Stan Wyjątkowy

"Stan Wyjątkowy" to program, w którym Andrzej Stankiewicz, Dominika Długosz, Renata Grochal i Kamil Dziubka dyskutować będą o najważniejszych politycznych wydarzeniach tygodnia. Czołowi dziennikarze Onetu i Newsweeka zapewnią słuchaczom i widzom nieszablonową, często żartobliwą, ale zawsze merytoryczną rozmowę, a ich ogromne doświadczenie dziennikarskie i znajomość kulisów polskiej sceny politycznej gwarantują potężną dawkę informacji.


Odcinki od najnowszych:

#118 - Kaczyński idzie na wojnę z Rzeszą Europejską, Mejza podbija Amerykę, a Trzaskowski szantażuje Tuska
2021-12-04 16:02:27

Niewidziany od dawna Jarosław Kaczyński objawił się z nową energią. Nie ma się co dziwić — na horyzoncie wypatrzył sobie nowego wroga, a wtedy zawsze prezes dostaje przyspieszenia. Któż jest owym wrogiem? To hasło brzmi złowrogo, zwłaszcza w ustach prezesa: IV Rzesza, którą zaczynają budować Niemcy. Prezes wie, że aby poruszyć opinię publiczną musi rzucać coraz bardziej toporne hasła. Ale tym razem przeszedł samego siebie. Bo jeśli dokonać egzegezy jego słów — a to ulubiona rozrywka „Stanu po Burzy” — to okaże się, że tym nowym Reichem ma być... Unia Europejska. Im starszy Kaczyński, tym bardziej wierzy, że historia zatacza koło. Widzi dzisiejszą Polskę jak II Rzeczpospolitą, zagrożoną przez ZSRR i Rzeszę jednocześnie. Można byłoby teorie o kolejnej Rzeszy zlekceważyć jako jedną z wielu fantasmagorii prezesa, ale niestety: „Stan po Burzy” przewiduje, że wkraczamy w nową fazę konfliktu z Unią Europejską. Jeśli Kaczyński sam uważa siebie za reinkarnację Piłsudskiego — a megalomanii prezesowi nigdy nie brakowało — to logiczne, że na wzór Marszałka wysunie koncepcję wojny prewencyjnej z Rzeszą. To będzie wojna na pieniądze i trybunały, obliczona na wyprowadzenie Polski z Unii. Idąc na wojnę, Kaczyński potrzebuje karnych szeregów. Kiedyś mówił, że w PiS nie muszą być ludzie szczególnie błyskotliwi, byleby byli zdyscyplinowani i uczciwi. Teraz po błyskotliwości, odpuszcza także uczciwość. Przykładem tego jest wiceminister sportu Łukasz Mejza, który próbował naciągać rodziców ciężko chorych dzieci na niesprawdzone terapie w egzotycznych krajach. Mejza broni się, przekonując, że nie wystawił żadnej faktury za szamańskie usługi swej firmy Vinci NeoClinic sp z o.o. Tak, „Stan po Burzy” przyznaje Mejzie rację: Vinci NeoClinic sp z o.o rzeczywiście nie wystawiła faktury, bo zrobiła to zarejestrowana w USA spółka Vinci NeoClinic LLC — za leczenie 6-letniej Poli chorej na mukowiscydozę zażądała 170 tys. dolarów w pierwszej transzy. Idziemy tropem tej faktury, by pokazać, jak w amerykańskim raju podatkowym została założona spółka, która pozwala ukrywać dochody przed polską skarbówką. Kto jest jej właścicielem? Nie wiadomo, bo została założona przez Internet (1400 PLN na rok) z opcją ukrycia udziałowców (500 PLN na rok). „Stan po Burzy” pozostanie wierny rozumowi, ryzykując surową odpowiedzialność prawną: jest dla nas oczywiste, że właścicielem lub współwłaścicielem Vinci NeoClinic LLC jest Mejza. Panie Łukaszu, dziwimy się tylko, czemu za siedzibę swego amerykańskiego koncernu wybrał pan chałupę w środku prerii w stanie Wyoming (800 PLN na rok), a nie biurowiec w NY albo LA (1200 PLN na rok). Mógł pan być sąsiadem Woody Allena albo nawet Bruce’a Willisa. To byłoby coś, co nie? Amerykański sen Mejzy jest prezentem dla opozycji — dlatego Donald Tusk wykorzystuję podły proceder Vinci NeoClinic do ataku na Kaczyńskiego. W Platformie czuć jednak rosnącą frustrację, że Tusk poza atakami na PiS nie ma nic więcej do zaoferowania. W partii odtworzył się dwór polityków, którzy otaczają Tuska — to w dużej mierze ci sami ludzie, którzy usługiwali mu, gdy był premierem. Na marginesie znalazł się prezydent stolicy Rafał Trzaskowski, który jednak nie zasypia gruszek w popiele. Trzaskowski zdaje sobie sprawę, że opozycja liberalna będzie musiała przed wyborami wskazać kandydata na premiera — i że to nie będzie Tusk, który jest regularnie opluwany przez TVP i ma marne sondaże. Dlatego Trzaskowski gra o premierostwo, jednocześnie stawiając Tuska przed szantażem: jeśli nie dostanie nominacji, to przed wyborami może się dogadać z Szymonem Hołownią i wystawić wspólną listę. Taka lista Trzaskowski/Hołownia to śmiertelne zagrożenie dla Tuska. O tym wszystkim rozmawiają Agnieszka Burzyńska („Fakt”) oraz Andrzej Stankiewicz (Onet.pl) w swym słuchowisku politycznym „Stan po Burzy”

Niewidziany od dawna Jarosław Kaczyński objawił się z nową energią. Nie ma się co dziwić — na horyzoncie wypatrzył sobie nowego wroga, a wtedy zawsze prezes dostaje przyspieszenia. Któż jest owym wrogiem? To hasło brzmi złowrogo, zwłaszcza w ustach prezesa: IV Rzesza, którą zaczynają budować Niemcy. Prezes wie, że aby poruszyć opinię publiczną musi rzucać coraz bardziej toporne hasła. Ale tym razem przeszedł samego siebie. Bo jeśli dokonać egzegezy jego słów — a to ulubiona rozrywka „Stanu po Burzy” — to okaże się, że tym nowym Reichem ma być... Unia Europejska. Im starszy Kaczyński, tym bardziej wierzy, że historia zatacza koło. Widzi dzisiejszą Polskę jak II Rzeczpospolitą, zagrożoną przez ZSRR i Rzeszę jednocześnie.
Można byłoby teorie o kolejnej Rzeszy zlekceważyć jako jedną z wielu fantasmagorii prezesa, ale niestety: „Stan po Burzy” przewiduje, że wkraczamy w nową fazę konfliktu z Unią Europejską. Jeśli Kaczyński sam uważa siebie za reinkarnację Piłsudskiego — a megalomanii prezesowi nigdy nie brakowało — to logiczne, że na wzór Marszałka wysunie koncepcję wojny prewencyjnej z Rzeszą. To będzie wojna na pieniądze i trybunały, obliczona na wyprowadzenie Polski z Unii.
Idąc na wojnę, Kaczyński potrzebuje karnych szeregów. Kiedyś mówił, że w PiS nie muszą być ludzie szczególnie błyskotliwi, byleby byli zdyscyplinowani i uczciwi. Teraz po błyskotliwości, odpuszcza także uczciwość. Przykładem tego jest wiceminister sportu Łukasz Mejza, który próbował naciągać rodziców ciężko chorych dzieci na niesprawdzone terapie w egzotycznych krajach. Mejza broni się, przekonując, że nie wystawił żadnej faktury za szamańskie usługi swej firmy Vinci NeoClinic sp z o.o. Tak, „Stan po Burzy” przyznaje Mejzie rację: Vinci NeoClinic sp z o.o rzeczywiście nie wystawiła faktury, bo zrobiła to zarejestrowana w USA spółka Vinci NeoClinic LLC — za leczenie 6-letniej Poli chorej na mukowiscydozę zażądała 170 tys. dolarów w pierwszej transzy. Idziemy tropem tej faktury, by pokazać, jak w amerykańskim raju podatkowym została założona spółka, która pozwala ukrywać dochody przed polską skarbówką. Kto jest jej właścicielem? Nie wiadomo, bo została założona przez Internet (1400 PLN na rok) z opcją ukrycia udziałowców (500 PLN na rok).
„Stan po Burzy” pozostanie wierny rozumowi, ryzykując surową odpowiedzialność prawną: jest dla nas oczywiste, że właścicielem lub współwłaścicielem Vinci NeoClinic LLC jest Mejza. Panie Łukaszu, dziwimy się tylko, czemu za siedzibę swego amerykańskiego koncernu wybrał pan chałupę w środku prerii w stanie Wyoming (800 PLN na rok), a nie biurowiec w NY albo LA (1200 PLN na rok). Mógł pan być sąsiadem Woody Allena albo nawet Bruce’a Willisa. To byłoby coś, co nie?
Amerykański sen Mejzy jest prezentem dla opozycji — dlatego Donald Tusk wykorzystuję podły proceder Vinci NeoClinic do ataku na Kaczyńskiego. W Platformie czuć jednak rosnącą frustrację, że Tusk poza atakami na PiS nie ma nic więcej do zaoferowania. W partii odtworzył się dwór polityków, którzy otaczają Tuska — to w dużej mierze ci sami ludzie, którzy usługiwali mu, gdy był premierem. Na marginesie znalazł się prezydent stolicy Rafał Trzaskowski, który jednak nie zasypia gruszek w popiele. Trzaskowski zdaje sobie sprawę, że opozycja liberalna będzie musiała przed wyborami wskazać kandydata na premiera — i że to nie będzie Tusk, który jest regularnie opluwany przez TVP i ma marne sondaże. Dlatego Trzaskowski gra o premierostwo, jednocześnie stawiając Tuska przed szantażem: jeśli nie dostanie nominacji, to przed wyborami może się dogadać z Szymonem Hołownią i wystawić wspólną listę. Taka lista Trzaskowski/Hołownia to śmiertelne zagrożenie dla Tuska. O tym wszystkim rozmawiają Agnieszka Burzyńska („Fakt”) oraz Andrzej Stankiewicz (Onet.pl) w swym słuchowisku politycznym „Stan po Burzy”

#117 - Przyłębska ukrywa kasę Morawieckiego, Mejza leczy raka, a Bortniczuk nic nie wciąga
2021-11-27 17:27:24

Zaraz po utworzeniu Ministerstwa Sportu jego szefowie błysnęli talentem. Minister Kamil Bortniczuk mieszkał rok w hotelu kumpla i obaj nie potrafią pokazać rachunków za tę permanentną imprezę. Minister Kamil balował tak bardzo, że teraz dostaje anonimy przestrzegające go przed kompromitującymi materiałami z tych imprez. Minister uspokaja: — Słyszałem od kolegi, o nagraniu z hotelu, gdzie miała być kokaina i różne przygody. Nigdy tam nie byłem i nigdy nie używałem kokainy. Bortniczuk ma to szczęście, że jeszcze większe kłopoty ma jego zastępca i najnowszy kumpel z imprez Łukasz Mejza. Otóż Mejza przez lata prowadził rozmaite biznesy, z których część była mocno śmierdząca. Najbardziej obrzydliwy interes polegał na obiecywaniu ludziom chorym na choroby nieuleczalne leczenia nowatorskimi metodami. Leczenie umierających na raka, chorych na stwardnienie rozsiane, Alzheimera, Parkinsona — Mejza przekonywał, że to możliwe, wystarczy mu zapłacić kilkaset tysięcy. Bortniczuk i Mejza zostali ministrami nie dlatego, że PiS kocha ich młodość, werwę i imprezowy luz. Dostali posady, bo Kaczyński nie miał większości w Sejmie i musiał dokupić parę głosów. Bortniczuk i Mejza reprezentują tzw. Republikanów, szemraną grupkę polityków po przejściach, dzięki którym PiS może rządzić. Formalnie Kaczyński nie ponosi odpowiedzialności za to, czy Bortniczuk wciągał i został nagrany, a Mejza kantował chorych i został przyłapany. Szef PiS mógłby co prawda ich wyrzucić z rządu, ale straciłby dwie duszyczki — a na to nie może sobie pozwolić. To jasno pokazuje, że polityka jest ważniejsza od przyzwoitości. Na razie więc pisowcy liczą na to, że sprawa przycichnie. Ale nie przycichnie. „Stan po Burzy” przepowiada, że ministrów sportu czeka w najbliższych dniach prawdziwy maraton. Już w przyszłym tygodniu dowiemy się, czy Mejza legalnie zainkasował milion, który jego firma dostała od państwa. W ukrywaniu majątku nie pomoże mu szefowa Trybunału Konstytucyjnego Julia Przyłębska. Dla pani Julii Mejza jest zbyt małym żuczkiem. Jeśli chodzi o majątek, to Przyłębska ratuje skórę samemu premierowi. Mateusz Morawiecki przed wejściem do polityki grube miliony przepisał na żonę i nie chciałby, byśmy się dowiedzieli ile tych milionów znajduje się na kontach pani Iwony Morawieckiej. Dwa lata temu wyszły na jaw bardzo — mówiąc delikatnie — korzystne transakcje Morawieckich, którzy za bezcen kupili od Kościoła działki, które biskupi dostali wcześniej od państwa. W oświadczeniu majątkowym Morawieckiego ich nie uświadczysz — bo formalne działkowcem została pani Iwona. Prezes Kaczyński udawał oburzenie. Rzucił wtedy twardą obietnicę: „Jesteśmy gotowi w bardzo krótkim czasie uchwalić ustawę, na podstawie której będzie trzeba ujawniać także majątki małżonek, osób pozostających we wspólnym pożyciu oraz dorosłych dzieci”. Efektem była ustawa o jawności majątków rodzin polityków, przyjęta przed wyborami w 2019 r. Teraz pani Julia bezczelnie wyrzuciła tę ustawę do kosza — uznała, że poznanie przez nas całego majątku Morawieckich byłoby niezgodne z Konstytucją. Po raz kolejny Przyłębska pokazała, że z Konstytucji jest w stanie wywieść wszystko, pod warunkiem, że chce tego pasjonat jej kuchni Jarosław Kaczyński. A nie ma wątpliwości, że Kaczyński 2 lata temu zapowiadając jawność majątków odgrywał cyrk, bo akurat szły wybory i chciał w kampanii uciec od zasobnej kiesy Morawieckiego. Nigdy ujawnienie majątku Morawieckiego nie było w interesie Kaczyńskiego. A najbardziej teraz, gdy PiS dociska klasę średnią „Polskim Ładem” twierdząc, że jeśli ktoś zarabia powyżej 10 tys zł brutto to jest bogaty. To kimże jest w takim razie Morawiecki, który w samych nieruchomościach ma z szanowną małżonką co najmniej 40 mln złotych? — pytają autorzy „Stanu po Burzy” Agnieszka Burzyńska („Fakt”) oraz Andrzej Stankiewicz (Onet.pl).

Zaraz po utworzeniu Ministerstwa Sportu jego szefowie błysnęli talentem. Minister Kamil Bortniczuk mieszkał rok w hotelu kumpla i obaj nie potrafią pokazać rachunków za tę permanentną imprezę. Minister Kamil balował tak bardzo, że teraz dostaje anonimy przestrzegające go przed kompromitującymi materiałami z tych imprez. Minister uspokaja: — Słyszałem od kolegi, o nagraniu z hotelu, gdzie miała być kokaina i różne przygody. Nigdy tam nie byłem i nigdy nie używałem kokainy.
Bortniczuk ma to szczęście, że jeszcze większe kłopoty ma jego zastępca i najnowszy kumpel z imprez Łukasz Mejza. Otóż Mejza przez lata prowadził rozmaite biznesy, z których część była mocno śmierdząca. Najbardziej obrzydliwy interes polegał na obiecywaniu ludziom chorym na choroby nieuleczalne leczenia nowatorskimi metodami. Leczenie umierających na raka, chorych na stwardnienie rozsiane, Alzheimera, Parkinsona — Mejza przekonywał, że to możliwe, wystarczy mu zapłacić kilkaset tysięcy.
Bortniczuk i Mejza zostali ministrami nie dlatego, że PiS kocha ich młodość, werwę i imprezowy luz. Dostali posady, bo Kaczyński nie miał większości w Sejmie i musiał dokupić parę głosów. Bortniczuk i Mejza reprezentują tzw. Republikanów, szemraną grupkę polityków po przejściach, dzięki którym PiS może rządzić. Formalnie Kaczyński nie ponosi odpowiedzialności za to, czy Bortniczuk wciągał i został nagrany, a Mejza kantował chorych i został przyłapany. Szef PiS mógłby co prawda ich wyrzucić z rządu, ale straciłby dwie duszyczki — a na to nie może sobie pozwolić. To jasno pokazuje, że polityka jest ważniejsza od przyzwoitości. Na razie więc pisowcy liczą na to, że sprawa przycichnie. Ale nie przycichnie. „Stan po Burzy” przepowiada, że ministrów sportu czeka w najbliższych dniach prawdziwy maraton.
Już w przyszłym tygodniu dowiemy się, czy Mejza legalnie zainkasował milion, który jego firma dostała od państwa. W ukrywaniu majątku nie pomoże mu szefowa Trybunału Konstytucyjnego Julia Przyłębska. Dla pani Julii Mejza jest zbyt małym żuczkiem. Jeśli chodzi o majątek, to Przyłębska ratuje skórę samemu premierowi. Mateusz Morawiecki przed wejściem do polityki grube miliony przepisał na żonę i nie chciałby, byśmy się dowiedzieli ile tych milionów znajduje się na kontach pani Iwony Morawieckiej. Dwa lata temu wyszły na jaw bardzo — mówiąc delikatnie — korzystne transakcje Morawieckich, którzy za bezcen kupili od Kościoła działki, które biskupi dostali wcześniej od państwa. W oświadczeniu majątkowym Morawieckiego ich nie uświadczysz — bo formalne działkowcem została pani Iwona. Prezes Kaczyński udawał oburzenie. Rzucił wtedy twardą obietnicę: „Jesteśmy gotowi w bardzo krótkim czasie uchwalić ustawę, na podstawie której będzie trzeba ujawniać także majątki małżonek, osób pozostających we wspólnym pożyciu oraz dorosłych dzieci”.
Efektem była ustawa o jawności majątków rodzin polityków, przyjęta przed wyborami w 2019 r. Teraz pani Julia bezczelnie wyrzuciła tę ustawę do kosza — uznała, że poznanie przez nas całego majątku Morawieckich byłoby niezgodne z Konstytucją. Po raz kolejny Przyłębska pokazała, że z Konstytucji jest w stanie wywieść wszystko, pod warunkiem, że chce tego pasjonat jej kuchni Jarosław Kaczyński. A nie ma wątpliwości, że Kaczyński 2 lata temu zapowiadając jawność majątków odgrywał cyrk, bo akurat szły wybory i chciał w kampanii uciec od zasobnej kiesy Morawieckiego. Nigdy ujawnienie majątku Morawieckiego nie było w interesie Kaczyńskiego. A najbardziej teraz, gdy PiS dociska klasę średnią „Polskim Ładem” twierdząc, że jeśli ktoś zarabia powyżej 10 tys zł brutto to jest bogaty. To kimże jest w takim razie Morawiecki, który w samych nieruchomościach ma z szanowną małżonką co najmniej 40 mln złotych? — pytają autorzy „Stanu po Burzy” Agnieszka Burzyńska („Fakt”) oraz Andrzej Stankiewicz (Onet.pl).

#116 - Gniew Kaczyńskiego przeraził Łukaszenkę, Kurski poluje na Morawieckiego, sojusz PiS-u z foliarzami
2021-11-20 16:18:41

Koronawirusowe statystyki wystrzeliły, zapewniając Polsce miejsce w światowej czołówce zachorowań i zgonów związanych z COVID-19. Mimo to władza nie zamierza kiwnąć palcem. Powód jest prosty — lockdown albo inne ograniczenia musiałyby w pierwszej kolejności objąć niezaszczepionych, a to w dużej mierze wyborcy PiS. Drżąc w obawie o utratę poparcia w najbardziej foliowym elektoracie, rząd pozwala koronie wzbierać w kolejną falę. Kto ma szczęście i trochę zdrowia, może przetrwa. Kto szczęścia nie ma i brakuje mu zdrowia — może zachorować, a nawet umrzeć. To kolejna polityczna ruletka PiS, w której stawką jest nasze zdrowie — od wyborów prezydenckich decyzje w sprawie koronawirusa podejmowane są głównie przez pryzmat interesu politycznego PiS. Szefowie resortu zdrowia robią efektowne szpagaty z jednej strony przestrzegając przed rosnącym zagrożeniem, a z drugiej uzasadniając nonszalancką strategię rządu. Wiceminister zdrowia Waldemar Kraska błysnął myślą, że ograniczenia nie mają sensu, bo w Polakach jest gen buntu i będą je lekceważyć. Czemu więc PiS nie przejmował się genem buntu, gdy atakował sądy albo zaostrzał aborcję? Bo liczy się tylko możliwy bunt własnego elektoratu. Jeszcze bardziej popłynął pryncypał Kraski, minister Adam Niedzielski. Dowodzi on mianowicie, że brak nowych restrykcji to ukłon w kierunku... osób zaszczepionych. Wedle tej teorii rząd jest sojusznikiem zaszczepionych i nie chce, by zostali poddani zbiorowym restrykcjom tylko dlatego, że inni się nie szczepią. „Stan po Burzy” zakłada, że Niedzielski mówi to, co musi — bo każe mu PiS. Nie bardzo rozumiemy na czym polegać ma wspieranie przez rząd zaszczepionych, skoro są oni narażani na złapanie korony od foliarzy, którym rząd pozwala swobodnie hasać. Wszędzie na świecie ograniczenia zaczyna się wprowadzać od niezaszczepionych — a polski rząd boi się kiwnąć palcem. „Stan po Burzy” analizuje sytuację w klubie PiS i wychodzi nam, że jest tam masa foliarzy, szurów i innych sanitariatów. A to znaczy, że zagrożony jest nawet projekt, który prawo do wprowadzenia ograniczeń przenosi z państwa na pracodawców — w PiS wybuchła wokół niego ostra wojna. Jeszcze w kwietniu — gdy dopiero ruszały szczepienia — Jarosław Kaczyński wyzywał Unię, że przez nią Polska ma za mało szczepionek, przez co umierają ludzie. Dziś rząd PiS ma nadmiar szczepionek, ale nie szczepi, tylko opycha je za granicę. Nie zajmuje się szczepieniami rodaków, choć dzięki temu — rzeczywiście — mogłoby być mniej pogrzebów. Kaczyński pomstuje teraz na Unię w innej kwestii — konfliktu na granicy polsko-białoruskiej. Czy właściwie: pomstował. Przez wiele dni marszczył czoło i demonstrował gniew za to, że Angela Merkel i Emmanuel Macron rozmawiają z Łukaszenką i Putinem z pominięciem jego skromnej osoby. Jaki Kaczyński miał pomysł na rozwiązanie kryzysu imigracyjnego? Więcej wojska, więcej policji i więcej Straży Granicznej. Żadnych rozmów ze wschodnimi satrapami i bajdurzenie, że zła Unia nie jest naszym sojusznikiem. Tyle, że zła Unia niezbyt się marsem prezesa oraz towarzyszącym mu marsom prezydenta i premiera przejęła. Choć to dość obrzydliwi rozmówcy, to wstępnie dogadała się Łukaszenką i Putinem, by przestali siłą pchać imigrantów na polskie zasieki. Wtedy nagle okazało się, że to także sukces polskiego rzadu. Tak — teraz od rządu PiS słyszymy, że Merkel i Macron najpierw dostali instrukcje z Warszawy, a po telefonach na Wschód zawsze dzwonili do Warszawy złożyć raporty. Jednym słowem: to gniew prezesa załatwił Łukaszenkę. Niestety, niektórzy liderzy PiS załapali tę zmianę propagandy z opóźnieniem — jak była premier Beata Szydło, która wciąż atakuje Merkel za to, za co rząd PiS ją chwali.Nie ma się co dziwić. Szydło jest dziś oddalona od Nowogrodzkiej, choć wciąż wierzy, że uda jej się wysadzić z siodła Mateusza Morawieckiego. Ma w tym planie wielu sojuszników, a ostatnio znów uaktywnił się szef TVP Jacek Kurski. Sączy od do głowy Jarosława Kaczyńskiego wizję utraty władzy ze względu na polityczne błędy Morawieckiego — choćby zgodę na wyśrubowane cele klimatyczne UE, co oznacza odchodzenie od węgla i doprowadzi do drastycznych podwyżek cen energii. Kurski sam chciałby zostać premierem. Ale „Stan po Burzy” mówi, jak jest: panie Jacku, bez szans.

Koronawirusowe statystyki wystrzeliły, zapewniając Polsce miejsce w światowej czołówce zachorowań i zgonów związanych z COVID-19. Mimo to władza nie zamierza kiwnąć palcem. Powód jest prosty — lockdown albo inne ograniczenia musiałyby w pierwszej kolejności objąć niezaszczepionych, a to w dużej mierze wyborcy PiS. Drżąc w obawie o utratę poparcia w najbardziej foliowym elektoracie, rząd pozwala koronie wzbierać w kolejną falę. Kto ma szczęście i trochę zdrowia, może przetrwa. Kto szczęścia nie ma i brakuje mu zdrowia — może zachorować, a nawet umrzeć. To kolejna polityczna ruletka PiS, w której stawką jest nasze zdrowie — od wyborów prezydenckich decyzje w sprawie koronawirusa podejmowane są głównie przez pryzmat interesu politycznego PiS. Szefowie resortu zdrowia robią efektowne szpagaty z jednej strony przestrzegając przed rosnącym zagrożeniem, a z drugiej uzasadniając nonszalancką strategię rządu. Wiceminister zdrowia Waldemar Kraska błysnął myślą, że ograniczenia nie mają sensu, bo w Polakach jest gen buntu i będą je lekceważyć. Czemu więc PiS nie przejmował się genem buntu, gdy atakował sądy albo zaostrzał aborcję? Bo liczy się tylko możliwy bunt własnego elektoratu. Jeszcze bardziej popłynął pryncypał Kraski, minister Adam Niedzielski. Dowodzi on mianowicie, że brak nowych restrykcji to ukłon w kierunku... osób zaszczepionych. Wedle tej teorii rząd jest sojusznikiem zaszczepionych i nie chce, by zostali poddani zbiorowym restrykcjom tylko dlatego, że inni się nie szczepią. „Stan po Burzy” zakłada, że Niedzielski mówi to, co musi — bo każe mu PiS. Nie bardzo rozumiemy na czym polegać ma wspieranie przez rząd zaszczepionych, skoro są oni narażani na złapanie korony od foliarzy, którym rząd pozwala swobodnie hasać. Wszędzie na świecie ograniczenia zaczyna się wprowadzać od niezaszczepionych — a polski rząd boi się kiwnąć palcem. „Stan po Burzy” analizuje sytuację w klubie PiS i wychodzi nam, że jest tam masa foliarzy, szurów i innych sanitariatów. A to znaczy, że zagrożony jest nawet projekt, który prawo do wprowadzenia ograniczeń przenosi z państwa na pracodawców — w PiS wybuchła wokół niego ostra wojna. Jeszcze w kwietniu — gdy dopiero ruszały szczepienia — Jarosław Kaczyński wyzywał Unię, że przez nią Polska ma za mało szczepionek, przez co umierają ludzie. Dziś rząd PiS ma nadmiar szczepionek, ale nie szczepi, tylko opycha je za granicę. Nie zajmuje się szczepieniami rodaków, choć dzięki temu — rzeczywiście — mogłoby być mniej pogrzebów.
Kaczyński pomstuje teraz na Unię w innej kwestii — konfliktu na granicy polsko-białoruskiej. Czy właściwie: pomstował. Przez wiele dni marszczył czoło i demonstrował gniew za to, że Angela Merkel i Emmanuel Macron rozmawiają z Łukaszenką i Putinem z pominięciem jego skromnej osoby. Jaki Kaczyński miał pomysł na rozwiązanie kryzysu imigracyjnego? Więcej wojska, więcej policji i więcej Straży Granicznej. Żadnych rozmów ze wschodnimi satrapami i bajdurzenie, że zła Unia nie jest naszym sojusznikiem. Tyle, że zła Unia niezbyt się marsem prezesa oraz towarzyszącym mu marsom prezydenta i premiera przejęła. Choć to dość obrzydliwi rozmówcy, to wstępnie dogadała się Łukaszenką i Putinem, by przestali siłą pchać imigrantów na polskie zasieki. Wtedy nagle okazało się, że to także sukces polskiego rzadu. Tak — teraz od rządu PiS słyszymy, że Merkel i Macron najpierw dostali instrukcje z Warszawy, a po telefonach na Wschód zawsze dzwonili do Warszawy złożyć raporty. Jednym słowem: to gniew prezesa załatwił Łukaszenkę. Niestety, niektórzy liderzy PiS załapali tę zmianę propagandy z opóźnieniem — jak była premier Beata Szydło, która wciąż atakuje Merkel za to, za co rząd PiS ją chwali.Nie ma się co dziwić. Szydło jest dziś oddalona od Nowogrodzkiej, choć wciąż wierzy, że uda jej się wysadzić z siodła Mateusza Morawieckiego. Ma w tym planie wielu sojuszników, a ostatnio znów uaktywnił się szef TVP Jacek Kurski. Sączy od do głowy Jarosława Kaczyńskiego wizję utraty władzy ze względu na polityczne błędy Morawieckiego — choćby zgodę na wyśrubowane cele klimatyczne UE, co oznacza odchodzenie od węgla i doprowadzi do drastycznych podwyżek cen energii. Kurski sam chciałby zostać premierem. Ale „Stan po Burzy” mówi, jak jest: panie Jacku, bez szans.

#115 - Kaczyński straszy Zachodem i Putinem, Bąkiewicz na pasku PiS, a Pawłowicz pokutuje za swój udział w skazaniu Kamińskiego
2021-11-13 15:50:54

Kryzys na granicy z Białorusią umacnia PiS. Politycy obozu władzy mogą swobodnie drwić z opozycji, wypominając jej happeningi na granicy — takie jak przepychanki ze Strażą Graniczną, czy krytyka funkcjonariuszy twardo strzegących granicy, nieczułych na łzy kobiet i dzieci. Dziś imigracja ma twarz młodych, agresywnych osiłków, którzy są gromadzeni przez Białorusinów w oddziałach i atakują zasieki na granicy — dlatego PiS może triumfować. Ale nie wszyscy w PiS się cieszą. Analizy niektórych socjologów pracujących dla władzy wskazują, że jeśli kryzys na granicy będzie się przedłużał, to obecne nastroje wsparcia dla rządu mogą się zmienić we frustrację i niepewność — a to zaszkodzi rządowi. Przeprowadzone jeszcze przed kryzysem gry wojenne — symulacja hybrydowego ataku na Polskę ze Wschodu — wskazywały na podobne społeczne zagrożenia. Zasadniczy kłopot polega na tym, że polski rząd nie ma żadnej kontroli nad sytuacją — kryzys na Wschodzie to element większej kombinacji polityczno-gazowej rosyjskiego lidera Władimira Putina. W tym sensie od Jarosława Kaczyńskiego kompletnie nic nie zależy. Albo Putin zostanie powstrzymany albo ugłaskany przez USA i Unię, albo napięcie będzie trwało miesiącami. Kaczyński czuje, że jest przedmiotem a nie podmiotem gry między Wschodem a Zachodem. Reaguje po swojemu: atakuje i Rosję i Zachód. To dość groteskowe biorąc pod uwagę, że kryzys na na granicy wschodniej, a nie zachodniej. A pomóc mu może Zachód, a nie Wschód. Ale kryzys graniczny to dla Kaczyńskiego kolejna okazja do wzmacniania doktryny izolacjonizmu — po wojnie z Unią, ochłodzeniu relacji z USA i zapowiedzi budowy ćwierćmilionowej armii. Z szefem PiS współgra lider narodowców Robert Bąkiewicz. Zdumiewające jest to, jak bardzo Bąkiewicz mówił Kaczyńskim podczas Marszu Narodowego. Ale nie ma się co dziwić. Narodowcy Bąkiewicza — których „Stan po Burzy” zwie złośliwie Bączek-jugend — dostają od rządu niemal 10 tys. zł dziennie. Skoro PiS kupił usługi narodowe u Bąkiewicza, to Bąkiewicz zamówienie realizuje. To świadoma strategia Jarosława Kaczyńskiego, który za pośrednictwem Bąkiewicza chce zabierać elektorat narodowy Konfederacji. Lech Kaczyński — który nie znosił narodowców, zwłaszcza za ich antysemityzm — musi się przewracać w swym grobie na Wawelu, do którego co miesiąc pielgrzymują politycy PiS. „Stan po Burzy” przestrzega jednak Bąkiewicza. Gdyby przyszło mu do głowy wierzgać Kaczyńskiemu, niechaj weźmie sobie do swego brunatnego serca historię Krystyny Pawłowicz — dziś głównej orędowniczki hermetycznych granic i Marszu Niepodległości. Tuż przed wejściem do polityki jako profesor prawa Pawłowicz napisała opinię dla prokuratury i sądu, która posłużyła do skazania ówczesnego szefa CBA Mariusza Kamińskiego na więzienie — chodzi o głośną sprawę, która skończyła się ułaskawieniem Kamińskiego przez prezydenta Dudę. Od tego czasu Pawłowicz każdego dnia stara się na klęczkach przeprosić za zdradę i zrobi dla PiS wszystko, byle tylko naczelnik Kaczyński i obrońca granic Kamiński wybaczyli. To zresztą tłumaczy, dlaczego kolana i zdrada to najczęstsze słowa w jej słowniku. Tak, panie Bąkiewicz. Jeden nieopatrzny ruch i pan też będzie musiał klękać — przestrzegają lidera narodowców autorzy „Stanu po Burzy”: Agnieszka Burzyńska z „Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu.

Kryzys na granicy z Białorusią umacnia PiS. Politycy obozu władzy mogą swobodnie drwić z opozycji, wypominając jej happeningi na granicy — takie jak przepychanki ze Strażą Graniczną, czy krytyka funkcjonariuszy twardo strzegących granicy, nieczułych na łzy kobiet i dzieci. Dziś imigracja ma twarz młodych, agresywnych osiłków, którzy są gromadzeni przez Białorusinów w oddziałach i atakują zasieki na granicy — dlatego PiS może triumfować.
Ale nie wszyscy w PiS się cieszą. Analizy niektórych socjologów pracujących dla władzy wskazują, że jeśli kryzys na granicy będzie się przedłużał, to obecne nastroje wsparcia dla rządu mogą się zmienić we frustrację i niepewność — a to zaszkodzi rządowi. Przeprowadzone jeszcze przed kryzysem gry wojenne — symulacja hybrydowego ataku na Polskę ze Wschodu — wskazywały na podobne społeczne zagrożenia. Zasadniczy kłopot polega na tym, że polski rząd nie ma żadnej kontroli nad sytuacją — kryzys na Wschodzie to element większej kombinacji polityczno-gazowej rosyjskiego lidera Władimira Putina. W tym sensie od Jarosława Kaczyńskiego kompletnie nic nie zależy. Albo Putin zostanie powstrzymany albo ugłaskany przez USA i Unię, albo napięcie będzie trwało miesiącami.
Kaczyński czuje, że jest przedmiotem a nie podmiotem gry między Wschodem a Zachodem. Reaguje po swojemu: atakuje i Rosję i Zachód. To dość groteskowe biorąc pod uwagę, że kryzys na na granicy wschodniej, a nie zachodniej. A pomóc mu może Zachód, a nie Wschód. Ale kryzys graniczny to dla Kaczyńskiego kolejna okazja do wzmacniania doktryny izolacjonizmu — po wojnie z Unią, ochłodzeniu relacji z USA i zapowiedzi budowy ćwierćmilionowej armii. Z szefem PiS współgra lider narodowców Robert Bąkiewicz. Zdumiewające jest to, jak bardzo Bąkiewicz mówił Kaczyńskim podczas Marszu Narodowego. Ale nie ma się co dziwić. Narodowcy Bąkiewicza — których „Stan po Burzy” zwie złośliwie Bączek-jugend — dostają od rządu niemal 10 tys. zł dziennie. Skoro PiS kupił usługi narodowe u Bąkiewicza, to Bąkiewicz zamówienie realizuje. To świadoma strategia Jarosława Kaczyńskiego, który za pośrednictwem Bąkiewicza chce zabierać elektorat narodowy Konfederacji. Lech Kaczyński — który nie znosił narodowców, zwłaszcza za ich antysemityzm — musi się przewracać w swym grobie na Wawelu, do którego co miesiąc pielgrzymują politycy PiS. „Stan po Burzy” przestrzega jednak Bąkiewicza. Gdyby przyszło mu do głowy wierzgać Kaczyńskiemu, niechaj weźmie sobie do swego brunatnego serca historię Krystyny Pawłowicz — dziś głównej orędowniczki hermetycznych granic i Marszu Niepodległości. Tuż przed wejściem do polityki jako profesor prawa Pawłowicz napisała opinię dla prokuratury i sądu, która posłużyła do skazania ówczesnego szefa CBA Mariusza Kamińskiego na więzienie — chodzi o głośną sprawę, która skończyła się ułaskawieniem Kamińskiego przez prezydenta Dudę. Od tego czasu Pawłowicz każdego dnia stara się na klęczkach przeprosić za zdradę i zrobi dla PiS wszystko, byle tylko naczelnik Kaczyński i obrońca granic Kamiński wybaczyli. To zresztą tłumaczy, dlaczego kolana i zdrada to najczęstsze słowa w jej słowniku.
Tak, panie Bąkiewicz. Jeden nieopatrzny ruch i pan też będzie musiał klękać — przestrzegają lidera narodowców autorzy „Stanu po Burzy”: Agnieszka Burzyńska z „Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu.

#114 - Ulubiony agent Kaczyńskiego. Ziobro sojusznikiem Tuska. A Morawiecki kasjerem Rydzyka
2021-11-06 16:45:28

Szef NBP Adam Glapiński od dawna nie miał takich drgawek. Całymi latami kombinował, żeby pomóc rządowi poprzez niskie stopy procentowe — a więc tanie kredyty — aż przekombinował. Inflacja skoczyła tak bardzo, że pobiła rekordy — takich podwyżek cen nie widzieliśmy w Polsce od 245 miesięcy! A to już jest poważne ryzyko dla rządu, bo Kaczyński może się nie obawiać opozycji, Unii i Ameryki, ale cen w spożywczakach boi się bardzo. Dlatego właśnie Glapiński jest cały rozedrgany — w ciągu dwóch miesięcy drastycznie podniósł stopy procentowe, zaprzeczając swoim wcześniejszym, kompletnie nietrafionym zapowiedziom dotyczącym sytuacji gospodarczej. Glapiński to człowiek szczególnego zaufania Kaczyńskiego. Razem działali w Porozumieniu Centrum, razem dobijali politycznych interesów — to Glapiński jako minister budownictwa przeprowadził w latach 90. ustawę, która pozwoliła się uwłaszczyć na kilku nieruchomościach fundacjom i firmom związanym z PC, a dziś — z PiS. To na tych nieruchomościach wyrosła spółka Srebrna, którą zawiaduje Kaczyński. Ale wdzięczność prezesa może się skończyć, jeśli drożyzna zredukuje sondaże PiS. A wtedy posada Glapińskiego będzie zagrożona. „Stan po Burzy” dodaje Glapińskiemu otuchy. A na pocieszenie przytacza historię wieloletniego prezesa Srebrnej Kazimierza Kujdy. Gdy w 2019 r. okazało się, że został zarejestrowany przez komunistyczną bezpiekę jako kapuś o pseudonimie „Ryszard”, wydawało się, że jego kariera w PiS jest skończona. Nic bardziej mylnego! Kujda właśnie przechodzi do kontrofensywy. Po pierwsze — Kaczyński znów się z nim spotyka. Tak, tak, ten antykomunistyczny antykomunista, kierujący antykomunistyczną partią antykomunistów podejmuje TW Ryśka. Kujda czuje się tak pewnie, że próbował wstawić na fotel szefa Instytutu Pamięci Narodowej swego człowieka — a to ważne w kontekście jego procesu lustracyjnego. Co więcej, choć Kujda jest formalnie podejrzanym o kłamstwo lustracyjne, to Kaczyński dał mu fuchę w spółce skarbu państwa! Jak widać, prezesie Glapiński, Srebrna działa kojąco na Jarosława Kaczyńskiego, a każdy, kto się do niej przyczynił, może liczyć na pobłażliwe traktowanie. Ale szukając klucza do fenomenu Kujdy, „Stan po Burzy” odnalazł teczkę z materiałami, którymi chce się on bronić przed sądem. Po lekturze powiemy tak: szacun, panie „Ryszardzie”. Dokumenty paszportowe i zgłoszenia dewizowe z czasów PRL, notatniki z lat 70., kwity z każdego zagranicznego wyjazdu z czasów komuny i dużo zdjęć — musi pan mieć bardzo zacne archiwum domowe, a w nim dużo, dużo ciekawych kwitów. Rozumiemy, czemu Jarosław Kaczyński przestał wierzyć w pańską winę. Kujda kupił sobie dodatkowe wsparcie, finansując happeningi ojca Tadeusza Rydzyka. Bo na zmianę z dowodzeniem Srebrną, kierował Narodowym Funduszem Ochrony Środowiska, który dziesiątkami milionów finansował słynną geotermię o. Rydzyka, która od lat zapowiada start — i nie startuje. Kujda ma zresztą dużą konkurencję w finansowaniu torunianina nr 1. Przeciek najnowszych maili rządowych udowadnia, że wystarczy jeden sms OTR (jak sam się podpisuje), a premier Morawiecki z ministrem Dworczykiem rzucają się na poszukiwanie milionowych zaskórniaków na dzieła OTR i kombinują, jak kasę dla OTR ukryć przed opinią publiczną. O tym wszystkim opowiadają w swym słuchowisku politycznym Agnieszka Burzyńska z „Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu.

Szef NBP Adam Glapiński od dawna nie miał takich drgawek. Całymi latami kombinował, żeby pomóc rządowi poprzez niskie stopy procentowe — a więc tanie kredyty — aż przekombinował. Inflacja skoczyła tak bardzo, że pobiła rekordy — takich podwyżek cen nie widzieliśmy w Polsce od 245 miesięcy! A to już jest poważne ryzyko dla rządu, bo Kaczyński może się nie obawiać opozycji, Unii i Ameryki, ale cen w spożywczakach boi się bardzo. Dlatego właśnie Glapiński jest cały rozedrgany — w ciągu dwóch miesięcy drastycznie podniósł stopy procentowe, zaprzeczając swoim wcześniejszym, kompletnie nietrafionym zapowiedziom dotyczącym sytuacji gospodarczej. Glapiński to człowiek szczególnego zaufania Kaczyńskiego. Razem działali w Porozumieniu Centrum, razem dobijali politycznych interesów — to Glapiński jako minister budownictwa przeprowadził w latach 90. ustawę, która pozwoliła się uwłaszczyć na kilku nieruchomościach fundacjom i firmom związanym z PC, a dziś — z PiS. To na tych nieruchomościach wyrosła spółka Srebrna, którą zawiaduje Kaczyński. Ale wdzięczność prezesa może się skończyć, jeśli drożyzna zredukuje sondaże PiS. A wtedy posada Glapińskiego będzie zagrożona.
„Stan po Burzy” dodaje Glapińskiemu otuchy. A na pocieszenie przytacza historię wieloletniego prezesa Srebrnej Kazimierza Kujdy. Gdy w 2019 r. okazało się, że został zarejestrowany przez komunistyczną bezpiekę jako kapuś o pseudonimie „Ryszard”, wydawało się, że jego kariera w PiS jest skończona. Nic bardziej mylnego! Kujda właśnie przechodzi do kontrofensywy. Po pierwsze — Kaczyński znów się z nim spotyka. Tak, tak, ten antykomunistyczny antykomunista, kierujący antykomunistyczną partią antykomunistów podejmuje TW Ryśka. Kujda czuje się tak pewnie, że próbował wstawić na fotel szefa Instytutu Pamięci Narodowej swego człowieka — a to ważne w kontekście jego procesu lustracyjnego. Co więcej, choć Kujda jest formalnie podejrzanym o kłamstwo lustracyjne, to Kaczyński dał mu fuchę w spółce skarbu państwa! Jak widać, prezesie Glapiński, Srebrna działa kojąco na Jarosława Kaczyńskiego, a każdy, kto się do niej przyczynił, może liczyć na pobłażliwe traktowanie. Ale szukając klucza do fenomenu Kujdy, „Stan po Burzy” odnalazł teczkę z materiałami, którymi chce się on bronić przed sądem. Po lekturze powiemy tak: szacun, panie „Ryszardzie”. Dokumenty paszportowe i zgłoszenia dewizowe z czasów PRL, notatniki z lat 70., kwity z każdego zagranicznego wyjazdu z czasów komuny i dużo zdjęć — musi pan mieć bardzo zacne archiwum domowe, a w nim dużo, dużo ciekawych kwitów. Rozumiemy, czemu Jarosław Kaczyński przestał wierzyć w pańską winę.
Kujda kupił sobie dodatkowe wsparcie, finansując happeningi ojca Tadeusza Rydzyka. Bo na zmianę z dowodzeniem Srebrną, kierował Narodowym Funduszem Ochrony Środowiska, który dziesiątkami milionów finansował słynną geotermię o. Rydzyka, która od lat zapowiada start — i nie startuje. Kujda ma zresztą dużą konkurencję w finansowaniu torunianina nr 1. Przeciek najnowszych maili rządowych udowadnia, że wystarczy jeden sms OTR (jak sam się podpisuje), a premier Morawiecki z ministrem Dworczykiem rzucają się na poszukiwanie milionowych zaskórniaków na dzieła OTR i kombinują, jak kasę dla OTR ukryć przed opinią publiczną. O tym wszystkim opowiadają w swym słuchowisku politycznym Agnieszka Burzyńska z „Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu.

#113 - Kaczyński kończy swą misję, Tusk chce się pozbyć Grodzkiego i Dudy, a Dworczyk stosuje zasady Waffen SS
2021-10-30 16:23:58

Szef PiS Jarosław Kaczyński zapowiada koniec swej rządowej misji, której kulminacją ma być zbudowanie w Polsce ponad ćwierćmilionowej armii — jednej z największych na świecie. Militarne ambicje Kaczyńskiego są od dawna dobrze znane, ale „Stan po Burzy” weryfikuje te mocarstwowe zapowiedzi prezesa — zbudowanie takiej armii w najbliższych latach nie jest możliwe. Głośna konferencja Kaczyńskiego z szefem MON Mariuszem Błaszczakiem na temat trzykrotnego zwiększenia liczby żołnierzy ma jednak kilka konkretnych skutków już teraz. Przede wszystkim zarządzanie kryzysowe od straży pożarnej mają przejąć Wojska Obrony Terytorialnej. To się nie podoba opozycji, która podejrzewa, że w razie problemów wewnątrz kraju — choćby rozszerzenia stanu wyjątkowego — do akcji wkroczą żołnierze tej formacji, nad którą piecze trzyma PiS. Inny skutek jest czysto polityczny. Kaczyński wzmacniając armię, wzmacnia Błaszczaka. A odchodząc z rządu czyni go swym naturalnym następcą jako wicepremiera od bezpieczeństwa. W obozie władzy spekuluje się nawet, że Błaszczak gra o premierostwo, bo akcje i wpływy Mateusza Morawieckiego lecą na łeb na szyję. „Stan po Burzy” przygląda się fenomenowi Błaszczaka jako wzorca pisowca idealnego, który w całym swym życiu pofolgował sobie dwa razy: gdy kupił poloneza i kiedy zapuścił wąsy. Błaszczak byłby premierem z punktu widzenia Kaczyńskiego znacznie bezpieczniejszym, bo — w odróżnieniu od Morawieckiego — nie dorobił się milionów jako bankier, nie ciągną się za nim finansowe interesy na nieruchomościach, nie ma intercyzy z żoną i nie pisał kompromitujących maili. Właśnie maile między Morawieckim, jego zaufanym szefem Kancelarii Premiera Michałem Dworczykiem oraz gronem ich doradców od wizerunku, cynicznych analityków i oddanych klakierów są coraz większym kłopotem dla całego rządu. W najnowszych przeciekach możemy poczytać o karierze antyunijnej i prorosyjskiej asystentki Dworczyka Olgi Semeniuk, która szukając pracy po przegranych wyborach zażądała stanowiska wiceministra — i je dostała. Tak, to ta sama Semeniuk, którą Morawiecki z Dworczykiem rzucili właśnie na odcinek podboju kosmosu. Z maili wynika także, że w 2020 r. przed rekonstrukcją rządu Dworczyk weryfikował lojalność wiceministrów. Semeniuk rzecz jasna ten test zdała, ale kilkoro innych polityków PiS — nie. Nie spełnili wyśrubowanych standardów szefa Kancelarii Premiera, który w ocenie ich oddania wobec Morawieckiego i siebie kierował się starą sprawdzoną zasadą, wygrawerowaną na sztyletach Waffen SS: „Moim honorem jest wierność“. Za samo odwoływanie się do zbrodniczej organizacji, która mordowała Polaków, Dworczyk powinien zostać wyrzucony z rządu. Ale PiS woli udawać, że nic się nie stało. „Stan po Burzy” pochyla się nad kondycją psychiczną Dworczyka i pyta polityków PiS, którzy mają usta pełen patriotycznych frazesów: nie wstyd wam? O ile Kaczyński ma coraz więcej problemów ze swą partią, to Donalda Tusk krok po kroku konsoliduje Platformę. Jego najnowszy plan to przejęcie osobistej kontroli nad opozycyjnym Senatem. W tym celu Tusk chce się pozbyć marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego i powołać na marszałka swego wieloletniego znajomego z Gdańska Sławomira Rybickiego. W tym celu Tusk chce zmusić Grodzkiego do zrzeczenia się immunitetu w śledztwie CBA dotyczącym rzekomej korupcji, której miał się dopuszczać jako lekarz. Grodzki nie chce o tym słyszeć, bo wie, że kontrolowane przez PiS służby tylko czekają, by postawić mu zarzuty — a wówczas na pewno będzie musiał zrezygnować z kontroli nad Senatem. Marszałek ma wsparcie PSL, które nie chce, by Senatem kierował kolega Tuska, bo inne partie opozycji nie będą mieć nic do powiedzenia. I tak już dziś szef PO krótko trzyma liderów opozycji. W wywiadzie dla Onetu Tusk zapowiedział chociażby, że nie widzi Lewicy w projekcie jednoczenia opozycji, bo uważa, że formacja Czarzastego, Biedronia i Zandberga to potencjalni sojusznicy PiS. Tusk, który jest objęty kilkoma śledztwami prokuratorskimi, powiedział także, że nie obawia się zatrzymania przed wyborami. – Niech spróbują mnie zamknąć – stwierdził. Zadeklarował także, że w razie zwycięstwa opozycji w wyborach zagłosuje za Trybunałem Stanu dla Jarosława Kaczyńskiego, poprze także usunięcie z urzędu prezydenta Andrzeja Dudy. O tym wszystkim opowiedzą Państwu w najnowszym wydaniu swego słuchowiska politycznego Agnieszka Burzyńska z “Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu.

Szef PiS Jarosław Kaczyński zapowiada koniec swej rządowej misji, której kulminacją ma być zbudowanie w Polsce ponad ćwierćmilionowej armii — jednej z największych na świecie. Militarne ambicje Kaczyńskiego są od dawna dobrze znane, ale „Stan po Burzy” weryfikuje te mocarstwowe zapowiedzi prezesa — zbudowanie takiej armii w najbliższych latach nie jest możliwe. Głośna konferencja Kaczyńskiego z szefem MON Mariuszem Błaszczakiem na temat trzykrotnego zwiększenia liczby żołnierzy ma jednak kilka konkretnych skutków już teraz. Przede wszystkim zarządzanie kryzysowe od straży pożarnej mają przejąć Wojska Obrony Terytorialnej. To się nie podoba opozycji, która podejrzewa, że w razie problemów wewnątrz kraju — choćby rozszerzenia stanu wyjątkowego — do akcji wkroczą żołnierze tej formacji, nad którą piecze trzyma PiS. Inny skutek jest czysto polityczny. Kaczyński wzmacniając armię, wzmacnia Błaszczaka. A odchodząc z rządu czyni go swym naturalnym następcą jako wicepremiera od bezpieczeństwa. W obozie władzy spekuluje się nawet, że Błaszczak gra o premierostwo, bo akcje i wpływy Mateusza Morawieckiego lecą na łeb na szyję. „Stan po Burzy” przygląda się fenomenowi Błaszczaka jako wzorca pisowca idealnego, który w całym swym życiu pofolgował sobie dwa razy: gdy kupił poloneza i kiedy zapuścił wąsy. Błaszczak byłby premierem z punktu widzenia Kaczyńskiego znacznie bezpieczniejszym, bo — w odróżnieniu od Morawieckiego — nie dorobił się milionów jako bankier, nie ciągną się za nim finansowe interesy na nieruchomościach, nie ma intercyzy z żoną i nie pisał kompromitujących maili.
Właśnie maile między Morawieckim, jego zaufanym szefem Kancelarii Premiera Michałem Dworczykiem oraz gronem ich doradców od wizerunku, cynicznych analityków i oddanych klakierów są coraz większym kłopotem dla całego rządu. W najnowszych przeciekach możemy poczytać o karierze antyunijnej i prorosyjskiej asystentki Dworczyka Olgi Semeniuk, która szukając pracy po przegranych wyborach zażądała stanowiska wiceministra — i je dostała. Tak, to ta sama Semeniuk, którą Morawiecki z Dworczykiem rzucili właśnie na odcinek podboju kosmosu.
Z maili wynika także, że w 2020 r. przed rekonstrukcją rządu Dworczyk weryfikował lojalność wiceministrów. Semeniuk rzecz jasna ten test zdała, ale kilkoro innych polityków PiS — nie. Nie spełnili wyśrubowanych standardów szefa Kancelarii Premiera, który w ocenie ich oddania wobec Morawieckiego i siebie kierował się starą sprawdzoną zasadą, wygrawerowaną na sztyletach Waffen SS: „Moim honorem jest wierność“. Za samo odwoływanie się do zbrodniczej organizacji, która mordowała Polaków, Dworczyk powinien zostać wyrzucony z rządu. Ale PiS woli udawać, że nic się nie stało. „Stan po Burzy” pochyla się nad kondycją psychiczną Dworczyka i pyta polityków PiS, którzy mają usta pełen patriotycznych frazesów: nie wstyd wam?
O ile Kaczyński ma coraz więcej problemów ze swą partią, to Donalda Tusk krok po kroku konsoliduje Platformę. Jego najnowszy plan to przejęcie osobistej kontroli nad opozycyjnym Senatem. W tym celu Tusk chce się pozbyć marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego i powołać na marszałka swego wieloletniego znajomego z Gdańska Sławomira Rybickiego. W tym celu Tusk chce zmusić Grodzkiego do zrzeczenia się immunitetu w śledztwie CBA dotyczącym rzekomej korupcji, której miał się dopuszczać jako lekarz. Grodzki nie chce o tym słyszeć, bo wie, że kontrolowane przez PiS służby tylko czekają, by postawić mu zarzuty — a wówczas na pewno będzie musiał zrezygnować z kontroli nad Senatem. Marszałek ma wsparcie PSL, które nie chce, by Senatem kierował kolega Tuska, bo inne partie opozycji nie będą mieć nic do powiedzenia. I tak już dziś szef PO krótko trzyma liderów opozycji. W wywiadzie dla Onetu Tusk zapowiedział chociażby, że nie widzi Lewicy w projekcie jednoczenia opozycji, bo uważa, że formacja Czarzastego, Biedronia i Zandberga to potencjalni sojusznicy PiS. Tusk, który jest objęty kilkoma śledztwami prokuratorskimi, powiedział także, że nie obawia się zatrzymania przed wyborami. – Niech spróbują mnie zamknąć – stwierdził. Zadeklarował także, że w razie zwycięstwa opozycji w wyborach zagłosuje za Trybunałem Stanu dla Jarosława Kaczyńskiego, poprze także usunięcie z urzędu prezydenta Andrzeja Dudy. O tym wszystkim opowiedzą Państwu w najnowszym wydaniu swego słuchowiska politycznego Agnieszka Burzyńska z “Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu.

#112 - Kaczyński rejteruje przed Unią. Morawiecki is coming to his end. A koledzy Ziobry postradali zmysły
2021-10-23 16:40:26

Premier miał rzucić Unię na kolana, a sam dostał łupnia od europosłów. Podczas wystąpienia w Parlamencie Europejskim Mateusz Morawiecki przekonywał, że ostatni wyrok Trybunału Konstytucyjnego, odrzucający unijny porządek prawny, nie oznacza Polexitu. Premier był twardy jak stal: „Odrzucam język gróźb, pogróżek i wymuszeń. Nie zgadzam się na to, żeby politycy szantażowali i straszyli Polskę” — grzmiał tak głośno, by jego słowa ze Strasburga słychać było aż na Żoliborzu. Jest szansa, że Jarosław Kaczyński wysłuchał zadziornego wystąpienia premiera. No może drugiej połowy — tej po 10.00 rano, kiedy prezes zaczyna dzień. Debata w Europarlamencie stała się symbolicznym symbolem klęski premiera. W 2018 r. Morawiecki obejmował rząd z misją poprawy stosunków z Brukselą, które poprzednia szefowa rządu Beata Szydło zostawiła w fatalnym stanie. Po 3,5 roku jest nie lepiej, tylko znacznie gorzej, a Morawiecki zmuszony jest w Strasburgu udawać twardziela ze stali, bo na krajowym rynku za unijne klęski atakuje go Zbigniew Ziobro, zwolennik agresywnej separacji z Brukselą. „Stan po Burzy” analizuje, kto poparł Morawieckiego podczas debaty w Parlamencie Europejskim i wychodzi nam jedno: premier podąża ścieżką przetartą już przez Ziobrę kilka lat temu: sojuszy z kompletnymi świrami europejskiej polityki, z których część zasysa ruble ze Wschodu. Kaczyński udzielił Morawieckiemu wsparcia w swym stylu — przed debatą postanowił zaszantażować Unię. Zapowiedział, że jest gotowy zreorganizować strukturę sądów, co daje mu prawo do odsyłania sędziów w stan spoczynku. Dał w ten sposób Unii wybór: albo odczepicie się od naszych zmian w sądach albo wyrzucimy wszystkich niepokornych sędziów. „Stan po Burzy” wykazuje, że to tylko prężenie przez Kaczyńskiego wątłych muskułów, bo PiS nie ma dziś politycznej siły, by zburzyć sądy. Zwracamy też uwagę, że głośno krzycząc o wrogim Polsce Trybunale Sprawiedliwości UE, Kaczyński półgębkiem przyznaje, że będzie się musiał podporządkować jego decyzjom — choćby w sprawie kar finansowych za Turów, czy likwidacji Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, która została stworzona przez PiS, by ścigać sędziów. Współautorka „Stanu po Burzy” Agnieszka Burzyńska dostarcza najnowszych plotek personalnych z obozu władzy — podobno Kaczyński rozważa wymianę Morawieckiego na Błaszczaka i może usunąć swego niedawnego pupila Obajtka. A drugi współautor Andrzej Stankiewicz ujawnia więzienny gryps, który posłużył szefowi NIK Marianowi Banasiowi do zjednoczenia całej opozycji w żądaniu stworzenia komisji śledczej przeciwko Ziobrze.

Premier miał rzucić Unię na kolana, a sam dostał łupnia od europosłów. Podczas wystąpienia w Parlamencie Europejskim Mateusz Morawiecki przekonywał, że ostatni wyrok Trybunału Konstytucyjnego, odrzucający unijny porządek prawny, nie oznacza Polexitu. Premier był twardy jak stal: „Odrzucam język gróźb, pogróżek i wymuszeń. Nie zgadzam się na to, żeby politycy szantażowali i straszyli Polskę” — grzmiał tak głośno, by jego słowa ze Strasburga słychać było aż na Żoliborzu. Jest szansa, że Jarosław Kaczyński wysłuchał zadziornego wystąpienia premiera. No może drugiej połowy — tej po 10.00 rano, kiedy prezes zaczyna dzień. Debata w Europarlamencie stała się symbolicznym symbolem klęski premiera. W 2018 r. Morawiecki obejmował rząd z misją poprawy stosunków z Brukselą, które poprzednia szefowa rządu Beata Szydło zostawiła w fatalnym stanie. Po 3,5 roku jest nie lepiej, tylko znacznie gorzej, a Morawiecki zmuszony jest w Strasburgu udawać twardziela ze stali, bo na krajowym rynku za unijne klęski atakuje go Zbigniew Ziobro, zwolennik agresywnej separacji z Brukselą. „Stan po Burzy” analizuje, kto poparł Morawieckiego podczas debaty w Parlamencie Europejskim i wychodzi nam jedno: premier podąża ścieżką przetartą już przez Ziobrę kilka lat temu: sojuszy z kompletnymi świrami europejskiej polityki, z których część zasysa ruble ze Wschodu.
Kaczyński udzielił Morawieckiemu wsparcia w swym stylu — przed debatą postanowił zaszantażować Unię. Zapowiedział, że jest gotowy zreorganizować strukturę sądów, co daje mu prawo do odsyłania sędziów w stan spoczynku. Dał w ten sposób Unii wybór: albo odczepicie się od naszych zmian w sądach albo wyrzucimy wszystkich niepokornych sędziów. „Stan po Burzy” wykazuje, że to tylko prężenie przez Kaczyńskiego wątłych muskułów, bo PiS nie ma dziś politycznej siły, by zburzyć sądy. Zwracamy też uwagę, że głośno krzycząc o wrogim Polsce Trybunale Sprawiedliwości UE, Kaczyński półgębkiem przyznaje, że będzie się musiał podporządkować jego decyzjom — choćby w sprawie kar finansowych za Turów, czy likwidacji Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, która została stworzona przez PiS, by ścigać sędziów.
Współautorka „Stanu po Burzy” Agnieszka Burzyńska dostarcza najnowszych plotek personalnych z obozu władzy — podobno Kaczyński rozważa wymianę Morawieckiego na Błaszczaka i może usunąć swego niedawnego pupila Obajtka. A drugi współautor Andrzej Stankiewicz ujawnia więzienny gryps, który posłużył szefowi NIK Marianowi Banasiowi do zjednoczenia całej opozycji w żądaniu stworzenia komisji śledczej przeciwko Ziobrze.

#111 - Kaczyński szantażowany przez „zbielaninę“. Tusk uwierzył w przyspieszone wybory. A Banaś przygotowuje się na aresztowanie
2021-10-16 18:04:49

Właściwie to powinniśmy stanąć na baczność, ogłaszając tę informację: oto Jarosław Kaczyński zapowiedział rezygnację ze stanowiska wicepremiera do spraw bezpieczeństwa. Wszystkich, którzy poczuli lęk spieszymy pocieszyć — Kaczyński jako zwierzchnik aparatu bezpieczeństwa i tak niewiele robił, więc jego dymisja nic w naszym bezpieczeństwie nie zmieni. Jako członek rządu Kaczyński osiągnął jedno — przyhamował publiczne pranie brudów między Zbigniewem Ziobrą, a Mateuszem Morawieckim. Ale nie ma mowy o zawieszeniu broni: Morawiecki wciąż podejrzewa, że Ziobro zbiera biznesowe haki na niego i jego żonę. W tym sensie rządowa misja Kaczyńskiego jest sukcesem jedynie doraźnym. Odejście Kaczyńskiego wpisuje się w planowaną, przeciągającą się rekonstrukcję rządu. W mijającym tygodniu autorzy „Stanu po Burzy” poznali kolejne planowane zmiany, których mianownik jest taki sam: z rządu i spółek skarbu odejdą ludzie Morawieckiego, co dowodzi, że rekonstrukcja ma na celu  m.in . osłabienie premiera. Morawiecki już stracił perłę w swej biznesowej koronie — kontrolę nad największym bankiem w Polsce, państwowym PKO BP. To zmiana wręcz kopernikańska — ludzie premiera kierowali tym kolosem od ponad dekady. Tak, tak — także w czasach Platformy, bo Morawiecki jako doradca premiera Donalda Tuska miał wówczas wpływ na obsadę spółek skarbu. Dziś udaje, że tego nie pamięta. Ale nie tylko Ziobro ma dobrą pamięć — „Stan po Burzy” także. Z drugiej jednak strony odejście Kaczyńskiego z rządu to sygnał, że chce się on skupić na partii. Ta nagła roszada podsyca plotki o tym, że prezes przygotowuje PiS na przyspieszone wybory. Podczas niedawnego, zamkniętego posiedzenia klubu Koalicji Obywatelskiej Donald Tusk przyznał, że po raz pierwszy na poważnie zakłada, że Kaczyński rozwiąże Sejm i w kwietniu lub maju dojdzie do wyborów. Prezes PiS cieszy się chwilową ulgą. Za dużą cenę — rozdając posady ministrów i posady w państwowych instytucjach — kupił sobie poparcie małych partii w Sejmie, dzięki czemu odzyskał arytmetyczną większość. Najwięcej zapłacił formacji zwanej złośliwie „zbielaniną“. Nazwa nie jest przypadkowa. To zbieranina posłów z rożnych formacji, kierowana przez Adama Bielana. Szantażowali Kaczyńskiego tak skutecznie, że musiał specjalnie dla nich reaktywować Ministerstwo Sportu — w ten sposób za limuzyny i gabinety „zbielaniny” zapłacimy my wszyscy. Sojusz PiS i „zbielaniny” martwi Mariana Banasia. Szefa NIK obawia się, że mając znów większość w Sejmie, Kaczyński uchyli mu immunitet i wsadzi za kraty. Dlatego Banaś przygotowuje kanonadę wymierzoną w PiS. Oj, będzie się działo — zapowiadają autorzy „Stanu po Burzy” Agnieszka Burzyńska z „Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu.

Właściwie to powinniśmy stanąć na baczność, ogłaszając tę informację: oto Jarosław Kaczyński zapowiedział rezygnację ze stanowiska wicepremiera do spraw bezpieczeństwa.
Wszystkich, którzy poczuli lęk spieszymy pocieszyć — Kaczyński jako zwierzchnik aparatu bezpieczeństwa i tak niewiele robił, więc jego dymisja nic w naszym bezpieczeństwie nie zmieni. Jako członek rządu Kaczyński osiągnął jedno — przyhamował publiczne pranie brudów między Zbigniewem Ziobrą, a Mateuszem Morawieckim. Ale nie ma mowy o zawieszeniu broni: Morawiecki wciąż podejrzewa, że Ziobro zbiera biznesowe haki na niego i jego żonę. W tym sensie rządowa misja Kaczyńskiego jest sukcesem jedynie doraźnym.
Odejście Kaczyńskiego wpisuje się w planowaną, przeciągającą się rekonstrukcję rządu. W mijającym tygodniu autorzy „Stanu po Burzy” poznali kolejne planowane zmiany, których mianownik jest taki sam: z rządu i spółek skarbu odejdą ludzie Morawieckiego, co dowodzi, że rekonstrukcja ma na celu m.in. osłabienie premiera. Morawiecki już stracił perłę w swej biznesowej koronie — kontrolę nad największym bankiem w Polsce, państwowym PKO BP. To zmiana wręcz kopernikańska — ludzie premiera kierowali tym kolosem od ponad dekady. Tak, tak — także w czasach Platformy, bo Morawiecki jako doradca premiera Donalda Tuska miał wówczas wpływ na obsadę spółek skarbu. Dziś udaje, że tego nie pamięta. Ale nie tylko Ziobro ma dobrą pamięć — „Stan po Burzy” także.
Z drugiej jednak strony odejście Kaczyńskiego z rządu to sygnał, że chce się on skupić na partii. Ta nagła roszada podsyca plotki o tym, że prezes przygotowuje PiS na przyspieszone wybory. Podczas niedawnego, zamkniętego posiedzenia klubu Koalicji Obywatelskiej Donald Tusk przyznał, że po raz pierwszy na poważnie zakłada, że Kaczyński rozwiąże Sejm i w kwietniu lub maju dojdzie do wyborów.
Prezes PiS cieszy się chwilową ulgą. Za dużą cenę — rozdając posady ministrów i posady w państwowych instytucjach — kupił sobie poparcie małych partii w Sejmie, dzięki czemu odzyskał arytmetyczną większość. Najwięcej zapłacił formacji zwanej złośliwie „zbielaniną“. Nazwa nie jest przypadkowa. To zbieranina posłów z rożnych formacji, kierowana przez Adama Bielana. Szantażowali Kaczyńskiego tak skutecznie, że musiał specjalnie dla nich reaktywować Ministerstwo Sportu — w ten sposób za limuzyny i gabinety „zbielaniny” zapłacimy my wszyscy. Sojusz PiS i „zbielaniny” martwi Mariana Banasia. Szefa NIK obawia się, że mając znów większość w Sejmie, Kaczyński uchyli mu immunitet i wsadzi za kraty. Dlatego Banaś przygotowuje kanonadę wymierzoną w PiS. Oj, będzie się działo — zapowiadają autorzy „Stanu po Burzy” Agnieszka Burzyńska z „Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu.

#110 - Przyłębska wyrasta na prawniczy autorytet w Europie. Dworczyk wydaje zaskórniaki na półskórki. A Kaczyński dokupił sobie posłów
2021-10-09 17:22:47

Trybunał Konstytucyjny składający się niemal wyłącznie z nominatów PiS uznał, że polskie prawo jest dla dla niego ważniejsze od prawa europejskiego. Jest oczywiste, że Julia Przyłębska wykonała rozkaz, który dostała z centrali PiS — to cały przepis na jej karierę. Czyżby orzeczeniem TK Jarosław Kaczyński chciał jasno pokazać, że będzie robił co mu się podoba i nie zamierza ulegać Unii? Być może. Ale może być też tak, że orzeczenie Przyłębskiej to zasłona dymna, prężenie przez PiS muskułów na użytek własnego elektoratu. Po cichu bowiem przygotowywane są projekty ustępstw wobec Brukseli. Często się zdarza tak, że kiedy obóz władzy zamierza zrejterować — przed Unią, Ameryką czy Izraelem — wcześniej robi raban. Dokładnie tak dzieje w kwestii uchwał anty-LGBT, z których teraz kontrolowane przez PiS samorządy po cichu się wycofują — bez tego także kasa unijna byłaby zagrożona. Choć pani Julia powtarza, iż dokonała przełomowego, kopernikańskiego wręcz odkrycia, uznając, że polska Konstytucja ma wyższość nad prawem UE, to „Stan po Burzy” wie, że pani prezes tak się tylko przekomarza. Wszak takie przełomowe orzeczenie zapadło już w 2005 r., przyjął je Trybunał Konstytucyjny pod przewodnictwem prof. Marka Safjana, znienawidzonego dziś przez PiS sędziego TSUE. W tym sensie Przyłębska tylko udaje, że zajmowała się wyższością Konstytucji nad unijnymi Traktatami. Wszystko po to, by ułatwić PiS sprzedanie swemu elektoratowi tej podlanej bielą i czerwienią opowieści, że polska Konstytucja jest najważniejsza. Rzeczywiste intencje są inne — jej salonowy towarzysz Jarosław Kaczyński kazał TK przyjąć orzeczenie, umożliwiające podważanie decyzji Trybunału Sprawiedliwości UE, które są nie na rękę PiS. Chodzi głównie o obsadę krajowych sądów, do których PiS wstawia swoich ludzi, na co TSUE się nie godzi. Czemu więc Przyłębska ściemnia, że bada unijne traktaty pod kątem zgodności z polską Konstytucją, podczas gdy chce zablokować wyroki TSUE? To proste — bo zgodnie z Konstytucją — Trybunał nie może kwestionować orzeczeń TSUE. Biel i czerwień — swoisty patriotyczny szantaż — to zresztą częsta metoda stosowana przez PiS i wewnątrz PiS. Wydawca Adam Borowski — kumpel szefa Kancelarii Premiera Michała Dworczyka — słynie z tego, że publikuje albumy o historii Polski. Dużo orłów, bieli i czerwieni, ciężkich okuć i półskórków, czyli skórzanych grzbietów — polski patriota musi to kupić. Niestety, albo w Polsce brakuje patriotów, albo albumy są słabe — nikt nie chce ich kupować. Borowski postanowił się więc zwrócić się z pomocą do Dworczyka, naciskając na kupno przez Kancelarię Premiera albumu “Niepodległa 1918" — Dworczyk wysupłał 80 tys. zł. Borowski ma prosty patent na biznes .  Wyciąga od państwa za darmo materiały archiwalne, potem je oprawia w skóry oraz graweruje — i sprzedaje państwu to, co od niego dostał. Borowski został zdemaskowany w mailach Dworczyka, które wyciekają od miesięcy. Sytuacja jest dla PiS coraz trudniejsza, dlatego Dworczyk był kandydatem do dymisji. Ale choć w najbliższych dniach dojdzie do rekonstrukcji rządu, to szef Kancelarii Premiera może spać spokojnie. W swym słuchowisku politycznym „Stan po Burzy” Agnieszka Burzyńska z „Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu ujawniają, kto wejdzie do rządu oraz kto dołączy do PiS.

Trybunał Konstytucyjny składający się niemal wyłącznie z nominatów PiS uznał, że polskie prawo jest dla dla niego ważniejsze od prawa europejskiego. Jest oczywiste, że Julia Przyłębska wykonała rozkaz, który dostała z centrali PiS — to cały przepis na jej karierę. Czyżby orzeczeniem TK Jarosław Kaczyński chciał jasno pokazać, że będzie robił co mu się podoba i nie zamierza ulegać Unii? Być może. Ale może być też tak, że orzeczenie Przyłębskiej to zasłona dymna, prężenie przez PiS muskułów na użytek własnego elektoratu. Po cichu bowiem przygotowywane są projekty ustępstw wobec Brukseli. Często się zdarza tak, że kiedy obóz władzy zamierza zrejterować — przed Unią, Ameryką czy Izraelem — wcześniej robi raban. Dokładnie tak dzieje w kwestii uchwał anty-LGBT, z których teraz kontrolowane przez PiS samorządy po cichu się wycofują — bez tego także kasa unijna byłaby zagrożona. Choć pani Julia powtarza, iż dokonała przełomowego, kopernikańskiego wręcz odkrycia, uznając, że polska Konstytucja ma wyższość nad prawem UE, to „Stan po Burzy” wie, że pani prezes tak się tylko przekomarza. Wszak takie przełomowe orzeczenie zapadło już w 2005 r., przyjął je Trybunał Konstytucyjny pod przewodnictwem prof. Marka Safjana, znienawidzonego dziś przez PiS sędziego TSUE. W tym sensie Przyłębska tylko udaje, że zajmowała się wyższością Konstytucji nad unijnymi Traktatami. Wszystko po to, by ułatwić PiS sprzedanie swemu elektoratowi tej podlanej bielą i czerwienią opowieści, że polska Konstytucja jest najważniejsza. Rzeczywiste intencje są inne — jej salonowy towarzysz Jarosław Kaczyński kazał TK przyjąć orzeczenie, umożliwiające podważanie decyzji Trybunału Sprawiedliwości UE, które są nie na rękę PiS. Chodzi głównie o obsadę krajowych sądów, do których PiS wstawia swoich ludzi, na co TSUE się nie godzi. Czemu więc Przyłębska ściemnia, że bada unijne traktaty pod kątem zgodności z polską Konstytucją, podczas gdy chce zablokować wyroki TSUE? To proste — bo zgodnie z Konstytucją — Trybunał nie może kwestionować orzeczeń TSUE.
Biel i czerwień — swoisty patriotyczny szantaż — to zresztą częsta metoda stosowana przez PiS i wewnątrz PiS. Wydawca Adam Borowski — kumpel szefa Kancelarii Premiera Michała Dworczyka — słynie z tego, że publikuje albumy o historii Polski. Dużo orłów, bieli i czerwieni, ciężkich okuć i półskórków, czyli skórzanych grzbietów — polski patriota musi to kupić.
Niestety, albo w Polsce brakuje patriotów, albo albumy są słabe — nikt nie chce ich kupować. Borowski postanowił się więc zwrócić się z pomocą do Dworczyka, naciskając na kupno przez Kancelarię Premiera albumu “Niepodległa 1918" — Dworczyk wysupłał 80 tys. zł.
Borowski ma prosty patent na biznes. Wyciąga od państwa za darmo materiały archiwalne, potem je oprawia w skóry oraz graweruje — i sprzedaje państwu to, co od niego dostał.
Borowski został zdemaskowany w mailach Dworczyka, które wyciekają od miesięcy. Sytuacja jest dla PiS coraz trudniejsza, dlatego Dworczyk był kandydatem do dymisji. Ale choć w najbliższych dniach dojdzie do rekonstrukcji rządu, to szef Kancelarii Premiera może spać spokojnie. W swym słuchowisku politycznym „Stan po Burzy” Agnieszka Burzyńska z „Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu ujawniają, kto wejdzie do rządu oraz kto dołączy do PiS.

#109 - „Stan po Burzy” nurkuje w szambie z Kamińskim i Błaszczakiem. Czyta raport Jakiego, którego sam Jaki nie przeczytał. I radzi, co wpisać do CV, by dostać robotę w spółkach skarbu
2021-10-02 17:45:58

Dwaj najważniejsi ministrowie odpowiedzialni za nasze bezpieczeństwo — szef MSWiA Mariusz Kamiński oraz minister obrony Mariusz Błaszczak — zorganizowali efektowną konferencję prasową. Otóż postanowili w przystępny sposób pokazać nam, że imigranci, którzy próbują się nielegalnie dostać do Polski są dewiantami seksualnymi, zoofilami i pedofilami, ewentualnie terrorystami, a najlepszym razie — mieszkali w Rosji. Zaiste, Putin z Łukaszenką organizując szmugiel ludzi z Bliskiego Wschodu do Polski musieli rozpisać specyficzny casting. Musieli być przy okazji skrajnymi idiotami, wysyłając na teren Unii ludzi, którzy takie materiały mają lub kiedykolwiek mieli w telefonach. Błaszczak z Kamińskim zmuszają nas do obrzydliwej egzegezy — skąd pochodzą materiały i czy naprawdę są na nich złapani w Polsce uchodźcy, jak wrzeszczy rządowa propaganda. Dlatego „Stan po Burzy” czuje, jakby nurkował w szambie z Kamińskim i Błaszczakiem. Egzegeza to w tym wydaniu „Stanu po Burzy” słowo klucz. Mamy wrażenie, że nikt poważnie nie potraktował raportu gwiazdora Solidarnej Polski, europosła Patryka Jakiego. A to błąd. Doktor więziennictwa dowodzi w nim autorytatywnie, iż Polska straciła na członkostwie w Unii Europejskiej lekko licząc pół biliona złotych. PÓŁ BILIONA. Czytamy raport Jakiego z podziałem na role, by w finale dowiedzieć się, że Jaki nie tylko go nie napisał, ale nawet nie przeczytał. Niestety, mimo to wiarygodność tych obliczeń nie rośnie. Bo sprawdziliśmy, kto raport naprawdę napisał. Jest w tym duecie odwieczny, twardy przeciwnik Unii, jest i specjalista od ryzyka w budowlance oraz religijnego męczeństwa. „Stan po Burzy” ma też swoją działkę w projekcie „Partia i Spółki” — to głośna egzegeza politycznego nepotyzmu w państwowych firmach. Uzbrojeni w wiedzę wyniesioną z tego projektu radzimy: chcesz zarobić miliony, zapisz się do PiS.

Dwaj najważniejsi ministrowie odpowiedzialni za nasze bezpieczeństwo — szef MSWiA Mariusz Kamiński oraz minister obrony Mariusz Błaszczak — zorganizowali efektowną konferencję prasową. Otóż postanowili w przystępny sposób pokazać nam, że imigranci, którzy próbują się nielegalnie dostać do Polski są dewiantami seksualnymi, zoofilami i pedofilami, ewentualnie terrorystami, a najlepszym razie — mieszkali w Rosji. Zaiste, Putin z Łukaszenką organizując szmugiel ludzi z Bliskiego Wschodu do Polski musieli rozpisać specyficzny casting. Musieli być przy okazji skrajnymi idiotami, wysyłając na teren Unii ludzi, którzy takie materiały mają lub kiedykolwiek mieli w telefonach. Błaszczak z Kamińskim zmuszają nas do obrzydliwej egzegezy — skąd pochodzą materiały i czy naprawdę są na nich złapani w Polsce uchodźcy, jak wrzeszczy rządowa propaganda. Dlatego „Stan po Burzy” czuje, jakby nurkował w szambie z Kamińskim i Błaszczakiem. Egzegeza to w tym wydaniu „Stanu po Burzy” słowo klucz. Mamy wrażenie, że nikt poważnie nie potraktował raportu gwiazdora Solidarnej Polski, europosła Patryka Jakiego. A to błąd. Doktor więziennictwa dowodzi w nim autorytatywnie, iż Polska straciła na członkostwie w Unii Europejskiej lekko licząc pół biliona złotych. PÓŁ BILIONA. Czytamy raport Jakiego z podziałem na role, by w finale dowiedzieć się, że Jaki nie tylko go nie napisał, ale nawet nie przeczytał. Niestety, mimo to wiarygodność tych obliczeń nie rośnie. Bo sprawdziliśmy, kto raport naprawdę napisał. Jest w tym duecie odwieczny, twardy przeciwnik Unii, jest i specjalista od ryzyka w budowlance oraz religijnego męczeństwa. „Stan po Burzy” ma też swoją działkę w projekcie „Partia i Spółki” — to głośna egzegeza politycznego nepotyzmu w państwowych firmach. Uzbrojeni w wiedzę wyniesioną z tego projektu radzimy: chcesz zarobić miliony, zapisz się do PiS.

Informacja dotycząca prawa autorskich: Wszelka prezentowana tu zawartość podkastu jest własnością jego autora

Wyszukiwanie

Kategorie