Bajkowy Podcast

Klasyczne i popularne bajki w sam raz dla Twojego dziecka, a może chcesz posłuchać razem z nim?


Odcinki od najnowszych:

BP #034 - Bajka
2019-11-03 06:00:16

Autor: Henryk Sienkiewicz Tytuł: Bajka Czyta: Wojciech Strózik Za górami, za morzami, w dalekiej krainie czarów, przy kolebce małej księżniczki zebrały się dobre wróżki ze swą królową na czele. I gdy otoczywszy księżniczkę patrzyły na uśpioną twarzyczkę dzieciny, królowa ich rzekła: — Niechaj każda z was obdarzy ją jakim cennym darem, wedle swej możności i chęci! Na to pierwsza wróżka, pochylając się nad uśpioną, wypowiedziała następujące słowa: — Ja daję ci czar piękności i mocą moją sprawię, że kto ujrzy twarz twoją, pomyśli, iż ujrzał cudny kwiat wiosenny. — Ja — rzekła druga — dam ci oczy przezrocze i głębokie jak toń wodna. — Ja dam ci powiewną i wysmukłą postać młodej palmy — ozwała się trzecia. — A ja — mówiła czwarta — dam ci wielki skarb złoty, dotychczas w ziemi ukryty. Królowa zamyśliła się przez chwilę, po czym, zwróciwszy się do wróżek, tak zaczęła mówić: — Piękność ludzi i kwiatów więdnie. Urocze oczy gasną wraz z młodością, a i w młodości często zaćmiewają się łzami. Wicher łamie palmy, a wiatr pochyla wysmukłe postacie. Złota kto nie rozdziela między ludźmi, ten budzi ich nienawiść, a kto je rozdzieli, temu pustka zostaje w skrzyni. Przeto nietrwałe są wasze dary. — Cóż jest trwałego w człowieku i czymże ty ją obdarzysz, o królowo nasza? — pytały wróżki. A na to królowa: — Ja jej dam dobroć. Słońce jest wspaniałe i jasne, ale gdyby nie ogrzewało ziemi, byłoby tylko martwo świecącą bryłą. Dobroć serca jest tym, czym ciepło słońca: ona daje życie… Piękność bez dobroci jest jako kwiat bez woni albo jak świątynia bez bóstwa. Oczy mogą podziwiać taką świątynię, ale dusza nie znajdzie w niej ukojenia. Bogactwo bez dobroci jest piastunką samolubstwa. Nawet miłość bez dobroci jest tylko ogniem, który pali i niszczy. Wiedzcie, że wasze dary mijają, a dobroć trwa; jest ona jak źródło, z którego im więcej wody wyczerpiesz, tym więcej ci jej napłynie. Więc dobroć — to jedyny skarb niewyczerpany. To rzekłszy królowa wróżek pochyliła się nad śpiącą dzieciną i dotknąwszy rękami jej serca rzekła: — Bądź dobrą!
Autor: Henryk Sienkiewicz
Tytuł: Bajka
Czyta: Wojciech Strózik


Za górami, za morzami, w dalekiej krainie czarów, przy kolebce małej księżniczki zebrały się dobre wróżki ze swą królową na czele.
I gdy otoczywszy księżniczkę patrzyły na uśpioną twarzyczkę dzieciny, królowa ich rzekła:
— Niechaj każda z was obdarzy ją jakim cennym darem, wedle swej możności i chęci!
Na to pierwsza wróżka, pochylając się nad uśpioną, wypowiedziała następujące słowa:
— Ja daję ci czar piękności i mocą moją sprawię, że kto ujrzy twarz twoją, pomyśli, iż ujrzał cudny kwiat wiosenny.
— Ja — rzekła druga — dam ci oczy przezrocze i głębokie jak toń wodna.
— Ja dam ci powiewną i wysmukłą postać młodej palmy — ozwała się trzecia.
— A ja — mówiła czwarta — dam ci wielki skarb złoty, dotychczas w ziemi ukryty.
Królowa zamyśliła się przez chwilę, po czym, zwróciwszy się do wróżek, tak zaczęła mówić:
— Piękność ludzi i kwiatów więdnie. Urocze oczy gasną wraz z młodością, a i w młodości często zaćmiewają się łzami. Wicher łamie palmy, a wiatr pochyla wysmukłe postacie. Złota kto nie rozdziela między ludźmi, ten budzi ich nienawiść, a kto je rozdzieli, temu pustka zostaje w skrzyni. Przeto nietrwałe są wasze dary.
— Cóż jest trwałego w człowieku i czymże ty ją obdarzysz, o królowo nasza? — pytały wróżki.
A na to królowa:
— Ja jej dam dobroć. Słońce jest wspaniałe i jasne, ale gdyby nie ogrzewało ziemi, byłoby tylko martwo świecącą bryłą. Dobroć serca jest tym, czym ciepło słońca: ona daje życie… Piękność bez dobroci jest jako kwiat bez woni albo jak świątynia bez bóstwa. Oczy mogą podziwiać taką świątynię, ale dusza nie znajdzie w niej ukojenia. Bogactwo bez dobroci jest piastunką samolubstwa. Nawet miłość bez dobroci jest tylko ogniem, który pali i niszczy. Wiedzcie, że wasze dary mijają, a dobroć trwa; jest ona jak źródło, z którego im więcej wody wyczerpiesz, tym więcej ci jej napłynie. Więc dobroć — to jedyny skarb niewyczerpany.
To rzekłszy królowa wróżek pochyliła się nad śpiącą dzieciną i dotknąwszy rękami jej serca rzekła:
— Bądź dobrą!

BP #033 - Złota Kaczka (Legendy warszawskie)
2019-11-02 06:00:17

Artur Oppman Legendy warszawskie Złota kaczka I Był sobie szewczyk warszawski. Nazywał się Lutek. Dobre było chłopczysko, wesołe, pracowite, ale biedne, jak ta mysz kościelna. Pracował ci on u majstra jednego, u majstra na Starym Mieście. Ale cóż? Majster, jak majster, grosz zbierał do grosza, z groszy ciułał talary i czerwońce, a u chłopaka bieda, aż piszczy. Niby to mu tam pożywienie dawał. Boże, zmiłuj się: wodzianka, kartofle — i tyle! I odział go, mówi się, ale ta przyodziewa spadała z Lutka, boć to stare łachy majstrowskie, co ledwo się kupy trzymały. Dość, że w takim sianie i pies by nie wytrzymał, a cóż dopiero człowiek! Gadają mu: Miej cierpliwość, mityguj się, będzie lepiej, poczekaj ino! Co to lepiej! Kiedy? Rok za rokiem mija, lata lecą, a tu wciąż nędza i nędza. Znudziło mu się. Uciec chce. Do wojska — powiada — pójdę, żołnierzem będę, może się ta nowy Napoljon gdzie zjawi, to, jak nic marszałkiem zostanę, jenerałem wielkim, mocarzem. No nic! cierpi jeszcze, czeka. Aż ci tu kiedyś na wieczorynkę poszedł do czeladnika jednego, co się niedawno wyzwolił i wiodło mu się niezgorzej, bo grenadierskie buty szył, dla gwardii, dla panów oficerów. Wieczorynka aż miło! Jedzą, piją, gawędzą. Ni z tego, ni z owego, o bajkach się zaczyna, o takich podaniach warszawskich. I mówi jeden stary szewc, kuternoga: — Ho! ho! u nas w Warszawie i o pieniądz łatwo i o sławę, tylko trza mieć odwagę i rozum we łbie, jak się patrzy. Zaciekawił się Lutek, pyta: — Mówcie, co takiego? — Ano nic — rzeknie kuternoga — na Ordynackiej, w podziemiach starego zamku, jest królewna taka, zaklęta w złotą kaczkę. Kto do niej trafi, kto ją przydybie — wygrał! Ona mu powie, jak skarby ogromne zdobyć, jak się stać możnym bogaczem, magnatem! — I gdzie to, mówicie? — Na Ordynackiej, w lochach starego zamczyska. — A kiedy? — W noc świętojańską. Zapamiętał to sobie nasz Lutek, a do nocy świętojańskiej trzy dni trzeba czekać, nie więcej. II Wieczór spadł na gwarną Warszawę, gwiaździsty, ciepły, czerwcowy. Na ulicy ludzi jak mrowia. Panienki takie śliczne spacerują, a przy nich kawaleria, młodzi panowie, a głównie — wojskowi. Tu ułan drugiego pułku, biały z granatem, tu strzelec konny gwardii w mundurze zielonym z żółtym, tu piechota liniowa, tu artylerzysta; hej! ostrogi dźwięczą, szable brzęczą, kity migają, aż lubo patrzeć! Idzie sobie nasz szewczyk Lutek Krakowskim Przedmieściem, Nowym Światem, wszedł w Ordynacką, przeżegnał się: już blisko! Spuszcza się Tamką, bo tam właśnie jest wnijście do lochów ordynackiego zamczyska, idzie, lezie, ale mu coś niesporo. Nie to, żeby się bał: niech Bóg broni! nie lęka się on niczego; tylko tak jakoś, nie łacno mu, ze złym duchem może, wejść w komitywę. Ano trudno! Raz się zdecydował: wejść trzeba! Od Tamki, okienka nad ulicą dość nisko, szyb nie ma, ino kraty, ale taki chudzielec, jak wąż się przeciśnie. Jazda! Wdrapał się po wystających cegłach do okna, raz, dwa, trzy! W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego! — Wlazł do wnętrza. Ciemno! zapalił świeczkę — idzie. Kurytarz długi, wąski, kręty, prowadzi niżej i niżej. Aż ci po kwadransie może takiej drogi wylazł szewczyk do piwnicy wielkiej, sklepionej, z jeziorkiem jakiemsiś pośrodku. Przy mdłym światełku świeczki łojowej, którą trzymał w ręku, obaczył Lutek owo jeziorko, — a na nim — Boże drogi! prawdę mówił szewc Kuternoga: złota kaczka pływa, piórkami szeleści. — Taś, taś! kaczuchno! I nagle — z kaczki czyni się przecudna dziewica: królewna. Włosy złote do ziemi, usta jak maliny, oczy jak gwiazdy, a buzia taka cudna, że — klękajcie narody! — Czego chcesz ode mnie, chłopczyku? — Jaśniewielmożna królewno — Lutek powiada, — nic ci ja nie chcę, ino zrobię to, co ty chcesz, abyś rozkazała. — Dobrze — odpowie księżniczka — tedy ci powiem! Uzyskasz skarby, jakich nikt na świecie nie ma i mieć nie będzie, panem będziesz, bogaczem, jeśli spełnisz co do joty to, co ci powiem. — Słucham, jaśniewielmożna! — Oto masz kieskę, w niej sto dukatów; przez dzień jutrzejszy musisz je wydać, ale tylko na potrzeby własne, dla siebie samego; nic ci z tego złota dać nikomu nie wolno, ni grosza, ni grosza! Pamiętaj. — Ha! ha! ha! — zaśmieje się Lutek — i cóż to trudnego? Będę jadł, będę pił, będę hulał! Wydam sto dukatów — a co potem? — A potem, skarby niezmierne otworem stać ci będą, kopalnie złota prawdziwe, bogactwa niezmierzone; ale pamiętaj: ni grosza nikomu! — Zgoda, królewno! daj kieskę! Księżniczka kieskę Lutkowi wręczyła, zaśmiała się jakoś dziwnie — i znikła. Strach przejął szewczyka. Ledwo się do okna dogramolił, wylazł na Tamkę i smyrgnął na Stare Miasto. III Nazajutrz dzień od rana samego puszcza się Lutek na miasto. Co tu robić najsampierw — myśli sobie — chyba się odziać, jak panicz. No, dobrze! racja! Poszedł na Świętojerską, do sklepów z odzieżą, kupił sobie kapelusz, ubranie, paletot. Szyk! Prawdziwy hrabia! Idzie, pogwizduje, laseczką macha, bo i laseczkę se sprawił, nie wie co robić dalej. Nie taka to łatwa sprawa wydać sto dukatów! Sto dukatów! Dla siebie samego! Ha! Trza pomyśleć! A że to była już jakaś dziesiąta godzina, jeść mu się kaducznie zachciało. Jeść i jeść. Młody, zdrowy, to i nic dziwnego, że głodny. Wstąpił do gospody. Każe sobie dać kiełbasy, kiszki, piwa, bułek. Je, je, aż mu się uszy trzęsą. Najadł się tak, że mu chyba na trzy dni wystarczy. — Co się należy? — Dwa złote. — Dwa złote? Nie więcej? — Dwa złote, paniczu, i przydałoby się z dziesięć groszy napiwku. Wydajże tu sto dukatów, bądź mądry! Ano trudno! Trza jakości ten pieniądz wydać. Pomyślimy! Sypie ci Lutek na wycieczkę za miasto. Pojechał końmi do Wilanowa. Bryczkę wynajął na poczcie, koni czwórka, pocztylion gra na trąbce. Uciecha. Przyjechał. Dał dukata odźwiernemu przy parku. Chodzi po ogrodzie. Napatrzył się, południe już minęło. Pora powracać! I znów jest w Warszawie. Co zrobić? Gdzie wydać pieniądze, boć wydał niespełna pięć dukatów? Spojrzał. Afisz na rogu: Teatr Narodowy. Nie ma co! Chodźmy do teatru. W teatrze zabawił się setnie. Nie był w nim nigdy. Bo i skądże? Rzecz droga: miejsce dwa złote. Wyśmiał się, ucieszył, wychodzi. Późna już pora. Czasu do wydania pieniędzy niewiele, a Bóg świadkiem — nie wie Lutek, co z nimi zrobić? Idzie, rozmyśla. Polak, ŻołnierzA gdy tak idzie, na rogu zaułka starzec stoi zgarbiony. — Panie — powiada — drugi dzień mija, gdy nic w ustach nie miałem. Starym żołnierz, paniczu, pod Sommosierrą byłem, pod Smoleńskiem, pod Moskwą, przy księciu Józefie pod Lipskiem — poratuj mnie! Pojrzy Lutek na starca: inwalida bez ręki, a na piersiach błyszczą mu wstążeczki orderowe: Legia honorowa i Virtuti militari. Sięgnął do kieszeni, wyciągnął garść złota, dał starcowi. — Bóg–że ci zapłać, paniczu! Bóg ci zapłać! Będziesz szczęśliwy i bogaty! Błysnęło! zagrzmiało! Mignęła przed oczami Lutka księżniczka zaklęta. — Nie dotrzymałeś obietnicy, nie dla siebie wydałeś pieniądze! I znikła. Rozejrzy się szewczyk: dziad stoi, jak stał poprzednio — i rzecze: — Pieniądz, Praca, Szczęście, ZdrowieNie dukat, paniczu, daje szczęście, ino praca i zdrowie. Ten pieniądz wart coś, co zarobiony, a darmocha na złe idzie. Powrócił Lutek do domu rad i wesół. Ocknął się rankiem bez grosza w kieszeni. Wydał na siebie z dziesięć dukatów, a resztę oddał starcowi, ale też od tego czasu wiodło mu się, jak nigdy. Wyzwolił się wrychle[23] na czeladnika, niebawem majstrem został, ożenił się z panienką piękną i zacną, dzieci wychował — i żył długie lata w zdrowiu, w dostatku i w szczęściu. A o złotej kaczce słuch zaginął. I dzięki Bogu! Bo zła to musiała być boginka, kiedy za warunek stawiała: sobie, nie komu! Nie tak! Nie tak myśleć i czuć po polsku trzeba! My rządzimy się inaczej: naprzód biednemu, potem sobie! A wtedy każdej pracy Pan Bóg dopomoże.
Artur Oppman
Legendy warszawskie
Złota kaczka

I

Był sobie szewczyk warszawski. Nazywał się Lutek. Dobre było chłopczysko, wesołe, pracowite, ale biedne, jak ta mysz kościelna. Pracował ci on u majstra jednego, u majstra na Starym Mieście. Ale cóż? Majster, jak majster, grosz zbierał do grosza, z groszy ciułał talary i czerwońce, a u chłopaka bieda, aż piszczy.


Niby to mu tam pożywienie dawał. Boże, zmiłuj się: wodzianka, kartofle — i tyle! I odział go, mówi się, ale ta przyodziewa spadała z Lutka, boć to stare łachy majstrowskie, co ledwo się kupy trzymały. Dość, że w takim sianie i pies by nie wytrzymał, a cóż dopiero człowiek! Gadają mu: Miej cierpliwość, mityguj się, będzie lepiej, poczekaj ino!


Co to lepiej! Kiedy? Rok za rokiem mija, lata lecą, a tu wciąż nędza i nędza.


Znudziło mu się. Uciec chce. Do wojska — powiada — pójdę, żołnierzem będę, może się ta nowy Napoljon gdzie zjawi, to, jak nic marszałkiem zostanę, jenerałem wielkim, mocarzem.
No nic! cierpi jeszcze, czeka.

Aż ci tu kiedyś na wieczorynkę poszedł do czeladnika jednego, co się niedawno wyzwolił i wiodło mu się niezgorzej, bo grenadierskie buty szył, dla gwardii, dla panów oficerów. Wieczorynka aż miło! Jedzą, piją, gawędzą. Ni z tego, ni z owego, o bajkach się zaczyna, o takich podaniach warszawskich.
I mówi jeden stary szewc, kuternoga:
— Ho! ho! u nas w Warszawie i o pieniądz łatwo i o sławę, tylko trza mieć odwagę i rozum we łbie, jak się patrzy.
Zaciekawił się Lutek, pyta:
— Mówcie, co takiego?
— Ano nic — rzeknie kuternoga — na Ordynackiej, w podziemiach starego zamku, jest królewna taka, zaklęta w złotą kaczkę. Kto do niej trafi, kto ją przydybie — wygrał! Ona mu powie, jak skarby ogromne zdobyć, jak się stać możnym bogaczem, magnatem!
— I gdzie to, mówicie?
— Na Ordynackiej, w lochach starego zamczyska.
— A kiedy?
— W noc świętojańską.
Zapamiętał to sobie nasz Lutek, a do nocy świętojańskiej trzy dni trzeba czekać, nie więcej.

II

Wieczór spadł na gwarną Warszawę, gwiaździsty, ciepły, czerwcowy. Na ulicy ludzi jak mrowia. Panienki takie śliczne spacerują, a przy nich kawaleria, młodzi panowie, a głównie — wojskowi.

Tu ułan drugiego pułku, biały z granatem, tu strzelec konny gwardii w mundurze zielonym z żółtym, tu piechota liniowa, tu artylerzysta; hej! ostrogi dźwięczą, szable brzęczą, kity migają, aż lubo patrzeć!

Idzie sobie nasz szewczyk Lutek Krakowskim Przedmieściem, Nowym Światem, wszedł w Ordynacką, przeżegnał się: już blisko!

Spuszcza się Tamką, bo tam właśnie jest wnijście do lochów ordynackiego zamczyska, idzie, lezie, ale mu coś niesporo.

Nie to, żeby się bał: niech Bóg broni! nie lęka się on niczego; tylko tak jakoś, nie łacno mu, ze złym duchem może, wejść w komitywę.

Ano trudno! Raz się zdecydował: wejść trzeba!

Od Tamki, okienka nad ulicą dość nisko, szyb nie ma, ino kraty, ale taki chudzielec, jak wąż się przeciśnie.

Jazda! Wdrapał się po wystających cegłach do okna, raz, dwa, trzy! W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego! — Wlazł do wnętrza. Ciemno! zapalił świeczkę — idzie. Kurytarz długi, wąski, kręty, prowadzi niżej i niżej. Aż ci po kwadransie może takiej drogi wylazł szewczyk do piwnicy wielkiej, sklepionej, z jeziorkiem jakiemsiś pośrodku.

Przy mdłym światełku świeczki łojowej, którą trzymał w ręku, obaczył Lutek owo jeziorko, — a na nim — Boże drogi! prawdę mówił szewc Kuternoga: złota kaczka pływa, piórkami szeleści.

— Taś, taś! kaczuchno!

I nagle — z kaczki czyni się przecudna dziewica: królewna. Włosy złote do ziemi, usta jak maliny, oczy jak gwiazdy, a buzia taka cudna, że — klękajcie narody!
— Czego chcesz ode mnie, chłopczyku?
— Jaśniewielmożna królewno — Lutek powiada, — nic ci ja nie chcę, ino zrobię to, co ty chcesz, abyś rozkazała.
— Dobrze — odpowie księżniczka — tedy ci powiem! Uzyskasz skarby, jakich nikt na świecie nie ma i mieć nie będzie, panem będziesz, bogaczem, jeśli spełnisz co do joty to, co ci powiem.
— Słucham, jaśniewielmożna!
— Oto masz kieskę, w niej sto dukatów; przez dzień jutrzejszy musisz je wydać, ale tylko na potrzeby własne, dla siebie samego; nic ci z tego złota dać nikomu nie wolno, ni grosza, ni grosza! Pamiętaj.
— Ha! ha! ha! — zaśmieje się Lutek — i cóż to trudnego? Będę jadł, będę pił, będę hulał! Wydam sto dukatów — a co potem?
— A potem, skarby niezmierne otworem stać ci będą, kopalnie złota prawdziwe, bogactwa niezmierzone; ale pamiętaj: ni grosza nikomu!
— Zgoda, królewno! daj kieskę!
Księżniczka kieskę Lutkowi wręczyła, zaśmiała się jakoś dziwnie — i znikła.
Strach przejął szewczyka. Ledwo się do okna dogramolił, wylazł na Tamkę i smyrgnął na Stare Miasto.

III

Nazajutrz dzień od rana samego puszcza się Lutek na miasto. Co tu robić najsampierw — myśli sobie — chyba się odziać, jak panicz.
No, dobrze! racja! Poszedł na Świętojerską, do sklepów z odzieżą, kupił sobie kapelusz, ubranie, paletot. Szyk! Prawdziwy hrabia!

Idzie, pogwizduje, laseczką macha, bo i laseczkę se sprawił, nie wie co robić dalej.
Nie taka to łatwa sprawa wydać sto dukatów!
Sto dukatów! Dla siebie samego!
Ha! Trza pomyśleć!

A że to była już jakaś dziesiąta godzina, jeść mu się kaducznie zachciało. Jeść i jeść. Młody, zdrowy, to i nic dziwnego, że głodny.
Wstąpił do gospody. Każe sobie dać kiełbasy, kiszki, piwa, bułek.

Je, je, aż mu się uszy trzęsą. Najadł się tak, że mu chyba na trzy dni wystarczy.

— Co się należy?
— Dwa złote.
— Dwa złote? Nie więcej?
— Dwa złote, paniczu, i przydałoby się z dziesięć groszy napiwku.

Wydajże tu sto dukatów, bądź mądry! Ano trudno! Trza jakości ten pieniądz wydać. Pomyślimy!

Sypie ci Lutek na wycieczkę za miasto. Pojechał końmi do Wilanowa. Bryczkę wynajął na poczcie, koni czwórka, pocztylion gra na trąbce. Uciecha.
Przyjechał. Dał dukata odźwiernemu przy parku. Chodzi po ogrodzie. Napatrzył się, południe już minęło. Pora powracać! I znów jest w Warszawie. Co zrobić? Gdzie wydać pieniądze, boć wydał niespełna pięć dukatów?
Spojrzał. Afisz na rogu: Teatr Narodowy. Nie ma co! Chodźmy do teatru.
W teatrze zabawił się setnie. Nie był w nim nigdy. Bo i skądże? Rzecz droga: miejsce dwa złote.
Wyśmiał się, ucieszył, wychodzi.
Późna już pora. Czasu do wydania pieniędzy niewiele, a Bóg świadkiem — nie wie Lutek, co z nimi zrobić? Idzie, rozmyśla. Polak, ŻołnierzA gdy tak idzie, na rogu zaułka starzec stoi zgarbiony.
— Panie — powiada — drugi dzień mija, gdy nic w ustach nie miałem. Starym żołnierz, paniczu, pod Sommosierrą byłem, pod Smoleńskiem, pod Moskwą, przy księciu Józefie pod Lipskiem — poratuj mnie!
Pojrzy Lutek na starca: inwalida bez ręki, a na piersiach błyszczą mu wstążeczki orderowe: Legia honorowa i Virtuti militari.
Sięgnął do kieszeni, wyciągnął garść złota, dał starcowi.
— Bóg–że ci zapłać, paniczu! Bóg ci zapłać! Będziesz szczęśliwy i bogaty!
Błysnęło! zagrzmiało!
Mignęła przed oczami Lutka księżniczka zaklęta.
— Nie dotrzymałeś obietnicy, nie dla siebie wydałeś pieniądze!

I znikła.

Rozejrzy się szewczyk: dziad stoi, jak stał poprzednio — i rzecze:

— Pieniądz, Praca, Szczęście, ZdrowieNie dukat, paniczu, daje szczęście, ino praca i zdrowie. Ten pieniądz wart coś, co zarobiony, a darmocha na złe idzie.

Powrócił Lutek do domu rad i wesół. Ocknął się rankiem bez grosza w kieszeni. Wydał na siebie z dziesięć dukatów, a resztę oddał starcowi, ale też od tego czasu wiodło mu się, jak nigdy. Wyzwolił się wrychle[23] na czeladnika, niebawem majstrem został, ożenił się z panienką piękną i zacną, dzieci wychował — i żył długie lata w zdrowiu, w dostatku i w szczęściu.

A o złotej kaczce słuch zaginął. I dzięki Bogu! Bo zła to musiała być boginka, kiedy za warunek stawiała: sobie, nie komu!

Nie tak! Nie tak myśleć i czuć po polsku trzeba! My rządzimy się inaczej: naprzód biednemu, potem sobie!

A wtedy każdej pracy Pan Bóg dopomoże.

BP #032 - Bębniarz - Czarodziej serc
2019-10-26 21:16:41

Autor: Małgorzata Bartoszek Tytuł: Bębniarz - Czarodziej serc Czyta: Wojciech Strózik To opowieść o tym, że warto podążać za marzeniami. Czasami droga do ich spełnienia jest dłuższa, ale zawsze owocna w ciekawe doświadczenia i nowe przyjaźnie. Przyjmując cierpliwą i pokorną postawę wobec drogi ku realizacji pragnień nadajemy własnemu życiu głęboki sens, stajemy się inspiracją dla innych, cieszymy się życiem pełniej. Zapraszam do wspólnej drogi z małym Bębniarzem, który dzieli się z nami optymizmem, wypełnia nasze serca lekkością i dziecięcą radością... www.holistycznaostoja.pl
Autor: Małgorzata Bartoszek
Tytuł: Bębniarz - Czarodziej serc
Czyta: Wojciech Strózik

To opowieść o tym, że warto podążać za marzeniami. Czasami droga do ich spełnienia jest dłuższa,
ale zawsze owocna w ciekawe doświadczenia i nowe przyjaźnie.
Przyjmując cierpliwą i pokorną postawę wobec drogi ku realizacji pragnień nadajemy własnemu życiu głęboki sens, stajemy się inspiracją dla innych, cieszymy się życiem pełniej.
Zapraszam do wspólnej drogi z małym Bębniarzem, który dzieli się
z nami optymizmem, wypełnia nasze serca lekkością
i dziecięcą radością...



www.holistycznaostoja.pl

BP #031 - Mucha Natręciucha
2019-10-26 20:09:29

Autor: Krystyna Grys Tytuł: Mucha natręciucha Czyta: Wojciech Strózik Ledwo brzask, ledwo świt, mucha już przez okno smyk. Zobaczyła śpiącą Zosię. Bzyczy na nią: Obudź no się! Zosia rączką ją odgania, ale z muchy kawał drania. Bzyczy głośno pod sufitem i się z Zosi śmieje przy tym. Siada potem tuż przy uszku. Szepce Zosi: Wstań leniuszku. Teraz Zosi nosek szmera. F-r-r-u! Odfruwa już przechera. O! Na stole zupa z mleka, to śniadanie Zosi czeka. Mucha wszystko pięknie myje: Trąbkę, oczka oraz szyję. I skrzydełka – jak należy, wszystkie brudy na talerzyk. Znów na figle ma ochotę, i wymyśla nową psotę. Ciągle fruwa, wściekle bzyka, niczym jakaś furia dzika. Zosia mówi zagniewana: -Denerwujesz mnie od rana, wykąpałaś się w mej zupie, zaraz ci twój grzbiecik złupię. Ale mucha jej nie słucha i przez okno smyk. -Słychać tylko bzyk.
Autor: Krystyna Grys
Tytuł: Mucha natręciucha
Czyta: Wojciech Strózik


Ledwo brzask,
ledwo świt,
mucha już
przez okno smyk.

Zobaczyła śpiącą Zosię.
Bzyczy na nią: Obudź no się!
Zosia rączką ją odgania,
ale z muchy kawał drania.

Bzyczy głośno pod sufitem
i się z Zosi śmieje przy tym.
Siada potem tuż przy uszku.
Szepce Zosi: Wstań leniuszku.

Teraz Zosi nosek szmera.
F-r-r-u! Odfruwa już przechera.
O! Na stole zupa z mleka,
to śniadanie Zosi czeka.

Mucha wszystko pięknie myje:
Trąbkę, oczka oraz szyję.
I skrzydełka – jak należy,
wszystkie brudy na talerzyk.

Znów na figle ma ochotę,
i wymyśla nową psotę.
Ciągle fruwa, wściekle bzyka,
niczym jakaś furia dzika.

Zosia mówi zagniewana:
-Denerwujesz mnie od rana,
wykąpałaś się w mej zupie,
zaraz ci twój grzbiecik złupię.

Ale mucha
jej nie słucha
i przez okno smyk.
-Słychać tylko bzyk.

BP #030 - SuperMocny wóz strażacki
2019-10-19 21:32:47

Tytuł: SuperMocny wóz strażacki Autor: Ewelina Jaski Czyta: Wojciech Strózik W pokoju Bruna od zawsze było bardzo kolorowo. Różnorakie, pstrokate auta prezentowały się dumnie na białych półeczkach. Natomiast te większe, takie jak: koparki, spychacze, betoniarka oraz duży lśniący wóz strażacki miały swoje miejsce pod niebieskim stoliczkiem przy oknie. Bruno uwielbiał swój pokoik. Kiedy wracał z przedszkola, wbiegał do niego i wywoływał swoje auta do zabawy na dywanie. Lubił bawić się w wyścigi resorakami! Ileż wtedy było emocji, gdy ustawiał je w jednym końcu pokoju i wyznaczał metę w drugim końcu, pod oknem. Na środku ustawiał różne przeszkody, najczęściej zostawiając tam swój kapeć, czy wieżę z lego. - Siuuu….brrrrum….Szuuuuuu….!!!!!-naśladował autka Bruno. Każde autko w wyścigach Bruna wyróżniało się niezwykłą zwinnością, szybkością i lśniąca karoserią. Bo… kiedy mama nie widziała, Bruno polerował autka rękawem swojej flanelowej koszuli w czarno-czerwoną kratę☺ Niemniej jednak tego dnia, przyszła mu ochota na zabawę większymi pojazdami, tymi spod niebieskiego stoliczka. Chciał zorganizować zabawę w budowę placu zabaw. - Będą zjeżdżalnie! Huśtawki! Ooooooo ….taaakie wysokie!- emocjonował się Bruno - Dalej koparki! Dalej spychacze! Do dzieła!-wołał radośnie. Bruno ustawił autka na dywanie, wziął klocki i rozpoczął budowanie placu. Zaczął od zbudowania kolorowego płotu z klocków. - O tak! Ogrodzenie musi być, żeby dzieci na placu zabaw mogły się bezpiecznie bawić- komentował zadowolony z siebie, mały budowniczy. Kiedy ogrodzenie było gotowe, Bruno postanowił zabrać się za zjeżdżalnię. - Hmm…potrzebowałbym jakiejś śliskiej płaskiej powierzchni… Czego, by tu użyć? –zastanawiał się chłopiec? -Już wiem!!- z radością zawołał Bruno i czym prędzej pobiegł do pokoju swojej siostry. - Iga, Iga…. pożycz mi proszę, najdłuższą linijkę, jaką masz w tornistrze!!! Buduję najbardziej niebezpieczną i stromą zjeżdżalnię świata! Eeeee…. to znaczy, najbardziej niebezpieczną zjeżdżalnię w moim pokoju☺ Iga uśmiechnęła się do brata, wyjęła półmetrową przezroczystą linijkę z szuflady swojego biurka, tym samym, stając się częścią budowlanego projektu swojego pomysłowego braciszka☺ - Dziękuję, dziękuję! Juppii! – dziękował siostrze Bruno w locie do swojego pokoju. Zjeżdżalnia miała podpórkę z wieży z klocków. Z drugiej strony przy pomocy plasteliny zamontowana została linijka Igi. Zjeżdżalnia była naprawdę wysoka. Chłopiec użył do jej budowy wszystkich swoich klocków w kolorze żółtym i niebieskim. - Ooo tak, to jest najniebezpieczniejsza zjeżdżalnia w moim pokoju!! – komentował dumny z siebie młody konstruktor. Bruno jednak miał wątpliwości. Plac zabaw powinien być bezpiecznym miejscem. Spojrzał na swoje budowlane pojazdy, kolejno wodząc po nich wzrokiem. Koparka, spychacz i betoniarka spełniły już swoje zadania podczas budowy placu. Koparka wykopała małą piaskownicę z piasku kinetycznego w foremce w kształcie muszelki. Spychacz spychał klocki, potrzebne do budowy odrodzenia w kierunku prawej rączki Bruna, która układała je kolejno jeden na drugim. Betoniarka użyła szarej ciastoliny i wylała ją przy mocowaniu nóg huśtawki, które Bruno zrobił z kolorowych cienkich bierek. Wzrok Bruna utkwił teraz na lśniącym wozie strażackim. - Hmm… przyjacielu, jeszcze Ty nie miałeś okazji się przydać w trakcie budowy… - zamyślił się chłopiec. Myślał, myślał, rozglądał się dookoła… iiii wymyślił! Spojrzał na swoją zjeżdżalnię, tę… najniebezpieczniejszą…., której nieumyślnie nie zbudował schodków, do wspinania się po niej. Poza tym, zjeżdżalnia nie była zbyt bezpieczna. Zabawa na placu zabaw powinna być miła i przyjemna. - Już wiem! - wykrzyczał Bruno. - No, no koleżko, będziesz miał odpowiedzialną rolę - powiedział i wziął do ręki wóz strażacki. Postawię Cię przy zjeżdżalni, będziesz rozciągał swoją strażacką drabinę i przenosił moje ludziki na szczyt zjeżdżalni. - Genialne!!- cieszył się chłopiec -Poza tym….- Bruno kolejny raz zwrócił się do wozu. - Będziesz czuwał nad bezpieczeństwem zabawy na moim placu - oznajmił chłopiec. Gdy właśnie przydzielił ostatnia rolę dla wozu strażackiego, do pokoju weszła Iga. - Brawo Bruno! Jaki ładny plac zabaw!- pochwaliła brata - Widzisz.., jest i wóz strażacki, dba o bezpieczeństwo i przenosi ludziki na zjeżdżalnię- wyraźnie dumny z pomysłu odezwał się Bruno. - Widzę! Ciekawie i mądrze to wymyśliłeś. Straż pożarna nie tylko gasi pożary, ale dba o nasze bezpieczeństwo, tam, gdzie istnieje duże ryzyko jakiegoś przykrego zdarzenia, wśród dużych skupisk ludzi. Na przykład podczas różnych koncertów, festynów, konkursów plenerowych, wydarzeń sportowych. Organizuje też akcję ratowniczą. – doprecyzowała Iga - Wow! Mój wóz strażacki ma naprawdę poważne zadania! Dbanie o bezpieczeństwo to jego SUPERMOC!- podsumował Bruno - Ooo tak! To zdecydowanie jego supermoc. Twoją natomiast jest wymyślanie i konstruowanie przeróżnych budowli braciszku☺ Może zostaniesz inżynierem, architektem, kto wie?! - A może strażakiem?! kto wie?- dodał Bruno i wspólnie z siostrą bawili się w jego pokoiku aż do kolacji pod okiem lśniącego SuperMocnego wozu strażackiego. Ewelina Jasik
Tytuł: SuperMocny wóz strażacki
Autor: Ewelina Jaski
Czyta: Wojciech Strózik

W pokoju Bruna od zawsze było bardzo kolorowo. Różnorakie, pstrokate auta prezentowały się dumnie na białych półeczkach. Natomiast te większe, takie jak: koparki, spychacze, betoniarka oraz duży lśniący wóz strażacki miały swoje miejsce pod niebieskim stoliczkiem przy oknie.
Bruno uwielbiał swój pokoik.
Kiedy wracał z przedszkola, wbiegał do niego i wywoływał swoje auta do zabawy na dywanie.
Lubił bawić się w wyścigi resorakami! Ileż wtedy było emocji, gdy ustawiał je w jednym końcu pokoju i wyznaczał metę w drugim końcu, pod oknem. Na środku ustawiał różne przeszkody, najczęściej zostawiając tam swój kapeć, czy wieżę z lego.
- Siuuu….brrrrum….Szuuuuuu….!!!!!-naśladował autka Bruno.
Każde autko w wyścigach Bruna wyróżniało się niezwykłą zwinnością, szybkością i lśniąca karoserią. Bo… kiedy mama nie widziała, Bruno polerował autka rękawem swojej flanelowej koszuli w czarno-czerwoną kratę☺
Niemniej jednak tego dnia, przyszła mu ochota na zabawę większymi pojazdami, tymi spod niebieskiego stoliczka. Chciał zorganizować zabawę w budowę placu zabaw.
- Będą zjeżdżalnie! Huśtawki! Ooooooo ….taaakie wysokie!- emocjonował się Bruno
- Dalej koparki! Dalej spychacze! Do dzieła!-wołał radośnie.
Bruno ustawił autka na dywanie, wziął klocki i rozpoczął budowanie placu. Zaczął od zbudowania kolorowego płotu z klocków.
- O tak! Ogrodzenie musi być, żeby dzieci na placu zabaw mogły się bezpiecznie bawić- komentował zadowolony z siebie, mały budowniczy.
Kiedy ogrodzenie było gotowe, Bruno postanowił zabrać się za zjeżdżalnię.
- Hmm…potrzebowałbym jakiejś śliskiej płaskiej powierzchni… Czego, by tu użyć? –zastanawiał się chłopiec?
-Już wiem!!- z radością zawołał Bruno i czym prędzej pobiegł do pokoju swojej siostry.
- Iga, Iga…. pożycz mi proszę, najdłuższą linijkę, jaką masz w tornistrze!!! Buduję najbardziej niebezpieczną i stromą zjeżdżalnię świata! Eeeee…. to znaczy, najbardziej niebezpieczną zjeżdżalnię w moim pokoju☺
Iga uśmiechnęła się do brata, wyjęła półmetrową przezroczystą linijkę z szuflady swojego biurka, tym samym, stając się częścią budowlanego projektu swojego pomysłowego braciszka☺
- Dziękuję, dziękuję! Juppii! – dziękował siostrze Bruno w locie do swojego pokoju.
Zjeżdżalnia miała podpórkę z wieży z klocków. Z drugiej strony przy pomocy plasteliny zamontowana została linijka Igi. Zjeżdżalnia była naprawdę wysoka. Chłopiec użył do jej budowy wszystkich swoich klocków w kolorze żółtym i niebieskim.
- Ooo tak, to jest najniebezpieczniejsza zjeżdżalnia w moim pokoju!! – komentował dumny z siebie młody konstruktor.
Bruno jednak miał wątpliwości. Plac zabaw powinien być bezpiecznym miejscem. Spojrzał na swoje budowlane pojazdy, kolejno wodząc po nich wzrokiem.
Koparka, spychacz i betoniarka spełniły już swoje zadania podczas budowy placu.
Koparka wykopała małą piaskownicę z piasku kinetycznego w foremce w kształcie muszelki. Spychacz spychał klocki, potrzebne do budowy odrodzenia w kierunku prawej rączki Bruna, która układała je kolejno jeden na drugim. Betoniarka użyła szarej ciastoliny i wylała ją przy mocowaniu nóg huśtawki, które Bruno zrobił z kolorowych cienkich bierek.
Wzrok Bruna utkwił teraz na lśniącym wozie strażackim.
- Hmm… przyjacielu, jeszcze Ty nie miałeś okazji się przydać w trakcie budowy… - zamyślił się chłopiec.
Myślał, myślał, rozglądał się dookoła… iiii wymyślił!
Spojrzał na swoją zjeżdżalnię, tę… najniebezpieczniejszą…., której nieumyślnie nie zbudował schodków, do wspinania się po niej. Poza tym, zjeżdżalnia nie była zbyt bezpieczna. Zabawa na placu zabaw powinna być miła i przyjemna.
- Już wiem! - wykrzyczał Bruno.
- No, no koleżko, będziesz miał odpowiedzialną rolę - powiedział i wziął do ręki wóz strażacki.
Postawię Cię przy zjeżdżalni, będziesz rozciągał swoją strażacką drabinę i przenosił moje ludziki na szczyt zjeżdżalni.
- Genialne!!- cieszył się chłopiec
-Poza tym….- Bruno kolejny raz zwrócił się do wozu.
- Będziesz czuwał nad bezpieczeństwem zabawy na moim placu - oznajmił chłopiec.
Gdy właśnie przydzielił ostatnia rolę dla wozu strażackiego, do pokoju weszła Iga.
- Brawo Bruno! Jaki ładny plac zabaw!- pochwaliła brata
- Widzisz.., jest i wóz strażacki, dba o bezpieczeństwo i przenosi ludziki na zjeżdżalnię- wyraźnie dumny z pomysłu odezwał się Bruno.
- Widzę! Ciekawie i mądrze to wymyśliłeś. Straż pożarna nie tylko gasi pożary, ale dba o nasze bezpieczeństwo, tam, gdzie istnieje duże ryzyko jakiegoś przykrego zdarzenia, wśród dużych skupisk ludzi. Na przykład podczas różnych koncertów, festynów, konkursów plenerowych, wydarzeń sportowych. Organizuje też akcję ratowniczą. – doprecyzowała Iga
- Wow! Mój wóz strażacki ma naprawdę poważne zadania! Dbanie o bezpieczeństwo to jego SUPERMOC!- podsumował Bruno
- Ooo tak! To zdecydowanie jego supermoc. Twoją natomiast jest wymyślanie i konstruowanie przeróżnych budowli braciszku☺ Może zostaniesz inżynierem, architektem, kto wie?!
- A może strażakiem?! kto wie?- dodał Bruno i wspólnie z siostrą bawili się w jego pokoiku aż do kolacji pod okiem lśniącego SuperMocnego wozu strażackiego.

Ewelina Jasik

BP #029 - Leśne przygody jelonka Wojtusia
2019-10-12 22:37:58

Autorka: Ewelina Jasik Czyta: Wojciech Strózik LEŚNE PRZYGODY JELONKA WOJTUSIA Wyobraźcie sobie, duży, gęsty las, a w nim głuche…echo, pośród którego zdaje się słyszeć szelest liści. -Cóż to? Zza kępy krzewów próbuje nieporadnie wydostać się mały jelonek. -Dziś jest ten dzień!- wykrzykuje jelonek i pospiesznie strzepuje liście ze swojej sierści. Dzisiaj wszystkie leśne zwierzątka spotykają się przy wodopoju na wysokości mądrego dębu. Każdego roku do wodopoju wpływa złota rybka, która spełnia trzy życzenia. Zwierzątka 12 miesięcy czekały na ten dzień. Każde z nich bardzo liczy na to, że to właśnie jego życzenie spełni złota rybka. Jak co roku trójkę zwycięzców losował spryciarz lis. Jelonek Wojtuś ostatkiem sił dotarł na polanę przy mądrym dębie, kiedy to lis ogłaszał już drugiego szczęściarza-zwycięzcę. W tym roku, tę szansę dostał przyjaciel Wojtusia, zając Leon. - Jupiiii!!!!! Wygrałem! Oooo na wszystkie marchewki świata, wygrałem!- wołał z radości zając. - Ale chwileczkę…zastanawiał się dalej Leon, jakie mam wypowiedzieć życzenie? - myślał nerwowo zając, drapiąc się po prawym uchu. Cieszył się, że to właśnie on w tym roku ma jako jeden z niewielu szansę zrealizowania swojego marzenia. Niemniej mimo rozpierającej go radości, Leon nie mógł skakać z radości tak wysoko, jak chciał. Parę miesięcy wcześniej, późną jesienią, kiedy szedł na spotkanie ze swoim przyjacielem, jelonkiem Wojtusiem, nieopatrznie złapał się w pułapkę kłusownika. Jelonek zniecierpliwiony tym, że przyjaciel zbyt długo nie przychodzi, wyszedł mu naprzeciw. 
Szedł i szedł, aż usłyszał jęki i piski zająca. To był Leon. - Na zepsutą marchewkę, dałem się złapać w pułapkę!- zawołał z bólem Leon. - Miluszku, przyjacielu nie martw się, pomogę Ci wyciągnąć łapkę z zatrzasku.- pospieszył z pomocą Wojtuś Jelonek pomógł przyjacielowi i poniósł go na grzbiecie do swojego domku. Tam opiekował się nim, dopóki, dopóty Leon był w stanie samodzielnie pokicać do swojej norki. Jaka była ich radość, kiedy w tym roku spotkali się przy mądrym dębie w oczekiwaniu na złotą rybkę. -Leonie, wygrałeś!- z radością zawołał jelonek, jak tylko sprytny lis wyczytał drugiego zwycięzcę. - Co powiesz rybce? Za jakim życzeniem przyszedłeś?- dopytywał Wojtuś - Wiesz co przyjacielu, właściwie to nie bardzo wiem. Myślałem o zapasie soczystych marchewek na całą zimę, albo przejęciu przytulnej norki lisa, sasasasasa………………………- zastanawiał się zajączek. Jelonek pomyślał przez chwilę i przypomniał sobie życzenie z jakim on przyszedł w tym roku do wodopoju. Gdyby tylko miał szansę je wypowiedzieć…spełnić…. W tym właśnie momencie, Leon, jakby czytał w myślach przyjaciela, zapytał: - A ty Wojtusiu, czego sobie życzysz? - Och, ja? – wstydliwie odparł Jelonek Hmm, ja marzę o tym , by w naszym lesie, żadne zwierzątko nie padło ofiarą kłusowników. Bardzo bym chciał byśmy wszyscy czuli się u siebie w lesie bezpiecznie - jednym tchem odpowiedział Wojtuś. Zając zamyślił się na moment, po czym wdrapał się na wielki głaz stojący od zawsze przy mądrym dębie i oznajmił wszystkim zgromadzonym mieszkańcom lasu, że oddaje w tym roku prawo do wypowiedzenia i zrealizowania przez złotą rybkę swojego życzenia, jelonkowi Wojtusiowi. Złota Rybko, chcę by odtąd każdy czuł się bezpiecznie w swoim domku, bez lęku - głośno i dumnie wyznał jelonek. Złota rybka spełniła życzenie. Z lasu zniknęły wszystkie dotąd zastawione pułapki, a nowych nie przybywało. Zwierzęta były dla siebie życzliwe i przyjazne. Czuły się w lesie i w swoim towarzystwie bezpiecznie.
Autorka: Ewelina Jasik
Czyta: Wojciech Strózik


LEŚNE PRZYGODY JELONKA WOJTUSIA


Wyobraźcie sobie, duży, gęsty las, a w nim głuche…echo, pośród którego zdaje się słyszeć szelest liści.
-Cóż to? Zza kępy krzewów próbuje nieporadnie wydostać się mały jelonek.
-Dziś jest ten dzień!- wykrzykuje jelonek i pospiesznie strzepuje liście ze swojej sierści.
Dzisiaj wszystkie leśne zwierzątka spotykają się przy wodopoju na wysokości mądrego dębu. Każdego roku do wodopoju wpływa złota rybka, która spełnia trzy życzenia. Zwierzątka 12 miesięcy czekały na ten dzień. Każde z nich bardzo liczy na to, że to właśnie jego życzenie spełni złota rybka.
Jak co roku trójkę zwycięzców losował spryciarz lis.
Jelonek Wojtuś ostatkiem sił dotarł na polanę przy mądrym dębie, kiedy to lis ogłaszał już drugiego szczęściarza-zwycięzcę. W tym roku, tę szansę dostał przyjaciel Wojtusia, zając Leon.
- Jupiiii!!!!! Wygrałem! Oooo na wszystkie marchewki świata, wygrałem!- wołał z radości zając.
- Ale chwileczkę…zastanawiał się dalej Leon, jakie mam wypowiedzieć życzenie? - myślał nerwowo zając, drapiąc się po prawym uchu. Cieszył się, że to właśnie on w tym roku ma jako jeden z niewielu szansę zrealizowania swojego marzenia. Niemniej mimo rozpierającej go radości, Leon nie mógł skakać z radości tak wysoko, jak chciał.
Parę miesięcy wcześniej, późną jesienią, kiedy szedł na spotkanie ze swoim przyjacielem, jelonkiem Wojtusiem, nieopatrznie złapał się w pułapkę kłusownika. Jelonek zniecierpliwiony tym, że przyjaciel zbyt długo nie przychodzi, wyszedł mu naprzeciw. 
Szedł i szedł, aż usłyszał jęki i piski zająca.
To był Leon.
- Na zepsutą marchewkę, dałem się złapać w pułapkę!- zawołał z bólem Leon.
- Miluszku, przyjacielu nie martw się, pomogę Ci wyciągnąć łapkę z zatrzasku.- pospieszył z pomocą Wojtuś
Jelonek pomógł przyjacielowi i poniósł go na grzbiecie do swojego domku. Tam opiekował się nim, dopóki, dopóty Leon był w stanie samodzielnie pokicać do swojej norki.
Jaka była ich radość, kiedy w tym roku spotkali się przy mądrym dębie w oczekiwaniu na złotą rybkę.
-Leonie, wygrałeś!- z radością zawołał jelonek, jak tylko sprytny lis wyczytał drugiego zwycięzcę.
- Co powiesz rybce? Za jakim życzeniem przyszedłeś?- dopytywał Wojtuś
- Wiesz co przyjacielu, właściwie to nie bardzo wiem. Myślałem o zapasie soczystych marchewek na całą zimę, albo przejęciu przytulnej norki lisa, sasasasasa………………………- zastanawiał się zajączek.
Jelonek pomyślał przez chwilę i przypomniał sobie życzenie z jakim on przyszedł w tym roku do wodopoju. Gdyby tylko miał szansę je wypowiedzieć…spełnić….
W tym właśnie momencie, Leon, jakby czytał w myślach przyjaciela, zapytał:
- A ty Wojtusiu, czego sobie życzysz?
- Och, ja? – wstydliwie odparł Jelonek
Hmm, ja marzę o tym , by w naszym lesie, żadne zwierzątko nie padło ofiarą kłusowników.
Bardzo bym chciał byśmy wszyscy czuli się u siebie w lesie bezpiecznie - jednym tchem odpowiedział Wojtuś.
Zając zamyślił się na moment, po czym wdrapał się na wielki głaz stojący od zawsze przy mądrym dębie i oznajmił wszystkim zgromadzonym mieszkańcom lasu, że oddaje w tym roku prawo do wypowiedzenia i zrealizowania przez złotą rybkę swojego życzenia, jelonkowi Wojtusiowi.
Złota Rybko, chcę by odtąd każdy czuł się bezpiecznie w swoim domku, bez lęku - głośno i dumnie wyznał jelonek.
Złota rybka spełniła życzenie. Z lasu zniknęły wszystkie dotąd zastawione pułapki, a nowych nie przybywało. Zwierzęta były dla siebie życzliwe i przyjazne. Czuły się w lesie i w swoim towarzystwie bezpiecznie.

BP #028 - Maria Niklewiczowa - Bajarka Opowiada - Kociołek (bajka angielska)
2019-10-05 12:25:36

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i Spółka, kolega Rafał Jasiński przeczyta dla Was gościnnie bajkę pod tytułem "kociołek" ze zbioru bajek "Bajarka opowiada. Zbiór baśni z całego świata". https://sklep.zysk.com.pl/bajarka-opowiada-zbior-basni-z-calego-swiata.html?fbclid=IwAR1Nmp4OSVa0Sc68eCHCW94nMVaBpNb6_Y11A2jqwbIYUGe5mlsqJwjOPWM
Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i Spółka, kolega Rafał Jasiński przeczyta dla Was gościnnie bajkę pod tytułem "kociołek" ze zbioru bajek "Bajarka opowiada. Zbiór baśni z całego świata".


https://sklep.zysk.com.pl/bajarka-opowiada-zbior-basni-z-calego-swiata.html?fbclid=IwAR1Nmp4OSVa0Sc68eCHCW94nMVaBpNb6_Y11A2jqwbIYUGe5mlsqJwjOPWM

BP #027 - Motyl
2019-09-22 07:00:23

Autor: Krystyna Marczak Tytuł: Motyl Czyta: Wojciech Strózik Ilustracje: Patrycja Kuczyk
Autor: Krystyna Marczak
Tytuł: Motyl
Czyta: Wojciech Strózik

Ilustracje: Patrycja Kuczyk

BP #026 - Kot marzyciel
2019-09-21 10:43:28

Tytuł: Kot marzyciel Autor: Krystyna Marczak Czyta: Wojciech Strózik Ilustracje: Marta Kotecka
Tytuł: Kot marzyciel
Autor: Krystyna Marczak
Czyta: Wojciech Strózik

Ilustracje: Marta Kotecka

BP #025 - Bajka o foczce Zuzi
2019-09-13 21:37:24

Autor: Ewelina Jasik Tytuł: Bajeczka o foczce Zuzi Czyta: Wojciech Strózik Bajki powstały dla Franka, który dziś może ich posłuchać także tutaj w bajkowym podcaście. To wielka radość i zaszczyt móc czytać bajki, które rodzic napisał dla własnego dziecka! Dziękuję!
Autor: Ewelina Jasik
Tytuł: Bajeczka o foczce Zuzi
Czyta: Wojciech Strózik

Bajki powstały dla Franka, który dziś może ich posłuchać także tutaj w bajkowym podcaście.

To wielka radość i zaszczyt móc czytać bajki, które rodzic napisał dla własnego dziecka!

Dziękuję!

Informacja dotycząca prawa autorskich: Wszelka prezentowana tu zawartość podkastu jest własnością jego autora

Wyszukiwanie

Kategorie