jarasaseasongi - muzyczne historie
W jarasaseasongach możecie usłyszeć piosenki folkowe z różnych stron świata, z lądów i morza, wygrzebane w bezkresnym eterze. Do każdej piosenki dodałem opowieść o tym skąd się wzięła, lub po prostu dlaczego mnie zainteresowała. Taki już jest folk, że za każdą piosenką czai się ciekawa historia.
Znajdziecie mnie:
https://www.facebook.com/JarasaSeaSongi
https://www.youtube.com/@jarasaseasongi
https://radiodanielka.pl/
RO 20’s - niezapomniane piosenki
2023-10-20 08:00:00
Mała wycieczka geograficzno muzyczna. Zaczniemy od bieguna południowego. Wokół ląd wiecznie skuty lodem, czyli najpóźniej odkryty kontynent – czyli Antarktyda. Nie ma stałych mieszkańców - jest tylko parę polarnych stacji badawczych. Małe szanse, żeby tam jarasaseasongi dotarły, no cóż. Antarktydę oblewają południowe wody trzech wielkich oceanów. Tzn. dziś można już powiedzieć że oblewały, od dwutysięcznego roku te wody są uznawane formalnie za ocean południowy - czwarty ocean rozciągający się do 60 równoleżnika. Na tym oceanie też trudno liczyć na słuchaczy. Nie bez kozery obszar wody na półkuli południowej poniżej 60 równoleżnika od wieków nosi nazwę bezludne sześćdziesiątki. Dlaczego bezludne – jest tam niby parę wysp ale kto by tam przeżył, Anglicy te wody nazywają Screamin’ Sixties – wrzeszczące sześćdziesiątki. Wiatr urywa głowę i pogadać się nie da. Wraz z przepłynięciem 60 równoleżnika ku północy opuszczamy Antarktykę.
Kolejny obszar ciągnący się do równoleżnika 50 to wyjące pięćdziesiątki nomen omen. Wiatr nie ma tam jakichkolwiek lądowych barier, pędzi z oszałamiającą siłą z zachodu na wschód a fale są niewyobrażalnie wysokie. Anglicy obrazowo nazywają tę strefę furious fifties nie trzeba tłumaczyć. A jeszcze wędrujące góry lodowe. Do wyjących pięćdziesiątek mało kto się zapuszcza.
Kolejny krok na północ. Do czterdziestego równoleżnika mamy ryczące czterdziestki Roaring Forties. W tej strefie wieją również stałe wiatry zachodnie o bardzo dużej prędkości. Lecz w przeciwieństwie do pięćdziesiątek te już można ujarzmić. Ryczące czterdziestki miały w historii żeglarstwa ogromne znaczenie ekonomiczne. W 1610 roku Hendrik Brouwer dowodząc flotą trzech statków Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej w drodze do Indii Wschodnich zboczył ze szlaku wytyczonego przez Portugalczyków zszedł poniżej czterdziestego równoleżnika i pchany silnym stałym wiatrem zachodnim dotarł do celu w mniej niż 7 miesięcy. To ponad 10 miesięcy krócej niż dotychczasowy szlak, różnica kolosalna. Drogę nazwano szlakiem Brouwera. W drugiej połowie XIX wieku kiedy na oceanach królowały klipry, które w pasie ryczących czterdziestek wędrowały między Europą a Australią i Nową Zelandią droga zyskała miano szlaku kliprów.
I na tym barwne żeglarskie nazewnictwo stref geograficznych by się zakończyło, gdyby nie pewna anomalia klimatyczno kulturalna a może nawet i społeczna. W 1983 roku, uwaga cytuję sprawców: „przyjaciele z I Drużyny Wodnej bytomskiego Hufca ZHP, zamiłowanie do żeglarstwa i przygody, oraz tęsknotę za wolnością, jakże dosłownie wtedy rozumianą, postanowili zawrzeć w śpiewanych przez siebie piosenkach. Powstali spontanicznie - z potrzeby serc, ku radości własnej i innych.”
Nazwali się Ryczące Dwudziestki.
Audycja zawiera utwory:
“Ocalić od zapomnienia”, wyk. Wojciech Majewski & Tomasz Szukalski, muzyka: Marek Grechuta
„ Bridge Over Troubled Water”, wyk. Ryczące Dwudziestki, słowa i muzyka: Paul Simon
„ Van Diemand’s Land”, wyk. Ryczące Dwudziestki, słowa: Ryczące Dwudziestki, muzyka: trad.
„Moje morze”, wyk. Ryczące Dwudziestki, słowa: Andrzej „Qńa” Grzela, muzyka: Iwan Matwijenko
Wellies
2023-09-22 00:44:51
Skąd te kalosze? Cofnijmy się do końcówki XVIII wieku. W Anglii panowie nosili wówczas wysokie buty z wywiniętą cholewką najczęściej tzw. buty heskie. Przywieźli je do Anglii walczący pod brytyjską flagą żołnierze z Hesji. Były wysokie do kolan, wykonane ze skóry cielęcej miały wcięcie w kształcie litery V i ozdobne frędzle z przodu cholewy. Takie właśnie buty z Hesji nosił Arthur Wellesley, Książe Wellington, pogromca Napoleona pod Waterloo. Wellesley na buty zwracał ogromna uwagę. Kiedy w stroju żołnierzy bryczesy zostały wyparte przez cieńsze luźniejsze spodnie, Wellesley postanowił zmodyfikować ulubione obuwie. Wellesley zlecił swojemu szewcowi zmianę fasonu, m. in. poszerzenie cholewki i usunięcie frędzli. Nowy but stworzony przez Hoby’ego był bardziej funkcjonalny, wygodniejszy i trwalszy, a jednocześnie elegancki. Wellington nie tylko na polu walki zakładał nowe buty. Często zapraszany na ekskluzywne przyjęcia, tam również się w nich pojawiał. A że uchodził za ikonę mody, wkrótce znalazł licznych naśladowców, najpierw wśród oficerów, później wśród arystokracji. No i buty zyskały wielką popularność i nową nazwę - The Wellington boots.
Wellington boots tryumfy modowe święciły do lat 40 XIX wieku, w latach 50 cholewy stawały się coraz krótsze, w 60 sięgały już tylko kostki. Prawdziwe Wellingtony używano już tylko do jazdy konnej. W 1852 roku, angielski przedsiębiorca Hiram Hutchinson poznał Charlesa Goodyeara. Hutchinson odkupił od Amerykanina patent na produkcję obuwia, założył we Francji firmę i zaczął masowo produkować pierwsze gumowce pod marką À l'Aigle czyli orzeł. Gumowe, nieprzemakalne buty w przystępnej cenie odniosły z miejsca niezwykły sukces. A 3 lata później w Szkocji osiadło dwóch przyjaciół ze Stanów Zjednoczonych, aby produkować gumowe Wellingtony. Założyli spółkę Norris & Company, kupili młyn w Edynburgu i rozpoczęli masową produkcję. Dziś ich firmę znamy wszyscy. To Hunter Boot Ltd.
Firma swój prawdziwy rozkwit firma zawdzięcza zamówieniom wojennym. Podczas obu światowych wojen korona zamówiła dosłownie miliony par gumowych butów dla żołnierzy w europejskich okopach. W połowie lat 40 buty zaczęły szybko zyskiwać popularność wśród cywilów, szczególnie tych z terenów wiejskich. W 1956 roku Hunter Boots Ltd. wprowadziła na rynek słynne „The Original Green Welington”, dziś nieodzownie kojarzące się z krajobrazem brytyjskiej wsi.
I czy o takim fenomenie mogło zabraknąć piosenki. No nie mogło. Szczególnie w Szkocji, gdzie oryginalne wellies powstają. Billy Connolly szkocki śpiewak i kpiarz twierdzi, że Szkota w Kilcie spotkać dziś można już tylko w Edynburgu, w wellingtonkach zaś chodzą wszyscy w highland. To jest nieodzowny element ich narodowego stroju. Napisał na ten temat stosowna piosnkę. Pomysł i melodię zaczerpnął z XIX wiecznej szkockiej piosenki Davida Shawa „The Wark of The Weavers”. Autor doceniając ciężką pracę tkaczy, w pieśni wymienia obszerną liczbę powodów, dla których powinniśmy być wdzięczni tkaczom za ich pracę.
A piosenka Billa nosi tytuł „If It Wisnae Fur Yer Wellies”, czyli przekładając na nasze „Gdyby nie Twoje kalosze?”. Wymienia wiele zalet noszenia wellingtonów, od ochrony przed deszczem do ochrony przed powiedzmy niemiłym stóp aromatem. W ostatniej zwrotce krytykuje partie rządzącą i opozycję. Piosenka powstała w 1972 i szybko stała się niezwykle popularna w całej Szkocji.
Audycja zawiera utwory:
„The Wark of The Weavers”, wyk. North Sea Gas, słowa i muzyka: David Shaw
„If It Wisnae Fur Yer Wellies”, wyk. Billy Conolly, słowa: Billy onolly, muzyka: David Shaw
Piraci na Bałtyku
2023-06-16 01:17:31
Historia sięga XIV wieku. W Europie trwa od dłuższego czasu kryzys agrarny. W połowie XIV wieku dżuma zabija blisko 1/3 populacji. Ludność niemieckiego pomorza jeszcze nie zapomniała o zarazie, a wielka powódź zabiera życie 100 tysięcy ludzi. Panuje bieda i głód na niespotykaną dotąd skalę. Chyba po raz pierwszy w historii Europy niższe warstwy społeczne nieśmiało kwestionują ład tego świata. Wybuchają pierwsze powstania ludowe. Popularność zyskują hasła wolność równość i sprawiedliwość (w tamtych czasach kojarzone są one podobno z wartościami panującymi wśród piratów).
W takich warunkach w Meklemburgii wielu zubożałych arystokratów szuka szczęścia poza prawem, część z nich na morzu. Sprzyja temu konflikt pomiędzy Meklemburgią a Danią. Na Bałtyku w tym czasie prym wiedzie związek Hanzeatycki. Małgorzata I władająca Danią chce zjednoczyć pod swoim berłem całą Skandynawię aby przeciwstawić się Hanzie. Ale w Szwecji rządzi meklemburski książę Albrecht. Szwedzi nie darzą go sympatią, zwracają się o pomoc do Małgorzaty. Duńska królowa odbija z rąk Meklemburczyków prawie całą Szwecję. Sztokholm się jej opiera. W między czasie Hanza, aby zwiększyć siłę rażenia swojej floty, wystawia ochoczo piratom listy kaperskie. Piratom często przewodzi właśnie zubożała szlachta. Zaczynają się powoli formować bractwa. Powstaje liga piracka. Jednym z zadań powierzonych im przez Hanzę jest zaopatrywanie w żywność oblężonego przez Sztokholmu. Bractwo pirackie zaczyna być nazywane bractwem witalijskim od słowa viatilleur. Określenie powstało prawdopodobnie we Francji dla statków zaopatrujących w żywność oblężone Calais w połowie XIV wieku.
O bractwie pirackim zaczynają krążyć legendy. Ludności podobają się pogłoski o całkiem jak na owe czasy demokratycznej organizacji władzy, podziale łupów, swoistej wewnętrznej lojalności. Piraci zyskują nowe miano Likedeeler, co można tłumaczyć jako równo dzielący.
W czasie oblężenia Sztokholmu bractwo witalijskie na swoją bazę wybiera Gotlandię. Po zaciętych walkach zdobywają Visby. Teraz mogą atakować teren Szwecji. Mają niemałe sukcesy, zdobywają Bergen i Malmo, Małgorzata w efekcie uwalnia Albrechta. Ale przychodzi rok 1395 i rozejm Dani i Szwecji z Hanzą. Listy kaperskie tracą ważność. Ale piraci nie wracają do domów. Łupią floty handlowe pływające pod wszelkimi banderami, a zdani na współpracę z wieśniakami z nadbrzeżnych wsi, za pomoc odwdzięczają się sowicie. Lud więc ich kocha. Władza nienawidzi.
Zakon krzyżacki organizuje flotę 84 pękatych kog, obsadza je czterema tysiącami zbrojnych knechtów wyrusza na Gotlandię i zdobywa Visby. Urządza piratom jatkę ale przywódcom z najwierniejszymi kamratami udaje się uciec. Kogi hanzeatyckie na szlakach są dalej zagrożone. Hanza wynajmuje więc słynnego flandryjskiego żołnierza i żeglarza Simona van Utrechta. Ten w tajemnicy buduje kogę specjalnie przystosowaną do walki. W pełni obsadzona i uzbrojona miała być zdolna do walki z cała eskadrą wroga to się potwierdziło. Dzięki pstrokatemu kadłubowi otrzymała przydomek „Kolorowa Krowa”. Utrechtowi udaje się w 1401 roku pod Helgolandem wywabić witalijczyków z kryjówki i sprawić im łomot. Przywódcy piratów w końcu zostają schwytany. A wśród przywódców prym wiedzie Klaus Störtebeker. To był początek końca bractwa witalijskiego…
Audycja zawiera utwory:
“Pirates of The Caribean Theme” (w tle), wyk. Eddie van der Meer muzyka: Hans Zimmer, Geoff Zanelli, Klaus Badelt
“Sjørøverne kommer!”, wyk. Slogmåkane, słowa i muzyka: Terje Formoe
“Störtebeker”, wyk. Running Wild, słowa i muzyka: Rolf Kasparek I Michael Kupper
„Störtebeker”, wyk. Across The Border, słowa i muzyka: Michael Mayer-Poes
„Liekedeeler”, wyk. Santiana, słowa: Hartmut Krech, Mark Nissen i Johannes Braun, muzyka: Frank Ramond
„Der Störtebeker ist unser Herr”, wyk. Gorch Fock, słowa i muzyka: Walter Gattke
“Na Strandzie Helu”, wyk. Bgrupa Folkowa “Formacja” I Krzysztof Jurkiewicz, słowa i muzyka: Krzysztof Jurkiewicz
We Shall Overcome
2023-06-01 14:57:54
Charleston w Karolinie Południowej. Tam od 1912 roku w budynku starej przędzalni bawełny, American Tobacco Company produkuje cygara. W fabryce panuje segregacja rasowa. Afroamerykanie wykonują cięższe prace niż biali za znacząco niższe pensje. W czasie II Wojny Światowej w Cigar Factory zaczęły działać związki zawodowe. Związkowcy w czasie wojny zgodzili się nie prowadzić akcji protestacyjnych, w zamian firma obiecała podwyżki po jej zakończeniu. Po zakończeniu wojny robotnicy podwyżek nie zobaczyli. W październiku 1945 roku wybuchł strajk. Większość strajkujących stanowiły czarne kobiety, ale organizatorzy doszli do wniosku że kluczowa dla wygrania strajku będzie wielorasowość, zaczęli integrować białe i czarne pracownice i pracowników. Strajk zakończył się 1 kwietnia 1946 roku. Pracodawca podszedł na ustępstwa, podniósł nieznacznie płace (8 centów na godzinę) i złagodził bariery rasowe.
Strajk w Fabryce Cygar jest dzisiaj uważany za znaczący, rzadkością w owych czasach była integracja i wspólna obrona interesów czarnych i białych, szczególnie w południowych stanach. Dla nas strajk jest arcyważny również z innego powodu. Podczas strajku długoletnia pracownica fabryki Lucille Simons, przed końcem pikietowania zaśpiewała piosenkę „We’ll Overcome”. To było pierwsze powszechnie uznane wykonanie songu który dziś znamy pod tytułem „We Shall Overcome”.
Od Simmons piosenki nauczyła się Zilphia Horton, dyrektorka muzyczna w legendarnej Highlander Folk School. Zilphia tą piosenką kończyła zazwyczaj grupowe zajęcia, które prowadziła. Od Zilphii piosenki nauczył się Pete Seeger. Wydawał w tym czasie z Alanem Lomaxem i Lee Hysem biuletyn, w którym publikował pieśni robotnicze. W 1948 roku podczas kampanii prezydenckiej Henry’ego Wallace’a wydrukował „We Will Overcome”. Pete zmienił pierwsze słowa każdego wersu z „I’ll” czy też „I will” na „I shall”, tak mu lepiej brzmiało (w zasadzie to po latach sam stwierdził że nie pamięta czy to na pewno on dokonał tej zmiany). Dodał również dwie ostatnie zwrotki.
W 1950 jeszcze pod tytułem „We Will Overcome” piosenkę nagrał Joe Glaze. W 1952 już jako „We Shall Overcome” piosenka pojawiła się na płycie Laury Duncan. I potem już poszło. Song co chwila był nagrywany przez jakiegoś artystę. Piosenkę poznawali również działacze społeczni. W 1957 Seegera słuchał Martin Luther King i „We Shall Overcome” utkwiła mu w pamięci. Kiedy Highlander Folk School była nękana przez naloty policji tamtejsza młodzież dodawała sobie otuchy śpiewając „We Shall Overcome”, nadając jej jednocześnie takie brzmienie jakie znamy dzisiaj. Piosenka zyskała status protestsongu. W 1963 podczas marszu na Waszyngton razem z Joan Baez „We Shall Overcome” śpiewa 300 tysięczny tłum. 2 lata później piosenkę cytuje Prezydent Lyndon Johnson w przemówieniu do uczestników słynnego marszu z Selmy do Montgomery. W tym samym roku „We Shall Overcome” cytuje na wystąpieniu w Temple Israel w Hollywood Martin Luther King. Robi to również w 1968 roku, cztery dni przed tragiczną śmiercią. Na jego pogrzebie We Shall Overcome śpiewa ponad 50 tysięcy gardeł.
I tak popularność protestosngu rozlała się po całym świecie. Trudno pewnie byłoby znaleźć demonstrację społeczne w latach 60 i późniejszych na których piosenka nie była by śpiewana przez tłum.
Sail-Ho
Audycja zawiera utwory:
“We Shall Overcome” (w tle), wyk. Charlie Haden & Hank Jones muzyka: trad.
“We Shall Overcome”, wyk. Pete Seeger, słowa i muzyka: trad.
“We Shall Overcome”, wyk. Joan Baez, słowa i muzyka: trad.
„I Will Overcome Someday” wyk. Carolyn Disnew-Zameret, słowa i muzyka: Charles Albert Tindley
„No More Auction Block For Me” wyk. Odetta, słowa i muzyka: trad.
„O Sanctissima” wyk. Regina Nathan, słowa i muzyka: trad.
“We Shall Overcome”, wyk. Bruce Springsteen with the Sessions Band, słowa i muzyka: trad.
Dziewczę z Amsterdamu (The Maid of Amsterdam, A-Roving)
2023-05-18 00:03:54
Praca przy pompie należała chyba do najbardziej żmudnych na statku żaglowym. Weźmy takie pompy dźwigniowe. Działały jak drezyna o napędzie ręcznym. Marynarze ustawieni po dwóch stronach pchali na przemian raz do dołu raz do góry drążek dźwigni, która uruchamiała tłoki pompujące wodę. Długość ramion pompy decydowała czy ruch do góry i na dół następował na jedno czy na dwa tempa. I tak całą wachtę.
Podobnie przy windach kotwicznych. Zanim w latach 60 XIX wieku wynaleziono windę kabestanową, bęben na który nawijano cumy kotwiczne był poruszany windą dźwigniową. Marynarze nawijając na bęben linę kotwiczną wciągali statek nad leżącą na dnie kotwicę a następnie podnosili kotwicę z wody. Ta ważyła nierzadko kilka ton, lina czy łańcuch kotwiczny czasem jeszcze więcej. Praca wymagała wielkiej siły, a wybieranie cumy kotwicznej mogło trwać nawet kilka godzin. Ciężka robota trud i znój.
I właśnie szanty pomagały synchronizować ruchy, regulowała rytm pracy i dostarczała rozrywki podczas harówki. Te śpiewane przy pompach czy windzie kotwicznej nazywano pompowymi i kabestanowymi. I właśnie do pracy na windzie lub pompie była śpiewana dzisiejsza bohaterka „A-roving”, znana jako” The Maid of Amsterdam”, czyli „Panienka z Amsterdamu”. Jest uważana za jedną z najstarszych szant. Joanna Colcord twierdzi, że „Panienka z Amsterdamu” że jest najstarszą spośród wszystkich znanych szant kabestanowych. I musiała być jedną z najbardziej popularnych u schyłku ery wielkich żaglowców. Znajduje się w zdecydowanej większości zbiorów pionierskich badaczy i kolekcjonerów szant. Ciekawostką jest fakt, że o ile panuje powszechna opinia, że przy pracy była śpiewana z rubasznym tekstem, to w zbiorach jest z tej sprośności cokolwiek wyczyszczona. Jak na najstarszą szantę przystało „A-roving” ma niezwykłą mnogość wersji tekstowych, śpiewana była do pracy na pokładach żaglowców ale również na wybrzeżach na wyspach brytyjskich, w Skandynawii, czy Francji. Jako pieśń brzegowa, nabrała szybszego tempa.
Tekst piosenki zazwyczaj opowiada o chłopaku, marynarzu, który spotyka młodą dziewczynę, czasem mężatkę, czasem przedstawicielkę najstarszego zawodu świata. Czasem zabiera ją na spacer do parku, czasem idą do pokoju mieszkania. Zazwyczaj do czegoś więcej między nimi dochodzi, choć oficjalne wersje oczywiście nie wnikają w szczegóły. Ale właśnie sama droga do zawarcia „bliższej znajomości” jest często podobna, krok po kroku, chłopak bierze dziewczynę za rękę, dotyka ramienia, nogi i tak dalej i tak dalej. Nazywają to progresją anatomiczną. Na koniec zazwyczaj dziewczyna chłopaka albo zostawia albo oszukuje, w każdym razie zostaje marynarz bez pieniędzy i sobie obiecuje : „nie będę się już z tobą włóczyć piękna panienko”.
A co z tą legendarną niemal rubasznością? No jest ona, czy też była. Są po niej ślady. Jeden z aktywnych użytkowników forum Mudcat Cafe opowiada historię o tym jak podczas niesławnych warsztatów nieocenzurowanych pieśni morskich na Mystic Seaport Sea Music Festival w '88 lub '89 Stan Hugill został skłoniony do zaśpiewania pikantnej, nie wygładzonej wersji ‘A-roving”. Ale o tym to już posłuchajcie w podcaście.
Sail-Ho
Audycja zawiera utwory:
“The Maid of Amsterdam” (w tle), wyk. the Bobby Spellman Quartet muzyka: trad.
„A Amsterdam” , wyk. Guy Béart, słowa i muzyka: Guy Béart
„To Amsterdam” wyk. Zespół Reprezentacyjny, tłum. Filip Łobodziński, muzyka: : Guy Béart
„The Maid of Amsterdam” wyk. Seán Dagher, słowa i muzyka: trad.
„The Maid from Amsterdam” wyk. King’s Galliard, słowa i muzyka: trad.
„Dziewczę z Amsterdamu” wyk. Stare Dzwony, tłum. Robert Stiller, muzyka: trad.
Ach te syreny...
2023-05-05 01:42:38
Mississippi John Hurt wychowywał się i spędził większość w Avalon w stanie Mississippi. Był wokalistą i gitarzystą bluesowy i countrowym. W latach dwudziestych nagrał dla wytwórni OKEH Records kilka płyt. Okazały się komercyjnymi porażkami i zarzucił publiczne muzykowanie mniej więcej na 35 lat. Do 1963 roku. Wtedy, na fali tzw. „folg revival” Ameryka zainteresowała się muzykiem. Hurt wystąpił na słynnym Newport Folk festiwal. Tam został gwiazdą. Nie na długo, zmarł 3 lata roku na zawał serca. Pozostawił po sobie całkiem sporo nagrań. Jedno z najsłynniejszych, to “Let the Mermaids Flirt with Me”. Piosenka została opublikowana dopiero w 1972 roku, choć powstała w latach 20. Opowiada o człowieku zmęczonym życiem, kochanki nie może znaleźć, z żoną mu źle, uciekłby przed nią przez morze, chętnie by odszedł, ale nie stać go na bilet na parowiec. No więc marzy o tym że po śmierci znajdzie spokój w głębiach oceanu flirtując z syrenami. Autorstwo tekstu jest przypisywane wydawcy Williamowi Meyerowi, choć niektóre źródła wskazują że tekst napisał Hurt. A muzyka? Muzykę zaczerpnął John z innej piosenki.
To kolejny przebój amerykańskiego folku. „Waiting For The Train” Jimmi Rodgers napisał i nagrał w 1929 roku. Opowiada o mężczyźnie wracającym do domu, który za brak biletu zostaje wyrzucony z pociągu i wiedzie życie włóczęgi. Rodgers pisząc utwór zaadaptował z kolei na swoje potrzeby XIX wieczna piosenkę z Anglii. Spisał tekst tak jak zapamiętał a producent Ralph Peer pomógł zmodyfikować melodię tak aby była dostosowana do podobno niezbyt dużego repertuaru akordów, jakie potrafił Rogers zagrać. Nie przeszkadzało to zostać piosence wielkim przebojem. Pomógł w tym październikowy krach na giełdzie w Nowym Jorku w 1929 roku. Tekst piosenki stał się bardzo aktualny. Niektórzy znawcy tematu uważają, że to Jimmy Rodgers a nie Woody Guthrie był prawdziwym głosem kryzysu. W tym samym roku Rodgers wystąpił w filmie wyprodukowanym przez Columbia Pictures, w którym śpiewał „Waiting For The Train”. Był to w zasadzie jeden z pierwszych teledysków muzyki counrty.
Wracając do korzeni piosenki, pierwowzorem podobno była londyńska ballada z połowy XIX wieku „Standing For The Platform”. Historia mężczyzny, który spotkał na dworcu kolejowym kobietę, która później fałszywie oskarżyła go o napaść. Pod koniec XIX wieku opublikowano na wersję ballady pod tytułem: „Wild and Reckless Hobo” („Dziki i lekkomyślny włóczęga”). Ale żeby nie było zbyt łatwo. Niektórzy amerykańscy znawcy tematu źródeł piosenki Rodgersa upatrują gdzie indziej. Twierdzą, że Rodgers był zainspirowany amerykańską folkową piosenką z końca XIX wieku „I’ve been Working on the Railroad”. Podobieństwa faktycznie są, więc może…
Sail-Ho
Audycja zawiera utwory:
“Waiting For A Train” (w tle), wyk. Raul Malo, Pat Flynn, Rob Ickes, Dave Pomeroy, muzyka: Jimmy Rodgers
„Parostatek” , wyk. Krzysztof Krawczyk, słowa: Tadeusz Drozda, muzyka: Jerzy Milian
„Let The Mermaids Flirt With Me”, wyk. Mississippi John Hurt, słowa: Mississippi John Hurt muzyka: Mississippi John Hurt na podst.”Waiting for the Train”
„Waiting for the Train”, wyk. Jimmy Rodgers, słowai muzyka: Jimmy Rodgers
„Waiting for the Train”, wyk. Hugh Laurie, słowa i muzyka: Jimmy Rodgers
„Wild And Reckless Hobo”, wyk. Jimmie Davies, słowa i muzyka: trad.
„I've Been Working On The Railroad”, wyk. Pete Seeger, słowa I muzyka: trad.
„Syrena niech porwie mnie”, wyk. Marek Szurawski i John Townley, słowa: Marek Szurawski, muzyka: Mississippi Jonhn Hurt „Let The Mermaids Flirt With Me”,
Navigators
2023-04-13 00:49:50
Trzy polki
2023-03-30 11:28:10
Dziś opowieść o trzech polkach.
Taniec polka powstał w pierwszej połowie XIX wieku w Czechach. Jego autorstwo rozpłynęło się w mroku dziejów. Taniec pierwotnie nazywany był maderą. Później ze względu na metrum zyskał nazwę plka (czyli połówka), by ostatecznie zostać polką. I tu mamy dwie teorie. Zmiana nastąpiła albo w wyniku wzrostu sympatii Czechów do Polaków po upadku powstania listopadowego, albo w wyniku wzrostu sympatii kompozytora Františka Matěja Hilmara do polskiej śpiewaczki Esmeraldy.
Polka szybko ruszyła na podbój Europy. Podbił przede wszystkim Austrię, Polskę i Włochy, trochę później nawet Finlandię.
Nasza pierwsza polka powstała pod koniec XIX wieku w Austrii jako „Klarinetten Muckl”, lub po prostu „A Hupfata” czyli „skakany” . Autor oczywiście nieznany. Melodię usłyszał i zauroczył się nią Karol Namysłowski, twórca Włościańskiej Orkiestry w Zamościu. Pan Karol przearanżował austriackie nuty i powstała „Polka Dziadek”. W 1913 roku osobiście zastrzegł do niej (aranżacji) prawa autorskie. Melodia napisana z myślą o klarnecie stanowi nie lada wyzwanie dla gitarzystów, nie mówiąc już o smyczkach.
Dwie kolejne polki spotkamy na północy Europy. Pod koniec XIX wieku polka dotarła do Finlandii i rozkochała w sobie Finów. I za tę miłość pięknie się im odwdzięczyła. W 1930 roku kompozytor i akordeonista Viljo "Vili" Vesterinen nagrał „Säkkijärven polkka”, melodię jak najbardziej ludową spisaną 50 lat wcześniej przez pewnego muzyka kościelnego. Vesterinen nagrał później tę polkę trzykrotnie, ale najważniejsze było nagranie z 1939 roku z orkiestrą Dallape. Dlaczego?
Historia rozegrała się podczas radziecko fińskiej wojny kontynuacyjnej. W 1941 roku wycofujący się Sowieci zaminowali Wyborg. Rozstawione miny były wyzwalane trzydźwiękowym akordem wprawiającym w drgania zestaw stroików charakterystyczny dla każdej osobnej miny. Sowieci detonowali systematycznie bomby wprawiając Finów w konsternację. Trzeba było jakoś sygnał Sowietów zagłuszyć. Do boju ruszył wóz transmisyjny. Zaczął nadawać właśnie wspomnianą „Säkkijärven polkka. I nadawał bez przerwy, do czasu opracowani alternatywnej metody ponad 1500 razy. Polka przyczyniła się do rozbrojenia min o mocy kilku tysięcy kg. trotylu.
Ale to nie „Säkkijärven polkka” jest dzisiaj najbardziej znana na świecie. W 1928 roku Eino Kuttenen napisał do ludowej melodii zabawny tekst w dialekcie używanym we wschodniej Karelii. Młody mężczyzna opowiada o kobiecie o imieniu Eva, lokalnie Ieva. Evę pilnuje mama, ale dziewczyna wymyka się z domu na potańcówkę. I tańczy całą noc z chłopakiem. Prosta historia.
To „Ievan Polkka” - po wojnie powoli stawała się zapomniana. Aż w 1995 roku jej brawurową wersję na swoim debiutanckim albumie nagrała wokalna grupa Loituma. Trzy lata później album został wydany w Stanach zjednoczonych. „Ievan Polkka” zawojowała cały świat. Dziś każdy chyba kojarzy tę skoczną melodię. Ale najwspanialsza wersja „Ievan Polkki” powstała u nas. W 2021 roku (czyli chyba jeszcze z covidowych nudów) brawurowo fińska polkę zaaranżował i nagrał kwintet NorthCape. I panowie dorzucili jeszcze do tego przezabawny teledysk. Poszukajcie go w sieci, koniecznie, ubawicie się.
Sail-ho
Audycja zawiera utwory:
„Polka Dziadek”, wyk. Wojtek Zięba, muzyka: tradycyjna
„Polka Dziadek”, wyk. Kameralna Orkiestra Polskiego Radia, muzyka: tradycyjna
„Säkkijärven polkka”, wyk. Viljo Vesterinen i orkiestra Dallapé, muzyka: tradycyjna
„Säkkijärven polkka”, wyk. Leningrad Cowboys, muzyka: tradycyjna
„Ievan Polkka”, wyk. Matti Jurva i Ramblers-orkesteri, słowa: Eino Kuttenen, muzyka: tradycyjna
„Ievan Polkka”, wyk. Loituma, słowa: Eino Kuttenen, muzyka: tradycyjna
„Ievan Polkka”, wyk. North Cape, słowa: Eino Kuttenen, muzyka: tradycyjna
„Guitarrpolka” (w tle), wyk. Gabriel Karlsson, muzyka: Gabriel Karlsson
„Ievan Polkka” (w tle), wyk. Eiro Nareth, muzyka: tradycyjna
Danny Boy
2023-03-16 22:12:18
Irlandia Północna. W Limavady, małym targowym miasteczku na północy hrabstwa mieszka Jane Ross. Pani Ross kolekcjonuje melodie ludowe. W 1851 roku usłyszała pięknie grającego przed jej domem skrzypka. Zauroczona muzyką wyszła do skrzypka, melodię spisała, opisała ją jako bardzo starą bez tytułu. Nieco później wraz z całym zbiorem melodii przekazała Georgowi Petrie, który w 1855 opublikował ją w książce The Ancient Music of Ireland pod tytułem „Londonderry Air”.
Pochodzenie melodii długo pozostawało w tajemnicy. Dopiero W 1974 roku Hugh Shields odkrył dawno zapomnianą piosenkę "Aislean an Oigfear” (pol. „Sen młodzieńca”), pierwszy raz zapisaną 1792 roku. Badacz nieceo później odkrył również oryginalne słowa do tej melodii napisane w 1814 roku przez Edwarda Fitzimmonsa. Jego piosenka nosiła tytuł „The Confession of Devorgilla”. Dziś można znaleźć w otchłani internetu już tylko wersję śpiewaną do melodii „Londonderry Air”.
A „Londoderry Air”? Była to w XIX wieku całkiem popularna melodia. Już w latach 70 powstały do niej pierwsze słowa, później posypały się następne wersje. Melodię upodobali sobie twórcy hymnów kościelnych powstało ich kilkanaście, ale były też i świeckie teksty. A paradoksem jest to, że ten najważniejszy tekst, tajemniczy i przejmujący „Danny Boy”, dzisiaj śpiewany na całym świecie, powstał do zupełnie innej melodii. Drugim paradoksem jest to, że tekst ikony irlandzkiej piosenki napisał Anglik, prawnik i tekściarz Frederic Weatherly. Dzisiejszą piosenkę zawdzięczamy jemu i jego szwagierce Margaret Enright Weatherly.
Historia ma wiele wersji, w jednej Margareth przesłała Fredericowi melodię „Londonderry Air” a ten przerobił tekst swojego wcześniejszego wiersza „Danny Boy” tak aby pasował do tempa i metrum. W innej Frederic wysłał wiersz „Danny Boy” do Margareth mieszkającej w Stanach Zjednoczonych w Colorado, a ta nieco dopasowała tekst do melodii granej jej w dzieciństwie przez ojca. Jak było, już się nie dowiemy ale powstała przepiękna ballada „Danny Boy”.
Ze względu na pochodzenie piosenka stała się szybko niezwykle popularna wśród irlandzkiej diaspory w Ameryce. Ale nie tylko tam. Na Igrzyskach wspólnoty brytyjskiej w 1978 roku złoty medal w wadze koguciej zdobył bokser Gary McGuigan. Ze względów technicznych organizatorzy nie mogli zagrać mu hymnu narodowego. Jeden z urzędników chwycił mikrofon i zaintonował „Danny Boy”, fani Barrego podchwycili śpiew, Barry się niezmiernie wzruszył i od tej pory piosenka towarzyszyła każdej walce pięściarza. Stała się również często śpiewana przez kibiców innych dyscyplin. Uważana jest za nieoficjalny hymn Irlandii Północnej. Ale to nie koniec zastosowań. Danny Boy jest często śpiewany na pogrzebach, ba był śpiewany na pogrzebie samego Elvisa Presleya. A żeby było ciekawiej, kościół irlandzki zakazał wykonywania piosenki na mszach.
Piosenka jest śpiewana na całym świecie przy wielu okazjach, a Irlandczycy od lat dyskutują o czym ona w zasadzie jest. Sprawa nie jest ani oczywista ani prosta ale o tym posłuchajcie w podcaście
Molly Malone
2023-03-02 12:15:03
W poszukiwaniu Molly Malone przenieśmy się do siedemnastowiecznego Dublina. Nie przypomina on dzisiejszego miasta, jest pocięty niezliczoną liczbą wąskich uliczek. Po jednej z nich spacerujemy. Nagle naszą uwagę zwraca zamieszanie na końcu uliczki. Widzimy zebrany tłum od którego dochodzą nas jakieś pohukiwania, podniesione szepty. Wiedzeni ciekawością podchodzimy bliżej. Gawiedź zebrała się wokół młodej kobiety. Ta leży bez ruchu, nie oddycha. Ubrana w koszulę z długimi rękawami, podkoszulek, długą sukienkę z zapaską, na głowie ma baskijski wełniany beret i obuta jest w hiszpańskie trzewiki. Chociaż już martwa, zachwyca urodą. Z tłumu słychać pytania kto to kto to. Odzywa się młody chłopak „To Molly Malone, handlarka rybami” i ze smutkiem dopowiada „już jej między nami nie ma” . Stojąca obok pulchna kobieta (może matka chłopaka) rzuca pogardliwie „Dopadł ją wyrok boski, ladacznica dorabiała nocami na ulicy”. Jakiś mężczyzna wtrąca „Bądź że miłosierna kobieto, nie mów źle o zmarłej”. Wygląda na to że to medyk, pochyla się nad dziewczyną bada ją wzrokiem i stwierdza „Jeśli nie zabił ją tyfus, to pewnie choroba weneryczna, lepiej się cofnijcie jej opary mogą być szkodliwe”. Tłum niechętnie rozchodzi się.
My udajemy się do tawerny gdzie się zatrzymaliśmy. Pogłoski rozchodzą się szybciej niż tłum. W tawernie już naczelnym tematem rozmów jest śmierć młodej dziewczyny. Najbardziej obeznany z tematem zdaje się być właściciel. Ze swadą opowiada, że zna rodziców Molly, również zajmują się sprzedażą ryb, mieszkają nieopodal na Fishamble Street. A Molly była jedna z najpiękniejszych dziewczyn w okolicy i wykorzystywała to handlując nie tylko owocami morza. Codziennie rano przemierzała ze swoim wózkiem pełnym ryb, krabów i małż drogę pomiędzy Liberties i Grafton Street, wykrzykując na cały głos „cookles and mussels alive alive o”. Nocami zakładała kusą sukienkę, siatkowe rajstopy i zalotne buty na obcasie i tak prowokacyjnie ubrana szukała chętnych na płatną przygodę. Klientów znajdowała przede wszystkim wśród studentów pobliskiego Trinity College.
Zaciekawieni historią Molly następnego ranka udajemy się tuż obok do kościoła św. Jana. Dołączamy do ceremonii pogrzebowej. Pastor kazanie rozpoczyna słowami, „zaledwie trzydzieści lat temu osobiście w kościele św. Andrzeja chrzciłem Molly Malone, a dziś spoczywa na mnie obowiązek pochowania nieszczęsnej” Kończy zaś prośba do zgromadzonych „Nie osądzajcie zbyt surowo tej umęczonej Magdaleny, ona już została otulona miłością bożą”. Po skończonej ceremonii ciało zostaje złożone w mogile na cmentarzu św. Jana.
Ale to nie jest koniec historii dziewczyny handlującej rybami. Tragiczną historie upodobali sobie dublińscy śpiewacy i bardowie. Powstała przepiękna ballada zaczynająca się od słów „W pięknym mieście Dublinie, gdzie dziewczyny są takie ładne, po raz pierwszy ujrzałem słodką Molly Malone” (znajome prawda?). Piosenka stała się niezwykle popularna, chyba najbardziej znana na świecie ze wszystkich irlandzkich piosenek no i oczywiście okrzyknięto ją nieoficjalnym hymnem Dublina. Nie sposób zliczyć artystów, którzy nagrali swoją wersję „Cookles and Mussels”.
A skąd pochodzi tekst i melodia? O tym opowiadam w podcaście.