Autentyczność w pasji

Izabela Mrozińska Art zapraszam na rozmowy i refleksje o byciu autentycznym w pasji.


Odcinki od najnowszych:

Magia sportu
2025-06-20 13:42:24

Miałam ostatnio okazję uczestniczyć w ciągu roku w zawodach piłki ręcznej młodzieży. Jeździłam na mecze ligowe i turnieje dopingując bratanka, który jest w klasie sportowej i rozwija swoją sportową pasję grając w piłkę ręczną. Ukoronowaniem sezonu były Ogólnopolskie Igrzyska rozgrywane w Piotrkowie Trybunalskim. Pojechałam na nie wspólnie z rodziną, bo po prostu wciągnęła mnie ta sportowa pasja i przywołała mnóstwo wspomnień, kiedy to ja byłam dzieckiem a sport był całym moim życiem. Już pierwszego dnia turnieju najlepszy zawodnik i zarazem serce drużyny mojego bratanka doznał kontuzji. Złamanie kości śródstopia. Trzy lata przygotowań do turnieju zakończyło się dla tego chłopca fatalnie. Miał wielkie marzenia, żeby szerzej pokazać się sportowemu światu. Chciał bowiem zostać zawodowym piłkarzem ręcznym. Było nam wszystkim szkoda tego chłopca, bez niego na boisku drużyna była bardzo zagubiona i nie osiągnęła zamierzonego sportowego celu. Niewątpliwie chłopcy mieli apetyty i potencjał na zajęciewyższego miejsca. Owe wydarzenia przypomniały mi moje własne szkolne czasy, kiedy to sama uprawiałam sport. Nie były to rozgrywki na poziomie krajowym, ale niewątpliwie sport był dla mnie bardzo ważny. Dlatego, kiedy seryjnie zaczęłam skręcać stawy skokowe o uprawianiu sportu mogłam niestetyzapomnieć. Było to bardzo trudne doświadczenie, bo każda wolna chwila i wakacje były wypełnione grą w koszykówkę, tenisa stołowego, piłkę nożną, siatkówkę czy tenis ziemny. Nagle tego zabrakło i trzeba było odnaleźć się w zupełnie innej rzeczywistości. Najtrudniejsze było poradzenie sobie z kontuzjami w sferze mentalnej. Przez wiele lat każdy krok wiązał się ze strachem. Nie tylko podczas grania lecz nawet podczas chodzenia. Po prostu patrzyłam pod nogi, żeby czasem nie wejść w dziurę, bo to powodowało kolejny uraz. Kontuzje zaczęły się w podstawówce i trwały z różną częstotliwością przez dwie dekady. Patrząc na tego chłopca, który przeżywał swój własny dramat, wspomnienia wróciły do mnie ze zdwojoną siłą. Ja wiem, że on da radę i będzie dalej uprawiał sport, może nawet na tym zawodowym poziomie. Ma bowiem tą iskrę w sobie, która ciągnie go do pracy nad sobą, do bycia lepszym zawodnikiem. A ta kontuzja, choć przykra, to w perspektywie czasu go wzmocni. Ja musiałam przedefiniować swoje podejście do uprawiania sportu. Kiedy wyleczyłam kontuzje i popracowałam też mentalnie nad strachem, to zaczęłam szukać takich form aktywności, które nie są sportem kontaktowym. Koszykówkę i piłkę nożną zamieniłam na pływanie, ćwiczenia siłowe, nordic walking i rower. Dzięki kontuzjom nauczyłam też radzić sobie z przeciwnościami, bo przecież po każdej dochodziłam do zdrowia. Zaczęłam też zwracać większą uwagę na własne ciało. Lepiejje odżywiać, uczyć się go i pielęgnować. Dołączyłam więc morsowanie i saunowanie, żeby je wzmocnić. Kiedy tak patrzyłam na tych grających chłopców, to pomyślałam sobie, że sport potrafi naprawdę wiele nas nauczyć. Pokazuje nam, jak ważna jest w życiu cierpliwość i systematyczność. Swoje umiejętności podnosi się przecież na każdym treningu. Dlatego cieszę się, że mój bratanek, choć nie jest wybitnym zawodnikiem, to się rozwija i jest coraz pewniejszy siebie na parkiecie. Poza tym dzieciaki uczą się też odpowiedzialności za drużynę i radzenia sobie z porażkami jak i ze zwycięstwami. To bardzo przypomina nam życie, w którym także mierzymy się z oboma tymi doświadczeniami. Uczy też skupienia i uważności, tak bardzo potrzebnej dzisiejszym dzieciakom, ale także i dorosłym. Musisz bowiem rozglądać się na boisku, żeby celnie podać piłkę, czy rzucić bramkę. Sport uczy także integracji, szczególnie ten zespołowy, bo w pojedynkę meczu się nie wygra. Dostarcza wielu emocji i radości. Także kibicom a z własnej perspektywy wiem, że inaczej patrzy się na drużynę, której kibicujesz a inaczej na drużynę, w której gra ktoś ci bliski. To są zupełnie inne emocje.

Miałam ostatnio okazję uczestniczyć w ciągu roku w zawodach piłki ręcznej młodzieży.

Jeździłam na mecze ligowe i turnieje dopingując bratanka, który jest w klasie sportowej i rozwija swoją sportową pasję grając w piłkę ręczną.


Ukoronowaniem sezonu były Ogólnopolskie Igrzyska rozgrywane w Piotrkowie Trybunalskim.

Pojechałam na nie wspólnie z rodziną, bo po prostu wciągnęła mnie ta sportowa pasja i przywołała mnóstwo wspomnień, kiedy to ja byłam dzieckiem a sport był całym moim życiem.

Już pierwszego dnia turnieju najlepszy zawodnik i zarazem serce drużyny mojego bratanka doznał kontuzji. Złamanie kości śródstopia. Trzy lata przygotowań do turnieju zakończyło się dla tego chłopca fatalnie. Miał wielkie marzenia, żeby szerzej pokazać się sportowemu światu. Chciał bowiem zostać zawodowym piłkarzem ręcznym.


Było nam wszystkim szkoda tego chłopca, bez niego na boisku drużyna była bardzo zagubiona i nie osiągnęła zamierzonego sportowego celu.

Niewątpliwie chłopcy mieli apetyty i potencjał na zajęciewyższego miejsca.


Owe wydarzenia przypomniały mi moje własne szkolne czasy, kiedy to sama uprawiałam sport. Nie były to rozgrywki na poziomie krajowym, ale niewątpliwie sport był dla mnie bardzo ważny. Dlatego, kiedy seryjnie zaczęłam skręcać stawy skokowe o uprawianiu sportu mogłam niestetyzapomnieć.


Było to bardzo trudne doświadczenie, bo każda wolna chwila i wakacje były wypełnione grą w koszykówkę, tenisa stołowego, piłkę nożną, siatkówkę czy tenis ziemny. Nagle tego zabrakło i trzeba było odnaleźć się w zupełnie innej rzeczywistości.


Najtrudniejsze było poradzenie sobie z kontuzjami w sferze mentalnej. Przez wiele lat każdy krok wiązał się ze strachem. Nie tylko podczas grania lecz nawet podczas chodzenia. Po prostu patrzyłam pod nogi, żeby czasem nie wejść w dziurę, bo to powodowało kolejny uraz.


Kontuzje zaczęły się w podstawówce i trwały z różną częstotliwością przez dwie dekady.


Patrząc na tego chłopca, który przeżywał swój własny dramat, wspomnienia wróciły do mnie ze zdwojoną siłą.

Ja wiem, że on da radę i będzie dalej uprawiał sport, może nawet na tym zawodowym poziomie.
Ma bowiem tą iskrę w sobie, która ciągnie go do pracy nad sobą, do bycia lepszym zawodnikiem.

A ta kontuzja, choć przykra, to w perspektywie czasu go wzmocni.


Ja musiałam przedefiniować swoje podejście do uprawiania sportu. Kiedy wyleczyłam kontuzje i popracowałam też mentalnie nad strachem, to zaczęłam szukać takich form aktywności, które nie są sportem kontaktowym.


Koszykówkę i piłkę nożną zamieniłam na pływanie, ćwiczenia siłowe, nordic walking i rower. Dzięki kontuzjom nauczyłam też radzić sobie z przeciwnościami, bo przecież po każdej dochodziłam do zdrowia.

Zaczęłam też zwracać większą uwagę na własne ciało. Lepiejje odżywiać, uczyć się go i pielęgnować.

Dołączyłam więc morsowanie i saunowanie, żeby je wzmocnić.

Kiedy tak patrzyłam na tych grających chłopców, to pomyślałam sobie, że sport potrafi naprawdę wiele nas nauczyć. Pokazuje nam, jak ważna jest w życiu cierpliwość i systematyczność. Swoje umiejętności podnosi się przecież na każdym treningu. Dlatego cieszę się, że mój bratanek, choć nie jest wybitnym zawodnikiem, to się rozwija i jest coraz pewniejszy siebie na parkiecie.


Poza tym dzieciaki uczą się też odpowiedzialności za drużynę i radzenia sobie z porażkami jak i ze zwycięstwami. To bardzo przypomina nam życie, w którym także mierzymy się z oboma tymi doświadczeniami.


Uczy też skupienia i uważności, tak bardzo potrzebnej dzisiejszym dzieciakom, ale także i dorosłym. Musisz bowiem rozglądać się na boisku, żeby celnie podać piłkę, czy rzucić bramkę.


Sport uczy także integracji, szczególnie ten zespołowy, bo w pojedynkę meczu się nie wygra. Dostarcza wielu emocji i radości. Także kibicom a z własnej perspektywy wiem, że inaczej patrzy się na drużynę, której kibicujesz a inaczej na drużynę, w której gra ktoś ci bliski. To są zupełnie inne emocje.

Świat widziany z pozycji głębi
2025-05-11 15:43:35

Pojechałam wczoraj na koncert do Gdańska a dzisiaj obejrzałam film na Festiwalu Filmów Dokumentalnych Docs Against Gravity. To, co przeżywam podczas słuchania muzyki czy oglądania filmów zazwyczaj skłania mnie do wewnętrznych refleksji. Poruszają prastarą strunę mojej duszy, która jest wrażliwa na piękno tego świata, która tego piękna nieustannie szuka. Tak, uważam, że piękno nas buduje, rozwija i wprowadza w stan zachwytu, zadziwienia a czasem także nostalgii. Nasyca nas dopaminą i serotoniną, taką nie chwilową, szybką, jak alkohol czy narkotyki. Dlaczego?Gdyż piękno działa na nas długofalowo, skłania do zastanowienia i ta dopamina i serotonina wypełnia nas też takim uczuciem spokoju.Piękny koncert, na który się czeka, który nie jest przypadkowy, na którym słyszysz i czujesz słowa i wibracje, które artysta przekazuje nie jest dziełem przypadku. Kiedy świadomie wybierasz, to czym się muzycznie karmisz, to wiesz, że taki koncert ciebie poruszy, bo wiesz, że wyśpiewane, czasem wykrzyczane a czasem wypowiadane szeptem zdania są prawdziwe. Dlaczego?Bo są przeżyte przez tego, kto je wypowiada, a to jest zupełnie inny rodzaj przekazu. Bo to się czuje i tego nie da się udawać i dlatego po takim koncercie wychodzisz z niego inny. Przyroda działa nam mnie bardzo kojąco. Kiedy patrzę na kwitnące właśnie drzewa za oknem i zmieniający się krajobraz, także nachodzi mnie mnóstwo refleksji. Dlaczego? Bo kocham to budzące się życie, ten dynamizm i majestat wysokich na pięć pięter budynku drzew kołyszących się na wietrze. Dlatego, kiedy przychodzi maj a w Gdyni pojawia się w kolejna edycja festiwalu Docs Against Gravity, to budzi się we mnie na nowo umiłowanie doświadczania czegoś głębszego. Wysłuchania czyjejś historii do opowiedzenia. Zobaczenia jego wizji świata. Dlatego zazwyczaj wybieram filmy, które właśnie są opowieścią i pokazują rozwój człowieka na przestrzeni czasu. To mnie fascynuje i napędza. Powoduje, że to dotarcie do głębi jest takie ekscytujące, bo nadające sens ludzkiemu istnieniu. Bo zadające fundamentalne pytania, na które zazwyczaj w codziennej bieganinie i krzątaninie nie zostaje zbyt wiele czasu. Światbez głębokich przeżyć nie byłby tym samym światem. Byłby po prostu nudny i przewidywalny. To, co sprawia, że szybciej bije nam serce jest też często zaczątkiem jakiejś zmiany w naszym życiu.I to bardzo różnej. Kiedyzostajesz unieruchomiony i nie możesz dalej wieść aktywnego życia zaczynasz uczyć się cierpliwości i zrozumienia. Zaczynasz zwracać uwagę na inne elementy swojego życia, na które wcześniej nie było przestrzeni, bo dotąd to ruch wypełniał prawie wszystko. Jednocześnie też czujesz aż do kości jak bardzo ten ruch pokochałeś. Jak wrył się on w twoją podświadomość i jak cię w tym twoim życiu niósł do przodu. Jak cię zachwycał, kiedy patrzyłeś na wschody i zachody słońca. Jak czułeś zapach lasu po obfitym deszczu, jak twoje policzki smagał wiatr podczas jazdy rowerem. Te wszystkie chwile wyryły się w twoim sercu i w twojej pamięci i niesiesz je już w nim zawsze. Co mi dało unieruchomienie? Co mi dał ból kręgosłupa? Na początku frustrację, wściekłość, żal i pretensje. Pytania dlaczego? Ból dał mi jednak też co innego. Cierpliwość i wytrwałość w szukaniu rozwiązań. Dbałość o własne ciało i przede wszystkim słuchanie go, kiedy powiedziało dosyć. Skłoniłmnie do głębszego wejrzenia w siebie. Poszukania mądrych ludzi, którzy byli wstanie postawić właściwą diagnozę i zaaplikować odpowiednie leczenie. Nie trwało to chwilę, ciągle trwa, bo to jest proces, bo to jestrozwój. I jeśli w swoim wolnym sercu zgodzisz się na niego, to on ciebie będzie prowadził do wyzdrowienia. Pokaże ci którędy masz pójść. Czasem będzie surowym nauczycielem, bo bez ogródek powie ci, że to twoją odpowiedzialnością jest się za siebie zabrać.Nie kogoś innego, na kogo zrzucisz winę: na Boga, okoliczności czy ludzi. Bo to jest w końcu twoje życie, twoje wybory i decyzje.

Pojechałam wczoraj na koncert do Gdańska a dzisiaj obejrzałam film na Festiwalu Filmów Dokumentalnych Docs Against Gravity.

To, co przeżywam podczas słuchania muzyki czy oglądania filmów zazwyczaj skłania mnie do wewnętrznych refleksji. Poruszają prastarą strunę mojej duszy, która jest wrażliwa na piękno tego świata, która tego piękna nieustannie szuka.

Tak, uważam, że piękno nas buduje, rozwija i wprowadza w stan zachwytu, zadziwienia a czasem także nostalgii. Nasyca nas dopaminą i serotoniną, taką nie chwilową, szybką, jak alkohol czy narkotyki.

Dlaczego?Gdyż piękno działa na nas długofalowo, skłania do zastanowienia i ta dopamina i serotonina wypełnia nas też takim uczuciem spokoju.Piękny koncert, na który się czeka, który nie jest przypadkowy, na którym słyszysz i czujesz słowa i wibracje, które artysta przekazuje nie jest dziełem przypadku.

Kiedy świadomie wybierasz, to czym się muzycznie karmisz, to wiesz, że taki koncert ciebie poruszy, bo wiesz, że wyśpiewane, czasem wykrzyczane a czasem wypowiadane szeptem zdania są prawdziwe.

Dlaczego?Bo są przeżyte przez tego, kto je wypowiada, a to jest zupełnie inny rodzaj przekazu.
Bo to się czuje i tego nie da się udawać i dlatego po takim koncercie wychodzisz z niego inny.

Przyroda działa nam mnie bardzo kojąco. Kiedy patrzę na kwitnące właśnie drzewa za oknem i zmieniający się krajobraz, także nachodzi mnie mnóstwo refleksji. Dlaczego? Bo kocham to budzące się życie, ten dynamizm i majestat wysokich na pięć pięter budynku drzew kołyszących się na wietrze.

Dlatego, kiedy przychodzi maj a w Gdyni pojawia się w kolejna edycja festiwalu Docs Against Gravity, to budzi się we mnie na nowo umiłowanie doświadczania czegoś głębszego. Wysłuchania czyjejś historii do opowiedzenia. Zobaczenia jego wizji świata. Dlatego zazwyczaj wybieram filmy, które właśnie są opowieścią i pokazują rozwój człowieka na przestrzeni czasu.

To mnie fascynuje i napędza. Powoduje, że to dotarcie do głębi jest takie ekscytujące, bo nadające sens ludzkiemu istnieniu. Bo zadające fundamentalne pytania, na które zazwyczaj w codziennej bieganinie i krzątaninie nie zostaje zbyt wiele czasu.

Światbez głębokich przeżyć nie byłby tym samym światem. Byłby po prostu nudny i przewidywalny. To, co sprawia, że szybciej bije nam serce jest też często zaczątkiem jakiejś zmiany w naszym życiu.I to bardzo różnej.

Kiedyzostajesz unieruchomiony i nie możesz dalej wieść aktywnego życia zaczynasz uczyć się cierpliwości i zrozumienia. Zaczynasz zwracać uwagę na inne elementy swojego życia, na które wcześniej nie było przestrzeni, bo dotąd to ruch wypełniał prawie wszystko.

Jednocześnie też czujesz aż do kości jak bardzo ten ruch pokochałeś. Jak wrył się on w twoją podświadomość i jak cię w tym twoim życiu niósł do przodu. Jak cię zachwycał, kiedy patrzyłeś na wschody i zachody słońca. Jak czułeś zapach lasu po obfitym deszczu, jak twoje policzki smagał wiatr podczas jazdy rowerem. Te wszystkie chwile wyryły się w twoim sercu i w twojej pamięci i niesiesz je już w nim zawsze.

Co mi dało unieruchomienie? Co mi dał ból kręgosłupa? Na początku frustrację, wściekłość, żal i pretensje. Pytania dlaczego? Ból dał mi jednak też co innego. Cierpliwość i wytrwałość w szukaniu rozwiązań. Dbałość o własne ciało i przede wszystkim słuchanie go, kiedy powiedziało dosyć.

Skłoniłmnie do głębszego wejrzenia w siebie. Poszukania mądrych ludzi, którzy byli wstanie postawić właściwą diagnozę i zaaplikować odpowiednie leczenie.

Nie trwało to chwilę, ciągle trwa, bo to jest proces, bo to jestrozwój. I jeśli w swoim wolnym sercu zgodzisz się na niego, to on ciebie będzie prowadził do wyzdrowienia. Pokaże ci którędy masz pójść. Czasem będzie surowym nauczycielem, bo bez ogródek powie ci, że to twoją odpowiedzialnością jest się za siebie zabrać.Nie kogoś innego, na kogo zrzucisz winę: na Boga, okoliczności czy ludzi. Bo to jest w końcu twoje życie, twoje wybory i decyzje.


I see you- Visual Concert 4
2025-03-01 22:14:50

I SEE YOU- VISUAL CONCERT VOL. 4 Makijaż zrobiony, elegancka koszula i żakiet założone i pół godziny przed 18-tą wyruszyłam na drugi w swoim życiu Visual Concert. Mam to szczęście, a raczej wybrałam sobie takie miejsce do życia, w którym doświadczeń muzycznych jest całkiem sporo. Po porannej wizycie nad morzem i saunowaniu a więc czasowi dedykowanemu ciału wieczór tym razem zarezerwowałam na ucztę dla duszy, wzroku oraz słuchu. Muzyka filmowa od bardzo dawna gra pierwsze skrzypce na mojej muzycznej playliście. Po prostu mnie buduje i podnosi wibracje. Porusza takie szczególne miejsce w moim sercu. Zwłaszcza, kiedy jest okraszona pięknymi wizualizacjami przyrody oraz światłem. Bo tak, to światło chcę o wiele bardziej widzieć w świecie niż ciemność. A także pasję i wolność oraz zauważenie drugiego człowieka w jego prawdziwiej istocie, samoświadomego. O tym przypomniała mi Kasia Moś, która tego wieczoru zaśpiewała przepiękną piosenkę „I see you” z Avatara. Przyznam, że woda jest dla mnie najpiękniejszym z żywiołów. Czuję z nią ogromną więź. Kiedy się w niej zanurzam, czas zwalnia i ogarnia mnie błogość. Niesamowite wręcz skupienie a oddech zwalnia. Lubię na nią patrzeć, na jej zmienność a zarazem regularność, na swobodę i zabawę. Przypomina mi ona dzieci, które były też bohaterem dzisiejszego koncertu. Choć często niestety w tej trudnej życiowej roli- niewolnika zmuszanego do pracy. Traktowanego jak towar, zamiast beztroskiego małego smyka bawiącego się w piaskownicy, którego się po prostu kocha. „Can you feel the love tonight”… słowa piosenki Eltona Johna z „Króla lwa” zabrzmiały dzisiaj jakby trochę inaczej. Bo czy dziecko sprzedane do niewoli, czy ginące gatunki zwierząt, umierająca natura mogą powiedzieć, że taką miłość czują… Z całą pewnością nie. To jednak jest ten dualizm. Obok radości, pasji, piękna i wolności od wieków istnieją smutek, apatia, brzydota i zniewolenie. Piękne rezerwaty przyrody, dziko żyjące zwierzęta, cudownie pachnące lasy przewijają się nam równocześnie z obrazami ekonomicznego wyzysku,kłusownictwem, czy pożarami. Bo taki po prostujest człowiek. Z jednej strony tworzący i odkrywający piękno a z drugiej dążący do dewastacji. Bo przecież może, jest wolny. I to od niego zależy czy tworzy, czy niszczy... Co mnie urzekło podczas koncertu oprócz dźwięków i wizualizacji? Na pewno piękna bordowa kreacja Kasi Moś oraz jej wokal który, jak zawsze wywołuje ciarki na skórze nie tylko mojej. No i … Jej zaokrąglony brzuch, w którym nosi nowe życie, tak jakość pięknie współgrał z siłą jej głosu. Momentami doniosłego, a momentami delikatnego. Co jeszcze było piękne? Jak zawsze przyroda, która od tylu lat niezmiennie mnie zachwyca. Ja przy niej na nowo oddycham. Odradzam się do tego prawdziwego i pierwotnego piękna, które bardzo mnie wzrusza i wprowadza harmonię do serca. Jaką jeszcze muzyka dzisiejszego wieczoru poruszyła nutę w sercu? Przypomniała o ważności bycia wolnym człowiekiem. Wybierającym pasję w życiu, która napędza, budzi uśmiech na twarzy i buduje własną tożsamość. Bo to ona (pasja) stoi za nowoczesnym budownictwem czy technologią, które użyte w mądry i odpowiedzialny sposób pomagają nam wszystkim w rozwoju. Dlatego warto o tym pamiętać. Wracałam do domu w towarzystwie pięknych gwiazd na niebie, które były dopełnieniem tego wieczora. Bo tak… o kosmosie też było i to całkiem sporo w muzyce z filmu Thor. Pójdę dzisiaj spać spokojna mimo wszystko o ten nasz świat i tą naszą kochaną przyrodę, bo światło zawsze zwycięża ciemność. A ziemia i człowiek od wieków się odradzają.

I SEE YOU- VISUAL CONCERT VOL. 4

Makijaż zrobiony, elegancka koszula i żakiet założone i pół godziny przed 18-tą wyruszyłam na drugi w swoim życiu Visual Concert.

Mam to szczęście, a raczej wybrałam sobie takie miejsce do życia, w którym doświadczeń muzycznych jest całkiem sporo.

Po porannej wizycie nad morzem i saunowaniu a więc czasowi dedykowanemu ciału wieczór tym razem zarezerwowałam na ucztę dla duszy, wzroku oraz słuchu.


Muzyka filmowa od bardzo dawna gra pierwsze skrzypce na mojej muzycznej playliście.

Po prostu mnie buduje i podnosi wibracje. Porusza takie szczególne miejsce w moim sercu. Zwłaszcza, kiedy jest okraszona pięknymi wizualizacjami przyrody oraz światłem.


Bo tak, to światło chcę o wiele bardziej widzieć w świecie niż ciemność. A także pasję i wolność oraz zauważenie drugiego człowieka w jego prawdziwiej istocie, samoświadomego.


O tym przypomniała mi Kasia Moś, która tego wieczoru zaśpiewała przepiękną piosenkę „I see you” z Avatara.


Przyznam, że woda jest dla mnie najpiękniejszym z żywiołów. Czuję z nią ogromną więź. Kiedy się w niej zanurzam, czas zwalnia i ogarnia mnie błogość. Niesamowite wręcz skupienie a oddech zwalnia.

Lubię na nią patrzeć, na jej zmienność a zarazem regularność, na swobodę i zabawę.

Przypomina mi ona dzieci, które były też bohaterem dzisiejszego koncertu. Choć często niestety w tej trudnej życiowej roli- niewolnika zmuszanego do pracy. Traktowanego jak towar, zamiast beztroskiego małego smyka bawiącego się w piaskownicy, którego się po prostu kocha.

„Can you feel the love tonight”… słowa piosenki Eltona Johna z „Króla lwa” zabrzmiały dzisiaj jakby trochę inaczej. Bo czy dziecko sprzedane do niewoli, czy ginące gatunki zwierząt, umierająca natura mogą powiedzieć, że taką miłość czują… Z całą pewnością nie.


To jednak jest ten dualizm. Obok radości, pasji, piękna i wolności od wieków istnieją smutek, apatia, brzydota i zniewolenie. Piękne rezerwaty przyrody, dziko żyjące zwierzęta, cudownie pachnące lasy przewijają się nam równocześnie z obrazami ekonomicznego wyzysku,kłusownictwem, czy pożarami.

Bo taki po prostujest człowiek. Z jednej strony tworzący i odkrywający piękno a z drugiej dążący do dewastacji. Bo przecież może, jest wolny. I to od niego zależy czy tworzy, czy niszczy...

Co mnie urzekło podczas koncertu oprócz dźwięków i wizualizacji? Na pewno piękna bordowa kreacja Kasi Moś oraz jej wokal który, jak zawsze wywołuje ciarki na skórze nie tylko mojej.

No i … Jej zaokrąglony brzuch, w którym nosi nowe życie, tak jakość pięknie współgrał z siłą jej głosu. Momentami doniosłego, a momentami delikatnego.

Co jeszcze było piękne? Jak zawsze przyroda, która od tylu lat niezmiennie mnie zachwyca.

Ja przy niej na nowo oddycham. Odradzam się do tego prawdziwego i pierwotnego piękna, które bardzo mnie wzrusza i wprowadza harmonię do serca.


Jaką jeszcze muzyka dzisiejszego wieczoru poruszyła nutę w sercu?

Przypomniała o ważności bycia wolnym człowiekiem. Wybierającym pasję w życiu, która napędza, budzi uśmiech na twarzy i buduje własną tożsamość. Bo to ona (pasja) stoi za nowoczesnym budownictwem czy technologią, które użyte w mądry i odpowiedzialny sposób pomagają nam wszystkim w rozwoju. Dlatego warto o tym pamiętać.


Wracałam do domu w towarzystwie pięknych gwiazd na niebie, które były dopełnieniem tego wieczora. Bo tak… o kosmosie też było i to całkiem sporo w muzyce z filmu Thor.


Pójdę dzisiaj spać spokojna mimo wszystko o ten nasz świat i tą naszą kochaną przyrodę, bo światło zawsze zwycięża ciemność. A ziemia i człowiek od wieków się odradzają.

Nauka a duchowość
2024-12-14 17:03:36

Niezmiernie ciekawy to temat. Moim zdaniem trwałe i sensowne życie nie funkcjonuje bez jednej i drugiej. Przynajmniej moje życie. Dlaczego? Otóż przez wiele lat zgłębiałam i naukę i duchowość. Bywało różnie, przeważnie nie występowały one obok siebie. Albo prym wiodła nauka albo duchowość. Dlaczego takie albo / albo bywa zabójcze? Postaram się tutaj wyjaśnić mój punkt widzenia.

Niezmiernie ciekawy to temat.

Moim zdaniem trwałe i sensowne życie nie funkcjonuje bez jednej i drugiej.

Przynajmniej moje życie.

Dlaczego?

Otóż przez wiele lat zgłębiałam i naukę i duchowość.

Bywało różnie, przeważnie nie występowały one obok siebie.

Albo prym wiodła nauka albo duchowość.

Dlaczego takie albo / albo bywa zabójcze?

Postaram się tutaj wyjaśnić mój punkt widzenia.

Ciekawość pierwszy stopień do...
2024-12-08 12:55:31

Ciekawość- pierwszy stopień do…? No właśnie do czego? Moim zdaniem na pewno nie do piekła, jak mawia przysłowie. Ciekawość bowiem jest inspirująca i rozwijająca, natomiast ciekawskość już nie. Ciekawość w moim typie osobowości odgrywa kluczową rolę, tak samo jak chęć zmiany świata w lepsze miejsce, zmniejszenie niesprawiedliwości społecznej. Tak naprawdę ciekawość towarzyszy mi od dzieciństwa. Wychowana w małej społeczności odkąd pamiętam zadawałam pytania: jak? Dlaczego coś lub ktoś funkcjonuje.

Ciekawość- pierwszy stopień do…?

No właśnie do czego?

Moim zdaniem na pewno nie do piekła, jak mawia przysłowie.

Ciekawość bowiem jest inspirująca i rozwijająca, natomiast ciekawskość już nie.

Ciekawość w moim typie osobowości odgrywa kluczową rolę, tak samo jak chęć zmiany świata w lepsze miejsce, zmniejszenie niesprawiedliwości społecznej.


Tak naprawdę ciekawość towarzyszy mi od dzieciństwa. Wychowana w małej społeczności odkąd pamiętam zadawałam pytania: jak? Dlaczego coś lub ktoś funkcjonuje.

Maja Sowińska- Dobro nie jest w odwrocie
2024-11-15 13:26:50

Kiedy od dziecka szukasz w życiu prawdy, to ona zaczyna cię prowadzić. Powierzchowność i brak głębi sprawiają, że więdniesz jako człowiek. Serce się zamyka i wpadasz w marazm, powtarzalność schematów, tak zwaną monotonię. Jesteśmy różni i to jest wspaniałe, że wspólnotę tworzą jednostki. To tak, jak dom tworzący całość jest przecież zbudowany z pojedynczej cegły. Potrzeba indywidualizmu, tej boskiej iskry wypływającej z serca człowieka, która rozpala potem wielu. Kiedy zaczynałam tworzyć najpierw bloga a potem podcasty moim celem było dostrzeżenie człowieka, jego istoty i tego czym on żyje i co go w życiu napędza. Tematyka była różna: muzyka, sport, film, podróże, psychologia, duchowość. Jeśli miałabym je ująć w jednym słowie, to byłaby to PASJA. Bo choć tak wielu z nas doświadcza muzyki, sportu, filmu, podróży, psychologii, czy duchowości, to jednak na każdego z nas działają one zupełnie inaczej. To właśnie dlatego lubię słuchać ludzkich opowieści o drodze, jaka ich doprowadziła do ich pasji tworzenia. A głęboko wierzę, że została ona nam, jako ludziom wszczepiona w serce w momencie naszego powstania i jest to najczystsza miłość Boga, bo tylko ona daje właśnie takie pragnienia i marzenia. Bo tylko dzięki niej są one osadzone na solidnym fundamencie. Nie są chwilowym kaprysem, lecz trwają przez całe życie, choć mogą się także zmieniać. I właśnie tej miłości doświadczyłam na koncercie uwielbieniowym Maji Sowińskiej. Poczułam na nim prawdę. Wyśpiewaną, wykrzyczaną a czasem wypowiedzianą szeptem. Bo to jest ważne, żeby tą prawdę wypowiadać. Bo ona oczyszcza serce człowieka. A niewypowiedziane słowo, nierealizowany i zakopany w ziemi talent sprawiają, że człowiek zaczyna obumierać. Żeby to dostrzec potrzeba otwartości na Ducha. Wyrażenia zgody, bo On nie będzie łamał naszej wolnej woli. Nigdy nie przekroczy tej granicy, bo On ukochał wolność, bo cóż to za miłość, która zniewala, ta ludzka czy boska?

Kiedy od dziecka szukasz w życiu prawdy, to ona zaczyna cię prowadzić. Powierzchowność i brak głębi sprawiają, że więdniesz jako człowiek. Serce się zamyka i wpadasz w marazm, powtarzalność schematów, tak zwaną monotonię.

Jesteśmy różni i to jest wspaniałe, że wspólnotę tworzą jednostki. To tak, jak dom tworzący całość jest przecież zbudowany z pojedynczej cegły. Potrzeba indywidualizmu, tej boskiej iskry wypływającej z serca człowieka, która rozpala potem wielu.

Kiedy zaczynałam tworzyć najpierw bloga a potem podcasty moim celem było dostrzeżenie człowieka, jego istoty i tego czym on żyje i co go w życiu napędza.

Tematyka była różna: muzyka, sport, film, podróże, psychologia, duchowość. Jeśli miałabym je ująć w jednym słowie, to byłaby to PASJA.

Bo choć tak wielu z nas doświadcza muzyki, sportu, filmu, podróży, psychologii, czy duchowości, to jednak na każdego z nas działają one zupełnie inaczej.

To właśnie dlatego lubię słuchać ludzkich opowieści o drodze, jaka ich doprowadziła do ich pasji tworzenia. A głęboko wierzę, że została ona nam, jako ludziom wszczepiona w serce w momencie naszego powstania i jest to najczystsza miłość Boga, bo tylko ona daje właśnie takie pragnienia i marzenia. Bo tylko dzięki niej są one osadzone na solidnym fundamencie. Nie są chwilowym kaprysem, lecz trwają przez całe życie, choć mogą się także zmieniać.

I właśnie tej miłości doświadczyłam na koncercie uwielbieniowym Maji Sowińskiej. Poczułam na nim prawdę. Wyśpiewaną, wykrzyczaną a czasem wypowiedzianą szeptem. Bo to jest ważne, żeby tą prawdę wypowiadać. Bo ona oczyszcza serce człowieka. A niewypowiedziane słowo, nierealizowany i zakopany w ziemi talent sprawiają, że człowiek zaczyna obumierać.

Żeby to dostrzec potrzeba otwartości na Ducha. Wyrażenia zgody, bo On nie będzie łamał naszej wolnej woli. Nigdy nie przekroczy tej granicy, bo On ukochał wolność, bo cóż to za miłość, która zniewala, ta ludzka czy boska?


Błogosławieństwo akceptacji i wytrwałości
2024-02-24 20:41:13

W tym odcinku opowiadam o ostatnich doświadczeniach związanych z akceptacją, wytrwałością, odpowiedzialnością i nawykach.

W tym odcinku opowiadam o ostatnich doświadczeniach związanych z akceptacją, wytrwałością, odpowiedzialnością i nawykach.

Całkiem udane życie
2024-01-30 18:07:46

Podcast o życiu w doświadczaniu.

Podcast o życiu w doświadczaniu.

Ewa Wilczyńska-Saj- Podróże z potrzeby serca
2023-12-27 11:00:00

Z Ewą Wilczyńską-Saj spotkałyśmy się na Gdyńskich Warsztatach Podróżniczych w ubiegłym tygodniu, na których opowiadała o Wyspie Wielkanocnej i o tym, jak bardzo pokochała to miejsce i jak bardzo lubi do niego wracać. Ewa ma dar opowiadania i ciepły, ujmujący głos. Jej opowieść zainteresowała mnie tak bardzo, że postanowiłam się z Nią spotkać i porozmawiać o tym, co ją do podróży pociągnęło czego w nich szuka? Jak bardzo ją rozwinęły wewnętrznie i zewnętrznie.Jak to podczas wywiadów na moim kanale, było głęboko i z pasją :)

Z Ewą Wilczyńską-Saj spotkałyśmy się na Gdyńskich Warsztatach Podróżniczych w ubiegłym tygodniu, na których opowiadała o Wyspie Wielkanocnej i o tym, jak bardzo pokochała to miejsce i jak bardzo lubi do niego wracać.

Ewa ma dar opowiadania i ciepły, ujmujący głos.

Jej opowieść zainteresowała mnie tak bardzo, że postanowiłam się z Nią spotkać i porozmawiać o tym, co ją do podróży pociągnęło czego w nich szuka?

Jak bardzo ją rozwinęły wewnętrznie i zewnętrznie.Jak to podczas wywiadów na moim kanale, było głęboko i z pasją :)

Haevn- koncert w Warszawie
2023-11-18 10:34:20

Na koncert zespołu Haevn czekałam od ładnych paru lat. Grał je tylko w Holandii, więc nawet planowałam wyprawę do kraju Niderlandów. Dlaczego? Ponieważ jednym z moich życiowych celów jest realizacja muzycznych marzeń. A, że twórczość holenderskiego zespołu mocno oddziałuje na moje emocje, to bardzo chciałam to marzenie spełnić. Nic więc dziwnego, że kiedy w maju tego roku usłyszałam, że Haevn zagra w Polsce, mega mnie to uradowało. Kupiłam bilet i czekałam. Co jest takiego w tym zespole, że mnie do niego przyciągnęło? A no z całą pewnością łączenie muzycznych stylów: inde popu, akustyczno-symfonicznego brzemienia z elektroniką. Mam słabość do pianina i wiolonczeli, bo po prostu pięknie brzmią na scenie i tyle. A u Haevn jest tego sporo. Co jeszcze? Niewątpliwie głos i zachowanie sceniczne wokalisty zespołu- Marijna. Jest on trochę tak anielsko brzmiący (o ile ktoś, kiedyś słyszał głos anioła). Taki szlachetny, a jego obecność na scenie z całą pewnością magnetyzuje. Nie znałam wcześniej historii, które podczas koncertu opowiadali Marijn i twórca Haeven Jorrit. Ale nie wierzę w życiowe tzw. "przypadki losowe". Zbyt wiele bowiem miałam już sytuacji, w których po prostu wiedziałam, że dane spotkanie, dana nauka, dana muzyka, tekst były gdzieś tam dla mnie już przygotowane i miały do mnie trafić. Trzeba jednak umieć to dostrzec i otworzyć na to własne serce. Przyjąć to, co życie ma ci do zaoferowania i pójść za tym, w tym danym momencie. Podobnie było więc z twórczością holenderskiego zespołu. Lubię patrzeć, kiedy ludzie odczuwają spełnienie w tym, co robią. Kiedy na ich twarzach widać skupienie i radość. Czas wtedy jakby się zatrzymuje. Tak właśnie jest na koncertach, które opowiadają jakąś fabułę. Głęboko wierzę w terapeutyczną rolę muzyki, że płynąca ze sceny energia miesza się z energią słuchacza i wówczas wspólnie zaczynają tworzyć przepiękną symbiozę. Ostatnio miałam rozbrat z koncertami. Przestały być dla mnie tak ważne, jak kiedyś. Zbyt duża ich ilość spowodowała przesyt. Koncertowa dopamina została wypstrykana. I bardzo dobrze, bo mogłam teraz już inaczej smakować muzykę graną na żywo. Ze świeżą głową i sercem oraz wyciszeniem wybrałam się więc do Warszawy. Parę minut po 19:30 w warszawskiej Scenie Relax rozpoczęła się słowno-muzyczna opowieść, do którego wysłuchania zaprosił mnie zespół Haevn. Tak wysłuchania a co ważniejsze usłyszenia tego, co miał do przekazania. A jakaż to jest ta owa historia Holendrów Marijna i Jorrita? Myślę, że podobna do wielu z nas. Być może nie dosłownie i nie w całości, ale jednak jest tak bardzo bliska... Dla obydwu, na pewnym etapie ich życia, muzyka stała się terapią, kiedy jeden zatracił sens życia i zdał sobie sprawę ze szkodliwości własnych nawyków, a drugiego na parę lat przykuła do łóżka choroba. Muzyka leczy i potrafi nadać sens ludzkiemu istnieniu, jest niczym rzucona przez wszechświat niewidzialna kotwica, której się chwytamy, by wypłynąć na brzeg i nie pójść na dno. Jorrit zdał sobie sprawę, że aby być znowu szczęśliwym człowiekiem, musi opuścić własną strefę komfortu nawyków, które go zniewalały. Wkroczyć na nowe, nieznane terytorium zmiany. Poprzez to trudne doświadczenie przyszła do niego inspiracja do stworzenia utworu pt. " Welcome the wind" . .... Linki do przytoczonych w podcaście utworów: "Welcome the wind" https://www.youtube.com/watch?v=gNjYLpOSNi8 "The other side of the sea" https://www.youtube.com/watch?v=SWFDZ33ySJg "Where the heart is": https://www.youtube.com/watch?v=tDQyuhy3BV

Na koncert zespołu Haevn czekałam od ładnych paru lat.

Grał je tylko w Holandii, więc nawet planowałam wyprawę do kraju Niderlandów.

Dlaczego?

Ponieważ jednym z moich życiowych celów jest realizacja muzycznych marzeń.

A, że twórczość holenderskiego zespołu mocno oddziałuje na moje emocje, to bardzo chciałam to marzenie spełnić.

Nic więc dziwnego, że kiedy w maju tego roku usłyszałam, że Haevn zagra w Polsce, mega mnie to uradowało.

Kupiłam bilet i czekałam.

Co jest takiego w tym zespole, że mnie do niego przyciągnęło?

A no z całą pewnością łączenie muzycznych stylów: inde popu, akustyczno-symfonicznego brzemienia z elektroniką.

Mam słabość do pianina i wiolonczeli, bo po prostu pięknie brzmią na scenie i tyle. A u Haevn jest tego sporo.

Co jeszcze? Niewątpliwie głos i zachowanie sceniczne wokalisty zespołu- Marijna.

Jest on trochę tak anielsko brzmiący (o ile ktoś, kiedyś słyszał głos anioła).

Taki szlachetny, a jego obecność na scenie z całą pewnością magnetyzuje.

Nie znałam wcześniej historii, które podczas koncertu opowiadali Marijn i twórca Haeven Jorrit.

Ale nie wierzę w życiowe tzw. "przypadki losowe". Zbyt wiele bowiem miałam już sytuacji, w których po prostu wiedziałam, że dane spotkanie, dana nauka, dana muzyka, tekst były gdzieś tam dla mnie już przygotowane i miały do mnie trafić.

Trzeba jednak umieć to dostrzec i otworzyć na to własne serce. Przyjąć to, co życie ma ci do zaoferowania i pójść za tym, w tym danym momencie.

Podobnie było więc z twórczością holenderskiego zespołu.

Lubię patrzeć, kiedy ludzie odczuwają spełnienie w tym, co robią. Kiedy na ich twarzach widać skupienie i radość. Czas wtedy jakby się zatrzymuje. Tak właśnie jest na koncertach, które opowiadają jakąś fabułę.

Głęboko wierzę w terapeutyczną rolę muzyki, że płynąca ze sceny energia miesza się z energią słuchacza i wówczas wspólnie zaczynają tworzyć przepiękną symbiozę.

Ostatnio miałam rozbrat z koncertami. Przestały być dla mnie tak ważne, jak kiedyś.

Zbyt duża ich ilość spowodowała przesyt.

Koncertowa dopamina została wypstrykana.

I bardzo dobrze, bo mogłam teraz już inaczej smakować muzykę graną na żywo.

Ze świeżą głową i sercem oraz wyciszeniem wybrałam się więc do Warszawy.

Parę minut po 19:30 w warszawskiej Scenie Relax rozpoczęła się słowno-muzyczna opowieść, do którego wysłuchania zaprosił mnie zespół Haevn.

Tak wysłuchania a co ważniejsze usłyszenia tego, co miał do przekazania.

A jakaż to jest ta owa historia Holendrów Marijna i Jorrita?

Myślę, że podobna do wielu z nas.

Być może nie dosłownie i nie w całości, ale jednak jest tak bardzo bliska...

Dla obydwu, na pewnym etapie ich życia, muzyka stała się terapią, kiedy jeden zatracił sens życia i zdał sobie sprawę ze szkodliwości własnych nawyków, a drugiego na parę lat przykuła do łóżka choroba.

Muzyka leczy i potrafi nadać sens ludzkiemu istnieniu, jest niczym rzucona przez wszechświat niewidzialna kotwica, której się chwytamy, by wypłynąć na brzeg i nie pójść na dno.

Jorrit zdał sobie sprawę, że aby być znowu szczęśliwym człowiekiem, musi opuścić własną strefę komfortu nawyków, które go zniewalały. Wkroczyć na nowe, nieznane terytorium zmiany.

Poprzez to trudne doświadczenie przyszła do niego inspiracja do stworzenia utworu pt.

"Welcome the wind". ....

Linki do przytoczonych w podcaście utworów:

"Welcome the wind"

https://www.youtube.com/watch?v=gNjYLpOSNi8

"The other side of the sea"

https://www.youtube.com/watch?v=SWFDZ33ySJg

"Where the heart is":

https://www.youtube.com/watch?v=tDQyuhy3BV

Informacja dotycząca prawa autorskich: Wszelka prezentowana tu zawartość podkastu jest własnością jego autora

Wyszukiwanie

Kategorie