Leszek Prawie.PRO

Leszek Prawie.PRO
O tym jak sport, kolarstwo, triathlon odmienił i odmienia mnie oraz moje życie. Opowiadam o zmianach fizycznych i mentalnych jakie przeszedłem i przechodzę. Każdego dnia. Chcę dzielić się swoją największą pasją i pomagać także tym, którzy są na początku swojej drogi do przemiany.

Chcesz mnie wesprzeć? Sklep Prawie.PRO: https://Prawie.PRO
Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/

O mnie: https://prawie.pro/leszek-sledzinski/


Odcinki od najnowszych:

Aerodynamika w kolarstwie szosowym. Co ma największe znaczenie? (66)
2022-09-19 17:06:59

Chcesz mnie wesprzeć?  Kup sobie coś na Prawie.PRO: https://Prawie.PRO Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/ Facebook: https://www.facebook.com/leszekprawiepro/ Moja książka: https://www.empik.com/prawie-pro-wygraj-siebie-lech-sledzinski,p1320924407,ksiazka-p

Kiedy wystartować w pierwszych zawodach? Niesamowite wsparcie na Silesiaman Katowice Triathlon
2022-09-01 09:20:23

Chcesz mnie wesprzeć?  Kup sobie coś na Prawie.PRO : https://Prawie.PRO Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/ Facebook: https://www.facebook.com/leszekprawiepro/ Moja książka: https://www.empik.com/prawie-pro-wygraj-siebie-lech-sledzinski,p1320924407,ksiazka-p Jeśli to wideo było dla Ciebie przydatne i chcesz wesprzeć moją działalność, to zapraszam do mojego sklepu:  https://www.prawie.pro   na mój Instagram:  https://www.instagram.com/prawie_pro/ lub Facebook: https://www.facebook.com/leszekprawiepro/   a także do zakupu mojej książki: https://www.empik.com/prawie-pro-wygraj-siebie-lech-sledzinski,p1320924407,ksiazka-p Cześć. Tutaj Leszek. Jestem w Rytrze. Jestem w górach i to właśnie stąd, na swoim wirtualnym, przenośnym studiu montażowym, mam okazję Wam opowiedzieć najwspanialszą historię najwspanialszego startu, na którym poznałem absolutnie niesamowitych ludzi , którzy, po raz kolejny, udowadniają mi, jak i również Wam, że zawsze warto próbować . I że nie ma żadnych ograniczeń. Tak strasznie dużo osób mnie pyta, kiedy mogą wziąć udział w swoich pierwszych zawodach? A ja zawsze odpowiadam: dziś. Nie ma limitu wagi, nie ma limitu doświadczenia. Jednocześnie ta relacja, moim zdaniem jest nieco inna, z tego względu, że mam okazją Wam po raz pierwszy pokazać, dużo, dużo więcej niż normalnie; więcej kulisów z mniejszą ilością mojego komentarza, który w wielu miejscach jest absolutnie zbędny. Te emocje, które udało się uchwycić w Katowicach na triathlonie, są jednymi z najwspanialszych, jakie znajdują się aktualnie w moim archiwum. Z ogromną radością się dzielę nimi z Wami. Jeśli tutaj mi odejdzie stres, ze względu na to, że jest płytko, i że zbiornik jest mały, to jestem w stanie zrobić bardzo dobry czas. Jeżeli ktoś pyta o wychodzenie ze strefy komfortu, to nie woda, nie rower w deszczu, nie bieg w upale tylko wizyta w toytoyu na 10 min. przed zawodami. "Rybnik, Wodzisław, Ty tam często jeździsz przy tym Raciborzu, te rundy, tam są super trasy do jeżdżenia, nie?" . Dlatego tam jeżdżę. "Dzięki" . Miło było poznać Was. Ostatnio jak startowałem w Chełmży, to przez to, że właśnie chciałem się w ostatniej chwili wycofać, bo naprawdę miałem tragiczny dzień, pod względem psychicznym byłem dętką. Nie miałem na to też do końca wpływu. Dużo osób, zresztą słusznie, mówi, że się użalam nad sobą – nie mam na to wpływu – po prostu tak mam. Dzisiaj jest zupełnie, zupełnie inaczej, bo to też jest bardzo płytki zbiornik, w związku z tym, też obieram zupełnie inną strategię. Ostatnio wszedłem do wody jako ostatni, dlatego, ponieważ poszedłem do organizatora, żeby mu powiedzieć, żeby mnie nie liczyli. Chodziło tak naprawdę o to, żeby im się ilość osób zgadzała, które wyjdą z wody. Dzisiaj zrobię dokładnie odwrotnie, czyli ustawię się zaraz na samym przodzie – to oznacza, że będę płynąć z ludźmi, którzy płyną bardzo sprawnie, nie płyną, na przykład „żabką”; każdy ma prawo płynąć stylem, jakim chce, ale w momencie, kiedy ja płynę „kraulem” obok kogoś, kto płynie „żabką” to jest to bardzo mało komfortowe. Trwa właśnie odprawa techniczna. Ona jest zazwyczaj chwilę przed startem albo dzień przed startem, czasami jest publikowana na Facebooku. Jeżeli ktoś jest debiutantem na danej trasie, albo w ogóle debiutantem w triathlonie, to warto jest jej wysłuchać, bo jest dużo takich detali, które jeżeli poznamy teraz, zwolnią naszą głowę w trakcie startu, kiedy jesteśmy w największej panice. Dlatego ja idę, ponieważ nigdy tutaj nie startowałem i nie znam tych detali. Może ciężko Wam w to uwierzyć, ale wyszedłem z wody po przepłynięciu 450 metrów po 8 min. a po drodze nie było ani chwili zastanowienia, ani śladu tego lęku, z którym do tej pory walczyłem. Stąd zapamiętam te zawody do końca mojego życia. A potem było jeszcze lepiej. Na rowerze, pomimo tego, że było sporo zmarszczek, udało mi się zrobić średnią 38,1 km/h. Bardzo ładnie udało mi się znormalizować moc na zakładany poziomie 250 W. Tak naprawdę, na rowerze zająłem 7 miejsce na tej imprezie. Pierwszy raz udało mi się zrealizować materiał, który jest tworzony drugo osobowo. Pierwszy raz montuję materiał jednocześnie nagrywając do niego podsumowanie i podczas składania tych wszystkich obrazków, przeżywam jeszcze raz te emocje, jeszcze raz jestem poddany temu ciepłu, które otrzymuję od ludzi, którzy są dokładnie tacy jak my; jak ja, jak ty. Wygląd, to czy nam czegoś brakuje, czy nie, nie ma kompletnie żadnego znaczenia – podobnie jak czas, jak chociażby sprzęt. I z tego względu nie bałbym się swojego własnego debiutu. Każdy z nas jest gotowy w każdej chwili, bo tutaj nie liczą się te wszystkie rzeczy, które są widoczne na pierwszy rzut oka. To, co dla mnie na tego typu zawodach jest najistotniejsze, to nie tylko ta ogromna satysfakcja, nie tylko ten wyrzut endorfin, ale przede wszystkim ludzie, to, ile wspaniałych ludzi można po znać na tego typu imprezach, gdzie naprawdę, uwierzcie mi, nikt nikogo nie ocenia z perspektywy czasu. I to jest fantastyczne i za to Wam dziękuję, tym bardziej, że najprawdopodobniej to są moje ostatnie zawody w tym sezonie. Czuję się trochę zmęczony, ale niesamowicie szczęśliwy.  Dzięki. Cześć.
Chcesz mnie wesprzeć?  Kup sobie coś na Prawie.PRO: https://Prawie.PRO Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/ Facebook: https://www.facebook.com/leszekprawiepro/ Moja książka: https://www.empik.com/prawie-pro-wygraj-siebie-lech-sledzinski,p1320924407,ksiazka-p Jeśli to wideo było dla Ciebie przydatne i chcesz wesprzeć moją działalność, to zapraszam do mojego sklepu:  https://www.prawie.pro  na mój Instagram:  https://www.instagram.com/prawie_pro/ lub Facebook: https://www.facebook.com/leszekprawiepro/  a także do zakupu mojej książki: https://www.empik.com/prawie-pro-wygraj-siebie-lech-sledzinski,p1320924407,ksiazka-p Cześć. Tutaj Leszek. Jestem w Rytrze. Jestem w górach i to właśnie stąd, na swoim wirtualnym, przenośnym studiu montażowym, mam okazję Wam opowiedzieć najwspanialszą historię najwspanialszego startu, na którym poznałem absolutnie niesamowitych ludzi, którzy, po raz kolejny, udowadniają mi, jak i również Wam, że zawsze warto próbować. I że nie ma żadnych ograniczeń. Tak strasznie dużo osób mnie pyta, kiedy mogą wziąć udział w swoich pierwszych zawodach? A ja zawsze odpowiadam: dziś. Nie ma limitu wagi, nie ma limitu doświadczenia. Jednocześnie ta relacja, moim zdaniem jest nieco inna, z tego względu, że mam okazją Wam po raz pierwszy pokazać, dużo, dużo więcej niż normalnie; więcej kulisów z mniejszą ilością mojego komentarza, który w wielu miejscach jest absolutnie zbędny. Te emocje, które udało się uchwycić w Katowicach na triathlonie, są jednymi z najwspanialszych, jakie znajdują się aktualnie w moim archiwum. Z ogromną radością się dzielę nimi z Wami. Jeśli tutaj mi odejdzie stres, ze względu na to, że jest płytko, i że zbiornik jest mały, to jestem w stanie zrobić bardzo dobry czas. Jeżeli ktoś pyta o wychodzenie ze strefy komfortu, to nie woda, nie rower w deszczu, nie bieg w upale tylko wizyta w toytoyu na 10 min. przed zawodami. "Rybnik, Wodzisław, Ty tam często jeździsz przy tym Raciborzu, te rundy, tam są super trasy do jeżdżenia, nie?". Dlatego tam jeżdżę. "Dzięki". Miło było poznać Was. Ostatnio jak startowałem w Chełmży, to przez to, że właśnie chciałem się w ostatniej chwili wycofać, bo naprawdę miałem tragiczny dzień, pod względem psychicznym byłem dętką. Nie miałem na to też do końca wpływu. Dużo osób, zresztą słusznie, mówi, że się użalam nad sobą – nie mam na to wpływu – po prostu tak mam. Dzisiaj jest zupełnie, zupełnie inaczej, bo to też jest bardzo płytki zbiornik, w związku z tym, też obieram zupełnie inną strategię. Ostatnio wszedłem do wody jako ostatni, dlatego, ponieważ poszedłem do organizatora, żeby mu powiedzieć, żeby mnie nie liczyli. Chodziło tak naprawdę o to, żeby im się ilość osób zgadzała, które wyjdą z wody. Dzisiaj zrobię dokładnie odwrotnie, czyli ustawię się zaraz na samym przodzie – to oznacza, że będę płynąć z ludźmi, którzy płyną bardzo sprawnie, nie płyną, na przykład „żabką”; każdy ma prawo płynąć stylem, jakim chce, ale w momencie, kiedy ja płynę „kraulem” obok kogoś, kto płynie „żabką” to jest to bardzo mało komfortowe. Trwa właśnie odprawa techniczna. Ona jest zazwyczaj chwilę przed startem albo dzień przed startem, czasami jest publikowana na Facebooku. Jeżeli ktoś jest debiutantem na danej trasie, albo w ogóle debiutantem w triathlonie, to warto jest jej wysłuchać, bo jest dużo takich detali, które jeżeli poznamy teraz, zwolnią naszą głowę w trakcie startu, kiedy jesteśmy w największej panice. Dlatego ja idę, ponieważ nigdy tutaj nie startowałem i nie znam tych detali. Może ciężko Wam w to uwierzyć, ale wyszedłem z wody po przepłynięciu 450 metrów po 8 min. a po drodze nie było ani chwili zastanowienia, ani śladu tego lęku, z którym do tej pory walczyłem. Stąd zapamiętam te zawody do końca mojego życia. A potem było jeszcze lepiej. Na rowerze, pomimo tego, że było sporo zmarszczek, udało mi się zrobić średnią 38,1 km/h. Bardzo ładnie udało mi się znormalizować moc na zakładany poziomie 250 W. Tak naprawdę, na rowerze zająłem 7 miejsce na tej imprezie. Pierwszy raz udało mi się zrealizować materiał, który jest tworzony drugo osobowo. Pierwszy raz montuję materiał jednocześnie nagrywając do niego podsumowanie i podczas składania tych wszystkich obrazków, przeżywam jeszcze raz te emocje, jeszcze raz jestem poddany temu ciepłu, które otrzymuję od ludzi, którzy są dokładnie tacy jak my; jak ja, jak ty. Wygląd, to czy nam czegoś brakuje, czy nie, nie ma kompletnie żadnego znaczenia – podobnie jak czas, jak chociażby sprzęt. I z tego względu nie bałbym się swojego własnego debiutu. Każdy z nas jest gotowy w każdej chwili, bo tutaj nie liczą się te wszystkie rzeczy, które są widoczne na pierwszy rzut oka. To, co dla mnie na tego typu zawodach jest najistotniejsze, to nie tylko ta ogromna satysfakcja, nie tylko ten wyrzut endorfin, ale przede wszystkim ludzie, to, ile wspaniałych ludzi można po znać na tego typu imprezach, gdzie naprawdę, uwierzcie mi, nikt nikogo nie ocenia z perspektywy czasu. I to jest fantastyczne i za to Wam dziękuję, tym bardziej, że najprawdopodobniej to są moje ostatnie zawody w tym sezonie. Czuję się trochę zmęczony, ale niesamowicie szczęśliwy.  Dzięki. Cześć.

5 błędów popełnianych przez początkujących kolarzy w górach (64)
2022-08-16 11:53:55

Chcesz mnie wesprzeć?  Kup sobie coś na Prawie.PRO : https://Prawie.PRO Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/ Facebook: https://www.facebook.com/leszekprawiepro/ Moja książka: https://www.empik.com/prawie-pro-wygraj-siebie-lech-sledzinski,p1320924407,ksiazka-p Cześć. Tutaj Leszek. Swoją przygodę z kolarstwem dzielę na dwa etapy; do i od momentu, kiedy pierwszy raz pojechałem na górski obóz szosowy. Jak dziś pamiętam swoje pierwsze zderzenie z 10% podjazdu, który to ciągnął się przez niekończące się kilometry… 2 km. Nigdy nie przypuszczałem, że na 2 tysiącach metrów można tak bardzo zmienić swoje pojmowanie jazdy na rowerze. Nie rozumiałem tak naprawdę, czym jest jazda górska; że tutaj nie liczy się dystans a liczą się, tak naprawdę, metry, które mamy do pokonania w pionie, i że to jest zupełnie inne dyscyplina sportu, w porównaniu, chociażby, ze zwiedzaniem Mazowsza albo Wielkopolski, co daje niesamowicie dużo satysfakcji. I to jest taki koncentrat kolarstwa szosowego. Wiecie, co jest najważniejsze podczas debiutu w górach? Kilka lat zajęło mi dojście do tego wniosku – LUDZIE; to, kto jest obok nas. Czy będzie nas wspierać? Najgorsze jest wywieranie presji, którą próbuje się nam, między wierszami, sprzedać wytykając, na przykład, brak doświadczenia albo za dużo masy, albo za słaby sprzęt. Słowa, gesty, są w stanie podciąć skrzydła nawet najbardziej zmotywowanemu zawodnikowi, tak samo, jak jednym zdaniem można sprawić, że studziesięciokilogramowy kolarz da radę podjechać podjazd pod Wielki Lipnik, pomimo totalnego zwątpienia na 8% gdzieś w połowie. Aż nie chce się dowierzać, że kilka słów może sprawić, że ktoś, kto zszedł już z roweru, ponownie na niego wsiądzie i wie, że da radę – głowa to jest 80% sukcesu. Pozostałe 20% to strategia, mądre jedzenie, picie, spokój i przygotowanie fizyczne oraz Twoja waga. Szukasz sposobu na wywłaszczenie sobie wszystkich wzniesień? No to zrzuć kilka kilogramów, zejdź z 90 na chociażby 80 kg, i wtedy macie wrażenie, że z tych 8% robi się 5%. Mi to najbardziej pomogło. Nagle okazało się, że o wiele mniej się męczę, jakby ktoś mi odciął od roweru wózek z 5 zgrzewkami wody. Tak naprawdę, to działa właśnie w taki bardzo prosty sposób, niemalże wykładniczy. W końcu nasza wydolność w górach jest ściśle zależna od ilości tlenu, jaki przyjmujemy na każdy gram masy własnej wciąganej na szczyt. To jest naprawdę strasznie proste. Wspomniałem o górskiej strategii. Miałem na myśli głównie błąd, który polega na zbyt mocnym starcie. Jako początkujący, za wszelką cenę, próbowałem dotrzymać koła innym. Nie. Tu nie trzeba tego robić. Można jechać samemu swoim równym tempem patrząc na nasze tętno. Mocny zryw może spowodować, że w połowie wybije nam korki. Lepiej być 5 albo 10 minut za naszą ekipą, niż zatrzymać się w połowie odwodnionym, ze skurczami albo walcząc o każdy oddech. Warto jest stopniować poziom wysiłku, zwłaszcza na długich i monotonnych podjazdach. To może być czasem 10 kilometrowy odcinek, na którym jest średnio 7 czy 10% wzniosu. Nie znając swoich możliwości, nie da się tego zrobić na czas, powiedziałbym, że nawet to jest niewykonalne, albo niesamowicie ryzykowne, zwłaszcza, jeśli po drodze spotkamy się zębami mającymi nachylenie na poziomie 13%. Tutaj, przez ograniczenia, choćby napędu, czyli ilość zębów na kasecie albo na małym blacie, będziemy musieli użyć wszystkiego co mamy, tylko po to, żeby nie spaść z roweru. Czasami w górach trzeba umieć jechać 4 km/h z kadencją 20, ale jechać – to jest strasznie ważne. Z myślą o takich szarpnięciach warto też trenować pedałowanie na stojąco. Ja tego też nie umiałem, tymczasem wiele miejsc w Polsce i Europie będzie wymagać od nas pracy w tej pozycji przez, na przykład, 5 mim. bez przerwy. Można się do tego przygotować na trenażerze albo na lokalnych hopkach używając przesadnie ciężkich przełożeń. To praca typowo siłowa, którą trzeba umieć odbębnić; tu nie będzie liczyć się prawidłowa kadencja a jedynie nogi, płuca i serce. Czasem każdy jeden obrót będzie boleć, pieczenie czuć będziesz od pachwin aż do małego palca u nogi. W kość dostaną też dłonie, ramiona i plecy – mimo to warto jest to mieć wytrenowane, tak, żeby właśnie w tych górach, kiedy będzie to potrzebne, ten ból był o wiele mniejszy, nasze ciało przyzwyczajone, tak samo jak i serce oraz płuca. Przechodząc przez to wszystko zorientujesz się w końcu, że sprzęt, poza konfiguracją napędu, to może jakieś 5% sukcesu albo porażki. Ten 1 kg, 2 lub nawet 3 kg różnicy, sztywniejsza rama, to nic w porównaniu z masą własną czy brakiem wytrenowania. Tak, ja też zaczynałem wszystko od końca po to, aby się przekonać, co tak naprawdę w górach jest ważne, a co jest jedynie tym rodzynem w cieście, dlatego kompleksy sprzętowe są niepotrzebne i nikt mądry w peletonie nie wytknie nam braków sprzętowych. Tak, bo każdy doświadczony zawodnik wie, jakie są prawdziwe priorytety; rower ma mieć sprawny napęd i hamulce na zjeździe. Reszta to są przyprawy. No i a propos zjazdów, to też totalnie oddzielna kategoria kolarstwa; puszczasz na ułamek sekundy hamulce i nagle wystrzelasz jak pocisk widząc zbliżający się winkiel o geometrii ekierki. Znów lepiej być ostatnim niż pierwszym, ale w rowie, albo na drzewie. Warto nieco poczytać o technice pokonywania zakrętów, tzw. corneringu, sposobie patrzenia na nie, a tak naprawdę w nie oraz używać obu hamulców, które mają być sprawne absolutnie od A do Z. Nie. Mitem jest, że w góry nadają się tylko i wyłącznie tarcze. Super, jeśli je masz, naprawdę. Jednak to nie jest tak, że szczęki w połączeniu nawet z karbonowym stożkiem do tego się nie nadają. Przez dekadę zawodnicy używali zwykłych hamulców zjeżdżając z Mont Ventoux i byli raczej zadowoleni. No tak. Ale oni ważą 60 albo 70 kg, no to, kto Ci broni zejść z masy. Kto broni też trenować składanie się w zakrętach i obieranie bardziej optymalnego śladu przejścia przez nie, samej także techniki hamowania. Ja tego dalej się uczę. Bardzo mi w tym pomógł motocykl, przyznam szczerze. Jednak to wszystko wymaga czasu, dlatego nie ma sensu, na początek, spinać się i porównywać siebie do górali . Najważniejsze to lekko unieść nos do góry, nie bać się pytać i zawsze mówić otwarcie o swoich lękach. Zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże, doradzi a jak będzie trzeba, zawsze wyciągnie rękę i przede wszystkim, poczeka. Dzięki. Cześć.
Chcesz mnie wesprzeć?  Kup sobie coś na Prawie.PRO: https://Prawie.PRO Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/ Facebook: https://www.facebook.com/leszekprawiepro/ Moja książka: https://www.empik.com/prawie-pro-wygraj-siebie-lech-sledzinski,p1320924407,ksiazka-p Cześć. Tutaj Leszek. Swoją przygodę z kolarstwem dzielę na dwa etapy; do i od momentu, kiedy pierwszy raz pojechałem na górski obóz szosowy. Jak dziś pamiętam swoje pierwsze zderzenie z 10% podjazdu, który to ciągnął się przez niekończące się kilometry… 2 km. Nigdy nie przypuszczałem, że na 2 tysiącach metrów można tak bardzo zmienić swoje pojmowanie jazdy na rowerze. Nie rozumiałem tak naprawdę, czym jest jazda górska; że tutaj nie liczy się dystans a liczą się, tak naprawdę, metry, które mamy do pokonania w pionie, i że to jest zupełnie inne dyscyplina sportu, w porównaniu, chociażby, ze zwiedzaniem Mazowsza albo Wielkopolski, co daje niesamowicie dużo satysfakcji. I to jest taki koncentrat kolarstwa szosowego. Wiecie, co jest najważniejsze podczas debiutu w górach? Kilka lat zajęło mi dojście do tego wniosku – LUDZIE; to, kto jest obok nas. Czy będzie nas wspierać? Najgorsze jest wywieranie presji, którą próbuje się nam, między wierszami, sprzedać wytykając, na przykład, brak doświadczenia albo za dużo masy, albo za słaby sprzęt. Słowa, gesty, są w stanie podciąć skrzydła nawet najbardziej zmotywowanemu zawodnikowi, tak samo, jak jednym zdaniem można sprawić, że studziesięciokilogramowy kolarz da radę podjechać podjazd pod Wielki Lipnik, pomimo totalnego zwątpienia na 8% gdzieś w połowie. Aż nie chce się dowierzać, że kilka słów może sprawić, że ktoś, kto zszedł już z roweru, ponownie na niego wsiądzie i wie, że da radę – głowa to jest 80% sukcesu. Pozostałe 20% to strategia, mądre jedzenie, picie, spokój i przygotowanie fizyczne oraz Twoja waga. Szukasz sposobu na wywłaszczenie sobie wszystkich wzniesień? No to zrzuć kilka kilogramów, zejdź z 90 na chociażby 80 kg, i wtedy macie wrażenie, że z tych 8% robi się 5%. Mi to najbardziej pomogło. Nagle okazało się, że o wiele mniej się męczę, jakby ktoś mi odciął od roweru wózek z 5 zgrzewkami wody. Tak naprawdę, to działa właśnie w taki bardzo prosty sposób, niemalże wykładniczy. W końcu nasza wydolność w górach jest ściśle zależna od ilości tlenu, jaki przyjmujemy na każdy gram masy własnej wciąganej na szczyt. To jest naprawdę strasznie proste. Wspomniałem o górskiej strategii. Miałem na myśli głównie błąd, który polega na zbyt mocnym starcie. Jako początkujący, za wszelką cenę, próbowałem dotrzymać koła innym. Nie. Tu nie trzeba tego robić. Można jechać samemu swoim równym tempem patrząc na nasze tętno. Mocny zryw może spowodować, że w połowie wybije nam korki. Lepiej być 5 albo 10 minut za naszą ekipą, niż zatrzymać się w połowie odwodnionym, ze skurczami albo walcząc o każdy oddech. Warto jest stopniować poziom wysiłku, zwłaszcza na długich i monotonnych podjazdach. To może być czasem 10 kilometrowy odcinek, na którym jest średnio 7 czy 10% wzniosu. Nie znając swoich możliwości, nie da się tego zrobić na czas, powiedziałbym, że nawet to jest niewykonalne, albo niesamowicie ryzykowne, zwłaszcza, jeśli po drodze spotkamy się zębami mającymi nachylenie na poziomie 13%. Tutaj, przez ograniczenia, choćby napędu, czyli ilość zębów na kasecie albo na małym blacie, będziemy musieli użyć wszystkiego co mamy, tylko po to, żeby nie spaść z roweru. Czasami w górach trzeba umieć jechać 4 km/h z kadencją 20, ale jechać – to jest strasznie ważne. Z myślą o takich szarpnięciach warto też trenować pedałowanie na stojąco. Ja tego też nie umiałem, tymczasem wiele miejsc w Polsce i Europie będzie wymagać od nas pracy w tej pozycji przez, na przykład, 5 mim. bez przerwy. Można się do tego przygotować na trenażerze albo na lokalnych hopkach używając przesadnie ciężkich przełożeń. To praca typowo siłowa, którą trzeba umieć odbębnić; tu nie będzie liczyć się prawidłowa kadencja a jedynie nogi, płuca i serce. Czasem każdy jeden obrót będzie boleć, pieczenie czuć będziesz od pachwin aż do małego palca u nogi. W kość dostaną też dłonie, ramiona i plecy – mimo to warto jest to mieć wytrenowane, tak, żeby właśnie w tych górach, kiedy będzie to potrzebne, ten ból był o wiele mniejszy, nasze ciało przyzwyczajone, tak samo jak i serce oraz płuca. Przechodząc przez to wszystko zorientujesz się w końcu, że sprzęt, poza konfiguracją napędu, to może jakieś 5% sukcesu albo porażki. Ten 1 kg, 2 lub nawet 3 kg różnicy, sztywniejsza rama, to nic w porównaniu z masą własną czy brakiem wytrenowania. Tak, ja też zaczynałem wszystko od końca po to, aby się przekonać, co tak naprawdę w górach jest ważne, a co jest jedynie tym rodzynem w cieście, dlatego kompleksy sprzętowe są niepotrzebne i nikt mądry w peletonie nie wytknie nam braków sprzętowych. Tak, bo każdy doświadczony zawodnik wie, jakie są prawdziwe priorytety; rower ma mieć sprawny napęd i hamulce na zjeździe. Reszta to są przyprawy. No i a propos zjazdów, to też totalnie oddzielna kategoria kolarstwa; puszczasz na ułamek sekundy hamulce i nagle wystrzelasz jak pocisk widząc zbliżający się winkiel o geometrii ekierki. Znów lepiej być ostatnim niż pierwszym, ale w rowie, albo na drzewie. Warto nieco poczytać o technice pokonywania zakrętów, tzw. corneringu, sposobie patrzenia na nie, a tak naprawdę w nie oraz używać obu hamulców, które mają być sprawne absolutnie od A do Z. Nie. Mitem jest, że w góry nadają się tylko i wyłącznie tarcze. Super, jeśli je masz, naprawdę. Jednak to nie jest tak, że szczęki w połączeniu nawet z karbonowym stożkiem do tego się nie nadają. Przez dekadę zawodnicy używali zwykłych hamulców zjeżdżając z Mont Ventoux i byli raczej zadowoleni. No tak. Ale oni ważą 60 albo 70 kg, no to, kto Ci broni zejść z masy. Kto broni też trenować składanie się w zakrętach i obieranie bardziej optymalnego śladu przejścia przez nie, samej także techniki hamowania. Ja tego dalej się uczę. Bardzo mi w tym pomógł motocykl, przyznam szczerze. Jednak to wszystko wymaga czasu, dlatego nie ma sensu, na początek, spinać się i porównywać siebie do górali. Najważniejsze to lekko unieść nos do góry, nie bać się pytać i zawsze mówić otwarcie o swoich lękach. Zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże, doradzi a jak będzie trzeba, zawsze wyciągnie rękę i przede wszystkim, poczeka. Dzięki. Cześć.

Zaskakujący, lecz prawdziwy, ukryty sens kolarstwa, sportu (63)
2022-08-09 14:51:39

Chcesz mnie wesprzeć?  Kup sobie coś na Prawie.PRO: https://Prawie.PRO Preorder "książki": https://www.empik.com/prawie-pro-wygraj-siebie-lech-sledzinski,p1320924407,ksiazka-p Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/ Facebook: https://www.facebook.com/leszekprawiepro/ Cześć. Tutaj Leszek. Wędkarze w okolicy. Jestem w Rybniku nad Jeziorem Rybnickim – doskonałym miejscem do trenowania open water. Jest to również fajne miejsce do trenowania na TT. To są trzecie moje wakacje w życiu, ale w wakacje nie porzucam robienia wideo – jest ono zawsze troszeczkę inne, ale tylko i wyłącznie ze względów technicznych. To też nie znaczy, że się wyłączam z pracy, bo moja praca nie jest moją pracą tylko pasją i życzę każdemu, żeby znaleźć coś takiego w życiu. To, że mogę jeździć na wakacje, i że mogę, na przykład, tydzień spędzić na Śląsku, to jest zasługa wyjątkowego człowieka, który pakuje paczki z ciuchami za mnie i robi to tak, że mało kto się nawet orientuje, że to nie ja. Mówiąc o tym, że dużo się dzieje w tym czasie, miałem na myśli zbliżającą się premierę mojej książki, o czym, tak na dobrą sprawę sam nie wiedziałem, bo wydawnictwo, które ją wydaje, działa szybciej ode mnie. Mówię Wam serio. Jestem niesamowicie zaskoczony, że ja dałem tylko tekst i trochę zdjęć, a oni ogarniają wszystko na pstryknięcie palca; dostaję przykładowo w piątek link, że ruszył preorder w Empiku. Myślę sobie: „jak? to już?”. Zdziwiłem się, bo ja to naprawdę trzymałem w tajemnicy, i o tym, że piszę książkę, wiedziała tylko garstka osób. Inni być może się domyślali, że ten opublikowany półtoragodzinny film jest jakimś wstępem do książki. Tak. To był wstęp – niestety – tego jest dużo więcej; sam się zdziwiłem, że wyszło tego 300 stron. A o czym? Między innymi o tym, o czym chciałem Wam dzisiaj powiedzieć. Kolarstwo czy też bieganie albo pływanie nie ma kompletnie żadnego znaczenia i większość z nas robi to zupełnie dla czegoś innego, niż te wszystkie cyfry, jak by się mogło wydawać na samym początku. Ja chyba, na swoich początkowych etapach, na wszystko patrzyłem tak niesamowicie płasko, bez oglądania się na to drugie dno; facet, dziewczyna na rowerze albo w butach biegowych – to jest wierzchołek góry lodowej, i za większością sportowców – amatorów stoją niesamowite i fantastyczne historie. W tej książce właśnie, trochę też opisywałem historie różnych ludzi, którzy mi niesamowicie imponowali, albo takich, którzy byli skłonni doprowadzić mnie do łez podczas trzyminutowej rozmowy. Właśnie każda taka historia w zupełności zmienia sposób patrzenia na życie i na sport oraz zmienia motywację i determinację do jego uprawiania. Tutaj wcale nie chodzi o to, żeby udowodnić coś tylko sobie albo żeby rywalizować z innymi. Ja na początku myślałem, że właśnie o to chodzi; rywalizacja też jest, oczywiście, potrzebna, ale dużo ważniejsze rzeczy dzieją się gdzieś pod taflą wody, i że najważniejsze jest to, czego kompletnie nie widać. Przez to miałem okazję zrozumieć, co zajęło mi kilka lat, że tak naprawdę, gdzieś najgłębiej w sercu, robimy to wszystko w celu poszukiwania i znalezienia akceptacji – najpierw akceptując samego siebie a następnie, gdzieś podświadomie, walcząc o to, żeby inni, w jakiś sposób, nas podziwiali. To słowo strasznie słabo brzmi, ale ten podziw równa się akceptacja; przynależność do jakiejś grupy, imponowanie albo wzbudzanie podziwu wśród rodziców; chcielibyśmy, żeby byli z nas dumni. Tak samo dziewczyna, żona, dzieci. To właśnie najbardziej widać na zawodach. Wszelkie zawody triathlonowe albo jakieś wyścigi kolarskie to często jest taka „rewia” emocji, mająca na celu poprawienie tej pewności siebie. Nie zawsze się to jednak udaje. Nie udaje się to do tego momentu, dopóki my nie zaczynamy wierzyć w samych siebie. To znowu brzmi niezwykle płytko, niezwykle płasko, ale to są tylko słowa w języku polskim. Na początku jest jednak dokładnie odwrotnie; tę pewność siebie totalnie się traci, albo jest nam nawet wstyd przed znajomymi, innymi kolarzami czy innymi zawodnikami, że jesteśmy nie najlepsi. Potem się okazuje, że dla tych najważniejszych osób z naszego otoczenia wcale nie ma znaczenia ten wynik, tylko sam fakt podjęcia walki, i że może ktoś być z nas dumny bez względu na to, czego dokonaliśmy albo, czego się nie udało. Totalnie najgorsza sytuacja jest wtedy, kiedy uprawiamy sport, ale przykładowo, w naszym domu nasi bliscy nie są w stanie tego zrozumieć: dlaczego to się dzieje w naszym życiu. I wtedy, jedyne co pomaga, to bardzo szczera rozmowa o naszych oczekiwaniach i o naszych pragnieniach. Tylko z drugiej strony trzeba umieć je nazwać. Bardzo długo też nie potrafiłem tego nazwać; nie wiedziałem, po co to robię, nie wiedziałem skąd u mnie tyle determinacji, żeby, przykładowo, lepiej wyglądać. Chcemy lepiej wyglądać, bo chcemy być bardziej akceptowani. A akceptowani to znaczy kochani, chociaż jest to tak strasznie szerokie i tak strasznie brzmiące, a nawet banalne, że właśnie większość osób podchodzi do tego w sposób również płytki. Jeżeli jednak się nad tym bardziej zastanowimy, to szklą się oczy.Dlatego wydaje mi się, że tak cholernie ważne jest wsparcie, a heroizmem jest wsparcie od osób, które nas nie rozumieją a mimo to nas wspierają, bo taki jest nasz cel. Chciałem Wam jeszcze powiedzieć, że poznałem bardzo dużo osób, które w swojej pasji, w sporcie, w swoich marzeniach, są totalnie same. Na przykład, jedną z nielicznych osób, z którymi mogą na ten temat porozmawiać, jest przykładowo, losowy człowiek z Internetu. I to jest z jednej strony wspaniałe a z drugiej cholernie smutne. Wydaje mi się też, że sport jest często po to, żeby, na przykład, uświadomić sobie, że mamy niezrealizowane jakieś swoje własne pragnienia z dzieciństwa. Często osoby, które były wychowywane na modłę typowego perfekcjonisty, potem w jakiś sposób odreagowują to w sporcie; swoje niedoskonałości, swoje jakieś porażki z przeszłości. Niekiedy jest tak, że na samy początku odnosimy znowu porażki i człowiek sobie myśli: „kurde, skoro w dzieciństwie mi nie wyszło, skoro w pracy mi nie wyszło, skoro w domu mi nie wychodzi i jeszcze w sporcie mi nie wychodzi, to ja chyba rzucę to wszystko”. A właśnie powinno być dokładnie odwrotnie – próbuj dalej. Myślę, że akurat tutaj może się udać, ale pod warunkiem, że my zaczniemy doceniać drobne kroczki nie oczekując tego, że nagle będziemy przeskakiwać za każdym razem o 6 poziomów wyżej. Nie. Wcale tak nie musi być. Można być przez cały czas, tak jak ja, średnim, ale po prostu powinniśmy to zaakceptować – nie musimy być idealni, żeby spełniać swoje marzenia. To nie działa zerojedynkowo. Życie też nie może działać zerojedynkowo. Generalnie ludzkość nie jest przygotowana do tego, żeby rozmawiać o sporcie z punktu widzenia mózgowo – sercowego, bo zazwyczaj jest tak, że docenia się właśnie tylko liczby. To jest tak samo, jak podczas komentowania jakiegoś wyścigu kolarskiego; nie mówi się o tym, co może w danej chwili czuć drugi kolarz, albo jak symbolicznym obrazkiem jest to, że kolega z konkurencyjnej grupy kolarskiej podaje drugiemu dłoń, kiedy ten upadnie. Dla mnie to jest miliard razy istotniejsze, ten jeden obrazek, niż slow montion z mety, żeby zobaczyć, kto pierwszy na nią wjeżdża. Nie ma dla mnie bardziej ujmującego widoku, gdy podczas rywalizacji na jakichś zawodach, chociażby na triathlonie, ktoś przystanie na chwilę, straci 20 sekund, tylko po to, żeby zapytać drugiego zawodnika czy wszystko jest OK, po tym jak ten się wywrócił albo przebił oponę. No nie ma nic piękniejszego. Nie ma nic piękniejszego, niż podanie komuś bidonu, kogo nie znamy. I taki właśnie jest mój sposób patrzenia na sport – zupełnie odrębny. Na ten temat można naprawdę napisać książkę. Nie wszystkim ona się spodoba, bo czym innym będzie poradnik dotyczący tego, jaki wybrać rower na samym początku i dlaczego każdy na początek będzie dobry, a czym innym będzie rozmawianie na tematy, które są po prostu hardcorowe – gdzieś z pogranicza coachingu. Ale to nie jest absolutnie żaden coaching, tylko to jest po prostu moje życie i mój sposób patrzenia na to wszystko, co się dzieje dookoła. To strasznie ewoluuje; z każdym dniem, z każdym miesiącem, z każdym jednym sezonem – kiedy, po prostu, zaczynam bardzo dużo w życiu rozumieć. Mógłbym nie nagrywać tego materiału, bo i tak nie będzie się za bardzo klikać, bo to nie jest porównanie roweru za 999 zł vs za 41 999 zł, ale taki jestem i mam to w dupie. Jeżeli choć jednej osobie jestem w stanie pomóc – zawsze warto. Poznaję mnóstwo niezwykłych osobistości, które są przez cały czas w cieniu, ale z którymi, jak się zamieni trzy akapity, to można zobaczyć, że jest w tym wszystkim niesamowita głębia. Zrozumieć to wszystko bardzo mi pomogli moi widzowie; ich wspomniane historie, przez które, w pewnym momencie, totalnie przestaje się patrzeć na drugiego człowieka przez pryzmat marki stroju, w którym jeździ, sprzętu, tego, czy ktoś ma dwie nogi i tylko jedną sprawną, albo wcale. Tymczasem my, jako sportowcy – amatorzy, najbardziej przejmujemy się tym, co unosi się ponad wodą, w przypadku tej góry lodowej, a to jest właśnie najmniej istotne. I tego Wam życzę podczas każdego startu, podczas każdego treningu, podczas każdego jednego dnia, zwłaszcza wtedy, kiedy się gorzej czujemy, kiedy coś w życiu nas boli – wtedy należy się cieszyć tylko i wyłącznie z tego, że mamy sport. Ja oczywiście też mam takie dni, kiedy łapię doła, wychodzę z założenia, że nic nie ma sensu, ale staram się jakoś spiąć w sobie, właśnie zacisnąć te zęby, zamknąć oczy i jechać dalej do przodu. To, że dzisiaj mi nie poszło, wcale nie znaczy, że to wszystko nie ma sensu – ten sens jest, ale być może on do nas powróci do naszej świadomości i podświadomości dopiero za jakiś czas. Dlatego właśnie nie warto jest się poddawać. NIGDY . Nawet wtedy, kiedy nie możemy liczyć na zrozumienie albo wtedy, kiedy ktoś nas, po prostu, kopie w dupę za to, jak wyglądamy albo za to, z jaką prędkością jeździmy, jakie mamy umiejętności, na jakim poziomie jest nasza pewność w peletonie. Na wszystko przyjdzie czas; jednemu zajmie to 4 albo 6 lat, dla kogo innego będzie to rok, sezon, dwa. To, czego podczas tych wakacji Wam życzę, to żebyście, bez względu na wszystko, zawsze mogli liczyć na wsparcie, często nieznanych Wam osób, ale też żeby zrozumieć, że my sami dla samych siebie możemy być największą wartością, a sport tylko i wyłącznie otwiera nam oczy, i że często to jest najlepszy sposób na to, żeby znaleźć rozwiązanie wielu różnych naszych osobistych problemów, o których się najczęściej nie rozmawia, a które dotyczą niemal wszystkich. Dzięki. Cześć.
Chcesz mnie wesprzeć?  Kup sobie coś na Prawie.PRO: https://Prawie.PRO Preorder "książki": https://www.empik.com/prawie-pro-wygraj-siebie-lech-sledzinski,p1320924407,ksiazka-p Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/ Facebook: https://www.facebook.com/leszekprawiepro/ Cześć. Tutaj Leszek. Wędkarze w okolicy. Jestem w Rybniku nad Jeziorem Rybnickim – doskonałym miejscem do trenowania open water. Jest to również fajne miejsce do trenowania na TT. To są trzecie moje wakacje w życiu, ale w wakacje nie porzucam robienia wideo – jest ono zawsze troszeczkę inne, ale tylko i wyłącznie ze względów technicznych. To też nie znaczy, że się wyłączam z pracy, bo moja praca nie jest moją pracą tylko pasją i życzę każdemu, żeby znaleźć coś takiego w życiu. To, że mogę jeździć na wakacje, i że mogę, na przykład, tydzień spędzić na Śląsku, to jest zasługa wyjątkowego człowieka, który pakuje paczki z ciuchami za mnie i robi to tak, że mało kto się nawet orientuje, że to nie ja. Mówiąc o tym, że dużo się dzieje w tym czasie, miałem na myśli zbliżającą się premierę mojej książki, o czym, tak na dobrą sprawę sam nie wiedziałem, bo wydawnictwo, które ją wydaje, działa szybciej ode mnie. Mówię Wam serio. Jestem niesamowicie zaskoczony, że ja dałem tylko tekst i trochę zdjęć, a oni ogarniają wszystko na pstryknięcie palca; dostaję przykładowo w piątek link, że ruszył preorder w Empiku. Myślę sobie: „jak? to już?”. Zdziwiłem się, bo ja to naprawdę trzymałem w tajemnicy, i o tym, że piszę książkę, wiedziała tylko garstka osób. Inni być może się domyślali, że ten opublikowany półtoragodzinny film jest jakimś wstępem do książki. Tak. To był wstęp – niestety – tego jest dużo więcej; sam się zdziwiłem, że wyszło tego 300 stron. A o czym? Między innymi o tym, o czym chciałem Wam dzisiaj powiedzieć. Kolarstwo czy też bieganie albo pływanie nie ma kompletnie żadnego znaczenia i większość z nas robi to zupełnie dla czegoś innego, niż te wszystkie cyfry, jak by się mogło wydawać na samym początku. Ja chyba, na swoich początkowych etapach, na wszystko patrzyłem tak niesamowicie płasko, bez oglądania się na to drugie dno; facet, dziewczyna na rowerze albo w butach biegowych – to jest wierzchołek góry lodowej, i za większością sportowców – amatorów stoją niesamowite i fantastyczne historie. W tej książce właśnie, trochę też opisywałem historie różnych ludzi, którzy mi niesamowicie imponowali, albo takich, którzy byli skłonni doprowadzić mnie do łez podczas trzyminutowej rozmowy. Właśnie każda taka historia w zupełności zmienia sposób patrzenia na życie i na sport oraz zmienia motywację i determinację do jego uprawiania. Tutaj wcale nie chodzi o to, żeby udowodnić coś tylko sobie albo żeby rywalizować z innymi. Ja na początku myślałem, że właśnie o to chodzi; rywalizacja też jest, oczywiście, potrzebna, ale dużo ważniejsze rzeczy dzieją się gdzieś pod taflą wody, i że najważniejsze jest to, czego kompletnie nie widać. Przez to miałem okazję zrozumieć, co zajęło mi kilka lat, że tak naprawdę, gdzieś najgłębiej w sercu, robimy to wszystko w celu poszukiwania i znalezienia akceptacji – najpierw akceptując samego siebie a następnie, gdzieś podświadomie, walcząc o to, żeby inni, w jakiś sposób, nas podziwiali. To słowo strasznie słabo brzmi, ale ten podziw równa się akceptacja; przynależność do jakiejś grupy, imponowanie albo wzbudzanie podziwu wśród rodziców; chcielibyśmy, żeby byli z nas dumni. Tak samo dziewczyna, żona, dzieci. To właśnie najbardziej widać na zawodach. Wszelkie zawody triathlonowe albo jakieś wyścigi kolarskie to często jest taka „rewia” emocji, mająca na celu poprawienie tej pewności siebie. Nie zawsze się to jednak udaje. Nie udaje się to do tego momentu, dopóki my nie zaczynamy wierzyć w samych siebie. To znowu brzmi niezwykle płytko, niezwykle płasko, ale to są tylko słowa w języku polskim. Na początku jest jednak dokładnie odwrotnie; tę pewność siebie totalnie się traci, albo jest nam nawet wstyd przed znajomymi, innymi kolarzami czy innymi zawodnikami, że jesteśmy nie najlepsi. Potem się okazuje, że dla tych najważniejszych osób z naszego otoczenia wcale nie ma znaczenia ten wynik, tylko sam fakt podjęcia walki, i że może ktoś być z nas dumny bez względu na to, czego dokonaliśmy albo, czego się nie udało. Totalnie najgorsza sytuacja jest wtedy, kiedy uprawiamy sport, ale przykładowo, w naszym domu nasi bliscy nie są w stanie tego zrozumieć: dlaczego to się dzieje w naszym życiu. I wtedy, jedyne co pomaga, to bardzo szczera rozmowa o naszych oczekiwaniach i o naszych pragnieniach. Tylko z drugiej strony trzeba umieć je nazwać. Bardzo długo też nie potrafiłem tego nazwać; nie wiedziałem, po co to robię, nie wiedziałem skąd u mnie tyle determinacji, żeby, przykładowo, lepiej wyglądać. Chcemy lepiej wyglądać, bo chcemy być bardziej akceptowani. A akceptowani to znaczy kochani, chociaż jest to tak strasznie szerokie i tak strasznie brzmiące, a nawet banalne, że właśnie większość osób podchodzi do tego w sposób również płytki. Jeżeli jednak się nad tym bardziej zastanowimy, to szklą się oczy.Dlatego wydaje mi się, że tak cholernie ważne jest wsparcie, a heroizmem jest wsparcie od osób, które nas nie rozumieją a mimo to nas wspierają, bo taki jest nasz cel. Chciałem Wam jeszcze powiedzieć, że poznałem bardzo dużo osób, które w swojej pasji, w sporcie, w swoich marzeniach, są totalnie same. Na przykład, jedną z nielicznych osób, z którymi mogą na ten temat porozmawiać, jest przykładowo, losowy człowiek z Internetu. I to jest z jednej strony wspaniałe a z drugiej cholernie smutne. Wydaje mi się też, że sport jest często po to, żeby, na przykład, uświadomić sobie, że mamy niezrealizowane jakieś swoje własne pragnienia z dzieciństwa. Często osoby, które były wychowywane na modłę typowego perfekcjonisty, potem w jakiś sposób odreagowują to w sporcie; swoje niedoskonałości, swoje jakieś porażki z przeszłości. Niekiedy jest tak, że na samy początku odnosimy znowu porażki i człowiek sobie myśli: „kurde, skoro w dzieciństwie mi nie wyszło, skoro w pracy mi nie wyszło, skoro w domu mi nie wychodzi i jeszcze w sporcie mi nie wychodzi, to ja chyba rzucę to wszystko”. A właśnie powinno być dokładnie odwrotnie – próbuj dalej. Myślę, że akurat tutaj może się udać, ale pod warunkiem, że my zaczniemy doceniać drobne kroczki nie oczekując tego, że nagle będziemy przeskakiwać za każdym razem o 6 poziomów wyżej. Nie. Wcale tak nie musi być. Można być przez cały czas, tak jak ja, średnim, ale po prostu powinniśmy to zaakceptować – nie musimy być idealni, żeby spełniać swoje marzenia. To nie działa zerojedynkowo. Życie też nie może działać zerojedynkowo. Generalnie ludzkość nie jest przygotowana do tego, żeby rozmawiać o sporcie z punktu widzenia mózgowo – sercowego, bo zazwyczaj jest tak, że docenia się właśnie tylko liczby. To jest tak samo, jak podczas komentowania jakiegoś wyścigu kolarskiego; nie mówi się o tym, co może w danej chwili czuć drugi kolarz, albo jak symbolicznym obrazkiem jest to, że kolega z konkurencyjnej grupy kolarskiej podaje drugiemu dłoń, kiedy ten upadnie. Dla mnie to jest miliard razy istotniejsze, ten jeden obrazek, niż slow montion z mety, żeby zobaczyć, kto pierwszy na nią wjeżdża. Nie ma dla mnie bardziej ujmującego widoku, gdy podczas rywalizacji na jakichś zawodach, chociażby na triathlonie, ktoś przystanie na chwilę, straci 20 sekund, tylko po to, żeby zapytać drugiego zawodnika czy wszystko jest OK, po tym jak ten się wywrócił albo przebił oponę. No nie ma nic piękniejszego. Nie ma nic piękniejszego, niż podanie komuś bidonu, kogo nie znamy. I taki właśnie jest mój sposób patrzenia na sport – zupełnie odrębny. Na ten temat można naprawdę napisać książkę. Nie wszystkim ona się spodoba, bo czym innym będzie poradnik dotyczący tego, jaki wybrać rower na samym początku i dlaczego każdy na początek będzie dobry, a czym innym będzie rozmawianie na tematy, które są po prostu hardcorowe – gdzieś z pogranicza coachingu. Ale to nie jest absolutnie żaden coaching, tylko to jest po prostu moje życie i mój sposób patrzenia na to wszystko, co się dzieje dookoła. To strasznie ewoluuje; z każdym dniem, z każdym miesiącem, z każdym jednym sezonem – kiedy, po prostu, zaczynam bardzo dużo w życiu rozumieć. Mógłbym nie nagrywać tego materiału, bo i tak nie będzie się za bardzo klikać, bo to nie jest porównanie roweru za 999 zł vs za 41 999 zł, ale taki jestem i mam to w dupie. Jeżeli choć jednej osobie jestem w stanie pomóc – zawsze warto. Poznaję mnóstwo niezwykłych osobistości, które są przez cały czas w cieniu, ale z którymi, jak się zamieni trzy akapity, to można zobaczyć, że jest w tym wszystkim niesamowita głębia. Zrozumieć to wszystko bardzo mi pomogli moi widzowie; ich wspomniane historie, przez które, w pewnym momencie, totalnie przestaje się patrzeć na drugiego człowieka przez pryzmat marki stroju, w którym jeździ, sprzętu, tego, czy ktoś ma dwie nogi i tylko jedną sprawną, albo wcale. Tymczasem my, jako sportowcy – amatorzy, najbardziej przejmujemy się tym, co unosi się ponad wodą, w przypadku tej góry lodowej, a to jest właśnie najmniej istotne. I tego Wam życzę podczas każdego startu, podczas każdego treningu, podczas każdego jednego dnia, zwłaszcza wtedy, kiedy się gorzej czujemy, kiedy coś w życiu nas boli – wtedy należy się cieszyć tylko i wyłącznie z tego, że mamy sport. Ja oczywiście też mam takie dni, kiedy łapię doła, wychodzę z założenia, że nic nie ma sensu, ale staram się jakoś spiąć w sobie, właśnie zacisnąć te zęby, zamknąć oczy i jechać dalej do przodu. To, że dzisiaj mi nie poszło, wcale nie znaczy, że to wszystko nie ma sensu – ten sens jest, ale być może on do nas powróci do naszej świadomości i podświadomości dopiero za jakiś czas. Dlatego właśnie nie warto jest się poddawać. NIGDY. Nawet wtedy, kiedy nie możemy liczyć na zrozumienie albo wtedy, kiedy ktoś nas, po prostu, kopie w dupę za to, jak wyglądamy albo za to, z jaką prędkością jeździmy, jakie mamy umiejętności, na jakim poziomie jest nasza pewność w peletonie. Na wszystko przyjdzie czas; jednemu zajmie to 4 albo 6 lat, dla kogo innego będzie to rok, sezon, dwa. To, czego podczas tych wakacji Wam życzę, to żebyście, bez względu na wszystko, zawsze mogli liczyć na wsparcie, często nieznanych Wam osób, ale też żeby zrozumieć, że my sami dla samych siebie możemy być największą wartością, a sport tylko i wyłącznie otwiera nam oczy, i że często to jest najlepszy sposób na to, żeby znaleźć rozwiązanie wielu różnych naszych osobistych problemów, o których się najczęściej nie rozmawia, a które dotyczą niemal wszystkich. Dzięki. Cześć.

Podcast, na którego tytuł nie mam pomysłu. (62)
2022-07-12 14:01:25

Chcesz wesprzeć moją działalność? Możesz to zrobić wybierając moją odzież made in Poland na https://prawie.pro . Obserwuj mnie również na Instagramie: https://www.instagram.com/prawie_pro Cześć. Tutaj Leszek. Jak to nagrywam jest wtorek, 12 lipca. Byłem na drugim w swoim życiu, można powiedzieć, urlopie – takim prawdziwym – i chyba, wydaje mi się, że dokładnie rok temu nagrywałem identyczny podcast. Być może będę się powtarzać co do joty, w kwestii swoich wrażeń po spotkaniach z Wami, w ramach PrawiePro Touru, bez względu na to, czy jest to ten górski, czy są to takie jednodniowe spotkania, jakie mają miejsce w Gliwicach, w Bydgoszczy, w Warszawie, czy w Trójmieście. Przez cały czas, po prostu, nie mogę wyjść z podziwu, dokąd kolarstwo jest w stanie zaprowadzić ludzi i do jakich wniosków można dojść, po poznaniu naprawdę fantastycznych osobistości, które bardzo często, osoby niewtajemniczone, postrzegają przez pryzmat tego, że po prostu jeżdżą na rowerze i się uśmiechają. Teoretycznie w tym nie ma żadnego sensu; po co jeździć donikąd? Po co startować w zawodach, w których do wygrania nie jest właściwie nic, oprócz izotoniku, który na trasie można pomylić z wodą ,wylewając go na twarz podczas biegania, oraz medalu. A żeby odkryć sens tego wszystkiego, musiało minąć naprawdę dużo czasu, i w życiu wielu z nas musiało się wydarzyć wiele przykrych rzeczy, żeby zacząć doceniać właśnie to, że mamy ten sport, i że jest to pasja, która pozwala nam właśnie funkcjonować, na co dzień katalizując złe emocje. Jednocześnie jest to bandaż – nie każdą ranę da się zaszyć, nie zawsze każda rana przestaje od razu krwawić i niekiedy lepszy jest bandaż prowizoryczny niż wszystkie te leki, które dają, tylko i wyłącznie, pozorną ulgę. Pasja jest też fantastyczna z tego względu, że właśnie mamy tę możliwość, aby wyjść poza własne ogrodzenie samotności i poznać ludzi, którzy są, bardzo często, podobni do nas; mają podobną genezę, podobne doświadczenia i znalazły identyczny sposób jak ten nasz na to, żeby po prostu odnaleźć sens w swoim życiu, pomimo tego, co się działo, pomimo tego, co ciągniemy za sobą na tym rowerze. Ja, po tych 14 dniach, praktycznie codziennego jeżdżenia z niemal nieznajomymi mi ludźmi, miałem wrażenie, że poznałem mnóstwo osób, które znam od 15 minut, ale które są jednocześnie przyjaciółmi od jednej minuty, nadającymi na dokładnie tej samej częstotliwości, jednocześnie nie zagłuszając się w eterze. Wniosek, do którego ostatnio doszedłem, być może po raz kolejny, jest taki, że w tym wszystkim nie ma znaczenia to kolarstwo. Nawet podczas rozmowy, z nowo poznanym moim nowym guru (bohaterem) Mateuszem, powiedziałem: „wiesz, co, słuchaj, kurde, chyba to nie ma znaczenia, czy my się umówimy wszyscy w czterdzieścioro w Gliwicach z wędkami czy z rowerami, bo bawilibyśmy się dokładnie tak samo” – bo wśród nas nikt nie rozmawia, albo bardzo mało rozmawiamy, tak naprawdę, na temat kolarstwa, na temat rowerów, na temat, chociażby ciuchów, bo pojawiają się do razu zupełnie inne tematy. Dotyczą one tego, w jaki sposób odnalazł Ciebie sport, albo Ty odnalazłeś/odnalazłaś sport? Co Ciebie popchnęło do tego, co się takiego w Twoim życiu stało? Ja mam niezwykle często takie wrażenie, że 6 na 10 osób powie, że coś właśnie wydarzyło się w życiu; coś, co jest pozornie katastrofą, która jednocześnie przeistoczyła się w sposób na skatalizowanie tego, co było kiedyś. Nagle się okazuje, że to jest najlepsza droga do tego, żeby powrócić do normalności i znaleźć balans albo właśnie prowadzić, w miarę higieniczny tryb życia pod względem tym fizycznym, emocjonalnym, psychicznym. Nie wiem, czy uwierzysz w to, ale ja przez wiele, wiele lat myślałem, że wszystkie te moje problemy, których doświadczam, to są problemy, które dotyczą tylko mnie. Nie. Dziś znam dziesiątki osób, które mają bardzo podobną przeszłość do tej mojej, i które też właśnie musiały pójść na wiele przystanków, z których nie odjeżdżał żaden autobus, żeby na samym końcu trafić, chociażby, do Gliwic. Spotkać się, pojeździć na rowerze, nie rozmawiając kompletnie o kolarstwie, nie próbując nikomu niczego udowodnić, nie rozmawiając właściwie o tym, co jest widoczne; rozmawiając tylko i wyłącznie o tym, co znajduje się pod skórą każdego z nas, chociaż wiem, że brzmi to trochę banalnie. Ja jestem w ogromnym szoku, bez względu na to, gdzie się znajduję, jak strasznie dużo jest tych wspólnych mianowników i nie mogę wyjść z podziwu, że dziś tak wygląda moja praca. Ja mówię, że byłem na urlopie, na którym, oczywiście, pracowałem, ale nie zaliczam tego do pracy. Fizycznie sklep, przez dwa tygodnie, ogarniał, mój wspaniały przyjaciel Janek, który również jest, trochę można powiedzieć, taką kopią mnie, jeżeli chodzi o podejście takie fizyczne, chociażby, do prowadzenia sklepu. Jest to osoba, której też niesamowicie ufam; wiem, że nikt nie odczuje tego, że mnie tutaj nie ma na miejscu. Bardzo podobnie w mojej drugiej firmie – też jestem chłopakom niesamowicie wdzięczny za to, że oni nawet nie zauważają, że mnie nie ma, i że ja nie jestem im kompletnie do niczego potrzebny. Jednocześnie jestem spokojny, że wszystko będzie tak, jak być powinno, ale właśnie, żeby dojść do tego etapu, który wiadomo, że nie jest darowany raz na zawsze – gdzieś przez cały czas mam w tyle głowy, że być może jeszcze nie ma siły, nie ma mocnych na to żeby nie było kiedyś gorzej. Są chociażby takie życiowe cykle koniunkturalne, identyczne jak w gospodarce, i jeżeli tu i teraz czuję się spełniony pod względem zawodowym albo pod względem sportowym, to ja to chcę przeżywać razem w Wami, zostawiając trochę w tyle wszystko to, co złe, co mnie spotkało z mojej winy i z nie mojej winy. To „tu i teraz” nie ma kompletnie żadnego znaczenia; mogę się nad tym dalej zamartwiać, mogę dalej tkwić w załamaniu nerwowym i leżeć cały czas w łóżku, albo mogę coś zacząć robić i wszelkie złe emocje przekształcić w coś, co będzie pożyteczne nie tylko dla mnie, ale i być może także dla innych. To się też nazywa KOMPENSACJA i czasami nie mogę pozbyć się tej myśli, że to, co robię, to jest forma kompensacji – mógłbym nie robić nic. To samo tyczy się właśnie sportu – możesz nie robić kompletnie nic, zamykając się w sobie pod napływem złych rzeczy, które Ciebie spotkały albo zrobić coś dla siebie; ruszyć tyłek i zacząć myśleć o tym, co może sprawić, że będziesz czuć się lepiej; i fizycznie, i psychicznie próbując różnych rzeczy. 9 na 10 pomysłów nie wypali, ale dla tego jednego z dziesięciu, który będzie skuteczny – warto jest … i bardzo podobnie jest z rowerem. Rower to była moja dziewiąta z dziesięciu prób. Mój własny sklep internetowy też powstał po fali dziewięciu porażek, które odniosłem wcześniej, ale akurat ta dziesiąta rzecz wypaliła. Dlatego warto. Warto jest iść do przodu a czasami wręcz zap…..lać na oślep. Dzięki. Cześć.
Chcesz wesprzeć moją działalność? Możesz to zrobić wybierając moją odzież made in Poland na https://prawie.pro. Obserwuj mnie również na Instagramie: https://www.instagram.com/prawie_pro Cześć. Tutaj Leszek. Jak to nagrywam jest wtorek, 12 lipca. Byłem na drugim w swoim życiu, można powiedzieć, urlopietakim prawdziwym – i chyba, wydaje mi się, że dokładnie rok temu nagrywałem identyczny podcast. Być może będę się powtarzać co do joty, w kwestii swoich wrażeń po spotkaniach z Wami, w ramach PrawiePro Touru, bez względu na to, czy jest to ten górski, czy są to takie jednodniowe spotkania, jakie mają miejsce w Gliwicach, w Bydgoszczy, w Warszawie, czy w Trójmieście. Przez cały czas, po prostu, nie mogę wyjść z podziwu, dokąd kolarstwo jest w stanie zaprowadzić ludzi i do jakich wniosków można dojść, po poznaniu naprawdę fantastycznych osobistości, które bardzo często, osoby niewtajemniczone, postrzegają przez pryzmat tego, że po prostu jeżdżą na rowerze i się uśmiechają. Teoretycznie w tym nie ma żadnego sensu; po co jeździć donikąd? Po co startować w zawodach, w których do wygrania nie jest właściwie nic, oprócz izotoniku, który na trasie można pomylić z wodą ,wylewając go na twarz podczas biegania, oraz medalu. A żeby odkryć sens tego wszystkiego, musiało minąć naprawdę dużo czasu, i w życiu wielu z nas musiało się wydarzyć wiele przykrych rzeczy, żeby zacząć doceniać właśnie to, że mamy ten sport, i że jest to pasja, która pozwala nam właśnie funkcjonować, na co dzień katalizując złe emocje. Jednocześnie jest to bandaż – nie każdą ranę da się zaszyć, nie zawsze każda rana przestaje od razu krwawić i niekiedy lepszy jest bandaż prowizoryczny niż wszystkie te leki, które dają, tylko i wyłącznie, pozorną ulgę. Pasja jest też fantastyczna z tego względu, że właśnie mamy tę możliwość, aby wyjść poza własne ogrodzenie samotności i poznać ludzi, którzy są, bardzo często, podobni do nas; mają podobną genezę, podobne doświadczenia i znalazły identyczny sposób jak ten nasz na to, żeby po prostu odnaleźć sens w swoim życiu, pomimo tego, co się działo, pomimo tego, co ciągniemy za sobą na tym rowerze. Ja, po tych 14 dniach, praktycznie codziennego jeżdżenia z niemal nieznajomymi mi ludźmi, miałem wrażenie, że poznałem mnóstwo osób, które znam od 15 minut, ale które są jednocześnie przyjaciółmi od jednej minuty, nadającymi na dokładnie tej samej częstotliwości, jednocześnie nie zagłuszając się w eterze. Wniosek, do którego ostatnio doszedłem, być może po raz kolejny, jest taki, że w tym wszystkim nie ma znaczenia to kolarstwo. Nawet podczas rozmowy, z nowo poznanym moim nowym guru (bohaterem) Mateuszem, powiedziałem: „wiesz, co, słuchaj, kurde, chyba to nie ma znaczenia, czy my się umówimy wszyscy w czterdzieścioro w Gliwicach z wędkami czy z rowerami, bo bawilibyśmy się dokładnie tak samo” – bo wśród nas nikt nie rozmawia, albo bardzo mało rozmawiamy, tak naprawdę, na temat kolarstwa, na temat rowerów, na temat, chociażby ciuchów, bo pojawiają się do razu zupełnie inne tematy. Dotyczą one tego, w jaki sposób odnalazł Ciebie sport, albo Ty odnalazłeś/odnalazłaś sport? Co Ciebie popchnęło do tego, co się takiego w Twoim życiu stało? Ja mam niezwykle często takie wrażenie, że 6 na 10 osób powie, że coś właśnie wydarzyło się w życiu; coś, co jest pozornie katastrofą, która jednocześnie przeistoczyła się w sposób na skatalizowanie tego, co było kiedyś. Nagle się okazuje, że to jest najlepsza droga do tego, żeby powrócić do normalności i znaleźć balans albo właśnie prowadzić, w miarę higieniczny tryb życia pod względem tym fizycznym, emocjonalnym, psychicznym. Nie wiem, czy uwierzysz w to, ale ja przez wiele, wiele lat myślałem, że wszystkie te moje problemy, których doświadczam, to są problemy, które dotyczą tylko mnie. Nie. Dziś znam dziesiątki osób, które mają bardzo podobną przeszłość do tej mojej, i które też właśnie musiały pójść na wiele przystanków, z których nie odjeżdżał żaden autobus, żeby na samym końcu trafić, chociażby, do Gliwic. Spotkać się, pojeździć na rowerze, nie rozmawiając kompletnie o kolarstwie, nie próbując nikomu niczego udowodnić, nie rozmawiając właściwie o tym, co jest widoczne; rozmawiając tylko i wyłącznie o tym, co znajduje się pod skórą każdego z nas, chociaż wiem, że brzmi to trochę banalnie. Ja jestem w ogromnym szoku, bez względu na to, gdzie się znajduję, jak strasznie dużo jest tych wspólnych mianowników i nie mogę wyjść z podziwu, że dziś tak wygląda moja praca. Ja mówię, że byłem na urlopie, na którym, oczywiście, pracowałem, ale nie zaliczam tego do pracy. Fizycznie sklep, przez dwa tygodnie, ogarniał, mój wspaniały przyjaciel Janek, który również jest, trochę można powiedzieć, taką kopią mnie, jeżeli chodzi o podejście takie fizyczne, chociażby, do prowadzenia sklepu. Jest to osoba, której też niesamowicie ufam; wiem, że nikt nie odczuje tego, że mnie tutaj nie ma na miejscu. Bardzo podobnie w mojej drugiej firmie – też jestem chłopakom niesamowicie wdzięczny za to, że oni nawet nie zauważają, że mnie nie ma, i że ja nie jestem im kompletnie do niczego potrzebny. Jednocześnie jestem spokojny, że wszystko będzie tak, jak być powinno, ale właśnie, żeby dojść do tego etapu, który wiadomo, że nie jest darowany raz na zawsze – gdzieś przez cały czas mam w tyle głowy, że być może jeszcze nie ma siły, nie ma mocnych na to żeby nie było kiedyś gorzej. Są chociażby takie życiowe cykle koniunkturalne, identyczne jak w gospodarce, i jeżeli tu i teraz czuję się spełniony pod względem zawodowym albo pod względem sportowym, to ja to chcę przeżywać razem w Wami, zostawiając trochę w tyle wszystko to, co złe, co mnie spotkało z mojej winy i z nie mojej winy. To „tu i teraz” nie ma kompletnie żadnego znaczenia; mogę się nad tym dalej zamartwiać, mogę dalej tkwić w załamaniu nerwowym i leżeć cały czas w łóżku, albo mogę coś zacząć robić i wszelkie złe emocje przekształcić w coś, co będzie pożyteczne nie tylko dla mnie, ale i być może także dla innych. To się też nazywa KOMPENSACJA i czasami nie mogę pozbyć się tej myśli, że to, co robię, to jest forma kompensacji – mógłbym nie robić nic. To samo tyczy się właśnie sportu – możesz nie robić kompletnie nic, zamykając się w sobie pod napływem złych rzeczy, które Ciebie spotkały albo zrobić coś dla siebie; ruszyć tyłek i zacząć myśleć o tym, co może sprawić, że będziesz czuć się lepiej; i fizycznie, i psychicznie próbując różnych rzeczy. 9 na 10 pomysłów nie wypali, ale dla tego jednego z dziesięciu, który będzie skuteczny – warto jest… i bardzo podobnie jest z rowerem. Rower to była moja dziewiąta z dziesięciu prób. Mój własny sklep internetowy też powstał po fali dziewięciu porażek, które odniosłem wcześniej, ale akurat ta dziesiąta rzecz wypaliła. Dlatego warto. Warto jest iść do przodu a czasami wręcz zap…..lać na oślep. Dzięki. Cześć.

Czy kupić sobie nowy rower? Dlaczego zgodziłem się na rozmowę w TVP2 (61)
2022-06-24 13:47:24

Chcesz wesprzeć moją działalność? Możesz to zrobić wybierając moją odzież made in Poland na https://prawie.pro . Obserwuj mnie również na Instagramie: https://www.instagram.com/prawie_pro Cześć. Tutaj Leszek. Witam w 61 odcinku mojego podcastu. Ostatnio rozmawialiśmy o tym, jak przygotować się do jazdy rowerem szosowym w górach. Właśnie z takiego wyjazdu wracam w ramach „PrawiePro Tour Rytro” – to są takie czterodniowe kolarskie kolonie, które spędzamy wspólnie i tutaj poziom zaawansowania, doświadczenia, nie ma aż tak dużego znaczenia; zawsze udaje nam się znaleźć kompromisy, tak, żeby każdy był zadowolony – ja też jestem bardzo. Ten okres letni, tak jak Wam miałem okazję wspominać na You Tube, jak również na podcaście, staram się wykorzystywać do aktywnej regeneracji mojego mózgu – bardzo tego potrzebuję, więc te wszystkie wyjazdy, wszystkie spotkania w ramach pro touru; te jednodniowe i te kilkudniowe, bardzo mi pomagają. Podobnie jak i temat ostatnio przeze mnie poruszany na You Tubie, czyli wybór nowego roweru. Chyba dawno nie dostałem tak ogromnej liczby pytań dotyczących jakiegoś sprzętu, bo ani kask, ani okulary ani ciuchy nie wzbudzają tyle emocji co, na przykład, nowy rower u siebie, w swojej własnej stajni albo u kogoś. To, siłą rzeczy, rodzi pytania, co się stało z poprzednim? Z Krossem, chociażby. Czy jest to związane z tym, że byłem z niego niezadowolony albo uległ wypadkowi? Nie. Byłem zadowolony, można powiedzieć, że darzę go nadal ogromną sympatią. Przez 13 000 km absolutnie nic się nie stało i jest to rower, który bardzo fanie, bardzo mile mi służył, był niezawodny i wiele razem mieliśmy okazję przejść, ale czasami to jest tak, że przychodzi czas na zmianę, lecz nie z konieczności, tylko i wyłącznie z tego, że człowiek chce żyć. Często zakup roweru może być taką fanaberią, a zawsze, przy tej okazji, wspominam o tym, że jeżeli nas stać to nie powinniśmy sobie odmawiać absolutnie niczego , zwłaszcza w czasach dosyć sporej inflacji. Wiadomo, każdy z nas musi posiadać jakąś rezerwę finansową, ale nie warto jest odkładać i oszczędzać w nieskończoność tak, żeby umrzeć bogatym. Lepiej jest żyć dostatnio, spełniać swoje marzenia, wynagradzać siebie samego niż przez cały czas odkładać nasze plany i marzenia, na kiedy indziej. Ja lubię działać tu i teraz. Podobnie jak miałem okazję wspomnieć na filmie, wspomnę i tutaj, że po dosyć ciężkim okresie przyszedł do mnie mój przyjaciel Karol i zapytał, czy nie chciałbym mieć takiego roweru jak on, bo on jest w stanie załatwić dosyć fajny rabat. Ja się skusiłem głównie ze względu na to, że cały czas, ta technologia w kolarstwie idzie niesamowicie do przodu. Pojawiają się, na przykład, nowe grupy osprzętu, także te elektroniczne, które są poprawione względem poprzednich serii. Tak samo zmieniają się trendy, jeżeli chodzi o samo konstruowanie framesetów, czyli ramy oraz widelca. Geometria, z czasem, staje się, zauważyłem, coraz bardziej agresywna, coraz więcej jest takich rozwiązań, na które, w pierwszej chwili nie zwracamy uwagi, ale które są wstanie nam dostarczyć więcej komfortu, albo, które są w stanie sprawić, że rower będzie nieco szybszy, podkreślając tutaj słowo „nieco”, przykładowo, o 0,5 km/h. Ale w skali sezonu, dwóch lub trzech, to jest w stanie robić sporą różnicę. Podobnie, jak ogromnym dysonansem dla nas może być, chociażby rozwój designu, tego, od strony stylistycznej. To, że coraz popularniejsze jest kompletnie, totalnie wewnętrzne prowadzenie wszystkich przewodów, czy to hydraulicznych, czy to elektrycznych, bądź też pancerzy linek, w taki sposób, że rowery stają się coraz bardziej takie, anankastyczne, estetyczne – nic z niego nam nie wystaje, włącznie z okolicami kierownicy, mostka czy też sterów. Mnie strasznie kusiło to, żeby kupić sobie rower, w którym kierownica wraz z mostkiem, czyli cały ten kokpit, jest jednym elementem, z którego nie wystają żadne kable, gdzie nie ma żadnej taśmy izolacyjnej na końcówkach naszej owijki. To są takie właśnie takie małe rzeczy; takie pierdoły, ale siedząc te, czasami 12 godz. w tygodniu na tym rowerze, miło jest patrzeć na coś ładnego, na coś, co akurat nam się podoba. W taki sposób też często odpowiadam na pytania osób, które mają wątpliwość, czy kupić sobie rower lepszy czy zaoszczędzić i kupić sobie odrobinkę gorszy – zawsze odpowiadam tak samo: skalkuluj to racjonalnie; jak wygląda Twój budżet i kup sobie lepszy. Jeżeli możesz sobie na to pozwolić obiektywnie, to to zrób – miej radość z tego sportu, bo taki rower czy chociażby nowe buty, nowe ciuchy, czapka, okulary mogą nas niesamowicie motywować do tego, żeby spędzać więcej czasu na tym rowerze, żeby wychodzić częściej, żeby mieć właśnie radość, przyjemność. Alternatywą do tego będzie, chociażby, alkoholizm, wydawanie kasy na alkohol czy też na żarcie. My mamy pasję i warto jest w tę pasję inwestować, bo tym sposobem inwestujemy, tak naprawdę, w siebie, w swoje zdrowie fizyczne oraz także to psychiczne. Ja dziś z tego założenia właśnie wychodzę i mam dosyć dziwne poglądy na temat właśnie inwestowania w sport, ponieważ dla mnie jest to chyba priorytet – tak to określę. Dla kogoś innego będzie to budowa nowego domu, a dla kogoś innego będzie to inwestycja w własną rodzinę; założenie tej rodziny. Dla mnie tą rodziną jesteście Wy, jest sport i temu się poświęcam. Z tego też względu mogę mieć telewizor za 1 500 zł, ale o wiele droższy rower, a nie odwrotnie. I właśnie ta determinacja, miłość do sportu, często jest w stanie przełożyć się na wydatki i to nie jest tak, że nie zasługujemy na to, żeby właśnie zainwestować w sprzęt taki, który naprawdę nam się podoba, i o którym od wielu lat marzyliśmy, zwłaszcza w przypadku osób takich jak ja, które wychowały się w latach dziewięćdziesiątych. One były dosyć ciężkie, z punktu widzenia finansowego, dla wielu polskich rodzin, i nawet, u mnie w rodzinie, co prawda pieniędzy nie brakowało, ale trzeba było oszczędzać i nie było możliwości inwestować nieograniczonych środków w sprzęt, żeby mieć, na przykład, najlepszego górala w okolicy. Ja marzyłem o tym najlepszym góralu w okolicy i ja, jako dziecko, marzyłem też o rowerze szosowym, który wówczas nazywało się po prostu „kolarzówką”. Zawsze chciałem mieć taki rower wyścigowy. I kiedy mam spełniać swoje marzenia jak nie teraz? I powtarzam to wielu osobom, żeby nie dokładać tego na później – to nie ma sensu. Nadrabiając zaległości, to chciałem Wam powiedzieć, że, między innymi, przyjąłem kilka zaproszeń do innych mediów, czy też do innych kanałów na You Tubie. Między innymi miałem okazję gościć wczoraj w TVP 2 , co zdawałem sobie sprawę, że może wywołać troszkę kontrowersji, ze względu na to, że ja też nie oglądam telewizji publicznej i ja bardzo stronię od polityki. Jednakże, jeżeli chodzi o sport, nie chcę kategoryzować ludzi z punktu widzenia ich poglądów politycznych – my jesteśmy niesamowicie spolaryzowanym społeczeństwem; właśnie takim zerojedynkowym; jesteśmy zawsze „za” albo „przeciw”. Ja o sporcie chcę rozmawiać z jedną i z drugą stroną, z jednym i z drugim obozem, jeden i drugi obóz zasługuje na to, żeby, być może, za sprawą kilku moich własnych błędów z przeszłości, odkryć te, które popełnia się teraz, bo mnóstwo osób jest kopią; kalką mnie. To, o co zazwyczaj pyta się mnie w innych mediach, czy też na innych kanałach, to właśnie o to przejście z „ciemnej” na „jasną” stronę; mam tutaj na myśli wyjście z otyłości, czy też, po części, wyjście także z depresji, zaburzeń lękowych na stronę „jasną”, czyli tę, która jest przepełniona, w dużej mierze, sportem, większą i lepszą higieną życia, na co dzień, pod względem i odżywiania, i snu, i rozdzielenia sobie domu od pracy, od czasu tylko i wyłącznie dla siebie. I warto jest o tym mówić wszystkim, nawet, jeśli byłoby to ”Radio Maryja”. Bez względu na to, kto mnie słucha, albo, kto mi zadaje pytania, jeżeli ja odpowiadam i mówię szczerze o swojej przeszłości, czy też o swoim bieżącym życiu, to tak mi się wydaje, może to zdanie w przyszłości nie zrobi niczego złego. Chcę o tym mówić jak największej liczbie osób bez względu na to, skąd są, na kogo głosują. To, na kogo ja głosuję i jakie są moje poglądy, zostawiam zawsze dla siebie, chociaż bardzo dużo osób, myślę, że się domyśli, że posiadam dosyć liberalne, wolnościowe poglądy na rzeczywistość. Wydaje mi się, że czasem, być może nawet, za skrajne – stąd też właśnie nie mówię zbyt dużo, chociażby o moim poglądzie w stosunku do wolności gospodarczej, wolności jednostki w społeczeństwie czy też do tego, że bardzo imponuje mi szwajcarski sposób rządzenia, czy też szwajcarska polityka, zarówno ta społeczna jak i gospodarcza, czy generalnie mentalność Szwajcarów. Jednak to jest zupełnie inny rozdział. To chyba tyle, z tych zaległości, które miałem okazję sobie ostatnio wypracować. Jestem właśnie pomiędzy obozami i pomiędzy PrawiePro Tourami. Staram się, co roku odwiedzać większość miast wojewódzkich, tak, żeby spotkać się z jak największą liczbą osób, dla których właśnie to nowe, sportowe życie jest czymś, czym chcą się dzielić razem z innymi; ja z nimi i oni ze mną; My – Wy; po prostu MY. Dzięki. Cześć.
Chcesz wesprzeć moją działalność? Możesz to zrobić wybierając moją odzież made in Poland na https://prawie.pro. Obserwuj mnie również na Instagramie: https://www.instagram.com/prawie_pro Cześć. Tutaj Leszek. Witam w 61 odcinku mojego podcastu. Ostatnio rozmawialiśmy o tym, jak przygotować się do jazdy rowerem szosowym w górach. Właśnie z takiego wyjazdu wracam w ramach „PrawiePro Tour Rytro” – to są takie czterodniowe kolarskie kolonie, które spędzamy wspólnie i tutaj poziom zaawansowania, doświadczenia, nie ma aż tak dużego znaczenia; zawsze udaje nam się znaleźć kompromisy, tak, żeby każdy był zadowolony – ja też jestem bardzo. Ten okres letni, tak jak Wam miałem okazję wspominać na You Tube, jak również na podcaście, staram się wykorzystywać do aktywnej regeneracji mojego mózgu – bardzo tego potrzebuję, więc te wszystkie wyjazdy, wszystkie spotkania w ramach pro touru; te jednodniowe i te kilkudniowe, bardzo mi pomagają. Podobnie jak i temat ostatnio przeze mnie poruszany na You Tubie, czyli wybór nowego roweru. Chyba dawno nie dostałem tak ogromnej liczby pytań dotyczących jakiegoś sprzętu, bo ani kask, ani okulary ani ciuchy nie wzbudzają tyle emocji co, na przykład, nowy rower u siebie, w swojej własnej stajni albo u kogoś. To, siłą rzeczy, rodzi pytania, co się stało z poprzednim? Z Krossem, chociażby. Czy jest to związane z tym, że byłem z niego niezadowolony albo uległ wypadkowi? Nie. Byłem zadowolony, można powiedzieć, że darzę go nadal ogromną sympatią. Przez 13 000 km absolutnie nic się nie stało i jest to rower, który bardzo fanie, bardzo mile mi służył, był niezawodny i wiele razem mieliśmy okazję przejść, ale czasami to jest tak, że przychodzi czas na zmianę, lecz nie z konieczności, tylko i wyłącznie z tego, że człowiek chce żyć. Często zakup roweru może być taką fanaberią, a zawsze, przy tej okazji, wspominam o tym, że jeżeli nas stać to nie powinniśmy sobie odmawiać absolutnie niczego, zwłaszcza w czasach dosyć sporej inflacji. Wiadomo, każdy z nas musi posiadać jakąś rezerwę finansową, ale nie warto jest odkładać i oszczędzać w nieskończoność tak, żeby umrzeć bogatym. Lepiej jest żyć dostatnio, spełniać swoje marzenia, wynagradzać siebie samego niż przez cały czas odkładać nasze plany i marzenia, na kiedy indziej. Ja lubię działać tu i teraz. Podobnie jak miałem okazję wspomnieć na filmie, wspomnę i tutaj, że po dosyć ciężkim okresie przyszedł do mnie mój przyjaciel Karol i zapytał, czy nie chciałbym mieć takiego roweru jak on, bo on jest w stanie załatwić dosyć fajny rabat. Ja się skusiłem głównie ze względu na to, że cały czas, ta technologia w kolarstwie idzie niesamowicie do przodu. Pojawiają się, na przykład, nowe grupy osprzętu, także te elektroniczne, które są poprawione względem poprzednich serii. Tak samo zmieniają się trendy, jeżeli chodzi o samo konstruowanie framesetów, czyli ramy oraz widelca. Geometria, z czasem, staje się, zauważyłem, coraz bardziej agresywna, coraz więcej jest takich rozwiązań, na które, w pierwszej chwili nie zwracamy uwagi, ale które są wstanie nam dostarczyć więcej komfortu, albo, które są w stanie sprawić, że rower będzie nieco szybszy, podkreślając tutaj słowo „nieco”, przykładowo, o 0,5 km/h. Ale w skali sezonu, dwóch lub trzech, to jest w stanie robić sporą różnicę. Podobnie, jak ogromnym dysonansem dla nas może być, chociażby rozwój designu, tego, od strony stylistycznej. To, że coraz popularniejsze jest kompletnie, totalnie wewnętrzne prowadzenie wszystkich przewodów, czy to hydraulicznych, czy to elektrycznych, bądź też pancerzy linek, w taki sposób, że rowery stają się coraz bardziej takie, anankastyczne, estetyczne – nic z niego nam nie wystaje, włącznie z okolicami kierownicy, mostka czy też sterów. Mnie strasznie kusiło to, żeby kupić sobie rower, w którym kierownica wraz z mostkiem, czyli cały ten kokpit, jest jednym elementem, z którego nie wystają żadne kable, gdzie nie ma żadnej taśmy izolacyjnej na końcówkach naszej owijki. To są takie właśnie takie małe rzeczy; takie pierdoły, ale siedząc te, czasami 12 godz. w tygodniu na tym rowerze, miło jest patrzeć na coś ładnego, na coś, co akurat nam się podoba. W taki sposób też często odpowiadam na pytania osób, które mają wątpliwość, czy kupić sobie rower lepszy czy zaoszczędzić i kupić sobie odrobinkę gorszy – zawsze odpowiadam tak samo: skalkuluj to racjonalnie; jak wygląda Twój budżet i kup sobie lepszy. Jeżeli możesz sobie na to pozwolić obiektywnie, to to zrób – miej radość z tego sportu, bo taki rower czy chociażby nowe buty, nowe ciuchy, czapka, okulary mogą nas niesamowicie motywować do tego, żeby spędzać więcej czasu na tym rowerze, żeby wychodzić częściej, żeby mieć właśnie radość, przyjemność. Alternatywą do tego będzie, chociażby, alkoholizm, wydawanie kasy na alkohol czy też na żarcie. My mamy pasję i warto jest w tę pasję inwestować, bo tym sposobem inwestujemy, tak naprawdę, w siebie, w swoje zdrowie fizyczne oraz także to psychiczne. Ja dziś z tego założenia właśnie wychodzę i mam dosyć dziwne poglądy na temat właśnie inwestowania w sport, ponieważ dla mnie jest to chyba priorytet – tak to określę. Dla kogoś innego będzie to budowa nowego domu, a dla kogoś innego będzie to inwestycja w własną rodzinę; założenie tej rodziny. Dla mnie tą rodziną jesteście Wy, jest sport i temu się poświęcam. Z tego też względu mogę mieć telewizor za 1 500 zł, ale o wiele droższy rower, a nie odwrotnie. I właśnie ta determinacja, miłość do sportu, często jest w stanie przełożyć się na wydatki i to nie jest tak, że nie zasługujemy na to, żeby właśnie zainwestować w sprzęt taki, który naprawdę nam się podoba, i o którym od wielu lat marzyliśmy, zwłaszcza w przypadku osób takich jak ja, które wychowały się w latach dziewięćdziesiątych. One były dosyć ciężkie, z punktu widzenia finansowego, dla wielu polskich rodzin, i nawet, u mnie w rodzinie, co prawda pieniędzy nie brakowało, ale trzeba było oszczędzać i nie było możliwości inwestować nieograniczonych środków w sprzęt, żeby mieć, na przykład, najlepszego górala w okolicy. Ja marzyłem o tym najlepszym góralu w okolicy i ja, jako dziecko, marzyłem też o rowerze szosowym, który wówczas nazywało się po prostu „kolarzówką”. Zawsze chciałem mieć taki rower wyścigowy. I kiedy mam spełniać swoje marzenia jak nie teraz? I powtarzam to wielu osobom, żeby nie dokładać tego na później – to nie ma sensu. Nadrabiając zaległości, to chciałem Wam powiedzieć, że, między innymi, przyjąłem kilka zaproszeń do innych mediów, czy też do innych kanałów na You Tubie. Między innymi miałem okazję gościć wczoraj w TVP 2, co zdawałem sobie sprawę, że może wywołać troszkę kontrowersji, ze względu na to, że ja też nie oglądam telewizji publicznej i ja bardzo stronię od polityki. Jednakże, jeżeli chodzi o sport, nie chcę kategoryzować ludzi z punktu widzenia ich poglądów politycznych – my jesteśmy niesamowicie spolaryzowanym społeczeństwem; właśnie takim zerojedynkowym; jesteśmy zawsze „za” albo „przeciw”. Ja o sporcie chcę rozmawiać z jedną i z drugą stroną, z jednym i z drugim obozem, jeden i drugi obóz zasługuje na to, żeby, być może, za sprawą kilku moich własnych błędów z przeszłości, odkryć te, które popełnia się teraz, bo mnóstwo osób jest kopią; kalką mnie. To, o co zazwyczaj pyta się mnie w innych mediach, czy też na innych kanałach, to właśnie o to przejście z „ciemnej” na „jasną” stronę; mam tutaj na myśli wyjście z otyłości, czy też, po części, wyjście także z depresji, zaburzeń lękowych na stronę „jasną”, czyli tę, która jest przepełniona, w dużej mierze, sportem, większą i lepszą higieną życia, na co dzień, pod względem i odżywiania, i snu, i rozdzielenia sobie domu od pracy, od czasu tylko i wyłącznie dla siebie. I warto jest o tym mówić wszystkim, nawet, jeśli byłoby to ”Radio Maryja”. Bez względu na to, kto mnie słucha, albo, kto mi zadaje pytania, jeżeli ja odpowiadam i mówię szczerze o swojej przeszłości, czy też o swoim bieżącym życiu, to tak mi się wydaje, może to zdanie w przyszłości nie zrobi niczego złego. Chcę o tym mówić jak największej liczbie osób bez względu na to, skąd są, na kogo głosują. To, na kogo ja głosuję i jakie są moje poglądy, zostawiam zawsze dla siebie, chociaż bardzo dużo osób, myślę, że się domyśli, że posiadam dosyć liberalne, wolnościowe poglądy na rzeczywistość. Wydaje mi się, że czasem, być może nawet, za skrajne – stąd też właśnie nie mówię zbyt dużo, chociażby o moim poglądzie w stosunku do wolności gospodarczej, wolności jednostki w społeczeństwie czy też do tego, że bardzo imponuje mi szwajcarski sposób rządzenia, czy też szwajcarska polityka, zarówno ta społeczna jak i gospodarcza, czy generalnie mentalność Szwajcarów. Jednak to jest zupełnie inny rozdział. To chyba tyle, z tych zaległości, które miałem okazję sobie ostatnio wypracować. Jestem właśnie pomiędzy obozami i pomiędzy PrawiePro Tourami. Staram się, co roku odwiedzać większość miast wojewódzkich, tak, żeby spotkać się z jak największą liczbą osób, dla których właśnie to nowe, sportowe życie jest czymś, czym chcą się dzielić razem z innymi; ja z nimi i oni ze mną; My – Wy; po prostu MY. Dzięki. Cześć.

Jak przygotować się do jazdy na rowerze szosowym po górach? (60)
2022-06-07 14:07:44

Chcesz wesprzeć moją działalność? Możesz to zrobić wybierając moją odzież made in Poland na https://prawie.pro . Obserwuj mnie również na Instagramie: https://www.instagram.com/prawie_pro Cześć. Tutaj Leszek. Jak to nagrywam jest wtorek. Jest po weekendzie, który spędziłem w Górach Świętokrzyskich. Przy tej okazji także nagrywałem wideo z myślą o początkujących albo z myślą o mnie samym sprzed 6 lat. Byłem człowiekiem, który nie tylko wdrażał się w samo jeżdżenie na rowerze, ale także zyskiwał jedną i tą samą perspektywę jazdy oraz jej kalkulacji, gdzie uważałem, że na rowerze liczy się tylko i wyłącznie średnia prędkość i oby ona była wyższa niż 30 km/h – to jest po prostu taka bariera psychologiczna. Zaraz na samym początku, jeżeli człowiekowi udaje się utrzymać tę wartość, chociażby 30,1 km/h na dystansie 30 km to jest z siebie dumny, zadowolony i uważa, że zrobił postępy. Bo tak, to jest jakiś sukces, tym bardziej, jeżeli ja, podczas swojej pierwszej rowerowej przejażdżki ledwie byłem w stanie utrzymać przelotowe 26 km/h przy 110 kg, tak mniej więcej. Ja myślałem, że to jest wszystko, że więcej w tym kolarstwie nie ma, ono nic więcej nie będzie w stanie nigdy mi zaoferować niż bardzo duży dystans – co mnie oczywiście kręci, jak również bardzo dużą prędkość – co mnie również kręci, zwłaszcza z komunijnym rowerem MTB, który ciężko było rozkręcić do większych prędkości niż te 25 km/h i ciężko było jednego dnia przejechać na nim załóżmy więcej niż 60 km. Mówię o tym z perspektywy dziecka, ale z punku widzenia dorosłego, który kupił sobie szosę, człowiek jest w szoku, że można bez problemu przejechać i 100 km na rowerze po płaskim. Można zrobić wtedy średnią 30 km/h, czujemy się spełnieni i nagle pojawia się propozycja od naszych znajomych: „a chodź, pojedźmy razem w Tatry”. Nie będąc świadomym tego, na co się porywamy, możemy być naprawdę zaskoczeni tym, że ta perspektywa jest kompletnie inna. Mam tutaj na myśli chociażby sposób patrzenia na dystans; jeżeli ktoś z naszych znajomych zaproponuje nam przejechanie w sobotę trasy 60 km, to nie powinniśmy patrzeć na dystans – powinniśmy patrzeć na ilość metrów przewyższenia, które znajdują się właśnie na tej trasie , bo te 60 km może oznaczać, na przykład, 2 000 m przewyższenia, gdzie porównywalnie na tym dystansie, na Mazowszu, metrów będzie 100. Świadczy to o tym, że po drodze czeka nas co najmniej kilka wspinaczek i to określenie jest niemalże dosłowne, gdzie pojedynczy podjazd może zająć nam, na przykład, 1 godz. 10 min. Wyobrażacie sobie? Przez 1 godz. 10 min. jechać pod górę o nachyleniu 8 – 11% jednocześnie 1 000 m przewyższenia. To, jakbyśmy się wdrapali, albo weszli po drabinie na kilometr. Abstrakcyjne prawda? Ale w rowerze to jest właśnie fantastyczne, że odkrywamy tę nową wartość – przewyższenie. Co oznacza 1 000 m przewyższenia na rowerze? Bardzo duży wysiłek, naprawdę. Z tego też względu, te kilometry nie mają znaczenia, bo nagle człowiek się orientuje, że 60 km przejeżdża nie w 2 godz. tylko w 4, i jest z tego powodu szczęśliwy, że tylko w 4, bo gdyby po drodze nie było motywujących nas znajomych, to okazałoby się, na przykład, że wrócimy do naszej bazy wypadowej po 6 godz. Mnie się to też oczywiście zdarzało, zwłaszcza wtedy, kiedy dałem się pierwszy raz namówić, właśnie w taki sposób; kompletnie spontanicznie podejmując decyzję o tym, że zmienię swoją lokalizację, na przykład, na południe Polski podczas weekendu. Myślę, że najbardziej szokujący dla mnie był, nie tyle bardzo wolny upływ kilometrów, tylko to, jak bardzo moje nogi to czują. Jak bardzo czują to moje mięśnie. Jak bardzo muszę siłowo pracować, gdzie okazuje się, że nie jestem w stanie utrzymać kadencji książkowej 90 obrotów korbą na minutę, bo mi brakuje już przełożeń, bo z przodu mam blat 36, a z tyłu moja największa zębatka ma 28 zębów. W pierwszej chwili sobie tak pomyślałem: szkoda, że wcześniej nie zgłębiłem tematów konfiguracji przełożeń w swoim rowerze i może dużo lepsza by była kaseta, która posiadałaby z tyły 30, 32 zęby. To by mi z pewnością ułatwiło przy dosyć sporej nadwadze, podjeżdżanie pod chociażby +10%, bo ważąc 100 kg, wjazd z takim napędem pod taką górę oznacza to, że ja przez cały czas nie jestem w stanie zajmować innej pozycji niż ta stojąca na pedałach, kręcąc te 60 obr./min. To mi dało do myślenia, jak ogromne znaczenie ma moja własna waga. W górach nie ma znaczenia to, czy mamy wysoki stożek, czy mamy aerodynamiczną ramę, czy jest to aluminium, czy jest to karbon. Nie, bo różnica wynikająca z wagi rowerów, te 2 lub 3 kg to jest nic w porównaniu z 30 kg nadwagi, które musimy dźwigać przez najbliższe 1 000 m wzniosu przez 10 km. To był dla mnie wówczas absolutnie nieosiągalny poziom wysiłku. Nic nie byłoby mnie w stanie zmotywować do tego, żeby przez ponad godzinę, przykładowo, kręcić z bezwzględną mocą ok. 310 W. Nawet teraz to dla mnie nie jest osiągalne, bo po prostu jestem dużo lżejszy i też swoją masą nie jestem w stanie tak mocno deptać po tych pedałach. Stosunek mocy do masy jest dużo bardziej korzystny – moc bezwzględna spadła. To też jest w zupełności normalne wtedy, kiedy przechodzimy przez redukcję i tym nie należy się martwić, że nawet może proporcjonalnie do ubytku naszej masy tłuszczowej spadnie nam moc, bo nasz wydajność i wydolność wzrośnie i w górach to wszystko, okazuje się, ma efekt wykładniczy. Dla mnie, ta pierwsza górska wyprawa – porywając się naprawdę na bardzo głęboką wodę, czyli prosto w Tatry – to była niesamowita nauczka. Właśnie poznanie tej kompletnie odmiennej perspektywy, gdzie nagle okazało się, że wszystkie te rzeczy, na które ja zwracałem uwagę, nie mają tutaj kompletnie żadnego znaczenia. Totalnie. Tutaj liczy się tylko i wyłącznie nasza siła, zwłaszcza siła woli walki oraz to ile ważymy. To są bardzo ważne rzeczy, jak i również odpowiednie nastawienie do gór, czyli też odpowiednia doza pokory, która sprawi, że będziemy, zaraz na samym początku takiej wyprawy, bardzo ostrożni, jeżeli chodzi o wydatkowanie mocy, czyli nie będziemy skorzy do tego, żeby jeździć rwanym, chociażby, tempem. Będziemy bardziej uważać właśnie na to, jak gospodarujemy swoją siłą, wiedząc, że wcale te 60 km nie będzie oznaczało 2 godzin tylko 5, i że musimy również, podczas tej piątej godziny, mieć energię, żeby dojechać do hotelu, chociażby, że po drodze musimy jeść, że potrzebujemy znacznie więcej wody, niż w takcie jazdy po płaskim. Być może, nawet dwa razy więcej wody i wtedy przydaje się zdecydowanie drugi bidon. Wtedy zdecydowanie przydaje się to, żeby zabrać ze sobą na trasę banana, jakieś może zdrowe batony energetyczne bez dodatkowej dosypki cukru, coś co zawiera nieco więcej węglowodanów złożonych, tak, żeby nie uczyć się, przy okazji górskich wypadów, na nowo jedzenia rzeczy, które są po prostu śmieciami i nie posiadają żadnych wartości odżywczych poza kaloriami. Ale, być może, pod tym względem nie mam racji, chociażby patrząc na to z perspektywy zawodów, gdzie nie ma czasu na zjedzenie banana. Jest jedynie czas na zjedzenie żeli energetycznych, które siłą rzeczy, nie są produktem, który jest, w jakiś sposób, wartościowy dla organizmu. On ma być tylko i wyłącznie dodatkową dawką energii, czyli mówiąc wprost – cukru, którego ja do tej pory staram się unikać, poza właśnie wyjątkowymi sytuacjami, kiedy po prostu wybija mi korki, na przykład w górach. Tutaj mogę sobie, w ramach wyjątku, na to pozwolić, tym bardziej, że nie jestem na etapie redukcji i tym bardziej, że mój organizm nie ma zmagazynowanej, zbyt dużo, zapasowej dawki energii, która byłaby w stanie mi pomóc. Nie mniej, początkowo podchodząc bardzo niepokornie do danych podjazdów, do danych szczytów, nie znając ich długości, nie znając także różnego rodzaju niespodzianek w postaci zębów, które będą miały po 13, 15 a czasami i 21%, warto jest się zapoznać wcześniej z topografią i z takimi najcięższymi podjazdami, które będą znajdowały się po drodze, tak, żeby przez cały czas mieć w tyle głowy jeszcze tę rezerwę mocy i siły psychicznej do tego, żeby jechać. Na podjeździe zawsze będziemy przeklinać, zawsze, ale na szczycie poczujemy niesamowitą ulgę. Znowu nawiążę do takiego poczucia lekkiej euforii, która bardzo często towarzyszy mi właśnie w górach; że dałem radę, że poprawiłem swój czas, albo że w ogóle udało mi się wjechać na takiej konfiguracji napędzie jaki posiadam, pod dane wzniesienie. Ogromną satysfakcję mam też z tego, że po zakończonej jeździe mogę zobaczyć, że przejechałem dzisiaj 2 000 m przewyższenia, a może i 4 000 m. Zdarzyły mi się także takie zawody, gdzie na 150 km było 5 000 m przewyższenia. I to uczy właśnie zupełnie innego sposobu patrzenia na liczby, na samego siebie oraz na żywioły, które po drodze będą nam towarzyszyć. To jest po prostu coś niesamowitego. Ja bym się nie bał gór tylko uczyłbym się właśnie pokornego podchodzenia do kolarstwa szosowego i każdy z nas, zwłaszcza osoby, które mieszkają w bardzo płaskich okolicach, warto żeby miały właśnie te takie górskie doświadczenia, bo to bardzo dużo zmienia w naszej głowie i człowiek, wydaje mi się, pokornieje. Jest w stanie znaleźć sobie zupełnie nową dawkę motywacji; zupełnie nowy cel, kiedy nam te cele w okolicach się skończą. Stąd też polecam przygotowania, i być może czasem introwertyczny wyjazd, przykładowo, na południe Polski, gdzie wcale nie musi to być bardzo budżetochłonny wypad. Można, bardzo często, ulokować się gdzieś w jakimś pensjonacie, przy trasach kolarskich, wydając 150 czy 200 zł za dobę plus paliwo, które będziemy potrzebowali, żeby dojechać na miejsce. I tak naprawdę, oprócz jedzenia, i jeszcze dodatkowo roweru, nic więcej nam nie potrzeba. Rzecz jasna, przygotowując się na taki weekendowy wypad, zawsze trzeba zakładać najgorszy scenariusz, chociażby, że będzie padać, że na danych szczytach różnica temperatury będzie wynosiła 10 albo 15 stopni. To, że na podjeździe leje się z Was pot, i to, że jesteście cali przemoczeni z nadmiaru ciepła wcale nie oznacza, że na zjeździe również Wam będzie tak samo gorąco. Wręcz przeciwnie. Bardzo często zdarza mi się ubierać kurtkę na szczycie przed zjazdem i nigdy tego nie żałowałem, że miałem, gdzieś tam w tylnej kieszonce schowaną kieszonkową kurteczkę albo chociażby same rękawki, bo długie, dziesięciokilometrowe czy czasami nawet piętnastokilometrowe zjazdy, potrafią człowieka niesamowicie wychłodzić nie tylko ze względu na różnice temperatur, ale także na różnicę wysiłku, ponieważ najczęściej na zjazdach prawie w ogóle nie pedałujemy. W największej mierze skupiamy się na patrzeniu daleko przed siebie; na planowaniu każdego jednego zakrętu w głowie, tak, żeby pokonać go optymalnie, tak, żeby przede wszystkim, pokonać taki zjazd w sposób bezpieczny. Tego też trzeba się nauczyć. Polecam Wam wszelkie materiały edukacyjne na temat tzw. corneringu i techniki pokonywania zjazdów, tak żeby robić to zarazem szybko i w bezpieczny sposób, unikając bardzo oczywistych błędów w postaci, chociażby hamowania w zakręcie, jak chociażby przewidywania tego, że wiele miejsc, wiele asfaltów, wiele zjazdów może być także wyposażonych w piasek, który jest często nanoszony przez lokalne strumyki czy nurty wodne w górach. To niesamowicie często się zdarza, że zdarzają się miejsca, niebezpieczne i przed każdym zjazdem, przed każdym stromym zakrętem, trzeba brać poprawkę na to, że nie wiemy co się za nim znajduje, czyli za tzw. apeksem. Trzeba patrzeć daleko przed siebie, trzeba trzymać ręce na hamulcach, trzeba także mieć odpowiednią technikę hamowania, tak, żeby nie uszkodzić naszych hamulców; żeby ich nie spalić już na pierwszym zjeździe, zwłaszcza wtedy, kiedy dużo ważymy. To jest, moim zdaniem, bardzo ważne. Nie chcę Wam mówić od razu, że jeżeli posiadacie koła karbonowe ze szczękowymi hamulcami, to one się nie nadają w góry – to jest w dużej mierze, moim zdaniem, mit. Jeżeli posiadamy markowe obręcze, jeżeli posiadamy normalne klocki hamulcowe, które są przystosowane do współpracy z karbonowymi obręczami, to nie powinno się nic stać, pod warunkiem, że używacie obu hamulców, a nie obciążacie tylko i wyłącznie tylny czy przedni układ. Pamiętajcie też o tym zawsze, żeby zabrać więcej wody – lepiej za dużo niż za mało, bo często w górach zdarzają się prawdziwe pustynie jeżeli chodzi o ilość czynnych punktów, zwłaszcza w niedzielę. Zdarzają się też pustynie terminali płatniczych, gdzie jest wiele sklepów, które albo nie prowadzą działalności gospodarczej, stąd nie mają terminala ani kasy fiskalnej, albo też bardzo często zdarzają się ludzie, którzy prowadzą mały sklep, ale uważają, że terminal i ten 1 czy 2% prowizji to jest coś, dlaczego warto nie posiadać terminala. Mniej sprzedać, ale nie zapłacić prowizji. Nie ma nic gorszego niż być głodnym na podjeździe. Nie ma nic gorszego, niż doświadczyć ogromnego pragnienia, lub odwodnienia wręcz, podczas podjazdu, bo po prostu można sobie zrobić krzywdę albo można też doświadczyć przykrych powikłań na dzień lub dwa po jeździe o suchym pysku, albo będąc głodnym. Wtedy można się wręcz zrazić do kolarstwa szosowego, tego górskiego. Zawsze zakładajmy, że przejechanie danego dystansu zajmie nam nawet trzy razy więcej czasu niż normalnie śmigając po płaskim, albo śmigając po płaskim w jakimś peletonie. Tutaj peleton nie będzie miał aż tak dużego znaczenia, aerodynamika prawie też w ogóle. Najwięcej będzie zależało od naszych nóg, do naszego przygotowania mentalnego oraz wreszcie od tego, ile ważymy. Jeżeli szukamy motywacji, determinacji do tego, żeby redukować swoją własną masę, to góry są idealne, bo tutaj widać każdy kilogram. Każdy kilogram da realną oszczędność naszego czasu na podjeździe i będziemy poprawiać się w segmencie tylko i wyłącznie dlatego, że staliśmy się lżejsi. To jest niesamowite i ja tego też doświadczyłem, że nagle wszystkie podjazdy zaczęły być o 20, 30% łatwiejsze tylko i wyłącznie dlatego, ponieważ jest mniej mnie samego. Mówiłem Wam o Tatrach, mówiłem o Beskidach, o Pieninach, że to są wspaniałe regiony kolarskie, także chociażby po stronie słowackiej, gdzie warto jest się wybrać i zwiedzać góry także z perspektywy naszych południowych sąsiadów. Ale chociażby będąc mieszkańcami Mazowsza, można wybrać się, tak jak ja, w Góry Świętokrzyskie. To jest 150 km, to jest realnie czasem tylko 1,5 godziny jazdy i już się pojawiają góry. I nie są one tak hardcorowe, nie są one wymagające – to jest idealny wstęp a zarazem też idealne miejsce dla tych, którzy są na Mazowszu. Naprawdę, 1,5 godziny jazdy w aucie i już jesteśmy w stanie być na prostej, chociażby do Świętego Krzyża. To jest fantastyczne miejsce i to są fantastyczne podjazdy właśnie dla tych, którzy chcieliby spróbować, bo nie ciągną się one przez 5, 10, 15 km. Po drodze nie doświadczycie 15%, doświadczycie 10% przez 2 km, na przykład. To jest fajny wstęp i to już jest w stanie nas naprawdę bardzo dużo nauczyć i właśnie poznać te zupełnie odmienną perspektywę kolarstwa szosowego, która da nam mnóstwo również na płaskim. Będziemy rozwijać dzięki temu siłę, wydolność tlenową, beztlenową, ale przede wszystkim naszą głowę. I to będzie nowy cel, nowe doświadczenie. Nasze cele nie muszą znajdować się tylko lokalnie. Nasze cele mogą być rozsiane po całej Polsce, a tym celem może być chociażby podjazd pod Święty Krzyż wraz z medalem za personal record i za każdym razem możemy się odrobinę poprawiać. Możemy także trenować zimą na trenażerze, jeżdżąc po górach z myślą o tym, że gdzieś w południowej Polsce, dzięki temu, w kolejnym sezonie poprawimy swój czas, swój życiowy rekord. Czego życzę? Dzięki. Cześć.
Chcesz wesprzeć moją działalność? Możesz to zrobić wybierając moją odzież made in Poland na https://prawie.pro. Obserwuj mnie również na Instagramie: https://www.instagram.com/prawie_pro Cześć. Tutaj Leszek. Jak to nagrywam jest wtorek. Jest po weekendzie, który spędziłem w Górach Świętokrzyskich. Przy tej okazji także nagrywałem wideo z myślą o początkujących albo z myślą o mnie samym sprzed 6 lat. Byłem człowiekiem, który nie tylko wdrażał się w samo jeżdżenie na rowerze, ale także zyskiwał jedną i tą samą perspektywę jazdy oraz jej kalkulacji, gdzie uważałem, że na rowerze liczy się tylko i wyłącznie średnia prędkość i oby ona była wyższa niż 30 km/h – to jest po prostu taka bariera psychologiczna. Zaraz na samym początku, jeżeli człowiekowi udaje się utrzymać tę wartość, chociażby 30,1 km/h na dystansie 30 km to jest z siebie dumny, zadowolony i uważa, że zrobił postępy. Bo tak, to jest jakiś sukces, tym bardziej, jeżeli ja, podczas swojej pierwszej rowerowej przejażdżki ledwie byłem w stanie utrzymać przelotowe 26 km/h przy 110 kg, tak mniej więcej. Ja myślałem, że to jest wszystko, że więcej w tym kolarstwie nie ma, ono nic więcej nie będzie w stanie nigdy mi zaoferować niż bardzo duży dystans – co mnie oczywiście kręci, jak również bardzo dużą prędkość – co mnie również kręci, zwłaszcza z komunijnym rowerem MTB, który ciężko było rozkręcić do większych prędkości niż te 25 km/h i ciężko było jednego dnia przejechać na nim załóżmy więcej niż 60 km. Mówię o tym z perspektywy dziecka, ale z punku widzenia dorosłego, który kupił sobie szosę, człowiek jest w szoku, że można bez problemu przejechać i 100 km na rowerze po płaskim. Można zrobić wtedy średnią 30 km/h, czujemy się spełnieni i nagle pojawia się propozycja od naszych znajomych: „a chodź, pojedźmy razem w Tatry”. Nie będąc świadomym tego, na co się porywamy, możemy być naprawdę zaskoczeni tym, że ta perspektywa jest kompletnie inna. Mam tutaj na myśli chociażby sposób patrzenia na dystans; jeżeli ktoś z naszych znajomych zaproponuje nam przejechanie w sobotę trasy 60 km, to nie powinniśmy patrzeć na dystans – powinniśmy patrzeć na ilość metrów przewyższenia, które znajdują się właśnie na tej trasie, bo te 60 km może oznaczać, na przykład, 2 000 m przewyższenia, gdzie porównywalnie na tym dystansie, na Mazowszu, metrów będzie 100. Świadczy to o tym, że po drodze czeka nas co najmniej kilka wspinaczek i to określenie jest niemalże dosłowne, gdzie pojedynczy podjazd może zająć nam, na przykład, 1 godz. 10 min. Wyobrażacie sobie? Przez 1 godz. 10 min. jechać pod górę o nachyleniu 8 – 11% jednocześnie 1 000 m przewyższenia. To, jakbyśmy się wdrapali, albo weszli po drabinie na kilometr. Abstrakcyjne prawda? Ale w rowerze to jest właśnie fantastyczne, że odkrywamy tę nową wartość – przewyższenie. Co oznacza 1 000 m przewyższenia na rowerze? Bardzo duży wysiłek, naprawdę. Z tego też względu, te kilometry nie mają znaczenia, bo nagle człowiek się orientuje, że 60 km przejeżdża nie w 2 godz. tylko w 4, i jest z tego powodu szczęśliwy, że tylko w 4, bo gdyby po drodze nie było motywujących nas znajomych, to okazałoby się, na przykład, że wrócimy do naszej bazy wypadowej po 6 godz. Mnie się to też oczywiście zdarzało, zwłaszcza wtedy, kiedy dałem się pierwszy raz namówić, właśnie w taki sposób; kompletnie spontanicznie podejmując decyzję o tym, że zmienię swoją lokalizację, na przykład, na południe Polski podczas weekendu. Myślę, że najbardziej szokujący dla mnie był, nie tyle bardzo wolny upływ kilometrów, tylko to, jak bardzo moje nogi to czują. Jak bardzo czują to moje mięśnie. Jak bardzo muszę siłowo pracować, gdzie okazuje się, że nie jestem w stanie utrzymać kadencji książkowej 90 obrotów korbą na minutę, bo mi brakuje już przełożeń, bo z przodu mam blat 36, a z tyłu moja największa zębatka ma 28 zębów. W pierwszej chwili sobie tak pomyślałem: szkoda, że wcześniej nie zgłębiłem tematów konfiguracji przełożeń w swoim rowerze i może dużo lepsza by była kaseta, która posiadałaby z tyły 30, 32 zęby. To by mi z pewnością ułatwiło przy dosyć sporej nadwadze, podjeżdżanie pod chociażby +10%, bo ważąc 100 kg, wjazd z takim napędem pod taką górę oznacza to, że ja przez cały czas nie jestem w stanie zajmować innej pozycji niż ta stojąca na pedałach, kręcąc te 60 obr./min. To mi dało do myślenia, jak ogromne znaczenie ma moja własna waga. W górach nie ma znaczenia to, czy mamy wysoki stożek, czy mamy aerodynamiczną ramę, czy jest to aluminium, czy jest to karbon. Nie, bo różnica wynikająca z wagi rowerów, te 2 lub 3 kg to jest nic w porównaniu z 30 kg nadwagi, które musimy dźwigać przez najbliższe 1 000 m wzniosu przez 10 km. To był dla mnie wówczas absolutnie nieosiągalny poziom wysiłku. Nic nie byłoby mnie w stanie zmotywować do tego, żeby przez ponad godzinę, przykładowo, kręcić z bezwzględną mocą ok. 310 W. Nawet teraz to dla mnie nie jest osiągalne, bo po prostu jestem dużo lżejszy i też swoją masą nie jestem w stanie tak mocno deptać po tych pedałach. Stosunek mocy do masy jest dużo bardziej korzystny – moc bezwzględna spadła. To też jest w zupełności normalne wtedy, kiedy przechodzimy przez redukcję i tym nie należy się martwić, że nawet może proporcjonalnie do ubytku naszej masy tłuszczowej spadnie nam moc, bo nasz wydajność i wydolność wzrośnie i w górach to wszystko, okazuje się, ma efekt wykładniczy. Dla mnie, ta pierwsza górska wyprawa – porywając się naprawdę na bardzo głęboką wodę, czyli prosto w Tatry – to była niesamowita nauczka. Właśnie poznanie tej kompletnie odmiennej perspektywy, gdzie nagle okazało się, że wszystkie te rzeczy, na które ja zwracałem uwagę, nie mają tutaj kompletnie żadnego znaczenia. Totalnie. Tutaj liczy się tylko i wyłącznie nasza siła, zwłaszcza siła woli walki oraz to ile ważymy. To są bardzo ważne rzeczy, jak i również odpowiednie nastawienie do gór, czyli też odpowiednia doza pokory, która sprawi, że będziemy, zaraz na samym początku takiej wyprawy, bardzo ostrożni, jeżeli chodzi o wydatkowanie mocy, czyli nie będziemy skorzy do tego, żeby jeździć rwanym, chociażby, tempem. Będziemy bardziej uważać właśnie na to, jak gospodarujemy swoją siłą, wiedząc, że wcale te 60 km nie będzie oznaczało 2 godzin tylko 5, i że musimy również, podczas tej piątej godziny, mieć energię, żeby dojechać do hotelu, chociażby, że po drodze musimy jeść, że potrzebujemy znacznie więcej wody, niż w takcie jazdy po płaskim. Być może, nawet dwa razy więcej wody i wtedy przydaje się zdecydowanie drugi bidon. Wtedy zdecydowanie przydaje się to, żeby zabrać ze sobą na trasę banana, jakieś może zdrowe batony energetyczne bez dodatkowej dosypki cukru, coś co zawiera nieco więcej węglowodanów złożonych, tak, żeby nie uczyć się, przy okazji górskich wypadów, na nowo jedzenia rzeczy, które są po prostu śmieciami i nie posiadają żadnych wartości odżywczych poza kaloriami. Ale, być może, pod tym względem nie mam racji, chociażby patrząc na to z perspektywy zawodów, gdzie nie ma czasu na zjedzenie banana. Jest jedynie czas na zjedzenie żeli energetycznych, które siłą rzeczy, nie są produktem, który jest, w jakiś sposób, wartościowy dla organizmu. On ma być tylko i wyłącznie dodatkową dawką energii, czyli mówiąc wprost – cukru, którego ja do tej pory staram się unikać, poza właśnie wyjątkowymi sytuacjami, kiedy po prostu wybija mi korki, na przykład w górach. Tutaj mogę sobie, w ramach wyjątku, na to pozwolić, tym bardziej, że nie jestem na etapie redukcji i tym bardziej, że mój organizm nie ma zmagazynowanej, zbyt dużo, zapasowej dawki energii, która byłaby w stanie mi pomóc. Nie mniej, początkowo podchodząc bardzo niepokornie do danych podjazdów, do danych szczytów, nie znając ich długości, nie znając także różnego rodzaju niespodzianek w postaci zębów, które będą miały po 13, 15 a czasami i 21%, warto jest się zapoznać wcześniej z topografią i z takimi najcięższymi podjazdami, które będą znajdowały się po drodze, tak, żeby przez cały czas mieć w tyle głowy jeszcze tę rezerwę mocy i siły psychicznej do tego, żeby jechać. Na podjeździe zawsze będziemy przeklinać, zawsze, ale na szczycie poczujemy niesamowitą ulgę. Znowu nawiążę do takiego poczucia lekkiej euforii, która bardzo często towarzyszy mi właśnie w górach; że dałem radę, że poprawiłem swój czas, albo że w ogóle udało mi się wjechać na takiej konfiguracji napędzie jaki posiadam, pod dane wzniesienie. Ogromną satysfakcję mam też z tego, że po zakończonej jeździe mogę zobaczyć, że przejechałem dzisiaj 2 000 m przewyższenia, a może i 4 000 m. Zdarzyły mi się także takie zawody, gdzie na 150 km było 5 000 m przewyższenia. I to uczy właśnie zupełnie innego sposobu patrzenia na liczby, na samego siebie oraz na żywioły, które po drodze będą nam towarzyszyć. To jest po prostu coś niesamowitego. Ja bym się nie bał gór tylko uczyłbym się właśnie pokornego podchodzenia do kolarstwa szosowego i każdy z nas, zwłaszcza osoby, które mieszkają w bardzo płaskich okolicach, warto żeby miały właśnie te takie górskie doświadczenia, bo to bardzo dużo zmienia w naszej głowie i człowiek, wydaje mi się, pokornieje. Jest w stanie znaleźć sobie zupełnie nową dawkę motywacji; zupełnie nowy cel, kiedy nam te cele w okolicach się skończą. Stąd też polecam przygotowania, i być może czasem introwertyczny wyjazd, przykładowo, na południe Polski, gdzie wcale nie musi to być bardzo budżetochłonny wypad. Można, bardzo często, ulokować się gdzieś w jakimś pensjonacie, przy trasach kolarskich, wydając 150 czy 200 zł za dobę plus paliwo, które będziemy potrzebowali, żeby dojechać na miejsce. I tak naprawdę, oprócz jedzenia, i jeszcze dodatkowo roweru, nic więcej nam nie potrzeba. Rzecz jasna, przygotowując się na taki weekendowy wypad, zawsze trzeba zakładać najgorszy scenariusz, chociażby, że będzie padać, że na danych szczytach różnica temperatury będzie wynosiła 10 albo 15 stopni. To, że na podjeździe leje się z Was pot, i to, że jesteście cali przemoczeni z nadmiaru ciepła wcale nie oznacza, że na zjeździe również Wam będzie tak samo gorąco. Wręcz przeciwnie. Bardzo często zdarza mi się ubierać kurtkę na szczycie przed zjazdem i nigdy tego nie żałowałem, że miałem, gdzieś tam w tylnej kieszonce schowaną kieszonkową kurteczkę albo chociażby same rękawki, bo długie, dziesięciokilometrowe czy czasami nawet piętnastokilometrowe zjazdy, potrafią człowieka niesamowicie wychłodzić nie tylko ze względu na różnice temperatur, ale także na różnicę wysiłku, ponieważ najczęściej na zjazdach prawie w ogóle nie pedałujemy. W największej mierze skupiamy się na patrzeniu daleko przed siebie; na planowaniu każdego jednego zakrętu w głowie, tak, żeby pokonać go optymalnie, tak, żeby przede wszystkim, pokonać taki zjazd w sposób bezpieczny. Tego też trzeba się nauczyć. Polecam Wam wszelkie materiały edukacyjne na temat tzw. corneringu i techniki pokonywania zjazdów, tak żeby robić to zarazem szybko i w bezpieczny sposób, unikając bardzo oczywistych błędów w postaci, chociażby hamowania w zakręcie, jak chociażby przewidywania tego, że wiele miejsc, wiele asfaltów, wiele zjazdów może być także wyposażonych w piasek, który jest często nanoszony przez lokalne strumyki czy nurty wodne w górach. To niesamowicie często się zdarza, że zdarzają się miejsca, niebezpieczne i przed każdym zjazdem, przed każdym stromym zakrętem, trzeba brać poprawkę na to, że nie wiemy co się za nim znajduje, czyli za tzw. apeksem. Trzeba patrzeć daleko przed siebie, trzeba trzymać ręce na hamulcach, trzeba także mieć odpowiednią technikę hamowania, tak, żeby nie uszkodzić naszych hamulców; żeby ich nie spalić już na pierwszym zjeździe, zwłaszcza wtedy, kiedy dużo ważymy. To jest, moim zdaniem, bardzo ważne. Nie chcę Wam mówić od razu, że jeżeli posiadacie koła karbonowe ze szczękowymi hamulcami, to one się nie nadają w góry – to jest w dużej mierze, moim zdaniem, mit. Jeżeli posiadamy markowe obręcze, jeżeli posiadamy normalne klocki hamulcowe, które są przystosowane do współpracy z karbonowymi obręczami, to nie powinno się nic stać, pod warunkiem, że używacie obu hamulców, a nie obciążacie tylko i wyłącznie tylny czy przedni układ. Pamiętajcie też o tym zawsze, żeby zabrać więcej wody – lepiej za dużo niż za mało, bo często w górach zdarzają się prawdziwe pustynie jeżeli chodzi o ilość czynnych punktów, zwłaszcza w niedzielę. Zdarzają się też pustynie terminali płatniczych, gdzie jest wiele sklepów, które albo nie prowadzą działalności gospodarczej, stąd nie mają terminala ani kasy fiskalnej, albo też bardzo często zdarzają się ludzie, którzy prowadzą mały sklep, ale uważają, że terminal i ten 1 czy 2% prowizji to jest coś, dlaczego warto nie posiadać terminala. Mniej sprzedać, ale nie zapłacić prowizji. Nie ma nic gorszego niż być głodnym na podjeździe. Nie ma nic gorszego, niż doświadczyć ogromnego pragnienia, lub odwodnienia wręcz, podczas podjazdu, bo po prostu można sobie zrobić krzywdę albo można też doświadczyć przykrych powikłań na dzień lub dwa po jeździe o suchym pysku, albo będąc głodnym. Wtedy można się wręcz zrazić do kolarstwa szosowego, tego górskiego. Zawsze zakładajmy, że przejechanie danego dystansu zajmie nam nawet trzy razy więcej czasu niż normalnie śmigając po płaskim, albo śmigając po płaskim w jakimś peletonie. Tutaj peleton nie będzie miał aż tak dużego znaczenia, aerodynamika prawie też w ogóle. Najwięcej będzie zależało od naszych nóg, do naszego przygotowania mentalnego oraz wreszcie od tego, ile ważymy. Jeżeli szukamy motywacji, determinacji do tego, żeby redukować swoją własną masę, to góry są idealne, bo tutaj widać każdy kilogram. Każdy kilogram da realną oszczędność naszego czasu na podjeździe i będziemy poprawiać się w segmencie tylko i wyłącznie dlatego, że staliśmy się lżejsi. To jest niesamowite i ja tego też doświadczyłem, że nagle wszystkie podjazdy zaczęły być o 20, 30% łatwiejsze tylko i wyłącznie dlatego, ponieważ jest mniej mnie samego. Mówiłem Wam o Tatrach, mówiłem o Beskidach, o Pieninach, że to są wspaniałe regiony kolarskie, także chociażby po stronie słowackiej, gdzie warto jest się wybrać i zwiedzać góry także z perspektywy naszych południowych sąsiadów. Ale chociażby będąc mieszkańcami Mazowsza, można wybrać się, tak jak ja, w Góry Świętokrzyskie. To jest 150 km, to jest realnie czasem tylko 1,5 godziny jazdy i już się pojawiają góry. I nie są one tak hardcorowe, nie są one wymagające – to jest idealny wstęp a zarazem też idealne miejsce dla tych, którzy są na Mazowszu. Naprawdę, 1,5 godziny jazdy w aucie i już jesteśmy w stanie być na prostej, chociażby do Świętego Krzyża. To jest fantastyczne miejsce i to są fantastyczne podjazdy właśnie dla tych, którzy chcieliby spróbować, bo nie ciągną się one przez 5, 10, 15 km. Po drodze nie doświadczycie 15%, doświadczycie 10% przez 2 km, na przykład. To jest fajny wstęp i to już jest w stanie nas naprawdę bardzo dużo nauczyć i właśnie poznać te zupełnie odmienną perspektywę kolarstwa szosowego, która da nam mnóstwo również na płaskim. Będziemy rozwijać dzięki temu siłę, wydolność tlenową, beztlenową, ale przede wszystkim naszą głowę. I to będzie nowy cel, nowe doświadczenie. Nasze cele nie muszą znajdować się tylko lokalnie. Nasze cele mogą być rozsiane po całej Polsce, a tym celem może być chociażby podjazd pod Święty Krzyż wraz z medalem za personal record i za każdym razem możemy się odrobinę poprawiać. Możemy także trenować zimą na trenażerze, jeżdżąc po górach z myślą o tym, że gdzieś w południowej Polsce, dzięki temu, w kolejnym sezonie poprawimy swój czas, swój życiowy rekord. Czego życzę? Dzięki. Cześć.

Dlaczego jestem słabym kolarzem? Poczucie własnej wartości w sporcie | Prawie.PRO (59)
2022-05-17 09:19:04

Chcesz wesprzeć moją działalność? Możesz to zrobić wybierając moją odzież made in Poland na  https://prawie.pro . Obserwuj mnie również na Instagramie: https://www.instagram.com/prawie_pro Cześć. Tutaj Leszek. Niska samoocena jest przyczyną pewnego paradoksu, zarówno w życiu jak i w sporcie. Im mniej w siebie wierzymy, tym bardziej nam się nie udaje, tym mniej jest w nas energii, spontaniczności, uporu i konsekwencji. To z kolei jest przyczyną braku postępów, o których marzymy, albo wręcz uwsteczniania się. Sam przez lata nie potrafiłem tego zrozumieć. Mam czasami wrażenie, że w wielu przypadkach jest to balansowanie na granicy depresji, tkwiąc w błędnych schematach myślowych; „ skoro jestem gruby/gruba, nie umiem przejechać ciągiem 30 km z wymarzoną średnią X, jestem ostatni/ostatnia, do tego nie mogę sobie odmówić dzisiaj czekolady i alkoholu, to oznacza, że jestem beznadziejny/beznadziejna”. My sami jesteśmy dla siebie często najsurowszymi, i w dodatku, bardzo niesprawiedliwymi sędziami, o czym często wspominam w wielu filmach i podcastach; czasami wprost, czasami pomiędzy wierszami – nie bez powodu. Ten problem mnie w ogromnej mierze dotyczył i nadal dotyczy. Ja byłem dzieckiem lat 90, z którego się śmiano albo dokuczano – taki wycofany introwertyk, samotnik z konieczności. Koledzy nie przychodzili do mnie grać na Amidze, bo po prostu jej nie miałem, tak samo jak dobrych ciuchów, ocen w dzienniku albo markowej czapeczki z daszkiem. W dodatku pisałem lewą ręką, co było mi w kółko wypominane. Odmieniec. Nikt mnie nie chwalił, tylko zawsze wytykano mi braki. Te okoliczności rozjeżdżają całkowicie ludzką psychikę na kolejne dekady. Teraz się nie dziwię, że mając 25 lat nadal uważałem siebie za gorszego, dlatego moja podświadomość powtarzała: bez sensu, to się nie uda, nie ma sensu zaczynać skoro i tak odniosę porażkę, a nawet, jeśli zrobię ten pierwszy krok, to pewnie zaraz się wycofam, bo samemu sobie będę próbować udowodnić, że faktycznie się do tego nie nadaję. Tak jak zły nauczyciel z podstawówki – wytknę wyłącznie błędy. To nic, że gdzieś po drodze nadarzył się jakiś sukces szkolny, zawodowy czy też sportowy – to nic niezwykłego – tak ma być, masz odnosić wyłącznie same sukcesy, a za każde, choćby najmniejsze potknięcie będziesz strofowany. Tak, wtedy dopiero zwrócisz na siebie uwagę. Twoja dzisiejsza próba podjechania tego wzniesienia zasługuje na ocenę dostateczną z minusem – moment: „ja dopiero jestem początkujący, mam prawo nie być doskonały, ja dopiero się uczę, jak na kursie na prawo jazdy; przez pierwsze godziny mam prawo zapominać o sprzęgle, mam prawo być wolniejszy od całej reszty” . Tak należy postrzegać to obiektywnie. Tylko, że osoba z brakiem wiary w siebie nie potrafi być obiektywna względem siebie – jak ja. Ja widziałem zawsze tylko swoje wady, nie doceniałem małych postępów. Analogicznie robią często rodzice pytając, niby żartobliwie: „a dlaczego nie 5?” Tymczasem ocena dostateczna też, w wielu sytuacjach jest dobra, niekiedy nawet bardzo dobra; nie jest idealna, ale wystarczająco dobra na tym etapie rozwoju wiedzy, umiejętności i osobistych predyspozycji. Ja wiem, że w dzieciństwie często nie daje się prawa do popełniania błędów, jednak nie jest to, moim zdaniem, prawidłowe podejście. Należy dawać sobie i innym, także dzieciom, mandat do odnoszenia porażek i przez to się ich nie bać, stopniowo starać się ich unikać. To jest clou, którego nie potrafiłem przez lata zrozumieć, oczekując od siebie wspomnianego już perfekcjonizmu. Nigdy nie zbliżysz się do wyimaginowanego, nieistniejącego w rezultacie ideału, póki nie dasz sobie szans na bycie nie doskonałym. To jest, moim zdaniem, sposób na wybrnięcie z błędnego koła na skutek, którego uparcie zacząłem walczyć o swoje marzenia i cele: zmiany wyglądu, pozyskanie wymarzonej pracy, akceptację i pewność siebie. Zrozumiałem, że mogę się zbliżyć do perfekcji, jednak idealnym nigdy nie będę i takiego muszę siebie akceptować . Jestem prawie dostateczny i to wystarcza do tego, żeby realizować swoje marzenia i uwierzyć, że zasługuję na bycie szczęśliwym . Zasługuję na to, żeby kupić wymarzony rower, mieć swoje zdanie, niekiedy niepoprawne; zmieniać je i nadal popełniać błędy. Na tej kanwie udało mi się zbudować lepszą formę a także uwierzyć w to, że uda mi się, na przykład, zmienić pracę albo wygląd – dam radę wykonać ten plan w 4/5 poprawiając swoją wiarę w siebie o 1/3. Do dziś nie jestem idealnym kolarzem, biegaczem ani pływakiem. Jestem we wszystkim absolutnie średni, jestem prawie dobry. Idę dalej i to prawie może mi wystarczać a także może być powodem do szczerej autoironii i dystansu wobec samego siebie i innych. Dystansu, który jest dla mnie antidotum na wyniesione z przeszłości przekonanie o swojej beznadziejności – ja to nazywam „gorszości”. To też uczy, w wielu momentach, liczyć na samego siebie – akceptować, być dla siebie najlepszym prawie idealnym przyjacielem i wsparciem w chwilach zwątpienia. To może być, na przykład, porażka na zawodach, gorszy dzień podczas wspólnej przejażdżki na rowerze, niespodziewana kontuzja daleko od domu albo każda sytuacja, kiedy zostawią Cię samego daleko w tyle a Ty musisz wracać sam, gdy Cię boli. Jednak zdajesz sobie sprawę, że ból fizyczny wcale nie jest najgorszy. Nie mając do tego odpowiedniego dystansu, największe cierpienie przynosi powrót wspomnień z dzieciństwa, gdy czułeś, albo czułaś dokładnie to samo. Jesteś sam, wiem, tak ciężko jest być wtedy silnym i wierzyć w siebie, jednak warto przekuć to na działanie i wręcz motywację do dalszej pracy, choćby po to, aby nigdy nie zostać odrzuconym. Pomimo terapii i postępów w sporcie nadal jest we mnie ten mały chłopiec, który zrobi i poświęci naprawdę wiele, po to tylko, aby być akceptowanym i robię to bardzo często w pełni podświadomie. Akceptowanym, to znaczy tak naprawdę być ważnym dla drugiego człowieka. Z tego też względu staram się z całych sił podawać w takich sytuacjach dłoń innym, czekać na każdego, na kogo tylko mogę, chcąc wyłapać wszelkie znane mi ukryte gesty osób poszukujących tej wyciągniętej ręki. Wśród nas jest wielu, którzy tego potrzebują. Tak niewiele może dla kogoś wiele znaczyć; to dla mnie, albo dla Ciebie poświęcenie 2 minut, dla kogoś innego niewspółmierna radość i motywacja do dalszej walki. Ja do dziś pamiętam każdą osobę, która mi, w dobie dużego kryzysu w sporcie czy też w pracy, bardzo pomogła niewielkim gestem. Do dziś nie jestem w pełni wolny od kompleksów i tego poczucia bycia gorszym, także w sporcie. Nawet, jeśli czasem usłyszę od kogoś słowa podziwu albo ktoś powie, że odniosłem sukces, to naprawdę nie umiem w to uwierzyć. Umiem tylko wówczas szczerze się uśmiechnąć i podziękować. To tak, jakby moja świadomość przyjmowała wiadomości, jednak moje serce już nie, ale i tak jest dużo lepiej niż nim zacząłem walczyć o swoje ego. Zatem wyobraź sobie jak było na samym początku, z jakiego starowałem pułapu, gdzie była moja pewność i wiara w siebie, jak bardzo wierzyłem w powodzenie swoich planów? Nie wierzyłem kompletnie. Jednak, jeśli mnie się udało wybrnąć z tego błędnego koła, to uda się chyba każdemu, za co z całego serducha trzymam kciuki. Dzięki. Cześć.
Chcesz wesprzeć moją działalność? Możesz to zrobić wybierając moją odzież made in Poland na https://prawie.pro. Obserwuj mnie również na Instagramie: https://www.instagram.com/prawie_pro Cześć. Tutaj Leszek. Niska samoocena jest przyczyną pewnego paradoksu, zarówno w życiu jak i w sporcie. Im mniej w siebie wierzymy, tym bardziej nam się nie udaje, tym mniej jest w nas energii, spontaniczności, uporu i konsekwencji. To z kolei jest przyczyną braku postępów, o których marzymy, albo wręcz uwsteczniania się. Sam przez lata nie potrafiłem tego zrozumieć. Mam czasami wrażenie, że w wielu przypadkach jest to balansowanie na granicy depresji, tkwiąc w błędnych schematach myślowych; „skoro jestem gruby/gruba, nie umiem przejechać ciągiem 30 km z wymarzoną średnią X, jestem ostatni/ostatnia, do tego nie mogę sobie odmówić dzisiaj czekolady i alkoholu, to oznacza, że jestem beznadziejny/beznadziejna”. My sami jesteśmy dla siebie często najsurowszymi, i w dodatku, bardzo niesprawiedliwymi sędziami, o czym często wspominam w wielu filmach i podcastach; czasami wprost, czasami pomiędzy wierszami – nie bez powodu. Ten problem mnie w ogromnej mierze dotyczył i nadal dotyczy. Ja byłem dzieckiem lat 90, z którego się śmiano albo dokuczano – taki wycofany introwertyk, samotnik z konieczności. Koledzy nie przychodzili do mnie grać na Amidze, bo po prostu jej nie miałem, tak samo jak dobrych ciuchów, ocen w dzienniku albo markowej czapeczki z daszkiem. W dodatku pisałem lewą ręką, co było mi w kółko wypominane. Odmieniec. Nikt mnie nie chwalił, tylko zawsze wytykano mi braki. Te okoliczności rozjeżdżają całkowicie ludzką psychikę na kolejne dekady. Teraz się nie dziwię, że mając 25 lat nadal uważałem siebie za gorszego, dlatego moja podświadomość powtarzała: bez sensu, to się nie uda, nie ma sensu zaczynać skoro i tak odniosę porażkę, a nawet, jeśli zrobię ten pierwszy krok, to pewnie zaraz się wycofam, bo samemu sobie będę próbować udowodnić, że faktycznie się do tego nie nadaję. Tak jak zły nauczyciel z podstawówki – wytknę wyłącznie błędy. To nic, że gdzieś po drodze nadarzył się jakiś sukces szkolny, zawodowy czy też sportowy – to nic niezwykłego – tak ma być, masz odnosić wyłącznie same sukcesy, a za każde, choćby najmniejsze potknięcie będziesz strofowany. Tak, wtedy dopiero zwrócisz na siebie uwagę. Twoja dzisiejsza próba podjechania tego wzniesienia zasługuje na ocenę dostateczną z minusem – moment: „ja dopiero jestem początkujący, mam prawo nie być doskonały, ja dopiero się uczę, jak na kursie na prawo jazdy; przez pierwsze godziny mam prawo zapominać o sprzęgle, mam prawo być wolniejszy od całej reszty”. Tak należy postrzegać to obiektywnie. Tylko, że osoba z brakiem wiary w siebie nie potrafi być obiektywna względem siebie – jak ja. Ja widziałem zawsze tylko swoje wady, nie doceniałem małych postępów. Analogicznie robią często rodzice pytając, niby żartobliwie: „a dlaczego nie 5?” Tymczasem ocena dostateczna też, w wielu sytuacjach jest dobra, niekiedy nawet bardzo dobra; nie jest idealna, ale wystarczająco dobra na tym etapie rozwoju wiedzy, umiejętności i osobistych predyspozycji. Ja wiem, że w dzieciństwie często nie daje się prawa do popełniania błędów, jednak nie jest to, moim zdaniem, prawidłowe podejście. Należy dawać sobie i innym, także dzieciom, mandat do odnoszenia porażek i przez to się ich nie bać, stopniowo starać się ich unikać. To jest clou, którego nie potrafiłem przez lata zrozumieć, oczekując od siebie wspomnianego już perfekcjonizmu. Nigdy nie zbliżysz się do wyimaginowanego, nieistniejącego w rezultacie ideału, póki nie dasz sobie szans na bycie nie doskonałym. To jest, moim zdaniem, sposób na wybrnięcie z błędnego koła na skutek, którego uparcie zacząłem walczyć o swoje marzenia i cele: zmiany wyglądu, pozyskanie wymarzonej pracy, akceptację i pewność siebie. Zrozumiałem, że mogę się zbliżyć do perfekcji, jednak idealnym nigdy nie będę i takiego muszę siebie akceptować. Jestem prawie dostateczny i to wystarcza do tego, żeby realizować swoje marzenia i uwierzyć, że zasługuję na bycie szczęśliwym. Zasługuję na to, żeby kupić wymarzony rower, mieć swoje zdanie, niekiedy niepoprawne; zmieniać je i nadal popełniać błędy. Na tej kanwie udało mi się zbudować lepszą formę a także uwierzyć w to, że uda mi się, na przykład, zmienić pracę albo wygląd – dam radę wykonać ten plan w 4/5 poprawiając swoją wiarę w siebie o 1/3. Do dziś nie jestem idealnym kolarzem, biegaczem ani pływakiem. Jestem we wszystkim absolutnie średni, jestem prawie dobry. Idę dalej i to prawie może mi wystarczać a także może być powodem do szczerej autoironii i dystansu wobec samego siebie i innych. Dystansu, który jest dla mnie antidotum na wyniesione z przeszłości przekonanie o swojej beznadziejności – ja to nazywam „gorszości”. To też uczy, w wielu momentach, liczyć na samego siebie – akceptować, być dla siebie najlepszym prawie idealnym przyjacielem i wsparciem w chwilach zwątpienia. To może być, na przykład, porażka na zawodach, gorszy dzień podczas wspólnej przejażdżki na rowerze, niespodziewana kontuzja daleko od domu albo każda sytuacja, kiedy zostawią Cię samego daleko w tyle a Ty musisz wracać sam, gdy Cię boli. Jednak zdajesz sobie sprawę, że ból fizyczny wcale nie jest najgorszy. Nie mając do tego odpowiedniego dystansu, największe cierpienie przynosi powrót wspomnień z dzieciństwa, gdy czułeś, albo czułaś dokładnie to samo. Jesteś sam, wiem, tak ciężko jest być wtedy silnym i wierzyć w siebie, jednak warto przekuć to na działanie i wręcz motywację do dalszej pracy, choćby po to, aby nigdy nie zostać odrzuconym. Pomimo terapii i postępów w sporcie nadal jest we mnie ten mały chłopiec, który zrobi i poświęci naprawdę wiele, po to tylko, aby być akceptowanym i robię to bardzo często w pełni podświadomie. Akceptowanym, to znaczy tak naprawdę być ważnym dla drugiego człowieka. Z tego też względu staram się z całych sił podawać w takich sytuacjach dłoń innym, czekać na każdego, na kogo tylko mogę, chcąc wyłapać wszelkie znane mi ukryte gesty osób poszukujących tej wyciągniętej ręki. Wśród nas jest wielu, którzy tego potrzebują. Tak niewiele może dla kogoś wiele znaczyć; to dla mnie, albo dla Ciebie poświęcenie 2 minut, dla kogoś innego niewspółmierna radość i motywacja do dalszej walki. Ja do dziś pamiętam każdą osobę, która mi, w dobie dużego kryzysu w sporcie czy też w pracy, bardzo pomogła niewielkim gestem. Do dziś nie jestem w pełni wolny od kompleksów i tego poczucia bycia gorszym, także w sporcie. Nawet, jeśli czasem usłyszę od kogoś słowa podziwu albo ktoś powie, że odniosłem sukces, to naprawdę nie umiem w to uwierzyć. Umiem tylko wówczas szczerze się uśmiechnąć i podziękować. To tak, jakby moja świadomość przyjmowała wiadomości, jednak moje serce już nie, ale i tak jest dużo lepiej niż nim zacząłem walczyć o swoje ego. Zatem wyobraź sobie jak było na samym początku, z jakiego starowałem pułapu, gdzie była moja pewność i wiara w siebie, jak bardzo wierzyłem w powodzenie swoich planów? Nie wierzyłem kompletnie. Jednak, jeśli mnie się udało wybrnąć z tego błędnego koła, to uda się chyba każdemu, za co z całego serducha trzymam kciuki. Dzięki. Cześć.

Wyjście z załamania nerwowego, depresji, silnej nerwicy poprzez sport (58)
2022-04-25 18:14:31

Jeśli ten podcast okazał się dla Ciebie przydatny, a chcesz wesprzeć moją działalność to zapraszam do mojego sklepu na https://www.prawie.pro oraz Instagram:  https://www.instagram.com/prawie_pro/ Cześć. Tutaj Leszek. Pewnie nie raz słyszeliście o czymś takim, co nazywa się „załamanie nerwowe”. Czasami zdarzają się takie sytuacje w życiu, kiedy mamy wrażenie, że wszystko wymyka nam się spod kontroli; kiedy mszczą się na nas popełniane błędy albo, kiedy ktoś umiera, albo kiedy tracimy pracę i spełniają się jedne z najgorszych scenariuszy w naszym życiu, bez względu na to, czy jest to nasza wina, czy też nie. Może dojść do tego, że się załamiemy albo odezwą się w nas duchy z przeszłości, które wcześniej mieliśmy już okazję odpędzić z naszej głowy. Mam tutaj na myśli: depresję, zaburzenia lękowe, nerwice albo bardzo często połączenie tych wszystkich rzeczy. Nie raz już tego doświadczałem: TRZYKROTNIE. Trzykrotnie zdarzyło się w moim życiu tak, że nie byłem w stanie normalnie funkcjonować na skutek załamania nerwowego albo na skutek nasilenia się objawów, które wróciły po latach a były uśpione. W przypadku tych chorób objawy są na tyle silne, że ciężko jest sobie z tym poradzić. Człowiek po prostu się załamuje nie wychodząc z łóżka przez tydzień; nie chce Ci się jeść, nie chce Ci się pić, nie umiesz leżeć, nie umiesz spać, nie umiesz pójść do pracy, nie potrafisz, a nawet nie powinieneś/aś prowadzić samochodu ze względu na to, że Twoja forma psychiczna nie pozwala na to, żeby żyć. Człowiek w takiej sytuacji jest niemalże sparaliżowany życiowo i po części także fizycznie. Ciężko jest, ze względu na swój bardzo kiepski stan psychiczny ruszać się, także w sensie tym fizycznym – wszystko Tobie sprawia ból. Jeżeli ktoś tego nie doświadczył, to życzę, żeby nigdy tego nie musiał doświadczać, a jeżeli ktoś przeżył coś takiego w swoim życiu, to zapewne wie, o czym myślę. To jest, w przypadku słabych jednostek, takich jak ja, naturalna reakcja umysłu oraz ciała na bardzo silny bodziec stresowy. To jest coś, czego przez całe swoje życie bałem się, boję i zapewne, jeszcze przez długi czas, będę się bać. Z drugiej strony, jeżeli ziści się tan najczarniejszy scenariusz, ten najgorszy koszmar naszego życia, kiedy mamy wrażenie, że gorzej już być nie może, wówczas stajemy się w przyszłości dużo mocniejsi, uodpornieni na wiele różnych rzeczy. W końcu przestajemy narzekać na mniej istotne problemy, bo one, w porównaniu z innymi problemami, których doświadczaliśmy, albo doświadczamy, nic nie znaczą. Jednak dziś nie o tym. Dzisiaj chciałem Wam powiedzieć, że z takiego stanu załamania trzeba próbować w jakiś sposób wyjść, chociaż tak ciężko jest wrócić do normalności. Chociaż tak ciężko jest nawet zaparzyć sobie rano kawę, którą tak bardzo lubiliśmy, choć nic nie sprawia nam już totalnie przyjemności, ponieważ uważamy, że nic nie ma sensu, albo na nic nie zasłużyliśmy. Ogromnym wysiłkiem, niemalże nadludzkim jest, mimo to, nie poddać się. Początkowo zachować pozory normalnego funkcjonowania, zmusić się i pójść do tej pracy, zmusić się i pójść do sklepu po bułki, żeby zjeść cokolwiek. Oczywiście, na skutek tak silnych bodźców, kiedy wydarzy się jakaś tragedia w naszym życiu, kompletnie nie myślimy, chociażby o sporcie. Też już tego doświadczyłem. Człowiek regularnie uprawiający sport nagle przestaje być aktywny, bo nie jest w stanie. W rzeczywistości, w takiej sytuacji oderwanie się od tych swoich codziennych rytuałów czy od planu treningowego, jest najgorsze, co możemy sobie zrobić – mówię to z perspektywy swoich własnych doświadczeń. Pomimo tej beznadziejnej sytuacji powinniśmy pamiętać, że jest jeszcze ten sport, jest jeszcze ta nasza enklawa, do której powinniśmy uciec, pomimo tego, że nie mamy na to kompletnie ochoty, siły, ale to jest coś, co mimo wszystko jest w stanie nam pomóc, ale w to nie wierzymy. Bardzo dużo potrzeba energii, żeby wsiąść na ten rower, włożyć buty, założyć słuchawki na uszy, chociaż nie mamy na to kompletnie ochoty na to, żeby słuchać muzyki. Pójść na basen, saunę, chociaż nie mamy ochoty na kontakt z żadnym człowiekiem, to jednak mimo wszystko to przełamanie się może być symbolicznym końcem najgorszego etapu naszego załamania nerwowego. Pamiętam doskonale, znam to uczucie, kiedy po 15 min. pedałowania poczułem niesamowite ciepło, które oblewa moją klatkę piersiową. Czuję, że zaczynam się rozluźniać, pomimo tego, że bardzo nie chciałem jeździć dzisiaj na rowerze, pomimo tego, że bardzo dzisiaj nie chciałem biegać, ponieważ aż tyle wysiłku kosztowało mnie pójście na basen czy wyjście do tej sauny. Jednakże, to pomoże w każdej, nawet najbardziej beznadziejnej sytuacji. Nie ma nic gorszego niż po prostu leżeć i płakać. Warto jest, w takiej sytuacji, wrócić do sportu – w każdej jednej sytuacji – bez względu na to, co się wydarzyło w naszym życiu. Jeżeli fizycznie mamy taką możliwość, jeżeli nadal mamy dwie zdrowe nogi, dwie zdrowe ręce, to powinniśmy. Chociaż, oczywiście, znam przykłady ludzi, którzy poruszają się o wózku i mimo to się nie poddali, uprawiają sport i nadal jest to dla niech ta ucieczka. W każdej sytuacji, każdy człowiek zasługuje na to, żeby móc wrócić do sportu. W wielu różnych sytuacjach okaże się to niesamowitą ulgą, tylko trzeba sobie na nowo spróbować zaufać. To trochę jest tak, jak z wchodzeniem do lodowatej wody. W takiej sytuacji, to właśnie jest takie wejście na rower – tak mi się skojarzyło – „jest mi niesamowicie zimno a Ty mi jeszcze karzesz wejść do lodowatej wody obiecując, że poczuje się lepiej?” Ja to wiem, ale nie jestem w stanie wejść teraz do tego jeziora, ale jednak, mimo wszystko, warto. Nagrywam to właśnie z myślą o osobach, które, być może kiedyś, w przyszłości, doświadczą czegoś takiego. Może ktoś do Googla wpisze kilka fraz, które padały w tym podcaście i uda mu się go odnaleźć, i tym sposobem będę mógł takiej osobie pomóc – na to liczę. Dzięki bardzo. Cześć.     
Jeśli ten podcast okazał się dla Ciebie przydatny, a chcesz wesprzeć moją działalność to zapraszam do mojego sklepu na https://www.prawie.pro oraz Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/ Cześć. Tutaj Leszek. Pewnie nie raz słyszeliście o czymś takim, co nazywa się „załamanie nerwowe”. Czasami zdarzają się takie sytuacje w życiu, kiedy mamy wrażenie, że wszystko wymyka nam się spod kontroli; kiedy mszczą się na nas popełniane błędy albo, kiedy ktoś umiera, albo kiedy tracimy pracę i spełniają się jedne z najgorszych scenariuszy w naszym życiu, bez względu na to, czy jest to nasza wina, czy też nie. Może dojść do tego, że się załamiemy albo odezwą się w nas duchy z przeszłości, które wcześniej mieliśmy już okazję odpędzić z naszej głowy. Mam tutaj na myśli: depresję, zaburzenia lękowe, nerwice albo bardzo często połączenie tych wszystkich rzeczy. Nie raz już tego doświadczałem: TRZYKROTNIE. Trzykrotnie zdarzyło się w moim życiu tak, że nie byłem w stanie normalnie funkcjonować na skutek załamania nerwowego albo na skutek nasilenia się objawów, które wróciły po latach a były uśpione. W przypadku tych chorób objawy są na tyle silne, że ciężko jest sobie z tym poradzić. Człowiek po prostu się załamuje nie wychodząc z łóżka przez tydzień; nie chce Ci się jeść, nie chce Ci się pić, nie umiesz leżeć, nie umiesz spać, nie umiesz pójść do pracy, nie potrafisz, a nawet nie powinieneś/aś prowadzić samochodu ze względu na to, że Twoja forma psychiczna nie pozwala na to, żeby żyć. Człowiek w takiej sytuacji jest niemalże sparaliżowany życiowo i po części także fizycznie. Ciężko jest, ze względu na swój bardzo kiepski stan psychiczny ruszać się, także w sensie tym fizycznym – wszystko Tobie sprawia ból. Jeżeli ktoś tego nie doświadczył, to życzę, żeby nigdy tego nie musiał doświadczać, a jeżeli ktoś przeżył coś takiego w swoim życiu, to zapewne wie, o czym myślę. To jest, w przypadku słabych jednostek, takich jak ja, naturalna reakcja umysłu oraz ciała na bardzo silny bodziec stresowy. To jest coś, czego przez całe swoje życie bałem się, boję i zapewne, jeszcze przez długi czas, będę się bać. Z drugiej strony, jeżeli ziści się tan najczarniejszy scenariusz, ten najgorszy koszmar naszego życia, kiedy mamy wrażenie, że gorzej już być nie może, wówczas stajemy się w przyszłości dużo mocniejsi, uodpornieni na wiele różnych rzeczy. W końcu przestajemy narzekać na mniej istotne problemy, bo one, w porównaniu z innymi problemami, których doświadczaliśmy, albo doświadczamy, nic nie znaczą. Jednak dziś nie o tym. Dzisiaj chciałem Wam powiedzieć, że z takiego stanu załamania trzeba próbować w jakiś sposób wyjść, chociaż tak ciężko jest wrócić do normalności. Chociaż tak ciężko jest nawet zaparzyć sobie rano kawę, którą tak bardzo lubiliśmy, choć nic nie sprawia nam już totalnie przyjemności, ponieważ uważamy, że nic nie ma sensu, albo na nic nie zasłużyliśmy. Ogromnym wysiłkiem, niemalże nadludzkim jest, mimo to, nie poddać się. Początkowo zachować pozory normalnego funkcjonowania, zmusić się i pójść do tej pracy, zmusić się i pójść do sklepu po bułki, żeby zjeść cokolwiek. Oczywiście, na skutek tak silnych bodźców, kiedy wydarzy się jakaś tragedia w naszym życiu, kompletnie nie myślimy, chociażby o sporcie. Też już tego doświadczyłem. Człowiek regularnie uprawiający sport nagle przestaje być aktywny, bo nie jest w stanie. W rzeczywistości, w takiej sytuacji oderwanie się od tych swoich codziennych rytuałów czy od planu treningowego, jest najgorsze, co możemy sobie zrobić – mówię to z perspektywy swoich własnych doświadczeń. Pomimo tej beznadziejnej sytuacji powinniśmy pamiętać, że jest jeszcze ten sport, jest jeszcze ta nasza enklawa, do której powinniśmy uciec, pomimo tego, że nie mamy na to kompletnie ochoty, siły, ale to jest coś, co mimo wszystko jest w stanie nam pomóc, ale w to nie wierzymy. Bardzo dużo potrzeba energii, żeby wsiąść na ten rower, włożyć buty, założyć słuchawki na uszy, chociaż nie mamy na to kompletnie ochoty na to, żeby słuchać muzyki. Pójść na basen, saunę, chociaż nie mamy ochoty na kontakt z żadnym człowiekiem, to jednak mimo wszystko to przełamanie się może być symbolicznym końcem najgorszego etapu naszego załamania nerwowego. Pamiętam doskonale, znam to uczucie, kiedy po 15 min. pedałowania poczułem niesamowite ciepło, które oblewa moją klatkę piersiową. Czuję, że zaczynam się rozluźniać, pomimo tego, że bardzo nie chciałem jeździć dzisiaj na rowerze, pomimo tego, że bardzo dzisiaj nie chciałem biegać, ponieważ aż tyle wysiłku kosztowało mnie pójście na basen czy wyjście do tej sauny. Jednakże, to pomoże w każdej, nawet najbardziej beznadziejnej sytuacji. Nie ma nic gorszego niż po prostu leżeć i płakać. Warto jest, w takiej sytuacji, wrócić do sportu – w każdej jednej sytuacji – bez względu na to, co się wydarzyło w naszym życiu. Jeżeli fizycznie mamy taką możliwość, jeżeli nadal mamy dwie zdrowe nogi, dwie zdrowe ręce, to powinniśmy. Chociaż, oczywiście, znam przykłady ludzi, którzy poruszają się o wózku i mimo to się nie poddali, uprawiają sport i nadal jest to dla niech ta ucieczka. W każdej sytuacji, każdy człowiek zasługuje na to, żeby móc wrócić do sportu. W wielu różnych sytuacjach okaże się to niesamowitą ulgą, tylko trzeba sobie na nowo spróbować zaufać. To trochę jest tak, jak z wchodzeniem do lodowatej wody. W takiej sytuacji, to właśnie jest takie wejście na rower – tak mi się skojarzyło – „jest mi niesamowicie zimno a Ty mi jeszcze karzesz wejść do lodowatej wody obiecując, że poczuje się lepiej?” Ja to wiem, ale nie jestem w stanie wejść teraz do tego jeziora, ale jednak, mimo wszystko, warto. Nagrywam to właśnie z myślą o osobach, które, być może kiedyś, w przyszłości, doświadczą czegoś takiego. Może ktoś do Googla wpisze kilka fraz, które padały w tym podcaście i uda mu się go odnaleźć, i tym sposobem będę mógł takiej osobie pomóc – na to liczę. Dzięki bardzo. Cześć.     

Jak brak wiary w siebie demoluje formę i wygląd (57)
2022-04-04 20:32:11

Jeśli ten podcast okazał się dla Ciebie przydatny, a chcesz wesprzeć moją działalność to zapraszam do mojego sklepu na https://www.prawie.pro oraz Instagram:  https://www.instagram.com/prawie_pro/ Niska samoocena jest przyczyną pewnego paradoksu w życiu i sporcie. Im mniej w siebie wierzymy, tym bardziej się nam nie udaje. Tym mniej w nas energii, uporu, konsekwencji. To z kolei jest przyczyną braku postępów, albo wręcz uwsteczniania się.  Sam tego przez lata nie potrafiłem zrozumieć. Mam czasami wrażenie, że w wielu przypadkach jest to balansowanie na granicy depresji tkwiąc w błędnych schematach myślowych. Bo skoro jestem gruby(a), nie umiem przejechać ciągiem 30 kilometrów ze średnią X, jestem ostatni(a), a do tego nie mogę odmówić sobie dzisiaj czekolady i alkoholu to oznacza, że jestem beznadziejny(a).  My sami jesteśmy dla siebie często najsurowszymi i w dodatku niesprawiedliwymi sędziami o czym często wspominam w wielu filmach i podcastach. Nie bez powodu, bo ten problem mnie w ogromnej mierze dotyczy.  Ja byłem dzieckiem z którego się śmiano, albo dokuczano. Wycofany introwertyk, samotnik z konieczności. Koledzy nie przychodzili do mnie grać na Amidze, ponieważ jej nie miałem. Tak samo jak dobrych ciuchów, ocen w dzienniku albo markowej czapeczki z daszkiem. W dodatku pisałem lewą ręką co było mi w kółko wypominane. Odmieniec. Nikt mnie nie chwalił, tylko zawsze wytykano mi braki. Te okoliczności rozjeżdżają całkowicie ludzką psychikę na kolejne dekady. Teraz się nie dziwię, że mając 25 lat nadal uważałem siebie za gorszego. Dlatego moja podświadomość zawsze powtarzała „bez sensu, to się nie uda”. Nie ma sensu zaczynać, skoro i tak odniosę porażkę. A nawet jeśli zrobię pierwszy krok to zaraz się wycofam, bo samemu sobie będę próbować udowodnić, że faktycznie się nie nadaję. Tak jak zły nauczyciel z podstawówki – wytknę wyłącznie błędy. To nic, że gdzieś po drodze nadarzył się jakiś sukces szkolny, zawodowy czy sportowy. To nic niezwykłego. Tak ma być. Masz odnosić wyłącznie same sukcesy, a za każde, choć najmniejsze potknięcie będziesz strofowany.  Twoja dzisiejsza próba podjechania tego wzniesienia zasługuje na oceną dostateczną z minusem. Moment! Ja jestem początkujący, mam prawo nie być doskonałym. Ja dopiero się uczę. Jak na kursie na prawo jazdy – przez pierwsze godziny mam prawo zapominać o sprzęgle. Mam prawo być wolniejszy od reszty. Tak postrzegać należy to obiektywnie. Tylko, że osoba z brakiem wiary w siebie nie potrafi być obiektywna. Jak ja. Ja widziałem zawsze tylko swoje wady. Nie doceniałem małych postępów. Analogicznie robią często rodzice pytając niby żartobliwie „a dlaczego nie piątka”. Tymczasem ocena dostateczna też jest w wielu sytuacjach dobra. Nie jest idealna, ale wystarczająco dobra na tym etapie rozwoju wiedzy i umiejętności. Ja wiem, że w dzieciństwie często nie daje się prawa do popełniania błędów, jednak nie jest to prawidłowe podejście. Należy dawać mandat do odnoszenia porażek i się ich nie bać. Stopniowo starać się ich unikać. To jest clou, którego nie potrafiłem przez lata zrozumieć, oczekując od siebie wspominanego już perfekcjonizmu. Nigdy się nie zbliżysz do wyimaginowanego, nieistniejącego w rezultacie ideału, póki nie dasz sobie szans na bycie niedoskonałym. To jest moim zdaniem sposób na wybrnięcie z błędnego koła na skutek którego uparcie zacząłem walczyć o swoje marzenia i cele. Zmianę wyglądu, pracy akceptację i pewność siebie. Zrozumiałem, że mogę się zbliżyć do perfekcji, jednak idealny nie będę nigdy. Jestem prawie dostateczny i to wystarcza do tego, aby realizować swoje marzenia i uwierzyć, że zasługuję na bycie szczęśliwszym. Zasługuję na to, aby kupić wymarzony rower, mieć swoje zdanie, niekiedy niepoprawne, zmieniać je i nadal popełniać błędy. Na tej kanwie udało mi się zbudować lepszą formę a także uwierzyć w to, że uda mi się na przykład zmienić pracę czy wygląd. Dam radę wykonać ten plan w czterech piątych, poprawiając swoją wiarę w siebie o jedną trzecią. Do dziś nie jestem idealnym kolarzem, biegaczem ani pływakiem. Jestem we wszystkim średni, jestem prawie dobry. Mimo to idę dalej, bo to „prawie” może mi wystarczyć, a także być powodem do szczerej autoironii i dystansu wobec samego siebie. Dystansu, który jest dla mnie antidotum na wyniesione z przeszłości przekonanie o swojej beznadziejności, „gorszości”.  To też uczy w wielu momentach liczyć na samego siebie. Być dla siebie najlepszym prawie idealnym przyjacielem i wsparciem w chwilach zwątpienia. To może być na przykład porażka na zawodach. Gorszy dzień podczas wspólnej przejażdżki na rowerze, niespodziewana kontuzja daleko od domu, albo każda sytuacja, kiedy zostawią Cię samego w tyle, a ty musisz wracać sam, gdy Cię boli. Jednak zdajesz sobie sprawę, że ból fizyczny nie jest najgorszy. Nie mając do tego odpowiedniego dystansu największe cierpienie przynosi powrót wspomnień z dzieciństwa, gdy czułeś dokładnie to samo.  Wiem, tak ciężko jest wtedy być silnym i wierzyć w siebie. Jednak warto przekuć to na działanie i wręcz motywację do dalszej pracy. Choćby po to, aby nigdy już nie zostać „odrzuconym”. Pomimo terapii, postępów w sporcie nadal jest we mnie ten mały chłopiec, który zrobi i poświęci wiele, aby być akceptowanym. To tak naprawdę znaczy ważnym dla drugiego człowieka. Z tego też względu staram się z całych sił podawać w takiej sytuacji dłoń. Czekać na każdego na kogo tylko mogę, chcąc wyłapywać wszelkie znane mi skryte gesty osób szukających tej wyciągniętej ręki. Wśród nas jest wielu, którzy tego bardzo potrzebują. Tak niewiele może dla kogoś tak wiele znaczyć. To dla mnie poświecenie 2 minut, dla kogoś innego niewspółmierna radość i motywacja do dalszej walki. Do dziś nie jestem w pełni wolny od kompleksów i tego poczucia bycia gorszym. Nawet jeśli czasem usłyszę słowa podziwu, albo ktoś powie, że odniosłem sukces to nie umiem w to uwierzyć. Umiem tylko szczerze się wówczas uśmiechnąć, podziękować. To jakby moja świadomość przyjmowała to do wiadomości, jednak serce już nie. I tak jest już dużo lepiej, niż nim zacząłem walczyć o moje ego. Zatem wyobraź sobie jak było na samym początku. Z jakiego startowałem pułapu. Gdzie była moja pewność i wiara w siebie. Jak bardzo wierzyłem w powodzenie swoich planów. Nie wierzyłem kompletnie. Jednak, jeśli mnie się udało wybrnąć z tego błędnego koła to uda się każdemu. Za co z całego serducha trzymam kciuki
Jeśli ten podcast okazał się dla Ciebie przydatny, a chcesz wesprzeć moją działalność to zapraszam do mojego sklepu na https://www.prawie.pro oraz Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/ Niska samoocena jest przyczyną pewnego paradoksu w życiu i sporcie. Im mniej w siebie wierzymy, tym bardziej się nam nie udaje. Tym mniej w nas energii, uporu, konsekwencji. To z kolei jest przyczyną braku postępów, albo wręcz uwsteczniania się.  Sam tego przez lata nie potrafiłem zrozumieć. Mam czasami wrażenie, że w wielu przypadkach jest to balansowanie na granicy depresji tkwiąc w błędnych schematach myślowych. Bo skoro jestem gruby(a), nie umiem przejechać ciągiem 30 kilometrów ze średnią X, jestem ostatni(a), a do tego nie mogę odmówić sobie dzisiaj czekolady i alkoholu to oznacza, że jestem beznadziejny(a).  My sami jesteśmy dla siebie często najsurowszymi i w dodatku niesprawiedliwymi sędziami o czym często wspominam w wielu filmach i podcastach. Nie bez powodu, bo ten problem mnie w ogromnej mierze dotyczy.  Ja byłem dzieckiem z którego się śmiano, albo dokuczano. Wycofany introwertyk, samotnik z konieczności. Koledzy nie przychodzili do mnie grać na Amidze, ponieważ jej nie miałem. Tak samo jak dobrych ciuchów, ocen w dzienniku albo markowej czapeczki z daszkiem. W dodatku pisałem lewą ręką co było mi w kółko wypominane. Odmieniec. Nikt mnie nie chwalił, tylko zawsze wytykano mi braki. Te okoliczności rozjeżdżają całkowicie ludzką psychikę na kolejne dekady. Teraz się nie dziwię, że mając 25 lat nadal uważałem siebie za gorszego. Dlatego moja podświadomość zawsze powtarzała „bez sensu, to się nie uda”. Nie ma sensu zaczynać, skoro i tak odniosę porażkę. A nawet jeśli zrobię pierwszy krok to zaraz się wycofam, bo samemu sobie będę próbować udowodnić, że faktycznie się nie nadaję. Tak jak zły nauczyciel z podstawówki – wytknę wyłącznie błędy. To nic, że gdzieś po drodze nadarzył się jakiś sukces szkolny, zawodowy czy sportowy. To nic niezwykłego. Tak ma być. Masz odnosić wyłącznie same sukcesy, a za każde, choć najmniejsze potknięcie będziesz strofowany.  Twoja dzisiejsza próba podjechania tego wzniesienia zasługuje na oceną dostateczną z minusem. Moment! Ja jestem początkujący, mam prawo nie być doskonałym. Ja dopiero się uczę. Jak na kursie na prawo jazdy – przez pierwsze godziny mam prawo zapominać o sprzęgle. Mam prawo być wolniejszy od reszty. Tak postrzegać należy to obiektywnie. Tylko, że osoba z brakiem wiary w siebie nie potrafi być obiektywna. Jak ja. Ja widziałem zawsze tylko swoje wady. Nie doceniałem małych postępów. Analogicznie robią często rodzice pytając niby żartobliwie „a dlaczego nie piątka”. Tymczasem ocena dostateczna też jest w wielu sytuacjach dobra. Nie jest idealna, ale wystarczająco dobra na tym etapie rozwoju wiedzy i umiejętności. Ja wiem, że w dzieciństwie często nie daje się prawa do popełniania błędów, jednak nie jest to prawidłowe podejście. Należy dawać mandat do odnoszenia porażek i się ich nie bać. Stopniowo starać się ich unikać. To jest clou, którego nie potrafiłem przez lata zrozumieć, oczekując od siebie wspominanego już perfekcjonizmu. Nigdy się nie zbliżysz do wyimaginowanego, nieistniejącego w rezultacie ideału, póki nie dasz sobie szans na bycie niedoskonałym. To jest moim zdaniem sposób na wybrnięcie z błędnego koła na skutek którego uparcie zacząłem walczyć o swoje marzenia i cele. Zmianę wyglądu, pracy akceptację i pewność siebie. Zrozumiałem, że mogę się zbliżyć do perfekcji, jednak idealny nie będę nigdy. Jestem prawie dostateczny i to wystarcza do tego, aby realizować swoje marzenia i uwierzyć, że zasługuję na bycie szczęśliwszym. Zasługuję na to, aby kupić wymarzony rower, mieć swoje zdanie, niekiedy niepoprawne, zmieniać je i nadal popełniać błędy. Na tej kanwie udało mi się zbudować lepszą formę a także uwierzyć w to, że uda mi się na przykład zmienić pracę czy wygląd. Dam radę wykonać ten plan w czterech piątych, poprawiając swoją wiarę w siebie o jedną trzecią. Do dziś nie jestem idealnym kolarzem, biegaczem ani pływakiem. Jestem we wszystkim średni, jestem prawie dobry. Mimo to idę dalej, bo to „prawie” może mi wystarczyć, a także być powodem do szczerej autoironii i dystansu wobec samego siebie. Dystansu, który jest dla mnie antidotum na wyniesione z przeszłości przekonanie o swojej beznadziejności, „gorszości”.  To też uczy w wielu momentach liczyć na samego siebie. Być dla siebie najlepszym prawie idealnym przyjacielem i wsparciem w chwilach zwątpienia. To może być na przykład porażka na zawodach. Gorszy dzień podczas wspólnej przejażdżki na rowerze, niespodziewana kontuzja daleko od domu, albo każda sytuacja, kiedy zostawią Cię samego w tyle, a ty musisz wracać sam, gdy Cię boli. Jednak zdajesz sobie sprawę, że ból fizyczny nie jest najgorszy. Nie mając do tego odpowiedniego dystansu największe cierpienie przynosi powrót wspomnień z dzieciństwa, gdy czułeś dokładnie to samo.  Wiem, tak ciężko jest wtedy być silnym i wierzyć w siebie. Jednak warto przekuć to na działanie i wręcz motywację do dalszej pracy. Choćby po to, aby nigdy już nie zostać „odrzuconym”. Pomimo terapii, postępów w sporcie nadal jest we mnie ten mały chłopiec, który zrobi i poświęci wiele, aby być akceptowanym. To tak naprawdę znaczy ważnym dla drugiego człowieka. Z tego też względu staram się z całych sił podawać w takiej sytuacji dłoń. Czekać na każdego na kogo tylko mogę, chcąc wyłapywać wszelkie znane mi skryte gesty osób szukających tej wyciągniętej ręki. Wśród nas jest wielu, którzy tego bardzo potrzebują. Tak niewiele może dla kogoś tak wiele znaczyć. To dla mnie poświecenie 2 minut, dla kogoś innego niewspółmierna radość i motywacja do dalszej walki. Do dziś nie jestem w pełni wolny od kompleksów i tego poczucia bycia gorszym. Nawet jeśli czasem usłyszę słowa podziwu, albo ktoś powie, że odniosłem sukces to nie umiem w to uwierzyć. Umiem tylko szczerze się wówczas uśmiechnąć, podziękować. To jakby moja świadomość przyjmowała to do wiadomości, jednak serce już nie. I tak jest już dużo lepiej, niż nim zacząłem walczyć o moje ego. Zatem wyobraź sobie jak było na samym początku. Z jakiego startowałem pułapu. Gdzie była moja pewność i wiara w siebie. Jak bardzo wierzyłem w powodzenie swoich planów. Nie wierzyłem kompletnie. Jednak, jeśli mnie się udało wybrnąć z tego błędnego koła to uda się każdemu. Za co z całego serducha trzymam kciuki

Informacja dotycząca prawa autorskich: Wszelka prezentowana tu zawartość podkastu jest własnością jego autora

Wyszukiwanie

Kategorie