Stan Wyjątkowy

"Stan Wyjątkowy" to program, w którym Andrzej Stankiewicz, Dominika Długosz, Renata Grochal i Kamil Dziubka dyskutować będą o najważniejszych politycznych wydarzeniach tygodnia. Czołowi dziennikarze Onetu i Newsweeka zapewnią słuchaczom i widzom nieszablonową, często żartobliwą, ale zawsze merytoryczną rozmowę, a ich ogromne doświadczenie dziennikarskie i znajomość kulisów polskiej sceny politycznej gwarantują potężną dawkę informacji.


Odcinki od najnowszych:

#79 - Ziobryści gotowi na wojnę z Kaczyńskim. Solidarna Polska chce zablokować operację fundamentalną dla prezesa PiS
2021-03-06 17:12:50

Rząd zmienia zasady szczepień przeciwko COVID-19, ale widać wyraźnie, że wciąż nie ma jasnego planu walki z pandemią. No bo jakim cudem młodzi pracownicy naukowi uczelni zostali zaszczepieni przed chorymi na raka? Sprawność rządu obniża zaostrzający się konflikt w koalicji. Ludzie Zbigniewa Ziobry swym radykalizmem przysparzają Jarosławowi Kaczyńskiemu masę problemów. Wojna z Ziobrą wykańcza też premiera, który jest politycznie coraz słabszy i próbuje się ratować tworząc radę doradców, w której dominują wasale Kaczyńskiego. O tych wszystkich tematach posłuchają Państwo w najnowszym odcinku podcastu „Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z „Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu. Rok w koronie. Kaczyński oblał egzamin z przywództwa 4 marca minął dokładnie rok, odkąd na w Polsce pojawił się koronawirus. Wiosną minionego roku rząd zamknął wiele branż gospodarki, nie pozwolił nam wychodzić z domu, a dzieci zaczęły uczyć się zdalnie. Potem rząd odwołał wszystkie ograniczenia, bo chciał wywołać wrażenie, że wygrał z koronawirusem. Cel był jasny: PiS chciało pomóc Andrzejowi Dudzie wygrać wybory prezydenckie, więc trzeba było wyborców uspokajać i zaganiać do urn. Duda na takim wspomaganiu wybory wygrał, ale skutek był do przewidzenia: na jesieni uderzyła w nas druga fala zarazy. Ograniczenia więc wróciły i w różnym zakresie trwają do dziś. Ludzie po roku są zmęczeni, a władza nie pokazuje im, że wie co robi i działa logicznie. Wciąż nie ma jasno określonych kryteriów walki z pandemią. Z jednej strony rząd zamyka całe regiony — jak Warmia i Mazury oraz Pomorze — i zapowiada się otwieranie szpitali tymczasowych. A z drugiej minister zdrowia Adam Niedzielski zapowiada, że po świętach może nastąpić znaczące luzowanie obostrzeń. Dzisiaj głównym problemem walki z epidemią są opóźnienia w dostawach szczepionek. W związku z tym, rząd zmienił zasady szczepień i wydłużył okres oczekiwania między pierwszą, a drugą dawką. To powoduje, że szczepionki, które dotąd czekały na ludzi jako druga dawka, teraz czekać nie będą i zostaną podane nowym szczepionym. W ten sposób więcej osób dostanie szybko pierwszą dawkę. Bo - jak wskazują badania - już po pierwszej dawce nabiera się odporności na poziomie 50 procent. Rząd stawia więc na to, by jak najwięcej ludzi zaszczepić pierwszą dawką, a na drugi plan zrzuca to, czy drugą dawkę w ogóle będzie miał.  Ponieważ unijny system zakupu szczepionek szwankuje — bo część firm farmaceutycznych oszukuje Brukselę — polski rząd zaczyna się interesować szczepionką z Chin. Na czwartkowej konferencji prasowej, Michał Dworczyk ogłosił, że bierzemy to pod uwagę. Do Chińczyków odezwał się sam prezydent, choć to może nie najlepszy prognostyk. Poprzednim razem, gdy Andrzej Duda dobił targu z prezydentem Chin, do Polski przyleciały maseczki, które do niczego się nie nadawały. Rząd podejmuje też inne działania. Sztandarowym projektem jest linia do rozlewania szczepionek w Polfie Tarchomin. Odpowiada za to wicepremier Jacek Sasin, pewne jest więc tylko jedno — na pewno zapłacimy za tę inwestycję, ale niekoniecznie dojdzie ona do skutku. Ten rok z koroną dowiódł fiaska myśli politycznej Jarosława Kaczyńskiego. Konflikty koalicyjne, piątka dla zwierząt, zaostrzanie aborcji, wyrzucanie Ziobry z rządu, a Gowina z jego własnej partii — to pochłaniało prezesa, a nie COVID. Czasy kreują liderów, a prezes nie zdał egzaminu z przywództwa. Gwiazdorzy wśród doradców politycznych Morawieckiego   Premier Mateusz Morawiecki powołał w środę radę doradców politycznych, która liczyć będzie 21 osób. Barwnych życiorysów nie brakuje. Przewodniczącym został Krzysztof Tchórzewski, były minister energii, który najpierw twierdził, że załatwi Polakom rekompensaty za wzrost cen energii, a gdy z rządu odszedł, to oświadczył, że rekompensat nie będzie, bo zarabiamy coraz więcej i damy sobie radę. Wśród członków rady jest także poseł PiS Leonard Krasulski, który przez lata ukrywał, że w PRL był zawodowym żołnierzem i służył w pułku czołgów, który masakrował robotników na Wybrzeżu w grudniu 1970 r. Krasulski twierdził, że nie brał udziału w tłumieniu Grudnia, bo został w jednostce. Przekonywał też, że był żołnierzem opozycyjnym, za co potem został wyrzucony z wojska. Okazało się, że rzeczywiście z komunistycznego wojska został wyrzucony. Tyle, że za kradzież beczki spirytusu. Inną gwiazdą rady doradców politycznych będzie bez wątpienia inny poseł PiS Jest też Robert Telus. Ma talenty impresario z show-biznesu. Do jednego z programów TVP wcisnął swą córkę, zięcia i wielu znajomych. Niemal wszyscy powołani przez premiera do rady politycznej, to ludzie głęboko związani z Jarosławem Kaczyńskim. I jednocześnie — najczęściej przeciwnicy Morawieckiego. Była to więc inicjatywa prezesa, żeby wzmocnić Morawieckiego w partii i osłabić wewnętrzną krytykę pod adresem premiera. Ale priorytetem Kaczyńskiego nie jest dziś obrona Morawieckiego, a obrona własnej pozycji politycznej. Kaczyński musi zachować większość parlamentarną, nie będzie więc umierał za premiera. Osłabiony przez pandemiczny rok Mateusz Morawiecki znalazł się dziś w niebywale trudnej sytuacji. Nikt nie mówi już o nim jako o potencjalnym następcy Jarosława Kaczyńskiego, a do tego jest coraz słabszy w relacjach ze Zbigniewem Ziobrą, który wyciąga coraz to mocniejsze armaty przeciwko niemu. Solidarna Polska idzie na wojnę z PiS Władze PiS odwołując z rządu najbardziej kontrowersyjnego polityka Solidarnej Polski Janusza Kowalskiego, chciały pokazać miejsce w szeregu partii Zbigniewa Ziobry. PiS liczył na to, że — cytując wicemarszałka Sejmu Ryszarda Terleckiego — da Solidarnej Polsce po łapkach i partia Ziobry przestanie fikać. Wyszło dokładnie odwrotnie. Kowalski zwolniony z rządu ma dużo większą swobodę w atakowaniu PiS — ziobryści dali mu specjalną „licencję na zabijanie”. Solidarna Polska nie poprze ratyfikacji umowy z Unią dotyczącej stworzenia funduszu odbudowy UE po koronawirusie — to konsekwencja otwarcie antyunijnej polityki ziobrystów. Dla PiS to kłopot, bo bez posłów Solidarnej Polski umowa nie zostanie zatwierdzona. A jeśli Polska jej nie zatwierdzi, to nie dostanie miliardów fundusz odbudowy UE w ogóle nie powstanie w tej formie. I nie będzie pieniędzy. A — według planów — Polska ma z funduszu odbudowy otrzymać 153 miliardy zł w postaci kredytów i ok. 100 miliardów zł w postaci bezzwrotnych dotacji. Drugi koalicyjny front to energetyka. Ziobryści odrzucają decyzje PiS, które zdecydowało się na odchodzenie od węgla. Ziobryści atakują PiS, podkreślając, że „nawet Platforma Obywatelska i SLD” nie zamykały kopalń. Promują się wśród związkowców na Śląsku, a jednocześnie straszą uboższych podwyżkami cen energii. W dodatku ziobryści chcą zablokować fundamentalną operację na rynku paliwowym, jaką jest fuzja Orlenu z Lotosem — to trzecie pole wojny. Fuzja dwóch naftowych firm to marzenie prezesa Kaczyńskiego, który chciałby przekształcić Orlen w gigantyczny, paliwowo-energetyczno-gazowo-wydawniczo-parówkowy konglomerat. Solidarna Polska cały swój aparat zaangażowała w próbę zablokowania tej fundamentalnej operacji. To ważna gra, która pokazuje, że ziobryści są gotowi pójść na wojnę z Kaczyńskim w sprawie, która jest dla niego jedną z najważniejszych. To idealnie obrazuje stan koalicji rządzącej.

Rząd zmienia zasady szczepień przeciwko COVID-19, ale widać wyraźnie, że wciąż nie ma jasnego planu walki z pandemią. No bo jakim cudem młodzi pracownicy naukowi uczelni zostali zaszczepieni przed chorymi na raka? Sprawność rządu obniża zaostrzający się konflikt w koalicji. Ludzie Zbigniewa Ziobry swym radykalizmem przysparzają Jarosławowi Kaczyńskiemu masę problemów. Wojna z Ziobrą wykańcza też premiera, który jest politycznie coraz słabszy i próbuje się ratować tworząc radę doradców, w której dominują wasale Kaczyńskiego. O tych wszystkich tematach posłuchają Państwo w najnowszym odcinku podcastu „Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z „Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu.

Rok w koronie. Kaczyński oblał egzamin z przywództwa

4 marca minął dokładnie rok, odkąd na w Polsce pojawił się koronawirus. Wiosną minionego roku rząd zamknął wiele branż gospodarki, nie pozwolił nam wychodzić z domu, a dzieci zaczęły uczyć się zdalnie. Potem rząd odwołał wszystkie ograniczenia, bo chciał wywołać wrażenie, że wygrał z koronawirusem. Cel był jasny: PiS chciało pomóc Andrzejowi Dudzie wygrać wybory prezydenckie, więc trzeba było wyborców uspokajać i zaganiać do urn. Duda na takim wspomaganiu wybory wygrał, ale skutek był do przewidzenia: na jesieni uderzyła w nas druga fala zarazy. Ograniczenia więc wróciły i w różnym zakresie trwają do dziś.
Ludzie po roku są zmęczeni, a władza nie pokazuje im, że wie co robi i działa logicznie. Wciąż nie ma jasno określonych kryteriów walki z pandemią. Z jednej strony rząd zamyka całe regiony — jak Warmia i Mazury oraz Pomorze — i zapowiada się otwieranie szpitali tymczasowych. A z drugiej minister zdrowia Adam Niedzielski zapowiada, że po świętach może nastąpić znaczące luzowanie obostrzeń.
Dzisiaj głównym problemem walki z epidemią są opóźnienia w dostawach szczepionek. W związku z tym, rząd zmienił zasady szczepień i wydłużył okres oczekiwania między pierwszą, a drugą dawką. To powoduje, że szczepionki, które dotąd czekały na ludzi jako druga dawka, teraz czekać nie będą i zostaną podane nowym szczepionym. W ten sposób więcej osób dostanie szybko pierwszą dawkę. Bo - jak wskazują badania - już po pierwszej dawce nabiera się odporności na poziomie 50 procent. Rząd stawia więc na to, by jak najwięcej ludzi zaszczepić pierwszą dawką, a na drugi plan zrzuca to, czy drugą dawkę w ogóle będzie miał.
 Ponieważ unijny system zakupu szczepionek szwankuje — bo część firm farmaceutycznych oszukuje Brukselę — polski rząd zaczyna się interesować szczepionką z Chin. Na czwartkowej konferencji prasowej, Michał Dworczyk ogłosił, że bierzemy to pod uwagę. Do Chińczyków odezwał się sam prezydent, choć to może nie najlepszy prognostyk. Poprzednim razem, gdy Andrzej Duda dobił targu z prezydentem Chin, do Polski przyleciały maseczki, które do niczego się nie nadawały.
Rząd podejmuje też inne działania. Sztandarowym projektem jest linia do rozlewania szczepionek w Polfie Tarchomin. Odpowiada za to wicepremier Jacek Sasin, pewne jest więc tylko jedno — na pewno zapłacimy za tę inwestycję, ale niekoniecznie dojdzie ona do skutku.
Ten rok z koroną dowiódł fiaska myśli politycznej Jarosława Kaczyńskiego. Konflikty koalicyjne, piątka dla zwierząt, zaostrzanie aborcji, wyrzucanie Ziobry z rządu, a Gowina z jego własnej partii — to pochłaniało prezesa, a nie COVID. Czasy kreują liderów, a prezes nie zdał egzaminu z przywództwa.

Gwiazdorzy wśród doradców politycznych Morawieckiego 

Premier Mateusz Morawiecki powołał w środę radę doradców politycznych, która liczyć będzie 21 osób. Barwnych życiorysów nie brakuje. Przewodniczącym został Krzysztof Tchórzewski, były minister energii, który najpierw twierdził, że załatwi Polakom rekompensaty za wzrost cen energii, a gdy z rządu odszedł, to oświadczył, że rekompensat nie będzie, bo zarabiamy coraz więcej i damy sobie radę. Wśród członków rady jest także poseł PiS Leonard Krasulski, który przez lata ukrywał, że w PRL był zawodowym żołnierzem i służył w pułku czołgów, który masakrował robotników na Wybrzeżu w grudniu 1970 r. Krasulski twierdził, że nie brał udziału w tłumieniu Grudnia, bo został w jednostce. Przekonywał też, że był żołnierzem opozycyjnym, za co potem został wyrzucony z wojska. Okazało się, że rzeczywiście z komunistycznego wojska został wyrzucony. Tyle, że za kradzież beczki spirytusu.
Inną gwiazdą rady doradców politycznych będzie bez wątpienia inny poseł PiS Jest też Robert Telus. Ma talenty impresario z show-biznesu. Do jednego z programów TVP wcisnął swą córkę, zięcia i wielu znajomych.
Niemal wszyscy powołani przez premiera do rady politycznej, to ludzie głęboko związani z Jarosławem Kaczyńskim. I jednocześnie — najczęściej przeciwnicy Morawieckiego. Była to więc inicjatywa prezesa, żeby wzmocnić Morawieckiego w partii i osłabić wewnętrzną krytykę pod adresem premiera. Ale priorytetem Kaczyńskiego nie jest dziś obrona Morawieckiego, a obrona własnej pozycji politycznej. Kaczyński musi zachować większość parlamentarną, nie będzie więc umierał za premiera. Osłabiony przez pandemiczny rok Mateusz Morawiecki znalazł się dziś w niebywale trudnej sytuacji. Nikt nie mówi już o nim jako o potencjalnym następcy Jarosława Kaczyńskiego, a do tego jest coraz słabszy w relacjach ze Zbigniewem Ziobrą, który wyciąga coraz to mocniejsze armaty przeciwko niemu.

Solidarna Polska idzie na wojnę z PiS

Władze PiS odwołując z rządu najbardziej kontrowersyjnego polityka Solidarnej Polski Janusza Kowalskiego, chciały pokazać miejsce w szeregu partii Zbigniewa Ziobry. PiS liczył na to, że — cytując wicemarszałka Sejmu Ryszarda Terleckiego — da Solidarnej Polsce po łapkach i partia Ziobry przestanie fikać. Wyszło dokładnie odwrotnie. Kowalski zwolniony z rządu ma dużo większą swobodę w atakowaniu PiS — ziobryści dali mu specjalną „licencję na zabijanie”.
Solidarna Polska nie poprze ratyfikacji umowy z Unią dotyczącej stworzenia funduszu odbudowy UE po koronawirusie — to konsekwencja otwarcie antyunijnej polityki ziobrystów. Dla PiS to kłopot, bo bez posłów Solidarnej Polski umowa nie zostanie zatwierdzona. A jeśli Polska jej nie zatwierdzi, to nie dostanie miliardów fundusz odbudowy UE w ogóle nie powstanie w tej formie. I nie będzie pieniędzy. A — według planów — Polska ma z funduszu odbudowy otrzymać 153 miliardy zł w postaci kredytów i ok. 100 miliardów zł w postaci bezzwrotnych dotacji.
Drugi koalicyjny front to energetyka. Ziobryści odrzucają decyzje PiS, które zdecydowało się na odchodzenie od węgla. Ziobryści atakują PiS, podkreślając, że „nawet Platforma Obywatelska i SLD” nie zamykały kopalń. Promują się wśród związkowców na Śląsku, a jednocześnie straszą uboższych podwyżkami cen energii.
W dodatku ziobryści chcą zablokować fundamentalną operację na rynku paliwowym, jaką jest fuzja Orlenu z Lotosem — to trzecie pole wojny. Fuzja dwóch naftowych firm to marzenie prezesa Kaczyńskiego, który chciałby przekształcić Orlen w gigantyczny, paliwowo-energetyczno-gazowo-wydawniczo-parówkowy konglomerat. Solidarna Polska cały swój aparat zaangażowała w próbę zablokowania tej fundamentalnej operacji. To ważna gra, która pokazuje, że ziobryści są gotowi pójść na wojnę z Kaczyńskim w sprawie, która jest dla niego jedną z najważniejszych. To idealnie obrazuje stan koalicji rządzącej.

#78 - Napoleon z Pcimia. Czy taśmy obciążające Daniela Obajtka zaszkodzą PiS?
2021-02-27 17:23:23

Miał być nadzieją Polski, miał być zapamiętany przez historyków niczym naftowy Napoleon. Na taśmach ujawnionych przez „Gazetę Wyborczą” prezes Orlenu Daniel Obajtek prezentuje się jednak bardziej jak drobny krętacz i posiadacz sporego arsenału oryginalnych bluzgów. Jeśli Obajtek liczył na fotel premiera — a liczył — to może go pożegnać w swym knajackim stylu. Posłuchają Państwo o tym w najnowszym odcinku podcastu “Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z “Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu.     Człowiek wolny od zahamowań   Niedawno Obajtek odebrał nagrodę o dumnej nazwie „Człowiek wolności”, przyznawaną przez skrajnie prorządowy tygodnik „Sieci”. Przy tej właśnie okazji Jarosław Kaczyński powiedział o nim, że jest nadzieją nie tyle dla obozu władzy, co dla całej Polski. Rzeczywiście, Obajtek jest wolny od wielu zahamowań, czego dowiedzieliśmy się z nagrań, ujawnionych przez „Gazetę Wyborczą”. Ta historia zaczyna się w połowie lat 90-tych, kiedy to Obajtek został zatrudniony przez swych wujów w ich fabryce granulatu. Od tego momentu rodzinna firma zaczęła mieć problemy, a Obajtek wręcz przeciwnie: zaczął się szybko bogacić. Wujowie oskarżyli go o to, że okrada firmę — miał przywłaszczyć setki tysięcy złotych. Taśmy ujawnione przez „Gazetę Wyborczą” pochodzą z 2009 r., kiedy to Obajtek był już ze swoimi wujami pokłócony i próbował ich wykończyć. Był wtedy wójtem Pcimia, dlatego też — jako samorządowiec — nie mógł prowadzić działalności gospodarczej. Nagrania wskazują na to, że był on cichym udziałowcem i kierował firmą konkurencyjną wobec swoich wujów i dążył do ich wyeliminowania z rynku brudnymi metodami. Co jest w tej historii problemem? Po pierwsze — właśnie to, że nie można kierować firmą, kiedy jest się samorządowcem. Po drugie - w ramach przepychanek z wujami, Daniel Obajtek zeznawał w jednej ze spraw sądowych jako świadek. Zaprzeczył pod przysięgą, że potajemnie zarządzał konkurencyjną firmą. Składanie fałszywych zeznań to złamanie prawa. W 2014 r. Obajtek dostał zarzuty narażenia spółki wujów na stratę i wyłudzenia pieniędzy, a także przyjęcia łapówki za ustawienie przetargu. Po dojściu PiS do władzy Zbigniew Ziobro wycofał tę sprawę z sądu. To dlatego, że gdy Obajtek zaczął mieć kłopoty z prawem, zręcznie podczepił się pod PiS. Zrobił karierę w PiS nazywaną napoleońską — od wójta Pcimia do prezesa największej spółki państwowej, czyli Orlenu. Taśmy pokazują jednak, że w Napoleonie dużo jest swojskiego Dyzmy.   Ziobro gra na nosie Kaczyńskiemu i Glińskiemu   Ale „człowiek wolności” nie jest jedynym problemem Jarosława Kaczyńskiego. Kolejnym kłopotem okazuje się sejmowa większość, której coraz częściej brak, co pokazało ostatnie głosowanie w Sejmie. Posłowie Solidarnej Polski postawili się Kaczyńskiemu i zagłosowali z opozycją w sprawie zmuszenia wicepremiera Piotra Glińskiego do wyspowiadania się z rządowych milionów, które trafiły do artystów. W połowie listopada ubiegłego roku, Ministerstwo Kultury postanowiło przyznać środowisku artystycznemu zadośćuczynienie — w związku z pandemią artyści nie mogą grać koncertów, występować w teatrze czy kręcić filmów. Gliński, znany z tego, że zazwyczaj ukrywa wszystkie możliwe wydatki, tym razem wyjątkowo ujawnił kwoty, przyznane przez ministerstwo artystom. Okazało się, że pieniądze były absurdalnie wysokie i nikt nie wiedział, według jakiego klucza były one przyznawane. Największe dofinansowanie — 1,89 mln zł — przyznano spółce Golec uOrkiestry. Na liście była też  Beata Kozidrak  — jej firma otrzymała 750 tys. zł. Ponad 600 tys. trafić miało do zespołu  Bayer Full  („Majteczki w kropeczki”), ponad pół miliona dostać miał  Radosław Liszewski  z discopolowej grupy Weekend („Ona tańczy dla mnie”). Gliński się wystraszył skandalu, cofnął dotacje i postanowił podzielić pieniądze na nowo. Tym razem zachował się po swojemu — ukrywa informacje, komu i ile dał. Kiedy opozycja przedstawiła w Sejmie wniosek, by Gliński ponownie ujawnił kwoty, które przyznane zostały twórcom, niespodziewanie poparła ją Solidarna Polska. Skąd wzięła się taka koalicja?   Ziobrysty spisek toaletowy   To rewanż za to, że PiS odwołało Janusza Kowalskiego, wiceministra aktywów państwowych, zaufanego człowieka Zbigniewa Ziobry. Według kuluarowych opowieści, Kowalski był uczestnikiem zamkniętej prezentacji, kolejnego, nie wiadomo już którego, przełomowego programu Mateusza Morawieckiego.Kowalski, znany z krytyki wobec premiera, został oskarżony przez PiS, że wyniósł te wielkie tajemnice Morawieckiego do dziennikarzy. W jaki sposób został zdemaskowany? W mediach pojawiła się dość szczegółowie informacje dotyczące zapowiedzi Morawieckiego, ale zabrakło tych punktów, których Kowalski nie słyszał, bo wyszedł do toalety. Oczywiście, mógł być to pretekst i ostrzeżenie dla koalicjantów, że PiS może odwołać ich ministrów wtedy, kiedy tylko będzie chciał. Ważnym elementem tej rozgrywki między PiS a Solidarną Polska jest także Rzeszów. W mieście odbędą się przyspieszone wybory prezydenckie, a duże szanse ma Marcin Warchoł, człowiek Ziobry, namaszczony przez odchodzącego prezydenta Tadeusza Ferenca. Tyle, że PiS może w Rzeszowie postawić na swojego kandydata. Premier — czytaj: Kaczyński — właśnie pokazał ziobrystom miejsce w szeregu. Wybory poprzedza bowiem wyznaczenie rządowego komisarza, który zarządza miastem do momentu wyłonienia nowego prezydenta. Ziobro naciskał, żeby komisarzem został Warchoł, co utrudniłoby potem wystawienie przez PiS własnego kandydata. Morawiecki na komisarza wybrał lokalnego urzędnika.   Chroni dane osobowe, a odpowiada za ich wyciek   Niestety, jawność jest priorytetem dla Zbigniewa Ziobry tylko wtedy, kiedy może posłużyć do gierek wewnątrzkoalicyjnych. Widać to było wyraźnie w mijającym tygodniu. W Polsce od 20 lat obowiązuje ustawa o dostępie do informacji, która przez dziennikarzy, organizacje pozarządowe, ale także przez obywateli wykorzystywana jest do kontrolowania władz. Często, widząc informacje w mediach o tym np. ile dany polityk wydał na dojazdy samochodem do domu, ile kosztował zakup alkoholowych "małpek" do ministerstwa, czy ile kosztowały zagraniczne wojaże polityków czy samorządowców, dowiadujemy się tego właśnie na podstawie tej ustawy. Dlatego politycy, samorządowcy i urzędnicy tej ustawy nienawidzą. Pierwsza chciała wysadzić ją w powietrze prof. Małgorzata Gersdorf jako prezes Sądu Najwyższego. Skierowała wniosek do Trybunału Konstytucyjnego, by uznał tę ustawę za niezgodną z Konstytucją. Pod naciskiem opinii publicznej się jednak zreflektowała i wniosek wycofała. Ale teraz ta historia wraca i jest o wiele bardziej niebezpieczna. Bo dziś taki sam wniosek kieruje prof. Małgorzata Manowska, szefowa Sądu Najwyższego z nadania Ziobry. A TK jest kontrolowany przez Julię Przyłębską, towarzyszkę biesiad i wykonawczynię poleceń Jarosława Kaczyńskiego. Jeśli Ziobro z Kaczyńskim się dogadali, to Manowska z Przyłębską zablokują możliwość patrzenia władzy na ręce. Manowska bardzo zabawnie tłumaczy swój wniosek do TK. Oto ustawa ma naruszać prawo do prywatności i RODO. Tak twierdzi osoba, która kierowała Krajową Szkoły Sądownictwa i Prokuratury, gdy doszło w niej do wycieku 50 tys. rekordów z bazy prywatnych danych o prokuratorach i sędziach. W dodatku pani profesor twierdzi, że nie rozumie, co to są zobowiązane ustawą do jawności „władze publiczne", nie wie, kim są „osoby pełniące funkcje publiczne” oraz czym są „czynności związane z pełnieniem funkcji publicznej”. Redaktorstwo Burzyńska i Stankiewicz chętnie pani profesor wyjaśnią. Mają w sumie takie same tytuły naukowe, co Przyłębska — magisterskie.

Miał być nadzieją Polski, miał być zapamiętany przez historyków niczym naftowy Napoleon. Na taśmach ujawnionych przez „Gazetę Wyborczą” prezes Orlenu Daniel Obajtek prezentuje się jednak bardziej jak drobny krętacz i posiadacz sporego arsenału oryginalnych bluzgów.Jeśli Obajtek liczył na fotel premiera — a liczył — to może go pożegnać w swym knajackim stylu. Posłuchają Państwo o tym w najnowszym odcinku podcastu “Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z “Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu.

 

 

Człowiek wolny od zahamowań

 

Niedawno Obajtek odebrał nagrodę o dumnej nazwie „Człowiek wolności”, przyznawaną przez skrajnie prorządowy tygodnik „Sieci”. Przy tej właśnie okazji Jarosław Kaczyński powiedział o nim, że jest nadzieją nie tyle dla obozu władzy, co dla całej Polski. Rzeczywiście, Obajtek jest wolny od wielu zahamowań, czego dowiedzieliśmy się z nagrań, ujawnionych przez „Gazetę Wyborczą”.

Ta historia zaczyna się w połowie lat 90-tych, kiedy to Obajtek został zatrudniony przez swych wujów w ich fabryce granulatu. Od tego momentu rodzinna firma zaczęła mieć problemy, a Obajtek wręcz przeciwnie: zaczął się szybko bogacić. Wujowie oskarżyli go o to, że okrada firmę — miał przywłaszczyć setki tysięcy złotych. Taśmy ujawnione przez „Gazetę Wyborczą” pochodzą z 2009 r., kiedy to Obajtek był już ze swoimi wujami pokłócony i próbował ich wykończyć. Był wtedy wójtem Pcimia, dlatego też — jako samorządowiec — nie mógł prowadzić działalności gospodarczej. Nagrania wskazują na to, że był on cichym udziałowcem i kierował firmą konkurencyjną wobec swoich wujów i dążył do ich wyeliminowania z rynku brudnymi metodami. Co jest w tej historii problemem?

Po pierwsze — właśnie to, że nie można kierować firmą, kiedy jest się samorządowcem. Po drugie - w ramach przepychanek z wujami, Daniel Obajtek zeznawał w jednej ze spraw sądowych jako świadek. Zaprzeczył pod przysięgą, że potajemnie zarządzał konkurencyjną firmą. Składanie fałszywych zeznań to złamanie prawa.

W 2014 r. Obajtek dostał zarzuty narażenia spółki wujów na stratę i wyłudzenia pieniędzy, a także przyjęcia łapówki za ustawienie przetargu. Po dojściu PiS do władzy Zbigniew Ziobro wycofał tę sprawę z sądu. To dlatego, że gdy Obajtek zaczął mieć kłopoty z prawem, zręcznie podczepił się pod PiS. Zrobił karierę w PiS nazywaną napoleońską — od wójta Pcimia do prezesa największej spółki państwowej, czyli Orlenu. Taśmy pokazują jednak, że w Napoleonie dużo jest swojskiego Dyzmy.

 

Ziobro gra na nosie Kaczyńskiemu i Glińskiemu

 

Ale „człowiek wolności” nie jest jedynym problemem Jarosława Kaczyńskiego. Kolejnym kłopotem okazuje się sejmowa większość, której coraz częściej brak, co pokazało ostatnie głosowanie w Sejmie. Posłowie Solidarnej Polski postawili się Kaczyńskiemu i zagłosowali z opozycją w sprawie zmuszenia wicepremiera Piotra Glińskiego do wyspowiadania się z rządowych milionów, które trafiły do artystów.

W połowie listopada ubiegłego roku, Ministerstwo Kultury postanowiło przyznać środowisku artystycznemu zadośćuczynienie — w związku z pandemią artyści nie mogą grać koncertów, występować w teatrze czy kręcić filmów. Gliński, znany z tego, że zazwyczaj ukrywa wszystkie możliwe wydatki, tym razem wyjątkowo ujawnił kwoty, przyznane przez ministerstwo artystom. Okazało się, że pieniądze były absurdalnie wysokie i nikt nie wiedział, według jakiego klucza były one przyznawane. Największe dofinansowanie — 1,89 mln zł — przyznano spółce Golec uOrkiestry. Na liście była też Beata Kozidrak — jej firma otrzymała 750 tys. zł. Ponad 600 tys. trafić miało do zespołu Bayer Full („Majteczki w kropeczki”), ponad pół miliona dostać miał Radosław Liszewski z discopolowej grupy Weekend („Ona tańczy dla mnie”).

Gliński się wystraszył skandalu, cofnął dotacje i postanowił podzielić pieniądze na nowo. Tym razem zachował się po swojemu — ukrywa informacje, komu i ile dał.

Kiedy opozycja przedstawiła w Sejmie wniosek, by Gliński ponownie ujawnił kwoty, które przyznane zostały twórcom, niespodziewanie poparła ją Solidarna Polska. Skąd wzięła się taka koalicja?

 

Ziobrysty spisek toaletowy

 

To rewanż za to, że PiS odwołało Janusza Kowalskiego, wiceministra aktywów państwowych, zaufanego człowieka Zbigniewa Ziobry.

Według kuluarowych opowieści, Kowalski był uczestnikiem zamkniętej prezentacji, kolejnego, nie wiadomo już którego, przełomowego programu Mateusza Morawieckiego.Kowalski, znany z krytyki wobec premiera, został oskarżony przez PiS, że wyniósł te wielkie tajemnice Morawieckiego do dziennikarzy. W jaki sposób został zdemaskowany? W mediach pojawiła się dość szczegółowie informacje dotyczące zapowiedzi Morawieckiego, ale zabrakło tych punktów, których Kowalski nie słyszał, bo wyszedł do toalety.

Oczywiście, mógł być to pretekst i ostrzeżenie dla koalicjantów, że PiS może odwołać ich ministrów wtedy, kiedy tylko będzie chciał. Ważnym elementem tej rozgrywki między PiS a Solidarną Polska jest także Rzeszów. W mieście odbędą się przyspieszone wybory prezydenckie, a duże szanse ma Marcin Warchoł, człowiek Ziobry, namaszczony przez odchodzącego prezydenta Tadeusza Ferenca. Tyle, że PiS może w Rzeszowie postawić na swojego kandydata.

Premier — czytaj: Kaczyński — właśnie pokazał ziobrystom miejsce w szeregu. Wybory poprzedza bowiem wyznaczenie rządowego komisarza, który zarządza miastem do momentu wyłonienia nowego prezydenta.

Ziobro naciskał, żeby komisarzem został Warchoł, co utrudniłoby potem wystawienie przez PiS własnego kandydata. Morawiecki na komisarza wybrał lokalnego urzędnika.

 

Chroni dane osobowe, a odpowiada za ich wyciek

 

Niestety, jawność jest priorytetem dla Zbigniewa Ziobry tylko wtedy, kiedy może posłużyć do gierek wewnątrzkoalicyjnych. Widać to było wyraźnie w mijającym tygodniu.

W Polsce od 20 lat obowiązuje ustawa o dostępie do informacji, która przez dziennikarzy, organizacje pozarządowe, ale także przez obywateli wykorzystywana jest do kontrolowania władz. Często, widząc informacje w mediach o tym np. ile dany polityk wydał na dojazdy samochodem do domu, ile kosztował zakup alkoholowych "małpek" do ministerstwa, czy ile kosztowały zagraniczne wojaże polityków czy samorządowców, dowiadujemy się tego właśnie na podstawie tej ustawy. Dlatego politycy, samorządowcy i urzędnicy tej ustawy nienawidzą. Pierwsza chciała wysadzić ją w powietrze prof. Małgorzata Gersdorf jako prezes Sądu Najwyższego. Skierowała wniosek do Trybunału Konstytucyjnego, by uznał tę ustawę za niezgodną z Konstytucją. Pod naciskiem opinii publicznej się jednak zreflektowała i wniosek wycofała. Ale teraz ta historia wraca i jest o wiele bardziej niebezpieczna. Bo dziś taki sam wniosek kieruje prof. Małgorzata Manowska, szefowa Sądu Najwyższego z nadania Ziobry. A TK jest kontrolowany przez Julię Przyłębską, towarzyszkę biesiad i wykonawczynię poleceń Jarosława Kaczyńskiego. Jeśli Ziobro z Kaczyńskim się dogadali, to Manowska z Przyłębską zablokują możliwość patrzenia władzy na ręce.

Manowska bardzo zabawnie tłumaczy swój wniosek do TK. Oto ustawa ma naruszać prawo do prywatności i RODO. Tak twierdzi osoba, która kierowała Krajową Szkoły Sądownictwa i Prokuratury, gdy doszło w niej do wycieku 50 tys. rekordów z bazy prywatnych danych o prokuratorach i sędziach.

W dodatku pani profesor twierdzi, że nie rozumie, co to są zobowiązane ustawą do jawności „władze publiczne", nie wie, kim są „osoby pełniące funkcje publiczne” oraz czym są „czynności związane z pełnieniem funkcji publicznej”. Redaktorstwo Burzyńska i Stankiewicz chętnie pani profesor wyjaśnią. Mają w sumie takie same tytuły naukowe, co Przyłębska — magisterskie.

#77 - Kaczyński obawia się utraty władzy. Czy Gowin stworzy taktyczną koalicję z opozycją?
2021-02-20 18:07:39

Platforma porzuca swe konserwatywne korzenie i kieruje się na lewo, popierając ułatwienia w dokonywaniu aborcji. Pierwszym poligonem dla nowej PO będą wybory prezydenta Rzeszowa, których ranga wykracza daleko poza Podkarpacie. W Rzeszowie odbędzie się próba generalna przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi. Władza już się kłóci w sprawie swego kandydata — to będzie ostre starcie PiS i Solidarnej Polski. Jarosław Kaczyński pacyfikuje koalicjantów, bo zagląda mu w oczy widmo utraty władzy. Zły sen prezesa to wolta posłów Jarosława Gowina i stworzenie przez nich rządu z opozycją. O tym wszystkim posłuchają Państwo w najnowszym odcinku podcastu “Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z “Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu. Platforma za aborcją. Historie polityczne i osobiste Nastąpiła zmiana epokowa. Po dwóch dekadach działalności, Platforma Obywatelska zmienia swe oblicze ideowe. Popierając aborcję do 12. tygodnia ciąży, partia porzuca umiarkowany konserwatyzm i otwarcie zwraca się do elektoratu liberalno-lewicowego. To może doprowadzić do buntu i odejścia grupy posłów. Platforma do tej pory popierała kompromis aborcyjny, bo sama była światopoglądowo podzielona. W przyjętej dwie dekady temu deklaracji ideowej partia uznała, że „prawo winno ochraniać życie ludzkie, tak jak czyni to obowiązujące dziś w Polsce ustawodawstwo, zakazując również eutanazji i ograniczając badania genetyczne”. Kłopoty zaczęły się po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego. Część bliższych lewicy polityków PO — choćby wiceszef partii Rafał Trzaskowski — uznało, że nie ma powrotu do zerwanego przez PiS kompromisu. Za zdecydowaną zmianą podejścia do aborcji opowiedział się też Donald Tusk, który firmował wspomnianą deklarację z 2001 r. — Dziś nikt nie chciałby bronić dawnego kompromisu aborcyjnego, który jedynie polaryzował scenę polityczną. Skoro tego kompromisu nie ma, to trzeba zostawić kobietom prawo do decyzji — powiedział Tusk na spotkaniu z członkami Klubu „Gazety Wyborczej”. Sprzeciwili się temu były szef PO Grzegorz Schetyna, były prezydent Bronisław Komorowski, a także partyjni konserwatyści. Ten konflikt narastał w ostatnich tygodniach. Konserwatyści go przegrali. Czym to się skończy i czy konserwatyści opuszczą partię?  Fakty są takie, że Platforma może sobie dzisiaj uchwalać, co jej się tylko podoba, ale nawet, gdyby wygrała wybory i stworzyła rząd, to w perspektywie kilku lat nie jest w stanie zmienić przepisów aborcyjnych. Przeszkodą będzie prezydent Andrzej Duda oraz Trybunał Konstytucyjny, który przyjął interpretację Konstytucji, zakazującą aborcji i nie tak łatwo będzie to zmienić.  Platforma zdaje sobie z tego sprawę, ale zgłasza deklarację ideową po to, by wyborcy wiedzieli, w jakim kierunku zmierza partia. A skąd wzięły się tak głębokie zmiany w Platformie Obywatelskiej? Wielu polityków PO, kiedyś uważanych za konserwatystów, zmieniło zdanie... pod wpływem żon i córek. Czasem stoją za tym głębokie, rodzinne przeżycia. Przykładem tego, jest historia jednego z czołowych polityków Platformy, uważanego kiedyś za konserwatywnego, który przeżył śmierć dziecka, urodzonego z poważną wadą. Przed jego narodzeniem nie myślał o aborcji, ale przeżycia żony po śmierci dziecka zmieniły go kompletnie. Na Podkarpaciu Ziobro bije się z Kaczyńskim Z kolei władza żyje wyborami prezydenckimi w Rzeszowie. Wieloletni prezydent z korzeniami w PZPR Tadeusz Ferenc zrezygnował ze stanowiska i na następcę upodobał sobie Marcina Warchoła, człowieka Zbigniewa Ziobry. Warchoł zamierza udawać kandydata obywatelskiego, bo choć Podkarpacie jest konserwatywne, to Rzeszów już nie. To nie podoba się Kaczyńskiemu, który wolałby kandydata obywatelskiego, ale z PiS. Zarząd regionu podkarpackiego PiS wręcz zażądał wystawienia własnego kandydata, zamiast popierania Warchoła. Ale prezes ma nie lada dylemat. Czy wystawić własnego kandydata i zaryzykować porażkę, czy poprzeć Warchoła, który dzięki namaszczeniu przez Ferenca, ma bardzo duże szanse na zwycięstwo? Ważnym argumentem może być to, że gdyby Warchoł wygrał wybory na prezydenta Rzeszowa, to zwolniłby się jeden fotel poselski w Zjednoczonej Prawicy, które przejąłby nie Solidarnej Polski, a przedstawiciel PiS. Na razie Ziobro i Kaczyński idą na zwarcie, zupełnie jak w 2013 r., gdy byli skłóceni i bili się w wyborach uzupełniających do Senatu na Podkarpaciu. Ziobro wystawił tam... innego Ziobrę. A wygrał Zdzisław Pupa z PiS. Historia lubi się potarzać, tyle, że wraca jako farsa. Gowin spiskował z opozycją Napięte relacje Kaczyński ma wciąż także z drugim koalicjantem. Wicepremier Jarosław Gowin wnosi o odwołanie z rządu wszystkich polityków Porozumienia, którzy mu się sprzeciwiają. Nie może tego jednak zrobić sam, więc prosi Jarosława Kaczyńskiego. Prezes PiS nie może tego zrobić, ponieważ wszyscy ci, których Gowin chce się pozbyć, uczestniczyli w próbie jego obalenia, inspirowanej właśnie przez Kaczyńskiego. Gowin wie, że to Kaczyński stał za “zamachem” na niego. Zdając sobie sprawę z tego, że nie może liczyć na miejsca na listach wyborczych PiS dla siebie i swoich ludzi w 2023 r., Gowin rozmawia z opozycją. Kaczyński się obawia, że tuż przed wyborami Gowin zrobi taktyczną koalicję z opozycją i odsunie PiS od władzy, przejmując przy okazji TVP, by wyłączyć w kampanii propisowską propagandę. W tej sytuacji obóz władzy może się rozsypać — niepewne jest choćby zachowanie Ziobry. Taki wariant wspólnego rządu anty-PiS był sondowany przez Gowina wiosną zeszłego roku — co potwierdził sekretarz PSL Piotr Zgorzelski, który był gościem w programie Onet Opinie. Kaczyński boi się takiej wielkiej koalicji. Czy jest ona realna?

Platforma porzuca swe konserwatywne korzenie i kieruje się na lewo, popierając ułatwienia w dokonywaniu aborcji. Pierwszym poligonem dla nowej PO będą wybory prezydenta Rzeszowa, których ranga wykracza daleko poza Podkarpacie. W Rzeszowie odbędzie się próba generalna przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi. Władza już się kłóci w sprawie swego kandydata — to będzie ostre starcie PiS i Solidarnej Polski. Jarosław Kaczyński pacyfikuje koalicjantów, bo zagląda mu w oczy widmo utraty władzy. Zły sen prezesa to wolta posłów Jarosława Gowina i stworzenie przez nich rządu z opozycją. O tym wszystkim posłuchają Państwo w najnowszym odcinku podcastu “Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z “Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu.

Platforma za aborcją. Historie polityczne i osobiste

Nastąpiła zmiana epokowa. Po dwóch dekadach działalności, Platforma Obywatelska zmienia swe oblicze ideowe. Popierając aborcję do 12. tygodnia ciąży, partia porzuca umiarkowany konserwatyzm i otwarcie zwraca się do elektoratu liberalno-lewicowego. To może doprowadzić do buntu i odejścia grupy posłów.
Platforma do tej pory popierała kompromis aborcyjny, bo sama była światopoglądowo podzielona. W przyjętej dwie dekady temu deklaracji ideowej partia uznała, że „prawo winno ochraniać życie ludzkie, tak jak czyni to obowiązujące dziś w Polsce ustawodawstwo, zakazując również eutanazji i ograniczając badania genetyczne”.
Kłopoty zaczęły się po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego. Część bliższych lewicy polityków PO — choćby wiceszef partii Rafał Trzaskowski — uznało, że nie ma powrotu do zerwanego przez PiS kompromisu. Za zdecydowaną zmianą podejścia do aborcji opowiedział się też Donald Tusk, który firmował wspomnianą deklarację z 2001 r. — Dziś nikt nie chciałby bronić dawnego kompromisu aborcyjnego, który jedynie polaryzował scenę polityczną. Skoro tego kompromisu nie ma, to trzeba zostawić kobietom prawo do decyzji — powiedział Tusk na spotkaniu z członkami Klubu „Gazety Wyborczej”.
Sprzeciwili się temu były szef PO Grzegorz Schetyna, były prezydent Bronisław Komorowski, a także partyjni konserwatyści. Ten konflikt narastał w ostatnich tygodniach. Konserwatyści go przegrali. Czym to się skończy i czy konserwatyści opuszczą partię?
 Fakty są takie, że Platforma może sobie dzisiaj uchwalać, co jej się tylko podoba, ale nawet, gdyby wygrała wybory i stworzyła rząd, to w perspektywie kilku lat nie jest w stanie zmienić przepisów aborcyjnych. Przeszkodą będzie prezydent Andrzej Duda oraz Trybunał Konstytucyjny, który przyjął interpretację Konstytucji, zakazującą aborcji i nie tak łatwo będzie to zmienić.
 Platforma zdaje sobie z tego sprawę, ale zgłasza deklarację ideową po to, by wyborcy wiedzieli, w jakim kierunku zmierza partia.
A skąd wzięły się tak głębokie zmiany w Platformie Obywatelskiej? Wielu polityków PO, kiedyś uważanych za konserwatystów, zmieniło zdanie... pod wpływem żon i córek. Czasem stoją za tym głębokie, rodzinne przeżycia. Przykładem tego, jest historia jednego z czołowych polityków Platformy, uważanego kiedyś za konserwatywnego, który przeżył śmierć dziecka, urodzonego z poważną wadą. Przed jego narodzeniem nie myślał o aborcji, ale przeżycia żony po śmierci dziecka zmieniły go kompletnie.

Na Podkarpaciu Ziobro bije się z Kaczyńskim

Z kolei władza żyje wyborami prezydenckimi w Rzeszowie. Wieloletni prezydent z korzeniami w PZPR Tadeusz Ferenc zrezygnował ze stanowiska i na następcę upodobał sobie Marcina Warchoła, człowieka Zbigniewa Ziobry. Warchoł zamierza udawać kandydata obywatelskiego, bo choć Podkarpacie jest konserwatywne, to Rzeszów już nie. To nie podoba się Kaczyńskiemu, który wolałby kandydata obywatelskiego, ale z PiS. Zarząd regionu podkarpackiego PiS wręcz zażądał wystawienia własnego kandydata, zamiast popierania Warchoła. Ale prezes ma nie lada dylemat. Czy wystawić własnego kandydata i zaryzykować porażkę, czy poprzeć Warchoła, który dzięki namaszczeniu przez Ferenca, ma bardzo duże szanse na zwycięstwo?
Ważnym argumentem może być to, że gdyby Warchoł wygrał wybory na prezydenta Rzeszowa, to zwolniłby się jeden fotel poselski w Zjednoczonej Prawicy, które przejąłby nie Solidarnej Polski, a przedstawiciel PiS. Na razie Ziobro i Kaczyński idą na zwarcie, zupełnie jak w 2013 r., gdy byli skłóceni i bili się w wyborach uzupełniających do Senatu na Podkarpaciu. Ziobro wystawił tam... innego Ziobrę. A wygrał Zdzisław Pupa z PiS. Historia lubi się potarzać, tyle, że wraca jako farsa.

Gowin spiskował z opozycją

Napięte relacje Kaczyński ma wciąż także z drugim koalicjantem. Wicepremier Jarosław Gowin wnosi o odwołanie z rządu wszystkich polityków Porozumienia, którzy mu się sprzeciwiają. Nie może tego jednak zrobić sam, więc prosi Jarosława Kaczyńskiego. Prezes PiS nie może tego zrobić, ponieważ wszyscy ci, których Gowin chce się pozbyć, uczestniczyli w próbie jego obalenia, inspirowanej właśnie przez Kaczyńskiego. Gowin wie, że to Kaczyński stał za “zamachem” na niego. Zdając sobie sprawę z tego, że nie może liczyć na miejsca na listach wyborczych PiS dla siebie i swoich ludzi w 2023 r., Gowin rozmawia z opozycją. Kaczyński się obawia, że tuż przed wyborami Gowin zrobi taktyczną koalicję z opozycją i odsunie PiS od władzy, przejmując przy okazji TVP, by wyłączyć w kampanii propisowską propagandę. W tej sytuacji obóz władzy może się rozsypać — niepewne jest choćby zachowanie Ziobry. Taki wariant wspólnego rządu anty-PiS był sondowany przez Gowina wiosną zeszłego roku — co potwierdził sekretarz PSL Piotr Zgorzelski, który był gościem w programie Onet Opinie. Kaczyński boi się takiej wielkiej koalicji. Czy jest ona realna?

#76 - Kulisy rozgrywek w Zjednoczonej Prawicy. Kaczyński chce głowy Gowina
2021-02-13 18:05:06

Prezes Jarosław Kaczyński wierzy, że Jarosław Gowin spiskuje z Donaldem Tuskiem. Dlatego próbował doprowadzić do obalenia Gowina jako szefa koalicyjnego Porozumienia. Tyle, że Kaczyński sromotnie tę rozgrywkę przegrał. Ale prezes nie odpuści. Ponieważ boi się, że jeszcze w tej kadencji Gowin może stworzyć rząd z opozycją, zrobi wszystko by uprzedzić ten atak. O kulisach konfliktów w obozie władzy oraz planach na jednoczenie opozycji posłuchają Państwo w najnowszym odcinku podcastu “Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z “Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu. Gowin z Tuskiem pod TVP Prezes PiS Jarosław Kaczyński poniósł dotkliwą klęskę — nie udało mu się rozbić Porozumienia i wziąć pod but Jarosława Gowina. W ostatnim odcinku „Stanu po Burzy” jako pierwsi informowaliśmy, że Kaczyński jest przekonany, iż Gowin kontaktuje się z Donaldem Tuskiem. Czy tak rzeczywiście jest? Gowin zaprzecza, ale propisowski portal wPolityce.pl oskarża: „ Jarosław Gowin co najmniej kilkukrotnie kontaktował się w ostatnim czasie z Donaldem Tuskiem. Wicepremier spotkał się z byłym premierem w ciągu ostatnich kilkunastu dni w stołecznym Hotelu Warszawa”. To wymagałoby dużej brawury Gowina i Tuska, jako że Hotel Warszawa mieści się obok siedziby TVP Info, która jest zbrojnym ramieniem PiS. Ale ci, którzy — jak buntownicy z Porozumienia —obiecali Kaczyńskiemu, że podadzą mu głowę Gowina na tacy, próbują udowodnić, że te „haniebne” spotkania miały miejsce.  A prezes PiS uwielbia spiski. I nawet, jeśli Jarosław Gowin jest Bogu ducha winien i do żadnych spotkań nie doszło, to Kaczyński tak łatwo nie odpuści. To wszystko, co się dzieje wokół Porozumienia, to brutalna wojna wytoczona przez Kaczyńskiego, obliczona na zwasalizowanie Gowina i odebranie mu możliwości blokowania pomysłów PiS. Dziś jest tak, że bez posłów Gowina, Kaczyński może zapomnieć o swych co bardziej kontrowersyjnych pomysłach. Lider antygowinowego buntu to niedawny wiceszef Porozumienia Adam Bielan. Ale Bielan nie jest politykiem samodzielnym. Mówiąc wprost — bez zgody Kaczyńskiego nie kiwnąłby palcem. Ale prezes PiS postawił na złego konia, bo Bielan nie jest politykiem na tyle sprawnym, by odebrać Gowinowi założoną przez niego partię. Efekt? Ci, którzy posłowie Porozumienia, którzy stanęli po tronie Bielana, zdradzili Gowina już przy okazji konfliktu wokół wyborów korespondencyjnych w maju minionego roku. I wtedy i dziś większość posłów Porozumienia została przy Gowinie, a zatem Gowin wciąż może szachować Kaczyńskiego. Gowin wie, że za całą operacją stoi Kaczyński, ale unika komentowania sytuacji, ponieważ musiałby albo kłamać, albo atakować prezesa. Porozumienie nie jest jeszcze przygotowane do rozstania z Kaczyńskim. Ale Gowin zdaje sobie sprawę z tego, że projekt Zjednoczonej Prawicy się kończy i nie może liczyć na to, że politycy Porozumienia dostaną miejsca na listach wyborczych PiS w 2023 roku. Stąd plotki, że Gowin szuka sojuszników po stronie opozycji. I stąd ten Tusk Koalicja 276. Czyli Platforma myśli, jak zagadać do Hołowni Była miniona sobota. W powietrzu unosiła się atmosfera sensacji, podsycana przez polityków opozycji, wysyłających poprzez media społecznościowe przecieki o przełomie. I zaczął się spektakl — na scenie pojawili się lider Platformy Obywatelskiej Borys Budka i prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski. Po tradycyjnym, covidowym powitaniu łokciami, ogłosili plan, który nazwali „Koalicja 276". O co chodzi? Nawet jeśli Platformie udałoby się odsunąć PiS od władzy, to do 2025 roku na fotelu prezydenckim ciągle zasiadał będzie Andrzej Duda. Platforma chce więc stworzyć koalicję, która będzie w stanie odrzucać weta prezydenckie — musi ona liczyć co najmniej 276 posłów. Przy okazji tylu posłów trzeba, by postawić członków rządu PiS przed Trybunałem Stanu. Czy „Koalicja 276" to rzeczywiście sensacja? Nie, bo wszyscy potencjalni koalicjanci w plany PO nie zostali wtajemniczeni — dowiedzieli się z Internetu. Budka z Trzaskowskim zastosowali strategię czynów dokonanych, stawiając pod ścianą Szymona Hołownię oraz liderów PSL i Lewicy. Biorąc to wszystko pod uwagę, trudno uznać, że spektakl PO jest realnym początkiem przegrupowania sił po stronie opozycji. Wciąż do wyborów pozostało 2,5 roku i realny kształt opozycji na głosowanie jesienią 2023 r. to otwarta kwestia. Z tego punktu widzenia występ Trzaskowskiego i Budki należy traktować jako początek opozycyjnych przymiarek. Choć czasu zostało sporo, to sytuacja Platformy jest nieciekawa. W partii trwa ostry spór światopoglądowy wywołany orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. Do tego zawodzi Budka jako lider — to dość zgodna konstatacja wielu ludzi na szczytach PO. Ponieważ jednocześnie Trzaskowski nie potrafił wykorzystać swego potencjału z wyborów prezydenckich, a jego słynny tworzony po wyborach ruch praktycznie nie istnieje, to zwolennicy opozycji przestali w liderach PO dostrzegać realnych przeciwników dla PiS. Efekt? Platforma traci w sondażach, bo dogania, a czasem przegania ją Polska 2050, czyli formacja Szymona Hołowni. Platforma dojrzewa więc do myśli, że prędzej czy później trzeba będzie z Hołownią usiąść do rozmów. Robocza idea to przedwyborcza współpraca oparta na tandemie Trzaskowski-Hołownia — ci dwaj kandydaci zdobyli łącznie w pierwszej turze wyborów prezydenckich ponad 8,5 mln głosów (więcej niż Andrzej Duda). W minionym tygodniu pojawiła się informacja, że dwoje kolejnych parlamentarzystów Koalicji Obywatelskiej dogadało się z Szymonem Hołownią. Po Joannie Musze i Jacku Burym, do ruchu Polska 2050 dołączyć mieli Tomasz Zimoch i Paulina Hennig-Kloska. Dlaczego w ostatniej chwili te transfery zostały zatrzymane? Czarny protest. „Media bez wyboru” We środę na 24 godziny zniknęły polskie portale internetowe, telewizje i radia, a okładki gazet pokryły się czernią. Dlaczego znakomita większość konkurujących na co dzień mediów zdecydowała się na krok, który nigdy nie miał w Polsce miejsca? Bo czują się zagrożone. Rząd zaprezentował bowiem swój najnowszy pomysł na uderzenie w media niezależne. Ubrał go w społecznie nośną ideę: zapłaćcie podatek od wpływów reklamowych, a my te pieniądze damy służbie zdrowia. Tyle, że przychody Narodowego Funduszu Zdrowia planowane na ten rok to blisko 105 miliardów zł. A to znaczy, że podatek od mediów przysporzy NFZ niespełna pół procenta budżetu. To pieniądze, które w żaden sposób nie wpłyną na poprawę sytuacji w służbie zdrowia. Przeznaczenie części środków z podatku medialnego na NFZ to propagandowy wybieg, który ma nastawić opinię publiczną przeciwko dziennikarzom. Prawda jest jednak taka, że media nie uchylają się od pomocy służbie zdrowia. Empatia wpisana jest w nasz zawód, a naszą misja jest pomaganie ludziom. Przy wielu polskich redakcjach działają fundacje, które pomagają potrzebującym. W projekcie podatku medialnego chodzi o coś zupełnie innego. Z pieniędzy zabranych mediom niezależnym ok. 300 mln zł rocznie za pośrednictwem rządu trafi do mediów wspierających PiS. Na tym polega groteska tego projektu — pieniądze zarobione przez media patrzące władzy na ręce, trafią w ręce propagandystów rządu Ta sytuacja pokazała, jak kłopotliwy dla Kaczyńskiego jest Gowin. Prezes PiS jest miłośnikiem nowego podatku, bo marzy o podporządkowaniu sobie mediów. Ale Porozumienie Gowina oświadczyło: nie ma na to zgody. Dlatego zapewne wymarzona danina Kaczyńskiego, — skonstruowana tak, by zaszkodzić mediom niezależnym — nie wejdzie w życie. I tu dochodzimy do punktu wyjścia: jak długo Kaczyński będzie tolerował sypiącego mu piach w tryby Gowina?

Prezes Jarosław Kaczyński wierzy, że Jarosław Gowin spiskuje z Donaldem Tuskiem. Dlatego próbował doprowadzić do obalenia Gowina jako szefa koalicyjnego Porozumienia. Tyle, że Kaczyński sromotnie tę rozgrywkę przegrał. Ale prezes nie odpuści. Ponieważ boi się, że jeszcze w tej kadencji Gowin może stworzyć rząd z opozycją, zrobi wszystko by uprzedzić ten atak. O kulisach konfliktów w obozie władzy oraz planach na jednoczenie opozycji posłuchają Państwo w najnowszym odcinku podcastu “Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z “Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu.

Gowin z Tuskiem pod TVP

Prezes PiS Jarosław Kaczyński poniósł dotkliwą klęskę — nie udało mu się rozbić Porozumienia i wziąć pod but Jarosława Gowina. W ostatnim odcinku „Stanu po Burzy” jako pierwsi informowaliśmy, że Kaczyński jest przekonany, iż Gowin kontaktuje się z Donaldem Tuskiem. Czy tak rzeczywiście jest? Gowin zaprzecza, ale propisowski portal wPolityce.pl oskarża: „Jarosław Gowin co najmniej kilkukrotnie kontaktował się w ostatnim czasie z Donaldem Tuskiem. Wicepremier spotkał się z byłym premierem w ciągu ostatnich kilkunastu dni w stołecznym Hotelu Warszawa”.
To wymagałoby dużej brawury Gowina i Tuska, jako że Hotel Warszawa mieści się obok siedziby TVP Info, która jest zbrojnym ramieniem PiS. Ale ci, którzy — jak buntownicy z Porozumienia —obiecali Kaczyńskiemu, że podadzą mu głowę Gowina na tacy, próbują udowodnić, że te „haniebne” spotkania miały miejsce.
 A prezes PiS uwielbia spiski. I nawet, jeśli Jarosław Gowin jest Bogu ducha winien i do żadnych spotkań nie doszło, to Kaczyński tak łatwo nie odpuści. To wszystko, co się dzieje wokół Porozumienia, to brutalna wojna wytoczona przez Kaczyńskiego, obliczona na zwasalizowanie Gowina i odebranie mu możliwości blokowania pomysłów PiS. Dziś jest tak, że bez posłów Gowina, Kaczyński może zapomnieć o swych co bardziej kontrowersyjnych pomysłach.
Lider antygowinowego buntu to niedawny wiceszef Porozumienia Adam Bielan. Ale Bielan nie jest politykiem samodzielnym. Mówiąc wprost — bez zgody Kaczyńskiego nie kiwnąłby palcem.
Ale prezes PiS postawił na złego konia, bo Bielan nie jest politykiem na tyle sprawnym, by odebrać Gowinowi założoną przez niego partię. Efekt? Ci, którzy posłowie Porozumienia, którzy stanęli po tronie Bielana, zdradzili Gowina już przy okazji konfliktu wokół wyborów korespondencyjnych w maju minionego roku. I wtedy i dziś większość posłów Porozumienia została przy Gowinie, a zatem Gowin wciąż może szachować Kaczyńskiego.
Gowin wie, że za całą operacją stoi Kaczyński, ale unika komentowania sytuacji, ponieważ musiałby albo kłamać, albo atakować prezesa. Porozumienie nie jest jeszcze przygotowane do rozstania z Kaczyńskim. Ale Gowin zdaje sobie sprawę z tego, że projekt Zjednoczonej Prawicy się kończy i nie może liczyć na to, że politycy Porozumienia dostaną miejsca na listach wyborczych PiS w 2023 roku. Stąd plotki, że Gowin szuka sojuszników po stronie opozycji. I stąd ten Tusk

Koalicja 276. Czyli Platforma myśli, jak zagadać do Hołowni

Była miniona sobota. W powietrzu unosiła się atmosfera sensacji, podsycana przez polityków opozycji, wysyłających poprzez media społecznościowe przecieki o przełomie. I zaczął się spektakl — na scenie pojawili się lider Platformy Obywatelskiej Borys Budka i prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski. Po tradycyjnym, covidowym powitaniu łokciami, ogłosili plan, który nazwali „Koalicja 276".
O co chodzi? Nawet jeśli Platformie udałoby się odsunąć PiS od władzy, to do 2025 roku na fotelu prezydenckim ciągle zasiadał będzie Andrzej Duda. Platforma chce więc stworzyć koalicję, która będzie w stanie odrzucać weta prezydenckie — musi ona liczyć co najmniej 276 posłów. Przy okazji tylu posłów trzeba, by postawić członków rządu PiS przed Trybunałem Stanu.
Czy „Koalicja 276" to rzeczywiście sensacja? Nie, bo wszyscy potencjalni koalicjanci w plany PO nie zostali wtajemniczeni — dowiedzieli się z Internetu. Budka z Trzaskowskim zastosowali strategię czynów dokonanych, stawiając pod ścianą Szymona Hołownię oraz liderów PSL i Lewicy.
Biorąc to wszystko pod uwagę, trudno uznać, że spektakl PO jest realnym początkiem przegrupowania sił po stronie opozycji. Wciąż do wyborów pozostało 2,5 roku i realny kształt opozycji na głosowanie jesienią 2023 r. to otwarta kwestia.
Z tego punktu widzenia występ Trzaskowskiego i Budki należy traktować jako początek opozycyjnych przymiarek. Choć czasu zostało sporo, to sytuacja Platformy jest nieciekawa. W partii trwa ostry spór światopoglądowy wywołany orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji.
Do tego zawodzi Budka jako lider — to dość zgodna konstatacja wielu ludzi na szczytach PO.
Ponieważ jednocześnie Trzaskowski nie potrafił wykorzystać swego potencjału z wyborów prezydenckich, a jego słynny tworzony po wyborach ruch praktycznie nie istnieje, to zwolennicy opozycji przestali w liderach PO dostrzegać realnych przeciwników dla PiS.
Efekt? Platforma traci w sondażach, bo dogania, a czasem przegania ją Polska 2050, czyli formacja Szymona Hołowni. Platforma dojrzewa więc do myśli, że prędzej czy później trzeba będzie z Hołownią usiąść do rozmów. Robocza idea to przedwyborcza współpraca oparta na tandemie Trzaskowski-Hołownia — ci dwaj kandydaci zdobyli łącznie w pierwszej turze wyborów prezydenckich ponad 8,5 mln głosów (więcej niż Andrzej Duda).
W minionym tygodniu pojawiła się informacja, że dwoje kolejnych parlamentarzystów Koalicji Obywatelskiej dogadało się z Szymonem Hołownią. Po Joannie Musze i Jacku Burym, do ruchu Polska 2050 dołączyć mieli Tomasz Zimoch i Paulina Hennig-Kloska. Dlaczego w ostatniej chwili te transfery zostały zatrzymane?

Czarny protest. „Media bez wyboru”

We środę na 24 godziny zniknęły polskie portale internetowe, telewizje i radia, a okładki gazet pokryły się czernią. Dlaczego znakomita większość konkurujących na co dzień mediów zdecydowała się na krok, który nigdy nie miał w Polsce miejsca? Bo czują się zagrożone.
Rząd zaprezentował bowiem swój najnowszy pomysł na uderzenie w media niezależne. Ubrał go w społecznie nośną ideę: zapłaćcie podatek od wpływów reklamowych, a my te pieniądze damy służbie zdrowia. Tyle, że przychody Narodowego Funduszu Zdrowia planowane na ten rok to blisko 105 miliardów zł. A to znaczy, że podatek od mediów przysporzy NFZ niespełna pół procenta budżetu. To pieniądze, które w żaden sposób nie wpłyną na poprawę sytuacji w służbie zdrowia.
Przeznaczenie części środków z podatku medialnego na NFZ to propagandowy wybieg, który ma nastawić opinię publiczną przeciwko dziennikarzom. Prawda jest jednak taka, że media nie uchylają się od pomocy służbie zdrowia. Empatia wpisana jest w nasz zawód, a naszą misja jest pomaganie ludziom. Przy wielu polskich redakcjach działają fundacje, które pomagają potrzebującym.
W projekcie podatku medialnego chodzi o coś zupełnie innego. Z pieniędzy zabranych mediom niezależnym ok. 300 mln zł rocznie za pośrednictwem rządu trafi do mediów wspierających PiS. Na tym polega groteska tego projektu — pieniądze zarobione przez media patrzące władzy na ręce, trafią w ręce propagandystów rządu
Ta sytuacja pokazała, jak kłopotliwy dla Kaczyńskiego jest Gowin. Prezes PiS jest miłośnikiem nowego podatku, bo marzy o podporządkowaniu sobie mediów. Ale Porozumienie Gowina oświadczyło: nie ma na to zgody. Dlatego zapewne wymarzona danina Kaczyńskiego, — skonstruowana tak, by zaszkodzić mediom niezależnym — nie wejdzie w życie. I tu dochodzimy do punktu wyjścia: jak długo Kaczyński będzie tolerował sypiącego mu piach w tryby Gowina?

#75 - Kaczyński inspiratorem konfliktu w Porozumieniu. Czy Gowin flirtuje z Tuskiem?
2021-02-06 17:50:46

Porozumienie Jarosława Gowina zapomniało wybrać Jarosława Gowina na lidera Porozumienia Jarosława Gowina. W związku z tym Adam Bielan twierdzi, że to on jako zastępca Jarosława Gowina stał się liderem Porozumienia Jarosława Gowina. W tej pozornej grotesce może być logika, jeśli się okaże, że od sytuacji w Porozumieniu zależy los rządu i koalicji, a w tle pojawiają się nazwiska Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska. Posłuchają Państwo o tym najnowszym odcinku podcastu “Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z “Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu. Nieporozumienie w Porozumieniu To był czwartkowy wieczór, który upływał w atmosferze politycznego uśpienia. Politycy Porozumienia spotkali się na nagłym prezydium zarządu partii i wzięli się za łby. Szef partii Jarosław Gowin uznał, że Adam Bielan nie jest już wiceliderem partii, ponieważ został zawieszony. Bielan z kolei uznał, że Gowin nie jest liderem Porozumienia, bo trzy lata temu na partyjnym kongresie, działacze zapomnieli go wybrać. Choć ta sytuacja wygląda groteskowo, to konflikt w Porozumieniu jest rzeczywisty, a spór toczy się od bardzo dawna — co najmniej od wiosny minionego roku. Wówczas Bielan z grupą działaczy Porozumienia —  m.in . Kamilem Bortniczukiem i Jackiem Żalkiem — popierał PiS, które parło do wyborów prezydenckich podczas kulminacji pandemii. Gowin i jego ludzie byli przeciw — i wybory zatrzymali. Dziś Kaczyński wystawia mu za to rachunek. Bo nie ma wątpliwości, że za Bielanem — który rzucił teraz rękawicę Gowinowi — stoi właśnie lider PiS. Co jest powodem takiego zamieszania? Otóż, w PiS krążą plotki, że Jarosław Gowin zaczął się kontaktować z opozycją, w tym — o zgrozo! — z Donaldem Tuskiem. Wedle tej teorii, o rozmowach obu panów dowiedziała się centrala PiS na Nowogrodzkiej. Kaczyński uznał, że czas zrobić porządek z Gowinem i uruchomił swych ludzi w Porozumieniu, by doprowadzili do podziału w partii i osłabili Gowina. Miał być to znak dla Gowina, że nie opłaca mu się gra na dwa fronty. Kaczyński natomiast już od dawna pragnie rozmontować Porozumienie. Prezes PiS pokazał ludziom Gowina marchewkę. Na stole szefa Rady Mediów Narodowych położył wniosek o powołanie do zarządu TVP Wojciecha Kasprowskiego, czyli człowieka Adama Bielana. Lider PiS pokazał ludziom Gowina, gdzie leży realna władza i kto ma realne frukty. Na razie Gowin opanował sytuację, wyrzucając Bielana i Bortniczuka. Ale czy utrzyma kontrolę nad partią? I – najważniejsze – czy Kaczyński zrezygnuje z prób wykończenia Gowina? Platforma kłóci się o aborcję Wydrukowanie orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, które uniemożliwia dokonywania aborcji w przypadku ciężkiego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu, nie doprowadziło do wielkich protestów na ulicach Polski. Słusznie szef PiS przewidział, że ci, którzy mieli protestować, robili to jesienią, po ogłoszeniu orzeczenia. Kaczyński może być zadowolony z jeszcze jednego — decyzją TK udało się wywołać gigantyczny konflikt wewnętrzny w PO. Platforma podzieliła się — czy w razie przejęcia władzy poprzeć liberalizację przepisów czy powrót do kompromisu aborcyjnego. Władze partii zleciły więc badania, które pokazały, że  wyborcy PO są w dużej mierze zwolennikami liberalizacji przepisów antyaborcyjnych. W partii nie ma jednak większości dla takiego rozwiązania. Jest grupa polityków, jak chociażby Rafał Trzaskowski, którzy twierdzą, że nie ma powrotu do kompromisu aborcyjnego. Z drugiej strony jest jednak Grzegorz Schetyna i jego konserwatywni współpracownicy, którzy będą chcieli blokować próbę liberalizacji. Po raz kolejny okazało się więc, że wyborcy Platformy Obywatelskiej są bardziej liberalni niż jej politycy. Jeśli ze strony przywódców ugrupowania padnie deklaracja pro-choice — oddająca decyzję w sprawie aborcji kobiecie — część polityków skrzydła konserwatywnego wyjdzie z partii. Platforma Obywatelska, której kilkanaście dni temu stuknęło 20 lat, nie potrafi odnaleźć się w nowych realiach. Idealną ilustracją tego są wypowiedzi byłych przywódców partii. Bronisław Komorowski w programie Onet Opinie stwierdził, że jest zwolennikiem powrotu do kompromisu aborcyjnego. Donald Tusk natomiast na spotkaniu z czytelnikami „Gazety Wyborczej” powiedział, że kompromis antagonizował scenę polityczną i jest zwolennikiem tego, by wybór oddać kobietom. Którą drogą pójdzie Platforma? I dokąd mogą uciec konserwatyści? Ziobro pyta Morawieckiego, czy ma plan Premier Mateusz Morawiecki przeżywa ciężkie dni. Walka z koronawirusem i Zbigniewem Ziobrą intensywnie go zużywa. Nawet prezes Kaczyński nie mówi już o premierze z fascynacją. Chcąc poprawić swe notowania, Morawiecki postanowił stać się twarzą otwierania polskiej gospodarki, szumnie ogłaszając na konferencji poluzowanie obostrzeń. Ale to nie jedyny pomysł premiera. Morawiecki zaproponował również nowy program rządu na czas po koronawirusie. To tzw. Nowy Ład, który poza wieloma ułatwieniami dla biznesu ma wprowadzać m. in. bezpłatny dostęp do badań prenatalnych dla wszystkich kobiet w ciąży, wsparcie w urzędach dla matek na urlopie macierzyńskim bądź wychowawczym, a także finansowanie szczepionki na wirusa HPV, powodującego raka szyjki macicy. Ale czy na pewno wszystkim w Zjednoczonej Prawicy się to spodoba? Nie jest tajemnicą, że część polityków konserwatywnych uważa tę szczepionkę za moralnie podejrzaną. Inna rzecz, że Morawiecki, zapowiadając ofensywę polityczną związaną z „Nowym Ładem” naraził się na kontrę ze strony „ziobrystów”. Poseł Solidarnej Polski Mariusz Gosek, w przeszłości szef biura poselskiego Zbigniewa Ziobry, złożył interpelację w Sejmie. Pyta w niej premiera o efekty jego dawnego „planu Morawieckiego”, który — gdyby go wdrożyć — oznaczałby skokowy gospodarczy i cywilizacyjny awans Polski. Gdyby go wdrożyć — bo Morawiecki oczywiście w życie go nie wprowadził. Do tej pory to opozycja drwiła z „planu Morawieckiego”, teraz otwarcie robią to też „ziobryści”. Zresztą Ziobro i jego ludzie coraz bezczelniej atakują Morawieckiego, wyczuwając, że jego pozycja słabnie. Co z tym pocznie premier?

Porozumienie Jarosława Gowina zapomniało wybrać Jarosława Gowina na lidera Porozumienia Jarosława Gowina. W związku z tym Adam Bielan twierdzi, że to on jako zastępca Jarosława Gowina stał się liderem Porozumienia Jarosława Gowina. W tej pozornej grotesce może być logika, jeśli się okaże, że od sytuacji w Porozumieniu zależy los rządu i koalicji, a w tle pojawiają się nazwiska Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska. Posłuchają Państwo o tym najnowszym odcinku podcastu “Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z “Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu.

Nieporozumienie w Porozumieniu

To był czwartkowy wieczór, który upływał w atmosferze politycznego uśpienia. Politycy Porozumienia spotkali się na nagłym prezydium zarządu partii i wzięli się za łby. Szef partii Jarosław Gowin uznał, że Adam Bielan nie jest już wiceliderem partii, ponieważ został zawieszony.
Bielan z kolei uznał, że Gowin nie jest liderem Porozumienia, bo trzy lata temu na partyjnym kongresie, działacze zapomnieli go wybrać. Choć ta sytuacja wygląda groteskowo, to konflikt w Porozumieniu jest rzeczywisty, a spór toczy się od bardzo dawna — co najmniej od wiosny minionego roku. Wówczas Bielan z grupą działaczy Porozumienia — m.in. Kamilem Bortniczukiem i Jackiem Żalkiem — popierał PiS, które parło do wyborów prezydenckich podczas kulminacji pandemii. Gowin i jego ludzie byli przeciw — i wybory zatrzymali.
Dziś Kaczyński wystawia mu za to rachunek. Bo nie ma wątpliwości, że za Bielanem — który rzucił teraz rękawicę Gowinowi — stoi właśnie lider PiS.
Co jest powodem takiego zamieszania? Otóż, w PiS krążą plotki, że Jarosław Gowin zaczął się kontaktować z opozycją, w tym — o zgrozo! — z Donaldem Tuskiem. Wedle tej teorii, o rozmowach obu panów dowiedziała się centrala PiS na Nowogrodzkiej. Kaczyński uznał, że czas zrobić porządek z Gowinem i uruchomił swych ludzi w Porozumieniu, by doprowadzili do podziału w partii i osłabili Gowina. Miał być to znak dla Gowina, że nie opłaca mu się gra na dwa fronty. Kaczyński natomiast już od dawna pragnie rozmontować Porozumienie.
Prezes PiS pokazał ludziom Gowina marchewkę. Na stole szefa Rady Mediów Narodowych położył wniosek o powołanie do zarządu TVP Wojciecha Kasprowskiego, czyli człowieka Adama Bielana. Lider PiS pokazał ludziom Gowina, gdzie leży realna władza i kto ma realne frukty.
Na razie Gowin opanował sytuację, wyrzucając Bielana i Bortniczuka. Ale czy utrzyma kontrolę nad partią? I – najważniejsze – czy Kaczyński zrezygnuje z prób wykończenia Gowina?

Platforma kłóci się o aborcję

Wydrukowanie orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, które uniemożliwia dokonywania aborcji w przypadku ciężkiego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu, nie doprowadziło do wielkich protestów na ulicach Polski. Słusznie szef PiS przewidział, że ci, którzy mieli protestować, robili to jesienią, po ogłoszeniu orzeczenia.
Kaczyński może być zadowolony z jeszcze jednego — decyzją TK udało się wywołać gigantyczny konflikt wewnętrzny w PO. Platforma podzieliła się — czy w razie przejęcia władzy poprzeć liberalizację przepisów czy powrót do kompromisu aborcyjnego. Władze partii zleciły więc badania, które pokazały, że  wyborcy PO są w dużej mierze zwolennikami liberalizacji przepisów antyaborcyjnych. W partii nie ma jednak większości dla takiego rozwiązania. Jest grupa polityków, jak chociażby Rafał Trzaskowski, którzy twierdzą, że nie ma powrotu do kompromisu aborcyjnego. Z drugiej strony jest jednak Grzegorz Schetyna i jego konserwatywni współpracownicy, którzy będą chcieli blokować próbę liberalizacji. Po raz kolejny okazało się więc, że wyborcy Platformy Obywatelskiej są bardziej liberalni niż jej politycy. Jeśli ze strony przywódców ugrupowania padnie deklaracja pro-choice — oddająca decyzję w sprawie aborcji kobiecie — część polityków skrzydła konserwatywnego wyjdzie z partii.
Platforma Obywatelska, której kilkanaście dni temu stuknęło 20 lat, nie potrafi odnaleźć się w nowych realiach. Idealną ilustracją tego są wypowiedzi byłych przywódców partii. Bronisław Komorowski w programie Onet Opinie stwierdził, że jest zwolennikiem powrotu do kompromisu aborcyjnego. Donald Tusk natomiast na spotkaniu z czytelnikami „Gazety Wyborczej” powiedział, że kompromis antagonizował scenę polityczną i jest zwolennikiem tego, by wybór oddać kobietom.
Którą drogą pójdzie Platforma? I dokąd mogą uciec konserwatyści?

Ziobro pyta Morawieckiego, czy ma plan

Premier Mateusz Morawiecki przeżywa ciężkie dni. Walka z koronawirusem i Zbigniewem Ziobrą intensywnie go zużywa. Nawet prezes Kaczyński nie mówi już o premierze z fascynacją.
Chcąc poprawić swe notowania, Morawiecki postanowił stać się twarzą otwierania polskiej gospodarki, szumnie ogłaszając na konferencji poluzowanie obostrzeń. Ale to nie jedyny pomysł premiera. Morawiecki zaproponował również nowy program rządu na czas po koronawirusie. To tzw. Nowy Ład, który poza wieloma ułatwieniami dla biznesu ma wprowadzać m. in. bezpłatny dostęp do badań prenatalnych dla wszystkich kobiet w ciąży, wsparcie w urzędach dla matek na urlopie macierzyńskim bądź wychowawczym, a także finansowanie szczepionki na wirusa HPV, powodującego raka szyjki macicy. Ale czy na pewno wszystkim w Zjednoczonej Prawicy się to spodoba? Nie jest tajemnicą, że część polityków konserwatywnych uważa tę szczepionkę za moralnie podejrzaną.
Inna rzecz, że Morawiecki, zapowiadając ofensywę polityczną związaną z „Nowym Ładem” naraził się na kontrę ze strony „ziobrystów”. Poseł Solidarnej Polski Mariusz Gosek, w przeszłości szef biura poselskiego Zbigniewa Ziobry, złożył interpelację w Sejmie. Pyta w niej premiera o efekty jego dawnego „planu Morawieckiego”, który — gdyby go wdrożyć — oznaczałby skokowy gospodarczy i cywilizacyjny awans Polski. Gdyby go wdrożyć — bo Morawiecki oczywiście w życie go nie wprowadził. Do tej pory to opozycja drwiła z „planu Morawieckiego”, teraz otwarcie robią to też „ziobryści”. Zresztą Ziobro i jego ludzie coraz bezczelniej atakują Morawieckiego, wyczuwając, że jego pozycja słabnie. Co z tym pocznie premier?

#74 - Czy Daniel Obajtek zostanie premierem? Prezes Kaczyński stracił fascynację Mateuszem Morawieckim
2021-01-30 17:43:19

Julia Przyłębska dopchnęła kolanem uzasadnienie orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji, Jarosław Kaczyński dostrzegł boże dary u szefa Orlenu Daniela Obajtka, zaś Jacek Kurski znów zostanie ojcem — to będzie córeczka. O tych wszystkich wydarzeniach posłuchają Państwo w najnowszym odcinku podcastu “Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z “Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu. Kulisy wojny o aborcję   W październiku minionego roku Trybunał Konstytucyjny praktycznie zakazał legalnej aborcji w Polsce. Ekipa Julii Przyłębskiej wykluczyła jedną z trzech legalnych przesłanek przerywania ciąży, czyli trwałe uszkodzenie płodu — a to ponad 90 proc. legalnych aborcji w Polsce. Wybuchły protesty, pojawiły się tłumy na ulicach, obóz władzy musiał się cofnąć i nie wydrukował orzeczenia. Twierdził, że czeka na jego pisemne uzasadnienie — choć z prawnego punktu widzenia wstrzymywanie wydruku było nielegalne. No, ale było pewne, że uzasadnienie prędzej czy później się pojawi. I pojawiło się teraz, równie nagle co wyrok TK. Rząd szybko uruchomił drukarki i zaostrzenie prawa aborcyjnego stało się obowiązującym prawem. Jak wyglądały kulisy tej operacji zatytułowanej „czekamy na uzasadnienie”? W Trybunale Konstytucyjnym zasiadają sędziowie, którzy w ogromnej większości są nominatami PiS — wyjątkiem jest Leon Kieres, były senator PO i były szef IPN. Kieres wraz z sędzią Piotrem Pszczółkowskim — dawnym adwokatem smoleńskim Jarosława Kaczyńskiego, dziś odcinającym się od PiS — zgłosili zdania odrębne do tego orzeczenia już w październiku. Uważali, że zaostrzenie prawa aborcyjnego jest zbyt drastyczne. Ale w minionym tygodniu, po opublikowaniu uzasadnienia do wyroku, okazało się, że pojawiły się trzy kolejne zdania odrębne. Tym razem nie do wyroku, tylko do uzasadnienia. Zgłosili je sędziowie z PiS: Zbigniew Jędrzejewski, Mariusz Muszyński i Jarosław Wyrembak. Ten ostatni twierdzi, że nie wie, w jaki sposób powstało uzasadnienie, bo nie brał udziału w jego przygotowaniu. Skąd więc wzięło się uzasadnienie? Było inspirowane przez PiS. Przyłębska napisała je tak, jak jej to nakazano. Po jesiennym orzeczeniu TK i protestach rządzący zrozumieli, jak wielu fundamentalistów skierowali do TK. I doszli do wniosku, że jeśli uzasadnienie będzie takie, jak orzeczenie, to dojdzie do rewolucji na ulicach. Musieli więc sprawić, by uzasadnienie zapewniało furtkę do przygotowania ustawy łagodzącej orzeczenie. Chodzi np. o ustawę umożliwiającą przerywanie ciąży w razie śmiertelnych wad płodu. Muszyński, Jędrzejewski i Wyrembak jako konserwatywni jastrzębie zostali odsunięci od prac nad uzasadnieniem. Poznali jego treść po fakcie i uważają, że uzasadnienie nie jest zgodne z orzeczeniem — krytykują właśnie furtkę, którą zostawia. Przyłębska jednak zrealizowała zadanie, które postawił przed nią PiS: dopchnęła uzasadnienie kolanem, zapewniając tym samym możliwości ruchu rządzącym. Czy obóz władzy z tego skorzysta? Prezydent się miota. Czy Andrzej Duda ma jakąś wizję? Prezydent Andrzej Duda zachowuje się w sprawie przepisów aborcyjnych chybotliwie. W październiku, tuż po ogłoszeniu wyroku TK, był przeszczęśliwy. Następnie, widząc protesty na ulicach, zarówno on, jego żona, jak i córka stwierdzili, że kobiet nie powinno skazywać się na heroizm. Duda przygotował więc projekt ustawy, wedle którego w przypadku wad śmiertelnych płodu, będzie możliwość dokonania aborcji. Kiedy protesty ucichły, prezydent zapytany w TVN24 stwierdził, że on już nie jest gospodarzem tej ustawy i trzeba o nią pytać Sejm. Prezydent mówił w wywiadzie dla TVN24 jeszcze inne zaskakujące rzeczy. Odniósł się między innymi do najnowszych pomysłów Zbigniewa Ziobry na dyscyplinowanie niepokornych prokuratorów — zsyłka kilkaset kilometrów od domu. Prezydent stwierdził, że jeśli komuś się nie podoba, to zawsze może zmienić pracę. Mówi to ten sam Duda, który w kampanii wyborczej 2015 r. krytykował swego konkurenta Bronisława Komorowskiego za to, że poradził młodemu człowiekowi (podstawionemu zresztą przez PiS), by zmienił pracę, jeśli brakuje mu środków do życia. W przypadku Dudy jest jeszcze gorzej, bo prezydent swą życiową radę skierował do urzędników państwowych. Prawnicy pracujący dla państwa nie zarabiają ogromnych kwot, w odróżnieniu od swych kolegów pracujących w sektorze prywatnym. Najczęściej mają szlachetną motywację — chcą ścigać przestępców i służyć państwu. Głowa państwa powinna ich więc szanować, a nie sugerować, że są niepotrzebni. Duda mówił też o działaniach policji, która podczas antyrządowych demonstracji w ostatnich miesiącach zachowuje się coraz bardziej brutalnie. Z jego wypowiedzi wynika, że dopóki policja nikogo nie zabije, to wszystko jest w porządku. Czy podobnie mówił, gdy policją kierowali ludzie PO? Najsmutniejszy wniosek z wywiadu prezydenta dla TVN24 jest taki: Andrzej Duda nie ma wizji na swą drugą kadencję. Nie przedstawił żadnego pomysłu w obszarach, którym grozi koronawirusowa zapaść: służbie zdrowia, edukacji, gospodarce. Ba, prawie o nich nie mówił. Obajtek mesjaszem władzy  W minionym tygodniu Jarosław Kaczyński wybrał się do telewizji internetowej wPolsce.pl i udzielił pasjonującego wywiadu. W sumie nie jest ważne, co w nim mówił. Ważne o kim nie mówił: o Mateuszu Morawieckim. Premier, który widział się w roli przyszłego lidera PiS, a sam prezes nazywał go „człowiekiem być może najzdolniejszym po 1989 roku”, popadł w niełaskę. W 2021 roku nadzieją dla Polski został — tu fanfary, a właściwie klaksony — prezes Orlenu Daniel Obajtek!!! Jarosław Kaczyński stwierdził, że Obajtek ma coś takiego, co daje sam Bóg. Niestety, nie powiedział, co to takiego. Na pewno nie chodziło mu o akt oskarżenia w sprawie korupcji, który prokuratura wycofała po dojściu PiS do władzy. Czy słowa prezesa oznaczają zasadniczą zmienę w obozie władzy? Czy Obajtek może zostać premierem? Ewidentnie coś się dzieje wokół Morawieckiego. Ruszyła też giełda kandydatów na jego następcę. Może Obajtek, a może Mariusz Błaszczak, a może Michał Dworczyk, a może Jacek Kurski? Kto z nich bardzo chce, a kogo prezes nie chce? Ciąża Kurskich i rocznica ślubu Ziobrów   Kurski po raz kolejny będzie ojcem! W minionym tygodniu ukazały się zdjęcia państwa Kurskich, zrobione przez paparazzo „Faktu”. Nie ma wątpliwości: prezes TVP i jego nowa żona niedługo zostaną rodzicami. Wydarzenia nabrały przyspieszenia po tym, gdy 18 lipca 2020 roku państwo Kurscy stanęli na ślubnym kobiercu w  Sanktuarium  Bożego Miłosierdzia w Krakowie- Łagiewnikach . Był to dla każdego z nich drugi ślub kościelny, bo wcześniej obojgu udało się uzyskać rozwody kościelne. A dlaczego ślub Kurskich akurat w tym sanktuarium, które podlega metropolicie krakowskiemu abp. Markowi Jędraszewskiemu? Okazuje się, że Jacek Kurski przystąpił do trudnych negocjacji z arcybiskupem z konkretną ofertą... Śluby to zresztą delikatna sprawa w obozie władzy. W tym roku mija dekada od ślubu cywilnego Zbigniewa Ziobry i Patrycji Koteckiej. To był ślub jak się patrzy: w Urzędzie Stanu Cywilnego w Wieliczce, z zaproszonymi fotoreporterami. Gazety donosiły: „Najpierw był cichy ślub kościelny. Teraz Zbigniew Ziobro i jego wybranka, spodziewająca się dziecka Patrycja Kotecka, przypieczętowali swój związek ślubem cywilnym”. Ta kolejność ślubów Ziobrów jest zastanawiająca. Wszak z punktu widzenia prawa nie można wziąć ślubu kościelnego bez ślubu cywilnego. W przypadku ślubu kościelnego ksiądz ma obowiązek jednocześnie przeprowadzić ślub cywilny i poinformować o tym urząd stanu cywilnego. Jest jednak pewna furtka. Czy państwo Ziobrowie z niej skorzystali?

Julia Przyłębska dopchnęła kolanem uzasadnienie orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji, Jarosław Kaczyński dostrzegł boże dary u szefa Orlenu Daniela Obajtka, zaś Jacek Kurski znów zostanie ojcem — to będzie córeczka. O tych wszystkich wydarzeniach posłuchają Państwo w najnowszym odcinku podcastu “Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z “Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu.

Kulisy wojny o aborcję 

W październiku minionego roku Trybunał Konstytucyjny praktycznie zakazał legalnej aborcji w Polsce. Ekipa Julii Przyłębskiej wykluczyła jedną z trzech legalnych przesłanek przerywania ciąży, czyli trwałe uszkodzenie płodu — a to ponad 90 proc. legalnych aborcji w Polsce. Wybuchły protesty, pojawiły się tłumy na ulicach, obóz władzy musiał się cofnąć i nie wydrukował orzeczenia. Twierdził, że czeka na jego pisemne uzasadnienie — choć z prawnego punktu widzenia wstrzymywanie wydruku było nielegalne. No, ale było pewne, że uzasadnienie prędzej czy później się pojawi. I pojawiło się teraz, równie nagle co wyrok TK. Rząd szybko uruchomił drukarki i zaostrzenie prawa aborcyjnego stało się obowiązującym prawem.
Jak wyglądały kulisy tej operacji zatytułowanej „czekamy na uzasadnienie”?
W Trybunale Konstytucyjnym zasiadają sędziowie, którzy w ogromnej większości są nominatami PiS — wyjątkiem jest Leon Kieres, były senator PO i były szef IPN. Kieres wraz z sędzią Piotrem Pszczółkowskim — dawnym adwokatem smoleńskim Jarosława Kaczyńskiego, dziś odcinającym się od PiS — zgłosili zdania odrębne do tego orzeczenia już w październiku. Uważali, że zaostrzenie prawa aborcyjnego jest zbyt drastyczne.
Ale w minionym tygodniu, po opublikowaniu uzasadnienia do wyroku, okazało się, że pojawiły się trzy kolejne zdania odrębne. Tym razem nie do wyroku, tylko do uzasadnienia. Zgłosili je sędziowie z PiS: Zbigniew Jędrzejewski, Mariusz Muszyński i Jarosław Wyrembak. Ten ostatni twierdzi, że nie wie, w jaki sposób powstało uzasadnienie, bo nie brał udziału w jego przygotowaniu.
Skąd więc wzięło się uzasadnienie? Było inspirowane przez PiS. Przyłębska napisała je tak, jak jej to nakazano. Po jesiennym orzeczeniu TK i protestach rządzący zrozumieli, jak wielu fundamentalistów skierowali do TK. I doszli do wniosku, że jeśli uzasadnienie będzie takie, jak orzeczenie, to dojdzie do rewolucji na ulicach. Musieli więc sprawić, by uzasadnienie zapewniało furtkę do przygotowania ustawy łagodzącej orzeczenie. Chodzi np. o ustawę umożliwiającą przerywanie ciąży w razie śmiertelnych wad płodu.
Muszyński, Jędrzejewski i Wyrembak jako konserwatywni jastrzębie zostali odsunięci od prac nad uzasadnieniem. Poznali jego treść po fakcie i uważają, że uzasadnienie nie jest zgodne z orzeczeniem — krytykują właśnie furtkę, którą zostawia. Przyłębska jednak zrealizowała zadanie, które postawił przed nią PiS: dopchnęła uzasadnienie kolanem, zapewniając tym samym możliwości ruchu rządzącym. Czy obóz władzy z tego skorzysta?

Prezydent się miota. Czy Andrzej Duda ma jakąś wizję?

Prezydent Andrzej Duda zachowuje się w sprawie przepisów aborcyjnych chybotliwie. W październiku, tuż po ogłoszeniu wyroku TK, był przeszczęśliwy. Następnie, widząc protesty na ulicach, zarówno on, jego żona, jak i córka stwierdzili, że kobiet nie powinno skazywać się na heroizm. Duda przygotował więc projekt ustawy, wedle którego w przypadku wad śmiertelnych płodu, będzie możliwość dokonania aborcji. Kiedy protesty ucichły, prezydent zapytany w TVN24 stwierdził, że on już nie jest gospodarzem tej ustawy i trzeba o nią pytać Sejm.
Prezydent mówił w wywiadzie dla TVN24 jeszcze inne zaskakujące rzeczy. Odniósł się między innymi do najnowszych pomysłów Zbigniewa Ziobry na dyscyplinowanie niepokornych prokuratorów — zsyłka kilkaset kilometrów od domu. Prezydent stwierdził, że jeśli komuś się nie podoba, to zawsze może zmienić pracę. Mówi to ten sam Duda, który w kampanii wyborczej 2015 r. krytykował swego konkurenta Bronisława Komorowskiego za to, że poradził młodemu człowiekowi (podstawionemu zresztą przez PiS), by zmienił pracę, jeśli brakuje mu środków do życia. W przypadku Dudy jest jeszcze gorzej, bo prezydent swą życiową radę skierował do urzędników państwowych. Prawnicy pracujący dla państwa nie zarabiają ogromnych kwot, w odróżnieniu od swych kolegów pracujących w sektorze prywatnym. Najczęściej mają szlachetną motywację — chcą ścigać przestępców i służyć państwu. Głowa państwa powinna ich więc szanować, a nie sugerować, że są niepotrzebni.
Duda mówił też o działaniach policji, która podczas antyrządowych demonstracji w ostatnich miesiącach zachowuje się coraz bardziej brutalnie. Z jego wypowiedzi wynika, że dopóki policja nikogo nie zabije, to wszystko jest w porządku. Czy podobnie mówił, gdy policją kierowali ludzie PO?
Najsmutniejszy wniosek z wywiadu prezydenta dla TVN24 jest taki: Andrzej Duda nie ma wizji na swą drugą kadencję. Nie przedstawił żadnego pomysłu w obszarach, którym grozi koronawirusowa zapaść: służbie zdrowia, edukacji, gospodarce. Ba, prawie o nich nie mówił.

Obajtek mesjaszem władzy

 W minionym tygodniu Jarosław Kaczyński wybrał się do telewizji internetowej wPolsce.pl i udzielił pasjonującego wywiadu. W sumie nie jest ważne, co w nim mówił. Ważne o kim nie mówił: o Mateuszu Morawieckim. Premier, który widział się w roli przyszłego lidera PiS, a sam prezes nazywał go „człowiekiem być może najzdolniejszym po 1989 roku”, popadł w niełaskę. W 2021 roku nadzieją dla Polski został — tu fanfary, a właściwie klaksony — prezes Orlenu Daniel Obajtek!!! Jarosław Kaczyński stwierdził, że Obajtek ma coś takiego, co daje sam Bóg. Niestety, nie powiedział, co to takiego. Na pewno nie chodziło mu o akt oskarżenia w sprawie korupcji, który prokuratura wycofała po dojściu PiS do władzy.
Czy słowa prezesa oznaczają zasadniczą zmienę w obozie władzy? Czy Obajtek może zostać premierem? Ewidentnie coś się dzieje wokół Morawieckiego. Ruszyła też giełda kandydatów na jego następcę. Może Obajtek, a może Mariusz Błaszczak, a może Michał Dworczyk, a może Jacek Kurski? Kto z nich bardzo chce, a kogo prezes nie chce?

Ciąża Kurskich i rocznica ślubu Ziobrów 

Kurski po raz kolejny będzie ojcem! W minionym tygodniu ukazały się zdjęcia państwa Kurskich, zrobione przez paparazzo „Faktu”. Nie ma wątpliwości: prezes TVP i jego nowa żona niedługo zostaną rodzicami. Wydarzenia nabrały przyspieszenia po tym, gdy 18 lipca 2020 roku państwo Kurscy stanęli na ślubnym kobiercu w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach. Był to dla każdego z nich drugi ślub kościelny, bo wcześniej obojgu udało się uzyskać rozwody kościelne. A dlaczego ślub Kurskich akurat w tym sanktuarium, które podlega metropolicie krakowskiemu abp. Markowi Jędraszewskiemu? Okazuje się, że Jacek Kurski przystąpił do trudnych negocjacji z arcybiskupem z konkretną ofertą...
Śluby to zresztą delikatna sprawa w obozie władzy. W tym roku mija dekada od ślubu cywilnego Zbigniewa Ziobry i Patrycji Koteckiej. To był ślub jak się patrzy: w Urzędzie Stanu Cywilnego w Wieliczce, z zaproszonymi fotoreporterami. Gazety donosiły: „Najpierw był cichy ślub kościelny. Teraz Zbigniew Ziobro i jego wybranka, spodziewająca się dziecka Patrycja Kotecka, przypieczętowali swój związek ślubem cywilnym”.
Ta kolejność ślubów Ziobrów jest zastanawiająca. Wszak z punktu widzenia prawa nie można wziąć ślubu kościelnego bez ślubu cywilnego. W przypadku ślubu kościelnego ksiądz ma obowiązek jednocześnie przeprowadzić ślub cywilny i poinformować o tym urząd stanu cywilnego. Jest jednak pewna furtka. Czy państwo Ziobrowie z niej skorzystali?

#73 - Platforma Obywatelska niezdolna do wygrywania? Szymon Hołownia chce zostać liderem opozycji
2021-01-23 17:05:38

Szef Kancelarii Premiera rozkłada kolejny strategiczny projekt w zwalczaniu COVID-19, ministrowie próbują wpychać swych ludzi do kolejki szczepień, Szymon Hołownia przyciąga do swej partii kolejnych frustratów, zaś premier lansuje się na psychiatrii dziecięcej. O tych wszystkich wydarzeniach posłuchają Państwo w najnowszym odcinku podcastu “Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z “Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu. Może czas rozliczyć Dworczyka? Rozpoczęły się zapisy na szczepienia seniorów w wieku powyżej 70 lat. Pierwsze dni to chaos. Widać, że rządzący nie przygotowali się odpowiednio do tej operacji, a obrazki kolejek sprzed przychodni, w których stoją seniorzy, wyglądają bardzo przygnębiająco. Obóz władzy próbuje jednak zwalać winę na producenta szczepionek i Unię Europejską, która podpisała z nim umowę na zaopatrzenie krajów członkowskich. Oczywiście, firma Pfizer zmniejszyła dostawy preparatów, ale minister zdrowia Adam Niedzielski w TVN24 zapewnił, że tylko ten tydzień ma mieć wyraźnie obniżoną liczbę dostarczonych szczepionek, później wszystko ma wrócić do normy. Ponadto, stwierdził, że poza standardowym kontraktem w ramach UE, rząd chce dokupić 24 miliony szczepionek, z czego 10 milionów w pierwszym półroczu. Problem więc może nie leży w szczepionkach, a w działaniach rządu. Może to właściwy moment, by rozliczyć ministra Michała Dworczyka, który najpierw był twarzą walki z pandemią, potem budował drogi i nieskuteczny Szpital Narodowy, a w tej chwili jest twarzą szwankującego programu szczepionkowego? Mundurowi przed chorymi? Nieprzyzwoite Narodowy Program Szczepień zakłada podział społeczeństwa na cztery grupy. Grupą “0” był głównie personel medyczny, ale także farmaceuci. Po nich miała być szczepionka grupa “1", w której znaleźli się najstarsi seniorzy, pensjonariusze DPS-ów oraz nauczyciele. I nagle dopisani do tej grupy zostali prokuratorzy oraz pracownicy służb mundurowych. Mieli oni zostać zaszczepieni przed grupą “2”, w której są osoby z chorobami współistniejącymi, czyli np. 50- czy 60-latkowie chorzy na raka. Stało się tak dlatego, że kolejka do szczepień stała się polityczną walutą wewnątrz rządu. Prokuratorów w kolejkę wpychał minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, wojsko — minister obrony Mariusz Błaszczak, a policję szef MSWiA Mariusz Kamiński. Na szczęście rząd — może pod naporem opinii publicznej, a może pod naciskiem prezesa Kaczyńskiego — wycofał się z tego nieprzyzwoitego działania.  Bo czy przyzwoite jest szczepienie młodych, silnych funkcjonariusz, żołnierzy czy agentów przed schorowanymi ludźmi? Mucha ucieka do Hołowni Posłanka PO Joanna Mucha została nowym nabytkiem ugrupowania Polska 2050. Szymon Hołownia krytykuje dotychczasowe partie, a sam robi to co one — przekupuje parlamentarzystów, którzy zostali odstawieni na boczny tor. Na razie łowi głównie po stronie opozycji. Chwilę przed transferem byłej minister sportu, Koalicję Obywatelską na Polskę 2050 zamienił senator Jacek Bury. Dzięki temu ruchowi, Hołownia dołączył w pewnym sensie do koalicji PO-PSL-Lewica, która ma minimalną przewagę nad PiS w Senacie. Ludzie ze struktur Polski 2050 odczytują te ruchy jednoznacznie: czują się oszukani. Miała być nowa jakość, a pojawiają się ograne twarze. Joanna Mucha jest idealnym tego przykładem. Odstawiona całkowicie na boczny tor, jako pierwsza zrezygnowała rok temu z kandydowania na przewodniczącego Platformy Obywatelskiej, oddając pole Borysowi Budce, w zamian za funkcję szefowej Instytutu Obywatelskiego. Szefem tego think tanku Platformy nigdy nie została, po czym została zepchnięta na całkowity margines. Dołączyła więc do Szymona Hołowni. Na co liczy? I czy pociągnie kogoś jeszcze? Fundamentalny kryzys Platformy i Lewicy Obóz władzy nie przeprowadził Polski dobrze przez COVID-19. Wisi nad nami katastrofa gospodarcza, system testów i leczenia ludzi jest niewydolny, po drodze były awantury z Unią Europejską, kryzysy koalicyjne i masowe protesty na ulicach, związane z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego. A mimo to PiS ciągle prowadzi w sondażach. Ani Lewica, ani Platforma Obywatelska nie notują znaczących wzrostów. PO wygląda, jakby była trwale niezdolna do wygrywania. Hołownia natomiast jest liderem wielu badań zaufania, a jego formacja w niektórych sondażach zajmuje drugie miejsce, zaraz po PiS. To pokazuje fundamentalny kryzys PO i Lewicy. W tym sensie ruch Joanny Muchy jest zrozumiały. W Platformie narasta frustracja, więc kolejne transfery nie są wykluczone. Hołownia ma charyzmę, której nie ma nikt w Platformie Obywatelskiej. Borys Budka przez rok nie pociągnął partii do przodu, a Grzegorz Schetyna miał 4 lata, podczas których przegrał wszystkie wybory. Hołownia ma jednak kłopoty ze swymi nabytkami: brakuje im spójności. Ściągnął Joannę Muchę, który ma bardzo liberalne pomysły na służbę zdrowia, czy Burego, który twierdzi, że 500 + jest do zmiany — od czego sam Hołownia się odcina. Na swoim pokładzie ma także podkupioną z Lewicy posłankę Hannę Gill-Piątek, która w otwarty sposób deklaruje, że jest biseksualna i jest zwolenniczką prawa aborcyjnego. I znów nie pasuje to do delikatnie konserwatywnego oblicza samego Hołowni. Ale czy to ma znaczenie dla wyborców? Wawrzyk na RPO? Na pewno rząd by odetchną ł Wiceminister spraw zagranicznych Piotr Wawrzyk został wybrany przez Sejm na Rzecznika Praw Obywatelskich. Opozycja krytykuje ten wybór, uznając, że Wawrzyk jest marionetką w rękach szefa PiS. Ale może Wawrzyk byłby lepszym RPO niż jest wiceszefem MSZ? Skąd takie przypuszczenia? Otóż, Wawrzyk boi się latać samolotami, co przy jego obecnej funkcji stanowi duże utrudnienie — po Europie wożony jest autem, nigdzie indziej nie jeździ. Gdyby był RPO, to wyjazdy przestałyby być problemem. Tyle, że niemal na pewno Wawrzyk Rzecznikiem Praw Obywatelskich nie zostanie. Dlaczego? Bo nie uzyska poparcia w Senacie, który ma w tej sprawie ostateczne zdanie. Lans na psychiatrii dziecięcej Rząd ogłosił w tym tygodniu plan pomocy finansowej dla psychiatrii dziecięcej. Nie obyło się jednak bez politycznego cyrku. Otóż, kilkanaście dni temu opozycyjny Senat przyjął poprawkę do budżetu na 2021 r, chcąc na psychiatrię dziecięcą przeznaczyć 80 mln zł. Jak zachowali się rządzący? Odrzucili tę poprawkę. A następnie premier zwołał specjalną konferencję prasową, by zakomunikować, że przeznaczy na psychiatrię dziecięcą 220 mln zł. Oczywiście, chwała za przyznanie pieniędzy musi spaść na premiera, a nie na opozycję. Oczywiście, dobrze, że Morawiecki nareszcie znalazł pieniądze na lepsze wyposażenie oddziałów szpitalnych oraz na telefon zaufania dla dzieci. Inna rzecz, że to on wcześniej zabrał pieniądze przeznaczone na ów telefon. Więc po co ten polityczny spektakl w tak ważnej i delikatnej sprawie?

Szef Kancelarii Premiera rozkłada kolejny strategiczny projekt w zwalczaniu COVID-19, ministrowie próbują wpychać swych ludzi do kolejki szczepień, Szymon Hołownia przyciąga do swej partii kolejnych frustratów, zaś premier lansuje się na psychiatrii dziecięcej. O tych wszystkich wydarzeniach posłuchają Państwo w najnowszym odcinku podcastu “Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z “Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu.

Może czas rozliczyć Dworczyka?

Rozpoczęły się zapisy na szczepienia seniorów w wieku powyżej 70 lat. Pierwsze dni to chaos. Widać, że rządzący nie przygotowali się odpowiednio do tej operacji, a obrazki kolejek sprzed przychodni, w których stoją seniorzy, wyglądają bardzo przygnębiająco. Obóz władzy próbuje jednak zwalać winę na producenta szczepionek i Unię Europejską, która podpisała z nim umowę na zaopatrzenie krajów członkowskich. Oczywiście, firma Pfizer zmniejszyła dostawy preparatów, ale minister zdrowia Adam Niedzielski w TVN24 zapewnił, że tylko ten tydzień ma mieć wyraźnie obniżoną liczbę dostarczonych szczepionek, później wszystko ma wrócić do normy. Ponadto, stwierdził, że poza standardowym kontraktem w ramach UE, rząd chce dokupić 24 miliony szczepionek, z czego 10 milionów w pierwszym półroczu. Problem więc może nie leży w szczepionkach, a w działaniach rządu. Może to właściwy moment, by rozliczyć ministra Michała Dworczyka, który najpierw był twarzą walki z pandemią, potem budował drogi i nieskuteczny Szpital Narodowy, a w tej chwili jest twarzą szwankującego programu szczepionkowego?

Mundurowi przed chorymi? Nieprzyzwoite

Narodowy Program Szczepień zakłada podział społeczeństwa na cztery grupy. Grupą “0” był głównie personel medyczny, ale także farmaceuci. Po nich miała być szczepionka grupa “1", w której znaleźli się najstarsi seniorzy, pensjonariusze DPS-ów oraz nauczyciele.
I nagle dopisani do tej grupy zostali prokuratorzy oraz pracownicy służb mundurowych. Mieli oni zostać zaszczepieni przed grupą “2”, w której są osoby z chorobami współistniejącymi, czyli np. 50- czy 60-latkowie chorzy na raka.
Stało się tak dlatego, że kolejka do szczepień stała się polityczną walutą wewnątrz rządu.
Prokuratorów w kolejkę wpychał minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, wojsko — minister obrony Mariusz Błaszczak, a policję szef MSWiA Mariusz Kamiński. Na szczęście rząd — może pod naporem opinii publicznej, a może pod naciskiem prezesa Kaczyńskiego — wycofał się z tego nieprzyzwoitego działania.
 Bo czy przyzwoite jest szczepienie młodych, silnych funkcjonariusz, żołnierzy czy agentów przed schorowanymi ludźmi?

Mucha ucieka do Hołowni

Posłanka PO Joanna Mucha została nowym nabytkiem ugrupowania Polska 2050. Szymon Hołownia krytykuje dotychczasowe partie, a sam robi to co one — przekupuje parlamentarzystów, którzy zostali odstawieni na boczny tor. Na razie łowi głównie po stronie opozycji. Chwilę przed transferem byłej minister sportu, Koalicję Obywatelską na Polskę 2050 zamienił senator Jacek Bury. Dzięki temu ruchowi, Hołownia dołączył w pewnym sensie do koalicji PO-PSL-Lewica, która ma minimalną przewagę nad PiS w Senacie. Ludzie ze struktur Polski 2050 odczytują te ruchy jednoznacznie: czują się oszukani. Miała być nowa jakość, a pojawiają się ograne twarze. Joanna Mucha jest idealnym tego przykładem. Odstawiona całkowicie na boczny tor, jako pierwsza zrezygnowała rok temu z kandydowania na przewodniczącego Platformy Obywatelskiej, oddając pole Borysowi Budce, w zamian za funkcję szefowej Instytutu Obywatelskiego. Szefem tego think tanku Platformy nigdy nie została, po czym została zepchnięta na całkowity margines. Dołączyła więc do Szymona Hołowni. Na co liczy? I czy pociągnie kogoś jeszcze?

Fundamentalny kryzys Platformy i Lewicy

Obóz władzy nie przeprowadził Polski dobrze przez COVID-19. Wisi nad nami katastrofa gospodarcza, system testów i leczenia ludzi jest niewydolny, po drodze były awantury z Unią Europejską, kryzysy koalicyjne i masowe protesty na ulicach, związane z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego. A mimo to PiS ciągle prowadzi w sondażach. Ani Lewica, ani Platforma Obywatelska nie notują znaczących wzrostów. PO wygląda, jakby była trwale niezdolna do wygrywania. Hołownia natomiast jest liderem wielu badań zaufania, a jego formacja w niektórych sondażach zajmuje drugie miejsce, zaraz po PiS. To pokazuje fundamentalny kryzys PO i Lewicy. W tym sensie ruch Joanny Muchy jest zrozumiały. W Platformie narasta frustracja, więc kolejne transfery nie są wykluczone.
Hołownia ma charyzmę, której nie ma nikt w Platformie Obywatelskiej. Borys Budka przez rok nie pociągnął partii do przodu, a Grzegorz Schetyna miał 4 lata, podczas których przegrał wszystkie wybory.
Hołownia ma jednak kłopoty ze swymi nabytkami: brakuje im spójności. Ściągnął Joannę Muchę, który ma bardzo liberalne pomysły na służbę zdrowia, czy Burego, który twierdzi, że 500 + jest do zmiany — od czego sam Hołownia się odcina. Na swoim pokładzie ma także podkupioną z Lewicy posłankę Hannę Gill-Piątek, która w otwarty sposób deklaruje, że jest biseksualna i jest zwolenniczką prawa aborcyjnego. I znów nie pasuje to do delikatnie konserwatywnego oblicza samego Hołowni. Ale czy to ma znaczenie dla wyborców?

Wawrzyk na RPO? Na pewno rząd by odetchnął

Wiceminister spraw zagranicznych Piotr Wawrzyk został wybrany przez Sejm na Rzecznika Praw Obywatelskich. Opozycja krytykuje ten wybór, uznając, że Wawrzyk jest marionetką w rękach szefa PiS. Ale może Wawrzyk byłby lepszym RPO niż jest wiceszefem MSZ? Skąd takie przypuszczenia? Otóż, Wawrzyk boi się latać samolotami, co przy jego obecnej funkcji stanowi duże utrudnienie — po Europie wożony jest autem, nigdzie indziej nie jeździ. Gdyby był RPO, to wyjazdy przestałyby być problemem. Tyle, że niemal na pewno Wawrzyk Rzecznikiem Praw Obywatelskich nie zostanie. Dlaczego? Bo nie uzyska poparcia w Senacie, który ma w tej sprawie ostateczne zdanie.

Lans na psychiatrii dziecięcej

Rząd ogłosił w tym tygodniu plan pomocy finansowej dla psychiatrii dziecięcej. Nie obyło się jednak bez politycznego cyrku.
Otóż, kilkanaście dni temu opozycyjny Senat przyjął poprawkę do budżetu na 2021 r, chcąc na psychiatrię dziecięcą przeznaczyć 80 mln zł. Jak zachowali się rządzący? Odrzucili tę poprawkę. A następnie premier zwołał specjalną konferencję prasową, by zakomunikować, że przeznaczy na psychiatrię dziecięcą 220 mln zł.
Oczywiście, chwała za przyznanie pieniędzy musi spaść na premiera, a nie na opozycję.
Oczywiście, dobrze, że Morawiecki nareszcie znalazł pieniądze na lepsze wyposażenie oddziałów szpitalnych oraz na telefon zaufania dla dzieci. Inna rzecz, że to on wcześniej zabrał pieniądze przeznaczone na ów telefon.
Więc po co ten polityczny spektakl w tak ważnej i delikatnej sprawie?

#72 - Seks, taśmy i Wałbrzych. Najnowsze skandale pokazują marny poziom ludzi PiS
2021-01-16 17:25:34

Prezydent okłada się z prezesem, w wałbrzyskim PiS ruszyła nagrywarka haków, zaś w kontrolowanej przez PiS Krajowej Radzie Sądownictwa sędziowie wzięli się za łby w wojnie o wyłudzanie diet. O tych wszystkich napięciach w obozie władzy posłuchają Państwo w najnowszym odcinku podcastu „Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z „Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu. Prezydent się przebudził Prezydent Andrzej Duda postanowił się uaktywnić. W minionym tygodniu Duda zawetował ustawę o działach administracji. Ustawa ta zakłada między innymi przekazanie Lasów Państwowych z Ministerstwa Środowiska pod nadzór resortu rolnictwa. To, jak twierdzi prezydent, stanowiło główny powód weta. Ale tak naprawdę ważniejsze jest co innego: ustawa ta organizuje rząd na nowo po rekonstrukcji. Prezydent tym wetem próbuje więc zaznaczyć swoją obecność po miesiącach niebytu, przy okazji utrudniając życie rządowi. Ta decyzja razem z kilkoma innymi działaniami Dudy łączy się w jedną całość — prezydent próbuje się uwolnić spod kurateli prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Kiedy PiS zaproponowało Piotra Wawrzyka jako kandydata na Rzecznika Praw Obywatelskich, Duda odbił piłeczkę i zaproponował Jana Marię Rokitę, wiedząc, że nie ma na to żadnych szans. Ale prezydentowi chodziło nie o wybór Rokity, tylko o prosty sygnał: Wawrzyk nie jest dobrym kandydatem. Jednocześnie Andrzej Duda zaczął grać na środowiska, które są krytyczne wobec prezesa Kaczyńskiego i premiera Mateusza Morawieckiego. Nie przypadkiem jego propozycję dotyczącą kandydata na RPO poparli ludzie Zbigniewa Ziobry — bo właśnie z Ziobrą i byłą premier Beatą Szydło jest ostatnio Dudzie najbardziej po drodze. Widać to także po zmianach w Pałacu Prezydenckim. Duda zmarginalizował głównego intryganta w swoim środowisku, Krzysztofa Szczerskiego. W jego miejsce szefem gabinetu prezydenta został Paweł Szrot, który jest człowiekiem Szydło. Zakończyła się też najkrótsza i najbardziej zdumiewająca kariera u boku Dudy — raptem po pół roku z doradzania prezydentowi zrezygnowała jego córka. Jakie będą konsekwencje wszystkich tych decyzji? Czy Duda i Kaczyński zaczną ze sobą rozmawiać — bo dziś nie rozmawiają? I kto domaga się od prezesa, by nie traktował Dudy jak „ciamajdy”? Erotyczny donos do Kaczyńskiego   Wałbrzych to bardzo specyficzne miejsce na mapie Polski. W tym mieście, działacze partyjni rozmaitych formacji od lat biorą się za gęby w wewnętrznych wojenkach. Kupują głosy, szantażują i nagrywają — robią wszystko, by się wykończyć. Niemal dokładnie 10 lat temu struktury w Wałbrzychu rozwiązała Platforma Obywatelska, ponieważ dochodziło tam do kupowania głosów w wyborach samorządowych. Tym razem okazało się, Wałbrzych uderzył w PiS. Przez lata najważniejszym politykiem PiS w Wałbrzychu była Anna Zalewska. Sytuacja uległa zmianie, gdy PiS doszło do władzy w 2015 r. Zalewska została ministrem edukacji i przestała doglądać swego wałbrzyskiego ogródka. Wykorzystał to młody ambitny harcerz z bujną grzywką — Michał Dworczyk, który zaczął rozbudowywać wpływy w regionie wałbrzyskim. Korzystał z silnej pozycji ówczesnego szefa MON Antoniego Macierewicza, którego znał od lat i dzięki któremu został wiceministrem obrony. Zalewska powoli słabła, a Dworczyk rósł w siłę. W 2018 roku, przy okazji rekonstrukcji rządu, zapomniał o swoim patronie, odwoływanym Antonim Macierewiczu. Za nowego opiekuna wybrał sobie świeżo upieczonego premiera Mateusza Morawieckiego. Dziś Dworczyk jest główną twarzą walki z pandemią i Narodowego Programu Szczepień, wcześniej — bez wielkiego sukcesu — tworzył szpital na Stadionie Narodowym. Anna Zalewska natomiast została europosłanką, wyjechała do Brukseli i niemal całkowicie straciła wpływy. Dworczyk postanowił wykorzystać tę okazję i próbował przeciągnąć wałbrzyskich ludzi Zalewskiej na swoją stronę. Starzy wyjadacze z Dolnego Śląska postawili jednak opór, a jeden z nich nagrał szantaż ze strony ludzi Dworczyka. Krótko mówiąc ludzie Anny Zalewskiej nagrali ludzi Michała Dworczyka na korupcji politycznej. W tle jest też erotyczno-polityczny donos, który trafił do prezesa PiS. Po prostu PiS donosami stoi, a Kaczyńskiemu jest to na rękę, ponieważ im więcej informacji ma na swoich ludzi, tym łatwiej jest mu nimi kierować. Sędziowie PiS na kalorycznych dietach Zjednoczona Prawica przejmując władzę w 2015 roku, na sztandarach niosła hasła oczyszczenia polskiego sądownictwa. W ramach zmian w wymiarze sprawiedliwości, PiS przejął Krajową Radę Sądownictwa, która nominuje i awansuje sędziów. Miały się w niej znaleźć nieskazitelne autorytety, które zmienią oblicze polskiego sądownictwa. Niestety, autorytety PiS upadły w pandemii — okazało się, że najbardziej interesuje je napchana sakiewka. Otóż, w pandemii okazało się, że drastycznie wzrosła liczba zdalnie organizowanych komisji roboczych KRS. Praca, nie dość, że wykonywana z domu, to dodatkowo odbywała się w dni, w których KRS nie ma posiedzeń. A za to płynęły diety. Najbardziej zajętą okazała się komisja ds. danych osobowych. Kieruje nią największy gwiazdor KRS, sędzia Maciej Nawacki. Zasłynął z tego, że dostał się do KRS tylko dlatego, że sam sobie podpisał listę poparcia, inaczej zabrakłoby mu głosów. Teraz okazało się, że jest także przedsiębiorczy w kwestiach diet — zainkasował 22 241 złotych w niespełna pół roku. Sprawa dotarła do przewodniczącego KRS Leszka Mazura, który zrozumiał, że skończy rok z dziurą w budżecie. Sędzia Mazur wprowadził więc obowiązek organizowania posiedzeń komisji wyłącznie w dniach, w którym spotyka się cały KRS — w tej sytuacji Nawacki i jego ferajna przestali dostawać dodatkowe diety. Co się okazało? Ano nagle komisje przestały się spotykać, dane osobowe w sądach nie były już takie ważne. Ale Nawacki i jego kuple nie darowali — Mazur został odwołany. Ten wewnętrzny konflikt w szeregach sędziów nominowanych przez PiS pokazuje, że Krajowa Rada Sądownictwa miast przyczółkiem zmian na lepsze w sądownictwie, stała się oazą patologii. Czy można zmieniać wymiar sprawiedliwości ludźmi, którzy mają swobodne podejście do zasad? Narty z byłą wicepremier   Stacja TVN24 przyłapała byłą wicepremier Jadwigę Emilewicz podczas rodzinnego wypadku na narty. Trzech synów Emilewicz jeździło na stoku mimo pandemicznych ograniczeń. Wiceminister twierdziła, że jej dzieci są zaawansowanymi narciarzami i są zarejestrowane w Polskim Związku Narciarskim. Okazało się, że co prawda są zarejestrowani, ale rejestracja nastąpiła dopiero po pytaniach od dziennikarza w tej sprawie. Polski Związek Narciarski wydał oświadczenie, z którego jasno wynika, że Emilewicz mijała się z prawdą. Zresztą bez względu na to, jak wyglądała kwestia licencji PZN dla synów byłej wicepremier, sprawa jest prosta. Otóż, władza powinna świecić przykładem w kwestii przestrzegania pandemicznych ograniczeń, a nie korzystać z wąskich furtek, które pozwalają je omijać, o łamaniu przepisów nie wspominając. Tak, jak Krystyna Janda bokiem ominęła kolejkę do szczepień, tak Jadwiga Emilewicz znalazła sposób, aby umożliwić swoim dzieciom jazdę na nartach, która dla innych jest niedostępna. Ale czy Emilewicz jest w obozie jedyna? Nie, nie jest. Politycy PiS uwielbiają zwłaszcza wypoczynkowe wyjazdy do ciepłych krajów, na które dziś mało kto może sobie pozwolić.

Prezydent okłada się z prezesem, w wałbrzyskim PiS ruszyła nagrywarka haków, zaś w kontrolowanej przez PiS Krajowej Radzie Sądownictwa sędziowie wzięli się za łby w wojnie o wyłudzanie diet. O tych wszystkich napięciach w obozie władzy posłuchają Państwo w najnowszym odcinku podcastu „Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z „Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu.

Prezydent się przebudził

Prezydent Andrzej Duda postanowił się uaktywnić. W minionym tygodniu Duda zawetował ustawę o działach administracji. Ustawa ta zakłada między innymi przekazanie Lasów Państwowych z Ministerstwa Środowiska pod nadzór resortu rolnictwa. To, jak twierdzi prezydent, stanowiło główny powód weta. Ale tak naprawdę ważniejsze jest co innego: ustawa ta organizuje rząd na nowo po rekonstrukcji. Prezydent tym wetem próbuje więc zaznaczyć swoją obecność po miesiącach niebytu, przy okazji utrudniając życie rządowi. Ta decyzja razem z kilkoma innymi działaniami Dudy łączy się w jedną całość — prezydent próbuje się uwolnić spod kurateli prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Kiedy PiS zaproponowało Piotra Wawrzyka jako kandydata na Rzecznika Praw Obywatelskich, Duda odbił piłeczkę i zaproponował Jana Marię Rokitę, wiedząc, że nie ma na to żadnych szans. Ale prezydentowi chodziło nie o wybór Rokity, tylko o prosty sygnał: Wawrzyk nie jest dobrym kandydatem. Jednocześnie Andrzej Duda zaczął grać na środowiska, które są krytyczne wobec prezesa Kaczyńskiego i premiera Mateusza Morawieckiego.
Nie przypadkiem jego propozycję dotyczącą kandydata na RPO poparli ludzie Zbigniewa Ziobry — bo właśnie z Ziobrą i byłą premier Beatą Szydło jest ostatnio Dudzie najbardziej po drodze.
Widać to także po zmianach w Pałacu Prezydenckim. Duda zmarginalizował głównego intryganta w swoim środowisku, Krzysztofa Szczerskiego. W jego miejsce szefem gabinetu prezydenta został Paweł Szrot, który jest człowiekiem Szydło. Zakończyła się też najkrótsza i najbardziej zdumiewająca kariera u boku Dudy — raptem po pół roku z doradzania prezydentowi zrezygnowała jego córka. Jakie będą konsekwencje wszystkich tych decyzji? Czy Duda i Kaczyński zaczną ze sobą rozmawiać — bo dziś nie rozmawiają? I kto domaga się od prezesa, by nie traktował Dudy jak „ciamajdy”?

Erotyczny donos do Kaczyńskiego 

Wałbrzych to bardzo specyficzne miejsce na mapie Polski. W tym mieście, działacze partyjni rozmaitych formacji od lat biorą się za gęby w wewnętrznych wojenkach. Kupują głosy, szantażują i nagrywają — robią wszystko, by się wykończyć. Niemal dokładnie 10 lat temu struktury w Wałbrzychu rozwiązała Platforma Obywatelska, ponieważ dochodziło tam do kupowania głosów w wyborach samorządowych. Tym razem okazało się, Wałbrzych uderzył w PiS. Przez lata najważniejszym politykiem PiS w Wałbrzychu była Anna Zalewska. Sytuacja uległa zmianie, gdy PiS doszło do władzy w 2015 r. Zalewska została ministrem edukacji i przestała doglądać swego wałbrzyskiego ogródka. Wykorzystał to młody ambitny harcerz z bujną grzywką — Michał Dworczyk, który zaczął rozbudowywać wpływy w regionie wałbrzyskim. Korzystał z silnej pozycji ówczesnego szefa MON Antoniego Macierewicza, którego znał od lat i dzięki któremu został wiceministrem obrony. Zalewska powoli słabła, a Dworczyk rósł w siłę. W 2018 roku, przy okazji rekonstrukcji rządu, zapomniał o swoim patronie, odwoływanym Antonim Macierewiczu. Za nowego opiekuna wybrał sobie świeżo upieczonego premiera Mateusza Morawieckiego. Dziś Dworczyk jest główną twarzą walki z pandemią i Narodowego Programu Szczepień, wcześniej — bez wielkiego sukcesu — tworzył szpital na Stadionie Narodowym. Anna Zalewska natomiast została europosłanką, wyjechała do Brukseli i niemal całkowicie straciła wpływy. Dworczyk postanowił wykorzystać tę okazję i próbował przeciągnąć wałbrzyskich ludzi Zalewskiej na swoją stronę. Starzy wyjadacze z Dolnego Śląska postawili jednak opór, a jeden z nich nagrał szantaż ze strony ludzi Dworczyka. Krótko mówiąc ludzie Anny Zalewskiej nagrali ludzi Michała Dworczyka na korupcji politycznej. W tle jest też erotyczno-polityczny donos, który trafił do prezesa PiS. Po prostu PiS donosami stoi, a Kaczyńskiemu jest to na rękę, ponieważ im więcej informacji ma na swoich ludzi, tym łatwiej jest mu nimi kierować.

Sędziowie PiS na kalorycznych dietach

Zjednoczona Prawica przejmując władzę w 2015 roku, na sztandarach niosła hasła oczyszczenia polskiego sądownictwa. W ramach zmian w wymiarze sprawiedliwości, PiS przejął Krajową Radę Sądownictwa, która nominuje i awansuje sędziów. Miały się w niej znaleźć nieskazitelne autorytety, które zmienią oblicze polskiego sądownictwa. Niestety, autorytety PiS upadły w pandemii — okazało się, że najbardziej interesuje je napchana sakiewka.
Otóż, w pandemii okazało się, że drastycznie wzrosła liczba zdalnie organizowanych komisji roboczych KRS. Praca, nie dość, że wykonywana z domu, to dodatkowo odbywała się w dni, w których KRS nie ma posiedzeń. A za to płynęły diety.
Najbardziej zajętą okazała się komisja ds. danych osobowych. Kieruje nią największy gwiazdor KRS, sędzia Maciej Nawacki. Zasłynął z tego, że dostał się do KRS tylko dlatego, że sam sobie podpisał listę poparcia, inaczej zabrakłoby mu głosów. Teraz okazało się, że jest także przedsiębiorczy w kwestiach diet — zainkasował 22 241 złotych w niespełna pół roku.
Sprawa dotarła do przewodniczącego KRS Leszka Mazura, który zrozumiał, że skończy rok z dziurą w budżecie. Sędzia Mazur wprowadził więc obowiązek organizowania posiedzeń komisji wyłącznie w dniach, w którym spotyka się cały KRS — w tej sytuacji Nawacki i jego ferajna przestali dostawać dodatkowe diety. Co się okazało? Ano nagle komisje przestały się spotykać, dane osobowe w sądach nie były już takie ważne.
Ale Nawacki i jego kuple nie darowali — Mazur został odwołany. Ten wewnętrzny konflikt w szeregach sędziów nominowanych przez PiS pokazuje, że Krajowa Rada Sądownictwa miast przyczółkiem zmian na lepsze w sądownictwie, stała się oazą patologii. Czy można zmieniać wymiar sprawiedliwości ludźmi, którzy mają swobodne podejście do zasad?

Narty z byłą wicepremier 

Stacja TVN24 przyłapała byłą wicepremier Jadwigę Emilewicz podczas rodzinnego wypadku na narty. Trzech synów Emilewicz jeździło na stoku mimo pandemicznych ograniczeń. Wiceminister twierdziła, że jej dzieci są zaawansowanymi narciarzami i są zarejestrowane w Polskim Związku Narciarskim. Okazało się, że co prawda są zarejestrowani, ale rejestracja nastąpiła dopiero po pytaniach od dziennikarza w tej sprawie. Polski Związek Narciarski wydał oświadczenie, z którego jasno wynika, że Emilewicz mijała się z prawdą. Zresztą bez względu na to, jak wyglądała kwestia licencji PZN dla synów byłej wicepremier, sprawa jest prosta. Otóż, władza powinna świecić przykładem w kwestii przestrzegania pandemicznych ograniczeń, a nie korzystać z wąskich furtek, które pozwalają je omijać, o łamaniu przepisów nie wspominając. Tak, jak Krystyna Janda bokiem ominęła kolejkę do szczepień, tak Jadwiga Emilewicz znalazła sposób, aby umożliwić swoim dzieciom jazdę na nartach, która dla innych jest niedostępna. Ale czy Emilewicz jest w obozie jedyna? Nie, nie jest. Politycy PiS uwielbiają zwłaszcza wypoczynkowe wyjazdy do ciepłych krajów, na które dziś mało kto może sobie pozwolić.

#71 - Prezydent Duda obiecywał szczepionki od Donalda Trumpa. Trump odchodzi w niesławie, a słuch o szczepionkach z Ameryki zaginął
2021-01-09 17:10:17

W Polsce mamy około 30 milionów dorosłych. Przyjmując dość konserwatywne założenie, że połowa z nas będzie chciała się zaszczepić, to w obecnym tempie — ok. 20 tys. osób dziennie — zajmie to nam dwa lata. To oznaczałoby kolejne miesiące w zamknięciu, zapaść gospodarki, niewiadomą w edukacji i masę problemów w służbie zdrowia. Rząd: możemy szczepić 4 mln osób miesięcznie Szczepionka jest szansą na powrót do normalności, a rząd nie traktuje akcji szczepień, jak sprawę życia lub śmierci — jak choćby Izrael, który jest światowym liderem w szczepieniu. Wciąż nie jesteśmy przygotowani na masowe szczepienia, a statystyki zgonów pokazują, że koronawirus ciągle ma się świetnie. Niewydolny i zbiurokratyzowany system służby zdrowia dostał zadanie, z którym trudno mu będzie sobie poradzić. Rząd przekonuje jednak, że ma wszystko pod kontrolą i w szybkim czasie jest w stanie szczepić nawet 4 mln osób miesięcznie. Czemu zatem nie szczepi? Problemem ma być niewystarczająca liczba szczepionek, dostarczona przez Unię Europejską. W zeszłym roku Unia podpisała umowy ramowe z kilkoma konsorcjami firm, nie wiedząc dokładnie, które z nich pierwsze wyprodukuje szczepionkę. Okazało się, ze firmy Pfizer i BioNtech dokonały tego najszybciej i ich szczepionka rozprowadzane jest po krajach członkowskich. Można narzekać, że szczepionek jest za mało i że to wina Unii. Ale — po pierwsze — w Polsce są już setki tysięcy dawek, które czekają na wykorzystanie. A — po wtóre — co by się stało, gdyby UE nie koordynowała zakupów i kraje członkowskie kupowały szczepionki samodzielnie w firmach farmaceutycznych? Czy nasz rząd byłby w stanie zapłacić za szczepionkę tyle, co Niemcy czy Francja? Gdzie szczepionki od Donalda? Skoro rząd narzeka, że ma za mało szczepionek, to powinien wykorzystać swe zachwalane kontakty w Ameryce. Na finale kampanii prezydenckiej w Polsce latem minionego roku prezydent Andrzej Duda spotkał się z Donaldem Trumpem. Po spotkaniu, TVP Info podało sensacyjną informację, że Polska zostanie pierwszym krajem, zaopatrzonym przez USA w szczepionkę na koronawirusa. Jak się okazało ani jedna dawka szczepionki od Trumpa nie trafiła do naszego kraju. Zresztą Trump kończy prezydenturę w marnym stylu — nie może pogodzić się z porażką i nie potrafi odejść ze stanowiska. Twierdzi, że wybory w USA zostały sfałszowane — dokładnie tak, jak twierdzili w przeszłości politycy PiS, gdy przegrywali wybory w Polsce. Zachowanie Trumpa doprowadziło do zamieszek, a tłum jego zwolenników zaatakował Kapitol — siedzibę amerykańskiego parlamentu. Większość liderów światowych skrytykowało zarówno prezydenta USA, jak i protestujących. Jak w tej sytuacji zachowała się Polska? Andrzej Duda napisał, że to wewnętrzna sprawa USA, a jego minister Krzysztof Szczerski stwierdził, że zachowanie protestujących przypomina zachowanie polskiej opozycji z przełomu 2016 i 2017 r., gdy doszło do zablokowania sali plenarnej Sejmu. Tę brawurową teorię podtrzymała Telewizja Publiczna, która przypomniała swe epokowe dzieło — film „Pucz”, zrealizowany w tamtym właśnie czasie. Jeśli jednak szukać w polskiej polityce analogii do napastników z Kapitolu, to raczej w środowisku PiS. No bo porównajmy choćby wiarę w spiski. W szturmie na Kapitol udział brali ludzie, wierzący w teorię spiskową QAnon. Według niej Donald Trump toczy wojnę z globalnym spiskiem pedofili. W PiS za to powszechna jest wiara, że Jarosław Kaczyński walczy z tzw. układem — spiskiem polityków, mafiozów, specsłużb i liberalnych mediów. To Kaczyński nazwał protest opozycji z 2016 i 2017 r. próbą „puczu”. Ba, prokuratura za jego życzeniem prowadziła nawet śledztwo w tej sprawie. Co ustaliła? S zczepienia celebrytów. Janda zawaliła rolę Celebryci, ludzie mediów, biznesu i polityki zaszczepili się bez kolejki na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Wśród zaszczepionych są: Krystyna Janda, Andrzej Seweryn, Maria Seweryn, Emilia Krakowska, Olgierd Łukaszewicz, Wiktor Zborowski, Magda Umer, Radosław Pazura, Michał Bajor, Grzegorz Warchoł, Krzysztof Materna, współzałożyciel TVN Mariusz Walter, obecni szefowie TVN Katarzyna Kieli (z mężem) i Edward Miszczak (z partnerką), Leszek Miller i jego żona, a także biznesowe klany Grycanów i Erisów. Zaszczepieni mieli różne tłumaczenia. Jedni twierdzili, że byli przekonani, iż szczepią się w ramach kampanii promocji szczepień. Inni — że przypadkiem dowiedzieli się o szczepieniach ze strony internetowej WUM i po prostu sobie przyjechali do gabinetu zabiegowego. Nie trzyma się to jednak kupy, bo — dla przykładu — Leszek Miller załatwił sobie szczepionkę bez kolejki w zupełnie inny sposób niż aktorzy. Skorzystał ze starej, politycznej znajomości. Szczepionki są w tej chwili towarem deficytowym, dla wielu wręcz szansą na przeżycie. Kolejkę do szczepień możemy więc traktować jako kolejkę do życia. W tej sytuacji oczekiwania wobec postaci tak ikonicznych jak Janda — które chcą być autorytetami w sprawach społecznych i politycznych — są proste: dawanie dobrego przykładu. Wybitna aktorka — która poza kolejką zaczepiła swą rodzinę i aktorów swego teatru — w tej roli zupełnie zawiodła. Czy ta przykra historia może przynieść jakieś pozytywne skutki? Czy sceptyczne wobec szczepionek społeczeństwo może zmienić nastawienie?

W Polsce mamy około 30 milionów dorosłych. Przyjmując dość konserwatywne założenie, że połowa z nas będzie chciała się zaszczepić, to w obecnym tempie — ok. 20 tys. osób dziennie — zajmie to nam dwa lata. To oznaczałoby kolejne miesiące w zamknięciu, zapaść gospodarki, niewiadomą w edukacji i masę problemów w służbie zdrowia.

Rząd: możemy szczepić 4 mln osób miesięcznie

Szczepionka jest szansą na powrót do normalności, a rząd nie traktuje akcji szczepień, jak sprawę życia lub śmierci — jak choćby Izrael, który jest światowym liderem w szczepieniu. Wciąż nie jesteśmy przygotowani na masowe szczepienia, a statystyki zgonów pokazują, że koronawirus ciągle ma się świetnie. Niewydolny i zbiurokratyzowany system służby zdrowia dostał zadanie, z którym trudno mu będzie sobie poradzić.
Rząd przekonuje jednak, że ma wszystko pod kontrolą i w szybkim czasie jest w stanie szczepić nawet 4 mln osób miesięcznie. Czemu zatem nie szczepi? Problemem ma być niewystarczająca liczba szczepionek, dostarczona przez Unię Europejską. W zeszłym roku Unia podpisała umowy ramowe z kilkoma konsorcjami firm, nie wiedząc dokładnie, które z nich pierwsze wyprodukuje szczepionkę. Okazało się, ze firmy Pfizer i BioNtech dokonały tego najszybciej i ich szczepionka rozprowadzane jest po krajach członkowskich. Można narzekać, że szczepionek jest za mało i że to wina Unii. Ale — po pierwsze — w Polsce są już setki tysięcy dawek, które czekają na wykorzystanie. A — po wtóre — co by się stało, gdyby UE nie koordynowała zakupów i kraje członkowskie kupowały szczepionki samodzielnie w firmach farmaceutycznych? Czy nasz rząd byłby w stanie zapłacić za szczepionkę tyle, co Niemcy czy Francja?

Gdzie szczepionki od Donalda?

Skoro rząd narzeka, że ma za mało szczepionek, to powinien wykorzystać swe zachwalane kontakty w Ameryce. Na finale kampanii prezydenckiej w Polsce latem minionego roku prezydent Andrzej Duda spotkał się z Donaldem Trumpem. Po spotkaniu, TVP Info podało sensacyjną informację, że Polska zostanie pierwszym krajem, zaopatrzonym przez USA w szczepionkę na koronawirusa. Jak się okazało ani jedna dawka szczepionki od Trumpa nie trafiła do naszego kraju.
Zresztą Trump kończy prezydenturę w marnym stylu — nie może pogodzić się z porażką i nie potrafi odejść ze stanowiska. Twierdzi, że wybory w USA zostały sfałszowane — dokładnie tak, jak twierdzili w przeszłości politycy PiS, gdy przegrywali wybory w Polsce.
Zachowanie Trumpa doprowadziło do zamieszek, a tłum jego zwolenników zaatakował Kapitol — siedzibę amerykańskiego parlamentu. Większość liderów światowych skrytykowało zarówno prezydenta USA, jak i protestujących. Jak w tej sytuacji zachowała się Polska? Andrzej Duda napisał, że to wewnętrzna sprawa USA, a jego minister Krzysztof Szczerski stwierdził, że zachowanie protestujących przypomina zachowanie polskiej opozycji z przełomu 2016 i 2017 r., gdy doszło do zablokowania sali plenarnej Sejmu. Tę brawurową teorię podtrzymała Telewizja Publiczna, która przypomniała swe epokowe dzieło — film „Pucz”, zrealizowany w tamtym właśnie czasie. Jeśli jednak szukać w polskiej polityce analogii do napastników z Kapitolu, to raczej w środowisku PiS. No bo porównajmy choćby wiarę w spiski. W szturmie na Kapitol udział brali ludzie, wierzący w teorię spiskową QAnon. Według niej Donald Trump toczy wojnę z globalnym spiskiem pedofili. W PiS za to powszechna jest wiara, że Jarosław Kaczyński walczy z tzw. układem — spiskiem polityków, mafiozów, specsłużb i liberalnych mediów.
To Kaczyński nazwał protest opozycji z 2016 i 2017 r. próbą „puczu”. Ba, prokuratura za jego życzeniem prowadziła nawet śledztwo w tej sprawie. Co ustaliła?

Szczepienia celebrytów. Janda zawaliła rolę

Celebryci, ludzie mediów, biznesu i polityki zaszczepili się bez kolejki na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Wśród zaszczepionych są: Krystyna Janda, Andrzej Seweryn, Maria Seweryn, Emilia Krakowska, Olgierd Łukaszewicz, Wiktor Zborowski, Magda Umer, Radosław Pazura, Michał Bajor, Grzegorz Warchoł, Krzysztof Materna, współzałożyciel TVN Mariusz Walter, obecni szefowie TVN Katarzyna Kieli (z mężem) i Edward Miszczak (z partnerką), Leszek Miller i jego żona, a także biznesowe klany Grycanów i Erisów. Zaszczepieni mieli różne tłumaczenia. Jedni twierdzili, że byli przekonani, iż szczepią się w ramach kampanii promocji szczepień. Inni — że przypadkiem dowiedzieli się o szczepieniach ze strony internetowej WUM i po prostu sobie przyjechali do gabinetu zabiegowego. Nie trzyma się to jednak kupy, bo — dla przykładu — Leszek Miller załatwił sobie szczepionkę bez kolejki w zupełnie inny sposób niż aktorzy. Skorzystał ze starej, politycznej znajomości. Szczepionki są w tej chwili towarem deficytowym, dla wielu wręcz szansą na przeżycie. Kolejkę do szczepień możemy więc traktować jako kolejkę do życia. W tej sytuacji oczekiwania wobec postaci tak ikonicznych jak Janda — które chcą być autorytetami w sprawach społecznych i politycznych — są proste: dawanie dobrego przykładu. Wybitna aktorka — która poza kolejką zaczepiła swą rodzinę i aktorów swego teatru — w tej roli zupełnie zawiodła. Czy ta przykra historia może przynieść jakieś pozytywne skutki? Czy sceptyczne wobec szczepionek społeczeństwo może zmienić nastawienie?

#70 - Ziobro okazał się „miękiszonem”. Dlaczego Solidarna Polska nie wyszła z koalicji?
2020-12-19 16:13:07

Choć minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro twierdzi, że premier Mateusz Morawiecki na szczycie w Brukseli oddał polską suwerenność, nie przeszkadza mu to tkwić we wspólnym rządzie z takim „miękiszonem”.  Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. W tym przypadku — o rodzinną kiesę państwa Ziobrów. Przed szczytem unijnym, na którym miały zostać podjęte decyzje dotyczące budżetu UE, Zbigniew Ziobro zastawił pułapkę na Mateusza Morawieckiego: popychał premiera w kierunku weta, bo wiedział, że to się skończy katastrofą dla szefa rządu. Specyficznie mobilizował Morawieckiego, twierdząc, że jeśli nie zawetuje budżetu, to będzie „miękiszonem”. Ziobro tak dokazywał, bo był pewny, że Jarosław Kaczyński stoi po jego stronie i również prze do weta. Minister sprawiedliwości popełnił jednak zasadniczy błąd: uznał, że Kaczyński jest nieracjonalny i gotów jest odrzucić fundusze pomocowe dla Polski w łącznej kwocie niemal 800 mld. zł. Skończyło się na tym, że Kaczyński stanął po stronie premiera i dał mu zielone światło na kompromis z Unią. Ziobro i jego ludzie uznali, że ten kompromis oznacza utratę suwerenności. Mimo to Ziobro ogłosił, że „dla dobra Polski” jego partia zostanie w koalicji. Nie trzyma się to kupy? Nie. Bo tak naprawdę chodzi o pieniądze. W tym przypadku — pieniądze polityków i ich rodzin. Żona i brat Ziobry zajmują lukratywne posady w spółkach skarbu państwa i straciliby dużo pieniędzy na rozwodzie z PiS. Co jest zaskakujące, że zawsze, kiedy rządzi PiS, Polska godzi się na zacieśnienie integracji w ramach w Unii Europejskiej — choć oficjalny program partii Jarosława Kaczyńskiego mówi coś dokładnie przeciwnego. Za czasów prezydentury Lecha Kaczyńskiego, przyjęty został Traktat Lizboński, który wzmocnił instytucje unijne, kosztem krajów członkowskich. Dziś wykonany został kolejny krok. Nowy budżet unijny pozwała Brukseli stać się kredytobiorcą na rynkach finansowych. A cóż bardziej łączy, jeśli nie kredyt? Godzina policyjna. Tego jeszcze nie było Minister zdrowia Adam Niedzielski ogłosił nowe obostrzenia dotyczące walki z koronawirusem. Ograniczenia wejdą w życie 28 grudnia i potrwają do 17 stycznia. Hotele nie będą otwarte dla podróżujących służbowo, a jedynie dla służb mundurowych i medyków. Stoki narciarskie, podobnie jak galerie handlowe, choć przed chwilą otwarte, zostaną zamknięte. W Sylwestra natomiast obowiązywać będzie godzina policyjna od 19.00 do 6.00 rano. Rząd tłumaczy, że musi obniżyć liczbę zachorowań, by w ten sposób przygotować się do szczepień. W działania władzy widać jednak brak konsekwencji. Wprowadzany jest zakaz przemieszczania się w Sylwestra, któremu towarzyszyć będzie godzina policyjna. A tydzień wcześniej, w Wigilię i podczas pasterek, tak ostrych zakazów nie będzie. Restauratorom, hotelarzom i właścicielom stoków narciarskich rząd nie daje się żadnej szansy, by mogli normalnie funkcjonować, choć z pieniędzy, które zarobią w sezonie zimowym, często muszą żyć cały rok. Czego jeszcze możemy spodziewać się po działaniach polskiego rządu w kwestii walki z pandemia koronawirusa? Córka prezydenta wzięła się za psychiatrię Kinga Duda chce pójść śladem Ivanki Trump i została doradczynią własnego taty. Rozpoczęła urzędowanie od cyklu spotkań pod hasłem „Młodzi w Pałacu”. Na początek zaprosiła Polską Radę Organizacji Młodzieżowych. Czego dotyczyły rozmowy? Jak się okazało - psychiatrii dziecięcej. Prezydent - za sprawą swoich doradców - wziął się za dziedzinę, która jest w koszmarnym stanie. Czy można jednak traktować to poważnie, jeśli w imieniu prezydenta, działania te prowadzą Kinga Duda i Łukasz Rzepecki? Trudno zakładać że były, zbuntowany poseł PiS i córka prezydenta rozwiążą problem psychiatrii dziecięcej. Temat jest poważny, ale podejście Kancelarii Prezydenta poważnie nie wygląda. No i kluczowy w tej kwestii jest rząd, a przedstawicieli rządu na spotkaniu z panią Kingą nie było. Polityczny szept wicepremiera Nie ma się co dziwić, wszak rząd jest w tej chwili zajęty czym innym. W zeszłym tygodniu odbyły się głosowania w Sejmie, a jedno z nich dotyczyło odrzucenia uchwały Senatu, kontrolowanego przez opozycję. Obóz władzy to głosowanie przegrał, ale nic straconego. Wicepremier Piotr Gliński podszedł do marszałek Sejmu Elżbiety Witek i zaczął jej szeptać o „prośbie szefa”, by zrobić powtórkę głosowania, tak by PiS wygrało. I tak się stało. Gliński się broni — na pytanie Onetu o tę sytuację, odpowiedział, że to... wina opozycji. Wszyscy twierdzą, że Glińskiemu mówiąc o „szefie” miał na myśli Jarosława Kaczyńskiego. Ale prawdopodobnie się mylą — na Kaczyńskiego nikt nie mówi „szef”, tylko „prezes”. Kto więc był tajemniczym „szefem”?

Choć minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro twierdzi, że premier Mateusz Morawiecki na szczycie w Brukseli oddał polską suwerenność, nie przeszkadza mu to tkwić we wspólnym rządzie z takim „miękiszonem”.  Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. W tym przypadku — o rodzinną kiesę państwa Ziobrów.

Przed szczytem unijnym, na którym miały zostać podjęte decyzje dotyczące budżetu UE, Zbigniew Ziobro zastawił pułapkę na Mateusza Morawieckiego: popychał premiera w kierunku weta, bo wiedział, że to się skończy katastrofą dla szefa rządu. Specyficznie mobilizował Morawieckiego, twierdząc, że jeśli nie zawetuje budżetu, to będzie „miękiszonem”.
Ziobro tak dokazywał, bo był pewny, że Jarosław Kaczyński stoi po jego stronie i również prze do weta. Minister sprawiedliwości popełnił jednak zasadniczy błąd: uznał, że Kaczyński jest nieracjonalny i gotów jest odrzucić fundusze pomocowe dla Polski w łącznej kwocie niemal 800 mld. zł. Skończyło się na tym, że Kaczyński stanął po stronie premiera i dał mu zielone światło na kompromis z Unią. Ziobro i jego ludzie uznali, że ten kompromis oznacza utratę suwerenności. Mimo to Ziobro ogłosił, że „dla dobra Polski” jego partia zostanie w koalicji. Nie trzyma się to kupy? Nie. Bo tak naprawdę chodzi o pieniądze. W tym przypadku — pieniądze polityków i ich rodzin. Żona i brat Ziobry zajmują lukratywne posady w spółkach skarbu państwa i straciliby dużo pieniędzy na rozwodzie z PiS.
Co jest zaskakujące, że zawsze, kiedy rządzi PiS, Polska godzi się na zacieśnienie integracji w ramach w Unii Europejskiej — choć oficjalny program partii Jarosława Kaczyńskiego mówi coś dokładnie przeciwnego. Za czasów prezydentury Lecha Kaczyńskiego, przyjęty został Traktat Lizboński, który wzmocnił instytucje unijne, kosztem krajów członkowskich. Dziś wykonany został kolejny krok. Nowy budżet unijny pozwała Brukseli stać się kredytobiorcą na rynkach finansowych. A cóż bardziej łączy, jeśli nie kredyt?

Godzina policyjna. Tego jeszcze nie było

Minister zdrowia Adam Niedzielski ogłosił nowe obostrzenia dotyczące walki z koronawirusem. Ograniczenia wejdą w życie 28 grudnia i potrwają do 17 stycznia. Hotele nie będą otwarte dla podróżujących służbowo, a jedynie dla służb mundurowych i medyków. Stoki narciarskie, podobnie jak galerie handlowe, choć przed chwilą otwarte, zostaną zamknięte. W Sylwestra natomiast obowiązywać będzie godzina policyjna od 19.00 do 6.00 rano. Rząd tłumaczy, że musi obniżyć liczbę zachorowań, by w ten sposób przygotować się do szczepień. W działania władzy widać jednak brak konsekwencji. Wprowadzany jest zakaz przemieszczania się w Sylwestra, któremu towarzyszyć będzie godzina policyjna. A tydzień wcześniej, w Wigilię i podczas pasterek, tak ostrych zakazów nie będzie.
Restauratorom, hotelarzom i właścicielom stoków narciarskich rząd nie daje się żadnej szansy, by mogli normalnie funkcjonować, choć z pieniędzy, które zarobią w sezonie zimowym, często muszą żyć cały rok. Czego jeszcze możemy spodziewać się po działaniach polskiego rządu w kwestii walki z pandemia koronawirusa?

Córka prezydenta wzięła się za psychiatrię

Kinga Duda chce pójść śladem Ivanki Trump i została doradczynią własnego taty. Rozpoczęła urzędowanie od cyklu spotkań pod hasłem „Młodzi w Pałacu”. Na początek zaprosiła Polską Radę Organizacji Młodzieżowych. Czego dotyczyły rozmowy? Jak się okazało - psychiatrii dziecięcej. Prezydent - za sprawą swoich doradców - wziął się za dziedzinę, która jest w koszmarnym stanie. Czy można jednak traktować to poważnie, jeśli w imieniu prezydenta, działania te prowadzą Kinga Duda i Łukasz Rzepecki? Trudno zakładać że były, zbuntowany poseł PiS i córka prezydenta rozwiążą problem psychiatrii dziecięcej. Temat jest poważny, ale podejście Kancelarii Prezydenta poważnie nie wygląda. No i kluczowy w tej kwestii jest rząd, a przedstawicieli rządu na spotkaniu z panią Kingą nie było.

Polityczny szept wicepremiera

Nie ma się co dziwić, wszak rząd jest w tej chwili zajęty czym innym. W zeszłym tygodniu odbyły się głosowania w Sejmie, a jedno z nich dotyczyło odrzucenia uchwały Senatu, kontrolowanego przez opozycję. Obóz władzy to głosowanie przegrał, ale nic straconego. Wicepremier Piotr Gliński podszedł do marszałek Sejmu Elżbiety Witek i zaczął jej szeptać o „prośbie szefa”, by zrobić powtórkę głosowania, tak by PiS wygrało. I tak się stało. Gliński się broni — na pytanie Onetu o tę sytuację, odpowiedział, że to... wina opozycji.
Wszyscy twierdzą, że Glińskiemu mówiąc o „szefie” miał na myśli Jarosława Kaczyńskiego. Ale prawdopodobnie się mylą — na Kaczyńskiego nikt nie mówi „szef”, tylko „prezes”. Kto więc był tajemniczym „szefem”?

Informacja dotycząca prawa autorskich: Wszelka prezentowana tu zawartość podkastu jest własnością jego autora

Wyszukiwanie

Kategorie