lukratywnym i wpływowym urzędem.
*   Uważa się, że Łukasz Watzenrode planował dla Mikołaja karierę duchowną, możliwe, że nawet chciał, aby Mikołaj został jego następcą na stanowisku biskupa warmińskiego.
*   Andrzej Kopernik prawdopodobnie zachorował na syfilis, chorobę, która w tamtych czasach dotykała również królów. Mikołaj Kopernik, który był również z wykształcenia lekarzem, opiekował się chorym bratem, a także swoim wujem Łukaszem. Później, po śmierci wuja, Kopernik leczył także księcia pruskiego.
*   Mimo pełnienia ważnych funkcji zarządczych w kapitule warmińskiej i misji dyplomatycznych, główną pasją Mikołaja Kopernika była astronomia, której poświęcał każdą wolną chwilę, nawet podczas oblężenia Olsztyna. Był on świetnie przygotowany do roli biskupa, jednak nie pociągała go kariera duchowna. Stosunek Łukasza Watzenrodego do pasji siostrzeńca pozostaje niejasny – nie wiadomo, czy był rozczarowany, czy wspierał jego wybory.
Wnioski
Historia Łukasza Watzenrodego i jego relacji z Mikołajem Kopernikiem podkreśla kluczową rolę rodziny i nepotyzmu w tamtych czasach. Było to powszechne i normalne, aby członkowie rodzin wspierali się wzajemnie, co było niezbędne do przetrwania i osiągnięcia sukcesu. Łukasz Watzenrode, jako wybitny i światły przywódca, skutecznie wykorzystał dostępne warunki, by wspierać swoją rodzinę, rozwijać region i wpływać na politykę Królestwa Polskiego.

90 - Eksperyment Millera
2025-07-21 12:51:25

Eksperyment Millera polegał na próbie odtworzenia warunków, które panowały na ziemi przed pojawieniem się życia. Zakładał on redukcyjną atmosferę, amoniak, wodę oraz wyładowania atmosferyczne. Postanowił odtworzyć te warunki w laboratorium. Zrobił mieszaninę, którą poddawał wyładowaniom elektrycznym, a potem badał co powstało. Była to maź, w której Miller znalazł kilka aminokwasów, występujących w białkach. Czy ten eksperyment pokazał jak powstało życie? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie, ale najpierw trochę historii jak w ogóle doszło do tego eksperymentu. Eksperyment Stanleya Millera często nazywa się eksperymentem Millera-Ureya. Tutaj chodzi o to, kto zlecił eksperyment, a kto go przeprowadził. Harold Urey był profesorem chemii na Uniwersytecie Chicagowskim. W 1931 roku odkrył deuter, za co w 1934 roku dostał Nobla. Deuter to izotop wodoru, zawierający jeden neutron. Zwykle wodór ma tylko proton i elektron. Podczas wojny Harold Urey pracował przy Projekcie Manhattan czyli przy budowie bomby atomowej. Pracowało tam wielu naukowców, między innymi fizyk i chemik Edward Teller. Potem obaj Urey i Teller wykładali na Uniwersytecie Chicagowskim. W 1951 roku na ten uniwersytet przybył Stanley Miller, który pisał doktorat u Tellera. Nie było jednak wyników, a Teller zaangażował się w dalsze prace nad bronią. Pracował później między innymi przy budowie bomby wodorowej. Miller pozostał więc z nienapisanym doktoratem i bez promotora. Przeczytał jednak, że Harold Urey postulował istnienie pradawnej zupy oraz redukcyjną atmosferę, która mogła się przyczynić do powstania życia z materii nieożywionej. Miller przyszedł więc do Ureya i zaproponował eksperyment sprawdzający. Profesor Urey był sceptyczny i odradzał to młodemu doktorantowi. Miller jednak starał się przekonać profesora. Ostatecznie Urey zgodził się, aby doktorant próbował swojego eksperymentu przez rok. Powstało kilka aminokwasów. Już w lutym 1953 roku Miller wysłał artykuł do Science opisujący wyniki eksperymentu. Zgodnie z zachętą Ureya podał tylko swoje nazwisko. Jednak Science nie opublikowało artykułu młodego doktoranta. Napisał do nich sam profesor Urey grożąc, że opublikują gdzie indziej. Ostatecznie artykuł ukazał się w maju 1953 roku. W tym samym 1953 roku Miller obronił swoją pracę doktorską pod tytułem: “A Production of Amino Acids Under Possible Primitive Earth Conditions” (tłumacząc na polski: “Produkcja aminokwasów w warunkach możliwej prymitywnej Ziemi”). Obronił ją oczywiście pod kierunkiem Harolda Ureya. Jak należy więc nazywać eksperyment? Był to pomysł Ureya, ale on prawdopodobnie nigdy by go nie sprawdził. Brakowało mu czasu, zajmował się głównie izotopami. Odkrycie deuteru to nie był koniec jego pracy nad izotopami. Eksperyment można więc nazywać od nazwiska doktoranta lub dodawać jeszcze nazwisko profesora. Eksperyment stał się tak sławny, że prawdopodobnie znacie nazwisko Millera, ale nazwisko jego profesora noblisty Ureya pewnie słyszycie pierwszy raz. W tamtym okresie zdawało się, że tego typu reakcja wystarczy aby udowodnić jak powstało życie z materii nieożywionej. Do dzisiaj cytuje się go w podręcznikach. Nigdy jednak nie udowodniono aby ziemia kiedykolwiek miała atmosferę redukcyjną czyli taką która zawiera wodór czy amoniak. Ziemia zarówno teraz jak i w przeszłości miała najprawdopodobniej atmosferę utleniającą czyli taką zawierającą tlen. Skąd o tym wiemy? Związki organiczne są niszczone przez promieniowanie ultrafioletowe. Chroni nas przed nim warstwa ozonowa czyli warstwa tlenu. Innymi słowy tlen jest potrzebny aby chronić związki organiczne i organizmy żywe. Problem w tym, że tlen jest potrzebny do ochrony przed promieniowaniem, ale jednocześnie tlen zniszczyłby takie powstałe w tym eksperymencie aminokwasy. Dlatego właśnie Urey twierdził, że musiała istnieć atmosfera redukcyjna i takiej użył Miller w swoim eksperymencie. Nie ma jednak na to żadnych dowodów. Inny problem to wyładowania elektryczne mające symulować podobne zjawisko w pradawnej atmosferze. Te wyładowania były potrzebne aby powstały aminokwasy. Jednak te same wyładowania by je zniszczyły. Tak więc Miller oddzielał powstałe związki chemiczne w osobnym miejscu wolnym od tych wyładowań. Krytyka eksperymentu polegała na tym, że miał on pokazywać jak te związki powstały same z siebie, gdy tymczasem eksperymentator wpływał na wynik badania chroniąc powstałe związki. Czy rzeczywiście powstały aminokwasy potrzebne do budowy życia? Uznaje się, że do powstania życia jakie znamy jest potrzebnych 20 aminokwasów. W substancji, która powstała podczas eksperymentu wykryty część z tych potrzebnych. Problemem jest jednak chiralność czyli mówiąc prościej skrętność. Każdy z tych aminokwasów występuje w wersji lewo- i prawoskrętnej. Jednak w żywych komórkach wykorzystywane są wyłącznie te lewoskrętne. Podczas eksperymentu Millera powstały jednak także te prawoskrętne. Podsumowując. Eksperyment wykazał, że niektóre aminokwasy mogły powstać niejako same. Powstało jednak dużo więcej tych niepotrzebnych. Dodatkowym problemem jest chiralność. Jeżeli powstały równo lewo- i prawoskrętne aminokwasy to jak to się stało, że komórki żywych organizmów zawierają wyłącznie te pierwsze? Miller i późniejsi badacze nie potrafią odpowiedzieć na to i inne pytania. Abiogeneza czyli nauka o powstaniu życia to dziedzina pełna różnych teorii. Niestety na żadną z nich nie ma dowodów.
Eksperyment Millera polegał na próbie odtworzenia warunków, które panowały na ziemi przed pojawieniem się życia. Zakładał on redukcyjną atmosferę, amoniak, wodę oraz wyładowania atmosferyczne. Postanowił odtworzyć te warunki w laboratorium. Zrobił mieszaninę, którą poddawał wyładowaniom elektrycznym, a potem badał co powstało. Była to maź, w której Miller znalazł kilka aminokwasów, występujących w białkach. Czy ten eksperyment pokazał jak powstało życie? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie, ale najpierw trochę historii jak w ogóle doszło do tego eksperymentu.

Eksperyment Stanleya Millera często nazywa się eksperymentem Millera-Ureya. Tutaj chodzi o to, kto zlecił eksperyment, a kto go przeprowadził. Harold Urey był profesorem chemii na Uniwersytecie Chicagowskim. W 1931 roku odkrył deuter, za co w 1934 roku dostał Nobla. Deuter to izotop wodoru, zawierający jeden neutron. Zwykle wodór ma tylko proton i elektron. Podczas wojny Harold Urey pracował przy Projekcie Manhattan czyli przy budowie bomby atomowej. Pracowało tam wielu naukowców, między innymi fizyk i chemik Edward Teller. Potem obaj Urey i Teller wykładali na Uniwersytecie Chicagowskim.

W 1951 roku na ten uniwersytet przybył Stanley Miller, który pisał doktorat u Tellera. Nie było jednak wyników, a Teller zaangażował się w dalsze prace nad bronią. Pracował później między innymi przy budowie bomby wodorowej. Miller pozostał więc z nienapisanym doktoratem i bez promotora. Przeczytał jednak, że Harold Urey postulował istnienie pradawnej zupy oraz redukcyjną atmosferę, która mogła się przyczynić do powstania życia z materii nieożywionej. Miller przyszedł więc do Ureya i zaproponował eksperyment sprawdzający. Profesor Urey był sceptyczny i odradzał to młodemu doktorantowi.

Miller jednak starał się przekonać profesora. Ostatecznie Urey zgodził się, aby doktorant próbował swojego eksperymentu przez rok. Powstało kilka aminokwasów. Już w lutym 1953 roku Miller wysłał artykuł do Science opisujący wyniki eksperymentu. Zgodnie z zachętą Ureya podał tylko swoje nazwisko. Jednak Science nie opublikowało artykułu młodego doktoranta. Napisał do nich sam profesor Urey grożąc, że opublikują gdzie indziej. Ostatecznie artykuł ukazał się w maju 1953 roku.

W tym samym 1953 roku Miller obronił swoją pracę doktorską pod tytułem: “A Production of Amino Acids Under Possible Primitive Earth Conditions” (tłumacząc na polski: “Produkcja aminokwasów w warunkach możliwej prymitywnej Ziemi”). Obronił ją oczywiście pod kierunkiem Harolda Ureya. Jak należy więc nazywać eksperyment? Był to pomysł Ureya, ale on prawdopodobnie nigdy by go nie sprawdził. Brakowało mu czasu, zajmował się głównie izotopami. Odkrycie deuteru to nie był koniec jego pracy nad izotopami. Eksperyment można więc nazywać od nazwiska doktoranta lub dodawać jeszcze nazwisko profesora.

Eksperyment stał się tak sławny, że prawdopodobnie znacie nazwisko Millera, ale nazwisko jego profesora noblisty Ureya pewnie słyszycie pierwszy raz. W tamtym okresie zdawało się, że tego typu reakcja wystarczy aby udowodnić jak powstało życie z materii nieożywionej. Do dzisiaj cytuje się go w podręcznikach. Nigdy jednak nie udowodniono aby ziemia kiedykolwiek miała atmosferę redukcyjną czyli taką która zawiera wodór czy amoniak. Ziemia zarówno teraz jak i w przeszłości miała najprawdopodobniej atmosferę utleniającą czyli taką zawierającą tlen. Skąd o tym wiemy?

Związki organiczne są niszczone przez promieniowanie ultrafioletowe. Chroni nas przed nim warstwa ozonowa czyli warstwa tlenu. Innymi słowy tlen jest potrzebny aby chronić związki organiczne i organizmy żywe. Problem w tym, że tlen jest potrzebny do ochrony przed promieniowaniem, ale jednocześnie tlen zniszczyłby takie powstałe w tym eksperymencie aminokwasy. Dlatego właśnie Urey twierdził, że musiała istnieć atmosfera redukcyjna i takiej użył Miller w swoim eksperymencie. Nie ma jednak na to żadnych dowodów.

Inny problem to wyładowania elektryczne mające symulować podobne zjawisko w pradawnej atmosferze. Te wyładowania były potrzebne aby powstały aminokwasy. Jednak te same wyładowania by je zniszczyły. Tak więc Miller oddzielał powstałe związki chemiczne w osobnym miejscu wolnym od tych wyładowań. Krytyka eksperymentu polegała na tym, że miał on pokazywać jak te związki powstały same z siebie, gdy tymczasem eksperymentator wpływał na wynik badania chroniąc powstałe związki.

Czy rzeczywiście powstały aminokwasy potrzebne do budowy życia? Uznaje się, że do powstania życia jakie znamy jest potrzebnych 20 aminokwasów. W substancji, która powstała podczas eksperymentu wykryty część z tych potrzebnych. Problemem jest jednak chiralność czyli mówiąc prościej skrętność. Każdy z tych aminokwasów występuje w wersji lewo- i prawoskrętnej. Jednak w żywych komórkach wykorzystywane są wyłącznie te lewoskrętne. Podczas eksperymentu Millera powstały jednak także te prawoskrętne.

Podsumowując. Eksperyment wykazał, że niektóre aminokwasy mogły powstać niejako same. Powstało jednak dużo więcej tych niepotrzebnych. Dodatkowym problemem jest chiralność. Jeżeli powstały równo lewo- i prawoskrętne aminokwasy to jak to się stało, że komórki żywych organizmów zawierają wyłącznie te pierwsze? Miller i późniejsi badacze nie potrafią odpowiedzieć na to i inne pytania. Abiogeneza czyli nauka o powstaniu życia to dziedzina pełna różnych teorii. Niestety na żadną z nich nie ma dowodów.

89 - Wielkie Pomyłki Einsteina
2025-07-01 12:15:38

Choć Albert Einstein jest powszechnie uznawany za giganta nauki i geniusza odpowiedzialnego za przełomowe odkrycia w fizyce, jego kariera nie była wolna od błędów. W tym artykule chciałbym omówić trzy największe pomyłki tego znanego fizyka. Oczywiście dyskusja na ten temat nie umniejsza jego dziedzictwa, lecz pomaga w pełni docenić Einsteina, pokazując, że nawet najwięksi z nas popełniają błędy. Oto trzy znaczące przypadki, w których rozumowanie lub intuicja Einsteina wyprowadziły go na manowce: 1. Zaprzeczenie możliwości istnienia czarnych dziur Albert Einstein nie wierzył w istnienie czarnych dziur, mimo że jego własna teoria względności (z października 1915 roku) stanowiła podstawę do ich zrozumienia. Już miesiąc później (w listopadzie 1915 roku) porucznik artylerii Karl Schwarzschild rozwiązał równania grawitacji, pokazując, że gwiazda może zapaść się do punktu, gdzie prawa fizyki przestają działać. Nazwał to "matematycznym artefaktem" i sam nie wierzył, że to możliwe w rzeczywistości. Einstein również nie lubił tych osobliwości. Próbował nawet "naprawić" swoją teorię, wprowadzając pomysł "tuneli czasoprzestrzennych" (wormhole), żeby się ich pozbyć. Był przekonany, że zapadająca się gwiazda nie może utworzyć czarnej dziury. Inny ważny naukowiec, Arthur Eddington, także odrzucał istnienie czarnych dziur. Obaj (Einstein i Eddington) uważali, że to "absurd", bo było to sprzeczne z ich rozumieniem Wszechświata. Dopiero w latach 60. XX wieku czarne dziury zaczęły być akceptowane, a dzisiaj mamy ich zdjęcia. Co ciekawe, w tym samym roku (1939), kiedy Einstein twierdził, że czarne dziury nie istnieją, naukowcy Robert Oppenheimer i Hartland Snyder stworzyli model, który przewidywał ich istnienie, używając... teorii Einsteina. 2. Opowiadanie się za statycznym wszechświatem, a przeciwko teorii o rozszerzającym się wszechświecie Einstein i większość fizyków w tamtym okresie, wierzyli w statyczny wszechświat, który się nie rozszerza. Niestety ponownie jego własny model wszechświata wskazywał na coś wręcz przeciwnego. W 1917 roku, by utrzymać swój pomysł na statyczny wszechświat, dodał do swoich równań specjalną "stałą kosmologiczną". Nie był z tego zadowolony, nazywając to później swoim "największym błędem". Nawet kiedy inni naukowcy, jak Aleksander Friedmann (w 1922) i Georges Lemaître (w 1927), pokazali, że równania Einsteina pozwalają na rozszerzający się wszechświat, Einstein uparcie trzymał się swojej wizji statycznego kosmosu. Dopiero w 1931 roku Einstein zaakceptował fakt, że wszechświat się rozszerza. W 1932 roku, wraz z Willemem de Sitterem, zaproponował model wszechświata, który ciągle się rozszerza. Gdyby nie jego upór ze stałą kosmologiczną, mógłby odkryć rozszerzanie się wszechświata, zanim zrobił to Hubble. Co ciekawe, od lat 90. XX wieku "stała kosmologiczna" znów jest używana w nauce. Pomaga wyjaśnić, dlaczego wszechświat rozszerza się coraz szybciej, co odkryto w 1998 roku. Można więc powiedzieć, że Einstein popełnił tutaj dwa błędy: najpierw wstawiając stałą kosmologiczną do swoich równań, a potem ją usuwając. 3. Zaprzeczanie teorii kwantowości wszechświata Einstein, choć sam przyczynił się do powstania fizyki kwantowej (np. wyjaśnienie efektu fotoelektrycznego), nie mógł pogodzić się z jej dziwną, prawdopodobną naturą. Chciał, by nauka opierała się na pewnych przewidywaniach, a nie na szczęściu. Jego najbardziej znany zarzut dotyczył idei, że mechanika kwantowa opisuje świat jako zbiór prawdopodobieństw, bez konkretnych przyczyn. Powiedział wtedy: "Bóg nie gra w kości". Resztę życia spędził na szukaniu teorii, która przywróciłaby pewność do fizyki. Einstein często spierał się o to z Nielsem Bohrem. Razem z innymi naukowcami (Podolsky i Rosen) stworzył paradoks EPR, by pokazać, że fizyka kwantowa jest "niekompletna". Twierdzili, że istnieją ukryte cechy, których teoria kwantowa nie opisuje, i że wpływ na jedną cząstkę nie powinien natychmiastowo wpływać na inną (zasada lokalności). Einstein wciąż uważał, że mechanika kwantowa jest dziwna, nazywając jej przewidywania "upiornym działaniem na odległość". Był zaniepokojony tym, że pomiar jednej cząstki natychmiast wpływa na drugą, niezależnie od odległości. Późniejsze eksperymenty, zwłaszcza te z lat 80. (np. Alaina Aspecta), ostatecznie pokazały, że Einstein się mylił. Mechanika kwantowa rzeczywiście opisuje świat w sposób, który narusza naszą codzienną intuicję o "lokalności". Podsumowując, błędy Einsteina, takie jak odrzucenie czarnych dziur, opór wobec rozszerzającego się wszechświata i niechęć do probabilistycznej natury mechaniki kwantowej, wynikają często z jego głębokich przekonań filozoficznych i intuicji dotyczących "racjonalnej natury rzeczywistości". Te wyzwania i pomyłki, jak zauważa Dan Hooper, są częścią jego historii i pomagają nam w pełni docenić jego dziedzictwo, pokazując, że nawet geniusze są ludźmi i podlegają błędom.
Choć Albert Einstein jest powszechnie uznawany za giganta nauki i geniusza odpowiedzialnego za przełomowe odkrycia w fizyce, jego kariera nie była wolna od błędów. W tym artykule chciałbym omówić trzy największe pomyłki tego znanego fizyka. Oczywiście dyskusja na ten temat nie umniejsza jego dziedzictwa, lecz pomaga w pełni docenić Einsteina, pokazując, że nawet najwięksi z nas popełniają błędy. Oto trzy znaczące przypadki, w których rozumowanie lub intuicja Einsteina wyprowadziły go na manowce:

1. Zaprzeczenie możliwości istnienia czarnych dziur
Albert Einstein nie wierzył w istnienie czarnych dziur, mimo że jego własna teoria względności (z października 1915 roku) stanowiła podstawę do ich zrozumienia.
Już miesiąc później (w listopadzie 1915 roku) porucznik artylerii Karl Schwarzschild rozwiązał równania grawitacji, pokazując, że gwiazda może zapaść się do punktu, gdzie prawa fizyki przestają działać. Nazwał to "matematycznym artefaktem" i sam nie wierzył, że to możliwe w rzeczywistości.

Einstein również nie lubił tych osobliwości. Próbował nawet "naprawić" swoją teorię, wprowadzając pomysł "tuneli czasoprzestrzennych" (wormhole), żeby się ich pozbyć. Był przekonany, że zapadająca się gwiazda nie może utworzyć czarnej dziury.

Inny ważny naukowiec, Arthur Eddington, także odrzucał istnienie czarnych dziur. Obaj (Einstein i Eddington) uważali, że to "absurd", bo było to sprzeczne z ich rozumieniem Wszechświata.
Dopiero w latach 60. XX wieku czarne dziury zaczęły być akceptowane, a dzisiaj mamy ich zdjęcia. Co ciekawe, w tym samym roku (1939), kiedy Einstein twierdził, że czarne dziury nie istnieją, naukowcy Robert Oppenheimer i Hartland Snyder stworzyli model, który przewidywał ich istnienie, używając... teorii Einsteina.

2. Opowiadanie się za statycznym wszechświatem, a przeciwko teorii o rozszerzającym się wszechświecie
Einstein i większość fizyków w tamtym okresie, wierzyli w statyczny wszechświat, który się nie rozszerza. Niestety ponownie jego własny model wszechświata wskazywał na coś wręcz przeciwnego.

W 1917 roku, by utrzymać swój pomysł na statyczny wszechświat, dodał do swoich równań specjalną "stałą kosmologiczną". Nie był z tego zadowolony, nazywając to później swoim "największym błędem".

Nawet kiedy inni naukowcy, jak Aleksander Friedmann (w 1922) i Georges Lemaître (w 1927), pokazali, że równania Einsteina pozwalają na rozszerzający się wszechświat, Einstein uparcie trzymał się swojej wizji statycznego kosmosu.

Dopiero w 1931 roku Einstein zaakceptował fakt, że wszechświat się rozszerza. W 1932 roku, wraz z Willemem de Sitterem, zaproponował model wszechświata, który ciągle się rozszerza. Gdyby nie jego upór ze stałą kosmologiczną, mógłby odkryć rozszerzanie się wszechświata, zanim zrobił to Hubble.

Co ciekawe, od lat 90. XX wieku "stała kosmologiczna" znów jest używana w nauce. Pomaga wyjaśnić, dlaczego wszechświat rozszerza się coraz szybciej, co odkryto w 1998 roku. Można więc powiedzieć, że Einstein popełnił tutaj dwa błędy: najpierw wstawiając stałą kosmologiczną do swoich równań, a potem ją usuwając.

3. Zaprzeczanie teorii kwantowości wszechświata
Einstein, choć sam przyczynił się do powstania fizyki kwantowej (np. wyjaśnienie efektu fotoelektrycznego), nie mógł pogodzić się z jej dziwną, prawdopodobną naturą. Chciał, by nauka opierała się na pewnych przewidywaniach, a nie na szczęściu.

Jego najbardziej znany zarzut dotyczył idei, że mechanika kwantowa opisuje świat jako zbiór prawdopodobieństw, bez konkretnych przyczyn. Powiedział wtedy: "Bóg nie gra w kości". Resztę życia spędził na szukaniu teorii, która przywróciłaby pewność do fizyki.

Einstein często spierał się o to z Nielsem Bohrem. Razem z innymi naukowcami (Podolsky i Rosen) stworzył paradoks EPR, by pokazać, że fizyka kwantowa jest "niekompletna". Twierdzili, że istnieją ukryte cechy, których teoria kwantowa nie opisuje, i że wpływ na jedną cząstkę nie powinien natychmiastowo wpływać na inną (zasada lokalności).

Einstein wciąż uważał, że mechanika kwantowa jest dziwna, nazywając jej przewidywania "upiornym działaniem na odległość". Był zaniepokojony tym, że pomiar jednej cząstki natychmiast wpływa na drugą, niezależnie od odległości.

Późniejsze eksperymenty, zwłaszcza te z lat 80. (np. Alaina Aspecta), ostatecznie pokazały, że Einstein się mylił. Mechanika kwantowa rzeczywiście opisuje świat w sposób, który narusza naszą codzienną intuicję o "lokalności".

Podsumowując, błędy Einsteina, takie jak odrzucenie czarnych dziur, opór wobec rozszerzającego się wszechświata i niechęć do probabilistycznej natury mechaniki kwantowej, wynikają często z jego głębokich przekonań filozoficznych i intuicji dotyczących "racjonalnej natury rzeczywistości". Te wyzwania i pomyłki, jak zauważa Dan Hooper, są częścią jego historii i pomagają nam w pełni docenić jego dziedzictwo, pokazując, że nawet geniusze są ludźmi i podlegają błędom.

88 - USS Tyler i USS Carondelet
2025-06-19 14:12:00

W dzisiejszej audycji zanurzymy się w burzliwe wody amerykańskiej Wojny Secesyjnej, skupiając się na zachodnim teatrze działań, gdzie losy konfliktu w dużej mierze rozstrzygały się na potężnych rzekach. Mowa tu o Missisipi, Tennessee i Cumberland. Poznacie historię Eskadry Rzecznej Missisipi oraz dwóch niezwykłych okrętów, które stały się jej symbolami: drewnianej kanonierki USS Tyler i pancernego okrętu USS Carondelet. Od wczesnych potyczek po decydującą kampanię na Vicksburg, ich losy splotły się nierozerwalnie z historią tej wojny. Zanim jeszcze oficjalnie wybuchła wojna, parowiec "A. O. Tyler" stał się ofiarą pierwszych aktów agresji. Już 13 stycznia 1861 roku został ostrzelany i przeszukany niedaleko Vicksburga przez Konfederatów. Ten cywilny statek został w czerwcu tego samego roku zakupiony przez Departament Wojny i pospiesznie przerobiony na kanonierkę, zyskując przydomek "timberclad" – co oznacza "drewniana kanonierka", od grubych dębowych osłon wzmacniających jego kadłub. USS Tyler wszedł do służby we wrześniu 1861 roku. Eskadra posiadała wtedy trzy takie okręty (Tyler, Lexington oraz Conestoga). Były to przerobione na kanonierki parowce. Budowano już wtedy lepsze pancerne okręty, ale wojna nie pozwalała czekać. USS Tyler, często współpracując z siostrzanym USS Lexington, zapewnił niezwykle ważne wsparcie ogniowe dla sił generała Ulyssesa S. Granta, osłaniając ich odwrót 7 listopada 1861 po bitwie pod Belmont w Missouri. Zapobiegły w ten sposób klęsce. W tej potyczce Tyler poniósł straty: jeden zabity i dwóch rannych. W styczniu 1862 roku do eskadry dołączyła USS Carondelet, zbudowana przez wizjonerskiego Jamesa B. Eadsa w Saint Louis. Był to jeden z pionierskich pancernych okrętów typu "City-class", zaprojektowanych specjalnie do działań na płytkich rzekach, z opancerzoną kazamatą i płaskim dnem. Łącznie tych pancernych kanonierek było wtedy siedem. Jak już jednak mówiłem ja skupię się na drewnianym Tylerze oraz pancernym Carondelet. Oba te okręty rozpoczęły służbę w bazie w Kairze w stanie Illinois, strategicznie położonej na zbiegu rzek Ohio i Missisipi. Zarówno Tyler, jak i Carondelet, wzięły udział w intensywnym bombardowaniu i zdobyciu (6 lutego 1862) fortu Henry w Tennessee. Opancerzenie Carondelet pozwoliło jej wytrzymać bezpośredni ogień artyleryjski, co było kluczowe dla szybkiej kapitulacji. Po zdobyciu fortu, Tyler wraz z innymi kanonierkami popłynął w górę rzeki Tennessee, niszcząc mosty i przejmując parowce. W dniach 11-16 lutego 1862 rozegrała się bitwa o Fort Donelson w Tennessee. Oba okręty ponownie walczyły. USS Carondelet doznała znacznych uszkodzeń i poważnych strat, w tym 54 zabitych i rannych, z czego trzech pilotów było śmiertelnie rannych. Jej wytrzymałość osłabiała konfederackie fortyfikacje. Po bitwie, uszkodzona Carondelet udała się na naprawy do Kairu, podczas gdy Tyler ruszył dalej z armią Granta. To właśnie tam komodor Andrew Foote, dowódca eskadry, został poważnie ranny w stopę. Bitwa pod Shiloh w Tennessee (6-7 kwietnia 1862) była jeden z najważniejszych momentów dla USS Tyler. Kiedy armia Granta została zepchnięta na skraj rzeki Tennessee, USS Tyler i Lexington zapewniły wsparcie artyleryjskie, które jest powszechnie uznawane za czynnik, który złamał impet natarcia Konfederatów i zapobiegł całkowitemu rozgromieniu sił Unii przed nadejściem nocy. Historycy często wskazują, że "Tyler pomógł wygrać Grantowi". Warto przypomnieć, że już drugi raz. Tyler uratował Granta pod Belmont i teraz także pod Shiloh. Gdy USS Tyler na rzece Tennessee wspierał Granta pod Shiloh, pancerne kanonierki na rzece Missisipi próbowały pokonać konfederatów umocnionych na Wyspie numer 10. To był moment chwały dla USS Carondelet. Pod dowództwem kapitana Henry'ego Walke'a, Carondelet dokonała brawurowego nocnego przejścia obok silnie uzbrojonych baterii konfederackich na Island No. 10. Okręt został przygotowany na to zadanie poprzez wzmocnienie pokładów grubymi deskami, ułożenie łańcuchów kotwicznych jako dodatkowej ochrony, oraz ułożenie drewna i beli siana wokół kotłów. Okna sterówki zostały owinięte osiemnastoma calami grubego kabla. Para była uwalniana przez koła burtowe, aby uniknąć hałasu. Ten śmiały manewr odciął wyspę i zmusił ją do kapitulacji. Zwycięstwo to, choć strategicznie ważne, pozostało w cieniu Bitwy pod Shiloh. Rana komandora Foote'a nie goiła się, przekazał on więc dowództwo nad eskadrą kapitanowi Davisowi. 10 maja 1862 roku rozegrała się bitwa przy Śliwkowym Zakręcie (Battle of Plum Point Bend). Ta bitwa była częścią walk o Fort Pillow. USS Carondelet był obecny i aktywnie zaangażowany w to starcie. Kiedy konfederackie tarany zaatakowały, Carondelet, dowodzony przez kapitana Walke'a, natychmiast ruszył do walki. Otworzył ogień na wycofującego się CSS General Bragg i przeciął rurę parową jednej z dwóch taranów, które wcześniej zaatakowały USS Cincinnati. Bitwa ta była zacięta, a Cincinnati i Mound City zostały zatopione (choć później szybko je naprawiono). Konfederaci wycofali się, twierdząc, że woda była zbyt płytka dla ich taranów. USS Tyler nie brał udziału w tej potyczce. 15 lipca 1862 Tyler i Carondelet znowu działały razem. Doszło wtedy do pojedynku z konfederackim taranowcem CSS Arkansas. To był dramatyczny test dla okrętów Unii. Konfederaci, borykający się z niedoborami dział i amunicji, zbudowali Arkansas – potężny taranowiec, którego budowa rozpoczęła się w Memphis. Statek był niedokończony i źle zbudowany, gdy został przeholowany rzeką Yazoo do Yazoo City, by uniknąć przechwycenia przez flotę Unii. Dowództwo objął energiczny komandor Isaac N. Brown, który niemal cudem ukończył okręt w ciągu pięciu tygodni, pracując 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, z pomocą żołnierzy i niewolników. Arkansas miała żelazny taran i dziesięć dział, choć nie posiadała pełnego opancerzenia. Brakowało odpowiedniej wentylacji, a kotły nie były izolowane. 15 lipca 1862 roku, trzy okręty Unii – drewniana kanonierka USS Tyler, taran USS Queen of the West i pancerny okręt USS Carondelet – wysłane na rozpoznanie, zostały zaskoczone przez zbliżającą się CSS Arkansas na rzece Yazoo. USS Tyler był pierwszym okrętem Unii, który otworzył ogień. Wkrótce potem pocisk z Arkansas trafił w maszynownię Tylera, zabijając dziewięciu i raniąc szesnastu marynarzy. Jeden z pocisków Tylera zdekapitował marynarza Konfederacji, który bezmyślnie wystawił głowę z furty działowej. Sam komandor Brown z Arkansas został uderzony pociskiem w kazamatę, co na krótko go ogłuszyło, a snajperska kula prześlizgnęła się po jego skroni. Arkansas zamierzała staranować Carondelet. Kapitan Walke z Carondelet próbował obrócić swój okręt rufą, aby uniknąć natychmiastowego zatopienia. Pociski z Arkansas penetrowały słabo opancerzoną rufę Carondelet. Okręt został ciężko uszkodzony i osiadł na mieliźnie. Carondelet straciła 4 zabitych i 6 rannych w tej walce. Drewniany Tyler dalej walczył powodując duże uszkodzenia na CSS Arkansas. Po walce na Yazoo, Arkansas śmiało przepłynęła przez zakotwiczone floty Unii Farraguta i Davisa pod Vicksburgiem. Zadawała straty, mimo że sama była ostrzeliwana. Stan okrętu po bitwie był przerażający: wnętrze było wypełnione "stosem okaleczonych i makabrycznie zabitych". Przepłynięcie tego jednego okrętu wzdłuż dwóch eskadr Unii wywołało wiwaty w Vicksburgu. Kapitan Davis, dowódca Eskadry rzecznej Missisipi próbował zniszczyć Arkansas, ale okręt znajdował się pod osłoną dział Vicksburga. Kampania Vicksburg przyniosła nową taktykę. Już 12 grudnia 1862 roku USS Cairo, pancerny okręt typu City-class, został zatopiony przez minę wodną (wówczas nazywaną torpedą) na rzece Yazoo. Był to pierwszy z siedmiu oryginalnych pancernych okrętów, który zatonął. Historycy uważają, że to była pierwsza mina, która została odpalona elektrycznie. W międzyczasie, 15 października 1862 roku, komandor David D. Porter zastąpił kapitana Davisa na stanowisku dowódcy Floty Rzecznej Missisipi. USS Tyler kontynuował aktywną służbę. Odegrał znaczącą rolę w Bitwie pod Heleną w Arkansas (4 lipca 1863), skutecznie wspierając wojska lądowe i przyczyniając się do odparcia ataku Konfederatów. USS Carondelet również wykonała kolejne brawurowe przejście obok potężnych baterii Vicksburga w nocy 16 kwietnia 1863 roku. Był to kluczowy krok, który umożliwił wojskom Granta przekroczenie rzeki Missisipi poniżej miasta. Carondelet brała również udział w intensywnym bombardowaniu baterii w Grand Gulf 29 kwietnia, otwierając drogę do lądowania wojsk Unii. Przez całe miesiące (od maja do lipca 1863) oblężenia Vicksburga, oba okręty, Carondelet i Tyler, nieustannie wspierały wojska lądowe, ostrzeliwując pozycje konfederackie i utrzymując linie zaopatrzeniowe. Ich obecność była kluczowa. Ostateczna kapitulacja Vicksburga 4 lipca 1863 roku była momentem przełomowym. To strategiczne zwycięstwo, a następnie zdobycie Port Hudson, otworzyło całą rzekę Missisipi, dzieląc Konfederację na dwie części i było kulminacją działań, w których Tyler i Carondelet odegrały niezastąpioną rolę. Po zdobyciu Vicksburga, okręty kontynuowały służbę. USS Tyler służył na rzece White w Arkansas, walcząc z partyzantami i wspierając operacje lądowe. Jej ostatni znaczący akt miał miejsce po wojnie, kiedy to 27 kwietnia 1865 roku, Tyler był jednym z pierwszych okrętów, które odpowiedziały na tragiczną eksplozję parowca Sultana pod Memphis, uczestnicząc w akcji ratunkowej. USS Carondelet wzięła udział w ekspedycji Red River w 1864 roku i patrolowała rzekę Cumberland do końca wojny. Historia USS Tyler i USS Carondelet to opowieść o szybkiej adaptacji cywilnych statków do potrzeb wojskowych i potędze nowej technologii. Ich wspólne bitwy, odwaga ich załóg i strategiczne znaczenie ich działań ukształtowały bieg wojny na Zachodzie, zapewniając Unii decydujące zwycięstwo.
W dzisiejszej audycji zanurzymy się w burzliwe wody amerykańskiej Wojny Secesyjnej, skupiając się na zachodnim teatrze działań, gdzie losy konfliktu w dużej mierze rozstrzygały się na potężnych rzekach. Mowa tu o Missisipi, Tennessee i Cumberland. Poznacie historię Eskadry Rzecznej Missisipi oraz dwóch niezwykłych okrętów, które stały się jej symbolami: drewnianej kanonierki USS Tyler i pancernego okrętu USS Carondelet. Od wczesnych potyczek po decydującą kampanię na Vicksburg, ich losy splotły się nierozerwalnie z historią tej wojny.

Zanim jeszcze oficjalnie wybuchła wojna, parowiec "A. O. Tyler" stał się ofiarą pierwszych aktów agresji. Już 13 stycznia 1861 roku został ostrzelany i przeszukany niedaleko Vicksburga przez Konfederatów. Ten cywilny statek został w czerwcu tego samego roku zakupiony przez Departament Wojny i pospiesznie przerobiony na kanonierkę, zyskując przydomek "timberclad" – co oznacza "drewniana kanonierka", od grubych dębowych osłon wzmacniających jego kadłub. USS Tyler wszedł do służby we wrześniu 1861 roku. Eskadra posiadała wtedy trzy takie okręty (Tyler, Lexington oraz Conestoga).

Były to przerobione na kanonierki parowce. Budowano już wtedy lepsze pancerne okręty, ale wojna nie pozwalała czekać. USS Tyler, często współpracując z siostrzanym USS Lexington, zapewnił niezwykle ważne wsparcie ogniowe dla sił generała Ulyssesa S. Granta, osłaniając ich odwrót 7 listopada 1861 po bitwie pod Belmont w Missouri. Zapobiegły w ten sposób klęsce. W tej potyczce Tyler poniósł straty: jeden zabity i dwóch rannych.

W styczniu 1862 roku do eskadry dołączyła USS Carondelet, zbudowana przez wizjonerskiego Jamesa B. Eadsa w Saint Louis. Był to jeden z pionierskich pancernych okrętów typu "City-class", zaprojektowanych specjalnie do działań na płytkich rzekach, z opancerzoną kazamatą i płaskim dnem. Łącznie tych pancernych kanonierek było wtedy siedem. Jak już jednak mówiłem ja skupię się na drewnianym Tylerze oraz pancernym Carondelet. Oba te okręty rozpoczęły służbę w bazie w Kairze w stanie Illinois, strategicznie położonej na zbiegu rzek Ohio i Missisipi.

Zarówno Tyler, jak i Carondelet, wzięły udział w intensywnym bombardowaniu i zdobyciu (6 lutego 1862) fortu Henry w Tennessee. Opancerzenie Carondelet pozwoliło jej wytrzymać bezpośredni ogień artyleryjski, co było kluczowe dla szybkiej kapitulacji. Po zdobyciu fortu, Tyler wraz z innymi kanonierkami popłynął w górę rzeki Tennessee, niszcząc mosty i przejmując parowce.

W dniach 11-16 lutego 1862 rozegrała się bitwa o Fort Donelson w Tennessee. Oba okręty ponownie walczyły. USS Carondelet doznała znacznych uszkodzeń i poważnych strat, w tym 54 zabitych i rannych, z czego trzech pilotów było śmiertelnie rannych. Jej wytrzymałość osłabiała konfederackie fortyfikacje. Po bitwie, uszkodzona Carondelet udała się na naprawy do Kairu, podczas gdy Tyler ruszył dalej z armią Granta. To właśnie tam komodor Andrew Foote, dowódca eskadry, został poważnie ranny w stopę.

Bitwa pod Shiloh w Tennessee (6-7 kwietnia 1862) była jeden z najważniejszych momentów dla USS Tyler. Kiedy armia Granta została zepchnięta na skraj rzeki Tennessee, USS Tyler i Lexington zapewniły wsparcie artyleryjskie, które jest powszechnie uznawane za czynnik, który złamał impet natarcia Konfederatów i zapobiegł całkowitemu rozgromieniu sił Unii przed nadejściem nocy. Historycy często wskazują, że "Tyler pomógł wygrać Grantowi". Warto przypomnieć, że już drugi raz. Tyler uratował Granta pod Belmont i teraz także pod Shiloh.

Gdy USS Tyler na rzece Tennessee wspierał Granta pod Shiloh, pancerne kanonierki na rzece Missisipi próbowały pokonać konfederatów umocnionych na Wyspie numer 10. To był moment chwały dla USS Carondelet. Pod dowództwem kapitana Henry'ego Walke'a, Carondelet dokonała brawurowego nocnego przejścia obok silnie uzbrojonych baterii konfederackich na Island No. 10. Okręt został przygotowany na to zadanie poprzez wzmocnienie pokładów grubymi deskami, ułożenie łańcuchów kotwicznych jako dodatkowej ochrony, oraz ułożenie drewna i beli siana wokół kotłów. Okna sterówki zostały owinięte osiemnastoma calami grubego kabla. Para była uwalniana przez koła burtowe, aby uniknąć hałasu. Ten śmiały manewr odciął wyspę i zmusił ją do kapitulacji. Zwycięstwo to, choć strategicznie ważne, pozostało w cieniu Bitwy pod Shiloh. Rana komandora Foote'a nie goiła się, przekazał on więc dowództwo nad eskadrą kapitanowi Davisowi.

10 maja 1862 roku rozegrała się bitwa przy Śliwkowym Zakręcie (Battle of Plum Point Bend). Ta bitwa była częścią walk o Fort Pillow. USS Carondelet był obecny i aktywnie zaangażowany w to starcie. Kiedy konfederackie tarany zaatakowały, Carondelet, dowodzony przez kapitana Walke'a, natychmiast ruszył do walki. Otworzył ogień na wycofującego się CSS General Bragg i przeciął rurę parową jednej z dwóch taranów, które wcześniej zaatakowały USS Cincinnati. Bitwa ta była zacięta, a Cincinnati i Mound City zostały zatopione (choć później szybko je naprawiono). Konfederaci wycofali się, twierdząc, że woda była zbyt płytka dla ich taranów. USS Tyler nie brał udziału w tej potyczce.

15 lipca 1862 Tyler i Carondelet znowu działały razem. Doszło wtedy do pojedynku z konfederackim taranowcem CSS Arkansas. To był dramatyczny test dla okrętów Unii. Konfederaci, borykający się z niedoborami dział i amunicji, zbudowali Arkansas – potężny taranowiec, którego budowa rozpoczęła się w Memphis. Statek był niedokończony i źle zbudowany, gdy został przeholowany rzeką Yazoo do Yazoo City, by uniknąć przechwycenia przez flotę Unii. Dowództwo objął energiczny komandor Isaac N. Brown, który niemal cudem ukończył okręt w ciągu pięciu tygodni, pracując 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, z pomocą żołnierzy i niewolników. Arkansas miała żelazny taran i dziesięć dział, choć nie posiadała pełnego opancerzenia. Brakowało odpowiedniej wentylacji, a kotły nie były izolowane.

15 lipca 1862 roku, trzy okręty Unii – drewniana kanonierka USS Tyler, taran USS Queen of the West i pancerny okręt USS Carondelet – wysłane na rozpoznanie, zostały zaskoczone przez zbliżającą się CSS Arkansas na rzece Yazoo. USS Tyler był pierwszym okrętem Unii, który otworzył ogień. Wkrótce potem pocisk z Arkansas trafił w maszynownię Tylera, zabijając dziewięciu i raniąc szesnastu marynarzy. Jeden z pocisków Tylera zdekapitował marynarza Konfederacji, który bezmyślnie wystawił głowę z furty działowej. Sam komandor Brown z Arkansas został uderzony pociskiem w kazamatę, co na krótko go ogłuszyło, a snajperska kula prześlizgnęła się po jego skroni.

Arkansas zamierzała staranować Carondelet. Kapitan Walke z Carondelet próbował obrócić swój okręt rufą, aby uniknąć natychmiastowego zatopienia. Pociski z Arkansas penetrowały słabo opancerzoną rufę Carondelet. Okręt został ciężko uszkodzony i osiadł na mieliźnie. Carondelet straciła 4 zabitych i 6 rannych w tej walce. Drewniany Tyler dalej walczył powodując duże uszkodzenia na CSS Arkansas.

Po walce na Yazoo, Arkansas śmiało przepłynęła przez zakotwiczone floty Unii Farraguta i Davisa pod Vicksburgiem. Zadawała straty, mimo że sama była ostrzeliwana. Stan okrętu po bitwie był przerażający: wnętrze było wypełnione "stosem okaleczonych i makabrycznie zabitych". Przepłynięcie tego jednego okrętu wzdłuż dwóch eskadr Unii wywołało wiwaty w Vicksburgu. Kapitan Davis, dowódca Eskadry rzecznej Missisipi próbował zniszczyć Arkansas, ale okręt znajdował się pod osłoną dział Vicksburga.

Kampania Vicksburg przyniosła nową taktykę. Już 12 grudnia 1862 roku USS Cairo, pancerny okręt typu City-class, został zatopiony przez minę wodną (wówczas nazywaną torpedą) na rzece Yazoo. Był to pierwszy z siedmiu oryginalnych pancernych okrętów, który zatonął. Historycy uważają, że to była pierwsza mina, która została odpalona elektrycznie.
W międzyczasie, 15 października 1862 roku, komandor David D. Porter zastąpił kapitana Davisa na stanowisku dowódcy Floty Rzecznej Missisipi.

USS Tyler kontynuował aktywną służbę. Odegrał znaczącą rolę w Bitwie pod Heleną w Arkansas (4 lipca 1863), skutecznie wspierając wojska lądowe i przyczyniając się do odparcia ataku Konfederatów.

USS Carondelet również wykonała kolejne brawurowe przejście obok potężnych baterii Vicksburga w nocy 16 kwietnia 1863 roku. Był to kluczowy krok, który umożliwił wojskom Granta przekroczenie rzeki Missisipi poniżej miasta. Carondelet brała również udział w intensywnym bombardowaniu baterii w Grand Gulf 29 kwietnia, otwierając drogę do lądowania wojsk Unii.

Przez całe miesiące (od maja do lipca 1863) oblężenia Vicksburga, oba okręty, Carondelet i Tyler, nieustannie wspierały wojska lądowe, ostrzeliwując pozycje konfederackie i utrzymując linie zaopatrzeniowe. Ich obecność była kluczowa.

Ostateczna kapitulacja Vicksburga 4 lipca 1863 roku była momentem przełomowym. To strategiczne zwycięstwo, a następnie zdobycie Port Hudson, otworzyło całą rzekę Missisipi, dzieląc Konfederację na dwie części i było kulminacją działań, w których Tyler i Carondelet odegrały niezastąpioną rolę.

Po zdobyciu Vicksburga, okręty kontynuowały służbę. USS Tyler służył na rzece White w Arkansas, walcząc z partyzantami i wspierając operacje lądowe. Jej ostatni znaczący akt miał miejsce po wojnie, kiedy to 27 kwietnia 1865 roku, Tyler był jednym z pierwszych okrętów, które odpowiedziały na tragiczną eksplozję parowca Sultana pod Memphis, uczestnicząc w akcji ratunkowej. USS Carondelet wzięła udział w ekspedycji Red River w 1864 roku i patrolowała rzekę Cumberland do końca wojny.

Historia USS Tyler i USS Carondelet to opowieść o szybkiej adaptacji cywilnych statków do potrzeb wojskowych i potędze nowej technologii. Ich wspólne bitwy, odwaga ich załóg i strategiczne znaczenie ich działań ukształtowały bieg wojny na Zachodzie, zapewniając Unii decydujące zwycięstwo.

87 - Bitwa pod Shiloh
2025-04-04 15:49:55

W kwietniu 1862 roku mijał pierwszy rok wojny secesyjnej. Obie strony spodziewały się szybkiego zakończenia konfliktu oraz zaprzestania dalszego przelewu krwi. Pierwsze bitwy kończyły się często szybką przegraną jednej ze stron. Np. I bitwa nad Bull Run zakończyła się ucieczką unionistów. Ofiar było około 5 tys. Bitwa o Ford Donelson zakończyła się poddaniem konfederatów. Zabitych razem był niecały tysiąc. Nadchodził jednak dzień, w którym miała się rozegrać najkrwawsza bitwa w dotychczasowych dziejach historii USA. Generał Grant zdobył rzekę i stan Tennessee. Jego armia, o której nagrywałem odcinek 86, została nazwana Armią Tennessee. Niestety zazdrosny generał Halleck odebrał mu dowództwo. Armia Tennessee znalazła się w miejscu zwanym Pittsburg Landing, ale bez Granta. Jej zadaniem było zdobycie ważnego węzła kolejowego w mieście Corinth. Dowódca ulokował się na północ w mieście Savannah. Interweniował jednak prezydent Lincoln i Grantowi przywrócono dowództwo. Generał Grant przybył do Savannah 17 marca. W międzyczasie jego armia urosła i znalazło się w niej wielu nowych żołnierzy. Dowódcy sześciu dywizji zaczęli ich szkolić. Generał Sherman i jego podwładni znajdowali się niedaleko kościółka o hebrajskiej nazwie Shiloh, która oznacza miejsce pokoju. Niestety właśnie tam miała się rozegrać najkrwawsza (do tej pory) bitwa wojny secesyjnej. Unioniści szkolili więc swoich żołnierzy, a konfederaci w Corinth’cie obserwowali ich poczynania. Grant dostał rozkaz od Hallecka aby czekał na generała Buella i jego Armię Ohio. Te dwie armie razem miały uderzyć na Corinth. Konfederaci nie chcieli czekać postanowili zgromadzić siły większe od armii Granta i pokonać ją zanim przybędzie armia Buella z Nashville czyli z północnego wschodu. Do Corinthu przybyły dodatkowe siły ze wschodu. Konfederacki generał Johnston wydał rozkaz wymarszu. Planował atak na 4 kwietnia. Zdarzyły się jednak opóźnienia i konfederacka armia była gotowa do ataku 6 kwietnia rano. Tereny na których rozegrała się bitwa pod Shiloh nawet dzisiaj są porośnięte gęstym lasem. Unioniści zdawali sobie sprawę z obecności konfederatów, ale ukształtowanie terenu nie pozwalało na ocenę wielkości sił rebelianckich. Generał Sherman, który dowodził 5 dywizją Armii Tennessee przez długi czas myślał, że to małe grupki rozpoznawcze. Dopiero gdy zginął jego adiutant i został postrzelony w rękę,  zorientował się, że rozpoczęła się prawdziwa bitwa. Armię Tennessee wspomagała Eskadra rzeczna Missisipi. Dzięki nim Grant zdobył forty Henry i Donelson. Niestety podczas bitwy pod Shiloh kanonierki pancerne walczyły na rzece Missisipi o wyspę numer 10. Przy armii Granta pozostały kanonierki drewniane. Atakujących konfederatów ostrzeliwał Tyler, do którego później dołączył także Lexington. Ogień armat od rzeki Tennessee był jednym z elementów, który powstrzymał atak konfederatów i pozwolił unionistom zreorganizować się. Sherman i McClernand bronili się i nawet kontratakowali, ale gdy Johnston użył swoich odwodów, wycofali swoje dywizje bliżej Pittsburg Landing. Umocnili się na tamtejszych wzgórzach. Na swoich miejscach pozostały jednak 2 i 6 dywizja. Mimo okrążenia bronili się aż do wieczora w miejscu, które przeszło do historii pod nazwą gniazdo szerszeni (ang. Hornet's Nest). Na południe od tego miejsca znajdował się krwawy staw (ang. Bloody Pond). Tam, w zależności kto w danym momencie zajmował ten teren, unioniści lub konfederaci, przemywali swoje rany i  w konsekwencji pili wodę zabarwioną na czerwono. Cała potęga konfederatów skoncentrowała się na tych dwóch dywizjach, które były okrążone. Kule brzęczały tam jak szerszenie i stąd nazwa. Konfederaci sprowadzili tam 60 armat i zaczęli bombardować przebywających tam unionistów. Kierujący atakiem dowódca rebeliantów generał Johnston został trafiony w nogę. Dowodził jednak dalej, aż do momentu, w którym wykrwawił się na śmierć. Dowództwo przejął generał Beauregard. Wieczorem poddali się unioniści broniący gniazda szerszeni. Konfederacki dowódca pewny zwycięstwa nakazał przerwać walkę. Wysłał do Richmond telegram, w którym twierdził, że następnego dnia pokona Granta. W nocy przybyła jednak 3 dywizja armii Granta, która stacjonowała dalej na północy za strumieniem Węża (ang. Snake Creek). Przybyły też pierwsze oddziały armii Buella idące z północnego wschodu z Nashville. Tak więc 7 kwietnia sytuacja odwróciła się - to Grant miał przewagę liczebną i to on atakował. Konfederacki dowódca Beauregard oczekiwał jeszcze na posiłki, ale gdy one nie przybyły wycofał się do swojej bazy w mieście Corinth. Gdzie oczekiwał na zbliżające się oblężenie. Generał Halleck już wcześniej chciał odsunąć Granta od dowodzenia. Jednak prezydent Lincoln stanął w jego obronie. Powiedział, ”nie mogę się obyć bez tego człowieka, on walczy” (ang. I can't spare this man – he fights). Jest to dobre podsumowanie umiejętności Granta. Nie był on idealnym dowódcą, ale nie przestawał walczyć nawet gdy wydawało się, że klęska jest nieunikniona. Jego postawa uspokoiła żołnierzy unii, którzy pozbierali się i kolejnego dnia zwyciężyli. Granta krytykowano za to, że Armia Tennessee dała się zaskoczyć oraz za to, że jego kwatera znajdowała się dalej na północ w mieście Savannah. Były także oskarżenia o to, że był pijany. To prawda, że Grant był znany z nadużywania alkoholu, nie ma jednak dowodów na to, że prowadził bitwy w takim stanie. Co do dwóch pierwszych oskarżeń to gdy Grant przybył armia już obozowała wokół kościółka Shiloah, a kwatera główna znajdowała się na północ w Savannah. To były decyzje poprzedniego dowódcy. Niemniej Grat stał się znany ze swoich genialnych planów ataku oraz tego, że wielokrotnie dawał się zaskoczyć. Później gdy walczył przeciwko Lee, Armia Potomaku pod jego dowództwem została zaatakowana w tzw. bitwie w dziczy. Później Grant pozwolił na to, że jego armia została podzielona na dwie części i tylko choroba generał Lee sprawiła, że unia nie została wtedy pokonana. Wracając jednak do słów prezydenta Lincolna. Grant jako dowódca miał swoje wady i zalety. Był świetny w ataku, ale wielokrotnie pozwalał się zaskoczyć. Lincoln nie miał jednak nikogo lepszego. Podczas bitwy pod Shiloh, w dniach 6-7 kwietnia 1862 roku wszystko było największe. Zgromadzono największą artylerię, która bombardowała gniazdo szerszeni. Zginęło też więcej amerykańskich żołnierzy niż we wszystkich wcześniejszych wojnach, wliczając w to wojnę o niepodległość, wojnę z Meksykiem itd. Oczywiście późniejsze bitwy jak Antietam czy Gettysburg przewyższyły stratami Shiloh. Ale po tej bitwie ludzie byli w szoku. Otworzyły im się oczy i zrozumieli jak krwawa będzie wojna secesyjna.
W kwietniu 1862 roku mijał pierwszy rok wojny secesyjnej. Obie strony spodziewały się szybkiego zakończenia konfliktu oraz zaprzestania dalszego przelewu krwi. Pierwsze bitwy kończyły się często szybką przegraną jednej ze stron. Np. I bitwa nad Bull Run zakończyła się ucieczką unionistów. Ofiar było około 5 tys. Bitwa o Ford Donelson zakończyła się poddaniem konfederatów. Zabitych razem był niecały tysiąc. Nadchodził jednak dzień, w którym miała się rozegrać najkrwawsza bitwa w dotychczasowych dziejach historii USA.

Generał Grant zdobył rzekę i stan Tennessee. Jego armia, o której nagrywałem odcinek 86, została nazwana Armią Tennessee. Niestety zazdrosny generał Halleck odebrał mu dowództwo. Armia Tennessee znalazła się w miejscu zwanym Pittsburg Landing, ale bez Granta. Jej zadaniem było zdobycie ważnego węzła kolejowego w mieście Corinth. Dowódca ulokował się na północ w mieście Savannah. Interweniował jednak prezydent Lincoln i Grantowi przywrócono dowództwo.

Generał Grant przybył do Savannah 17 marca. W międzyczasie jego armia urosła i znalazło się w niej wielu nowych żołnierzy. Dowódcy sześciu dywizji zaczęli ich szkolić. Generał Sherman i jego podwładni znajdowali się niedaleko kościółka o hebrajskiej nazwie Shiloh, która oznacza miejsce pokoju. Niestety właśnie tam miała się rozegrać najkrwawsza (do tej pory) bitwa wojny secesyjnej. Unioniści szkolili więc swoich żołnierzy, a konfederaci w Corinth’cie obserwowali ich poczynania.

Grant dostał rozkaz od Hallecka aby czekał na generała Buella i jego Armię Ohio. Te dwie armie razem miały uderzyć na Corinth. Konfederaci nie chcieli czekać postanowili zgromadzić siły większe od armii Granta i pokonać ją zanim przybędzie armia Buella z Nashville czyli z północnego wschodu. Do Corinthu przybyły dodatkowe siły ze wschodu. Konfederacki generał Johnston wydał rozkaz wymarszu. Planował atak na 4 kwietnia. Zdarzyły się jednak opóźnienia i konfederacka armia była gotowa do ataku 6 kwietnia rano.

Tereny na których rozegrała się bitwa pod Shiloh nawet dzisiaj są porośnięte gęstym lasem. Unioniści zdawali sobie sprawę z obecności konfederatów, ale ukształtowanie terenu nie pozwalało na ocenę wielkości sił rebelianckich. Generał Sherman, który dowodził 5 dywizją Armii Tennessee przez długi czas myślał, że to małe grupki rozpoznawcze. Dopiero gdy zginął jego adiutant i został postrzelony w rękę,  zorientował się, że rozpoczęła się prawdziwa bitwa.

Armię Tennessee wspomagała Eskadra rzeczna Missisipi. Dzięki nim Grant zdobył forty Henry i Donelson. Niestety podczas bitwy pod Shiloh kanonierki pancerne walczyły na rzece Missisipi o wyspę numer 10. Przy armii Granta pozostały kanonierki drewniane. Atakujących konfederatów ostrzeliwał Tyler, do którego później dołączył także Lexington. Ogień armat od rzeki Tennessee był jednym z elementów, który powstrzymał atak konfederatów i pozwolił unionistom zreorganizować się.

Sherman i McClernand bronili się i nawet kontratakowali, ale gdy Johnston użył swoich odwodów, wycofali swoje dywizje bliżej Pittsburg Landing. Umocnili się na tamtejszych wzgórzach. Na swoich miejscach pozostały jednak 2 i 6 dywizja. Mimo okrążenia bronili się aż do wieczora w miejscu, które przeszło do historii pod nazwą gniazdo szerszeni (ang. Hornet's Nest). Na południe od tego miejsca znajdował się krwawy staw (ang. Bloody Pond). Tam, w zależności kto w danym momencie zajmował ten teren, unioniści lub konfederaci, przemywali swoje rany i  w konsekwencji pili wodę zabarwioną na czerwono.

Cała potęga konfederatów skoncentrowała się na tych dwóch dywizjach, które były okrążone. Kule brzęczały tam jak szerszenie i stąd nazwa. Konfederaci sprowadzili tam 60 armat i zaczęli bombardować przebywających tam unionistów. Kierujący atakiem dowódca rebeliantów generał Johnston został trafiony w nogę. Dowodził jednak dalej, aż do momentu, w którym wykrwawił się na śmierć. Dowództwo przejął generał Beauregard. Wieczorem poddali się unioniści broniący gniazda szerszeni. Konfederacki dowódca pewny zwycięstwa nakazał przerwać walkę. Wysłał do Richmond telegram, w którym twierdził, że następnego dnia pokona Granta.

W nocy przybyła jednak 3 dywizja armii Granta, która stacjonowała dalej na północy za strumieniem Węża (ang. Snake Creek). Przybyły też pierwsze oddziały armii Buella idące z północnego wschodu z Nashville. Tak więc 7 kwietnia sytuacja odwróciła się - to Grant miał przewagę liczebną i to on atakował. Konfederacki dowódca Beauregard oczekiwał jeszcze na posiłki, ale gdy one nie przybyły wycofał się do swojej bazy w mieście Corinth. Gdzie oczekiwał na zbliżające się oblężenie.

Generał Halleck już wcześniej chciał odsunąć Granta od dowodzenia. Jednak prezydent Lincoln stanął w jego obronie. Powiedział, ”nie mogę się obyć bez tego człowieka, on walczy” (ang. I can't spare this man – he fights). Jest to dobre podsumowanie umiejętności Granta. Nie był on idealnym dowódcą, ale nie przestawał walczyć nawet gdy wydawało się, że klęska jest nieunikniona. Jego postawa uspokoiła żołnierzy unii, którzy pozbierali się i kolejnego dnia zwyciężyli.

Granta krytykowano za to, że Armia Tennessee dała się zaskoczyć oraz za to, że jego kwatera znajdowała się dalej na północ w mieście Savannah. Były także oskarżenia o to, że był pijany. To prawda, że Grant był znany z nadużywania alkoholu, nie ma jednak dowodów na to, że prowadził bitwy w takim stanie. Co do dwóch pierwszych oskarżeń to gdy Grant przybył armia już obozowała wokół kościółka Shiloah, a kwatera główna znajdowała się na północ w Savannah. To były decyzje poprzedniego dowódcy.

Niemniej Grat stał się znany ze swoich genialnych planów ataku oraz tego, że wielokrotnie dawał się zaskoczyć. Później gdy walczył przeciwko Lee, Armia Potomaku pod jego dowództwem została zaatakowana w tzw. bitwie w dziczy. Później Grant pozwolił na to, że jego armia została podzielona na dwie części i tylko choroba generał Lee sprawiła, że unia nie została wtedy pokonana. Wracając jednak do słów prezydenta Lincolna. Grant jako dowódca miał swoje wady i zalety. Był świetny w ataku, ale wielokrotnie pozwalał się zaskoczyć. Lincoln nie miał jednak nikogo lepszego.

Podczas bitwy pod Shiloh, w dniach 6-7 kwietnia 1862 roku wszystko było największe. Zgromadzono największą artylerię, która bombardowała gniazdo szerszeni. Zginęło też więcej amerykańskich żołnierzy niż we wszystkich wcześniejszych wojnach, wliczając w to wojnę o niepodległość, wojnę z Meksykiem itd. Oczywiście późniejsze bitwy jak Antietam czy Gettysburg przewyższyły stratami Shiloh. Ale po tej bitwie ludzie byli w szoku. Otworzyły im się oczy i zrozumieli jak krwawa będzie wojna secesyjna.

Informacja dotycząca prawa autorskich: Wszelka prezentowana tu zawartość podkastu jest własnością jego autora

Wyszukiwanie

Kategorie