Stan Wyjątkowy

"Stan Wyjątkowy" to program, w którym Andrzej Stankiewicz, Dominika Długosz, Renata Grochal i Kamil Dziubka dyskutować będą o najważniejszych politycznych wydarzeniach tygodnia. Czołowi dziennikarze Onetu i Newsweeka zapewnią słuchaczom i widzom nieszablonową, często żartobliwą, ale zawsze merytoryczną rozmowę, a ich ogromne doświadczenie dziennikarskie i znajomość kulisów polskiej sceny politycznej gwarantują potężną dawkę informacji.


Odcinki od najnowszych:

#88 - Umowa PiS z Lewicą. W tle Aleksander Kwaśniewski, Trybunał Konstytucyjny i emerytury esbeckie
2021-05-08 15:59:33

Sejm przyjął ustawę pozwalającą na uruchomienie unijnego Funduszu Odbudowy. To głosowanie pokazało poważne pęknięcia w Zjednoczonej Prawicy, która w tej kadencji nie będzie w stanie przeprowadzić żadnego ważnego projektu. Nie oznacza to jednak, że konflikty w obozie władzy mogły doprowadzić do upadku rządu. A w to głęboko wierzyli liderzy Platformy Obywatelskiej, wykazując się kompletną nieznajomością politycznej metody Jarosława Kaczyńskiego. Tym samym przywódca PO Borys Budka dał pożywkę tym, którzy chcą zmiany szefa partii. W upadek rządu nie uwierzyła jednak Lewica, która wiedziała, że jest to politycznie i arytmetycznie niemożliwe. Zamiast jednolitego frontu na opozycji, mieliśmy więc współpracę Lewicy z PiS. Pytanie tylko – co było nieznanym elementem umowy między tymi dwoma ugrupowaniami?

Sejm przyjął ustawę pozwalającą na uruchomienie unijnego Funduszu Odbudowy. To głosowanie pokazało poważne pęknięcia w Zjednoczonej Prawicy, która w tej kadencji nie będzie w stanie przeprowadzić żadnego ważnego projektu. Nie oznacza to jednak, że konflikty w obozie władzy mogły doprowadzić do upadku rządu. A w to głęboko wierzyli liderzy Platformy Obywatelskiej, wykazując się kompletną nieznajomością politycznej metody Jarosława Kaczyńskiego. Tym samym przywódca PO Borys Budka dał pożywkę tym, którzy chcą zmiany szefa partii. W upadek rządu nie uwierzyła jednak Lewica, która wiedziała, że jest to politycznie i arytmetycznie niemożliwe. Zamiast jednolitego frontu na opozycji, mieliśmy więc współpracę Lewicy z PiS. Pytanie tylko – co było nieznanym elementem umowy między tymi dwoma ugrupowaniami?

#87 - Lewica ratuje rządy Kaczyńskiego. Prezes PiS może zacierać ręce, delektując się wzajemnymi wyzwiskami liderów opozycji
2021-05-01 15:59:07

Lewica podaje pomocną dłoń PiS-owi, zapewniając tym samym spokój Jarosławowi Kaczyńskiemu. Prezes PiS, walcząc o zatwierdzenie w Sejmie unijnego Funduszu Odbudowy, skorzystał z pomocy trzech tenorów Lewicy, rozbijając tym samym opozycję. I nie musi się na razie martwić o przyspieszone wybory. W batalii o Fundusz Odbudowy okoniem stanął Zbigniew Ziobro. I wygrał - Kaczyński nie wymusił na nim poparcia. To kolejne zwycięstwo Ziobry nad Kaczyńskim. Lider Solidarnej Polski doprowadził na jesieni do tego, że ustawa o bezkarności, która miała być ochroną dla Mateusza Morawieckiego nie została przyjęta. A jak wskazuje raport NIK na temat wyborów korespondencyjnych, ochrona by się premierowi dziś bardzo przydała. Za sprawą tego raportu, do gry na dobre włączył się także szef NIK Marian Banaś, który do niedawna chciał dogadać się z Kaczyńskim, a teraz jest gotowy na wojnę z PiS. Czy w Zjednoczonej Prawicy wybuchnie wojna wszystkich ze wszystkimi?

Lewica podaje pomocną dłoń PiS-owi, zapewniając tym samym spokój Jarosławowi Kaczyńskiemu. Prezes PiS, walcząc o zatwierdzenie w Sejmie unijnego Funduszu Odbudowy, skorzystał z pomocy trzech tenorów Lewicy, rozbijając tym samym opozycję. I nie musi się na razie martwić o przyspieszone wybory. W batalii o Fundusz Odbudowy okoniem stanął Zbigniew Ziobro. I wygrał - Kaczyński nie wymusił na nim poparcia. To kolejne zwycięstwo Ziobry nad Kaczyńskim. Lider Solidarnej Polski doprowadził na jesieni do tego, że ustawa o bezkarności, która miała być ochroną dla Mateusza Morawieckiego nie została przyjęta. A jak wskazuje raport NIK na temat wyborów korespondencyjnych, ochrona by się premierowi dziś bardzo przydała. Za sprawą tego raportu, do gry na dobre włączył się także szef NIK Marian Banaś, który do niedawna chciał dogadać się z Kaczyńskim, a teraz jest gotowy na wojnę z PiS. Czy w Zjednoczonej Prawicy wybuchnie wojna wszystkich ze wszystkimi?

#86 - Kaczyński zmęczony koalicjantami. Czy zrealizuje plan na przyspieszone wybory bez Ziobry i Gowina?
2021-04-24 18:01:05

Telewizja Polska wsparła spiskowe smoleńskie teorie, emitując film Ewy Stankiewicz „Stan Zagrożenia”. Wydźwięk filmu jest jasny — katastrofę przeżyło kilka osób, a Rosjan należy podejrzewać o dobijanie rannych. Jednak to nie te spiskowe teorie, wsparte przez TVP, stały się przedmiotem awantury. Tak się złożyło, że awantura wybuchła wokół zaprezentowanych przelotnie w tym filmie zdjęć Ewy Kopacz z pracownikami moskiewskiego prosektorium, do których sama reżyserka nie przywiązuje wielkiej wagi. Czy to nie jest świadome odwracanie uwagi od niewygodnych dla PiS teorii Stankiewicz? Obóz władzy nie chce problemów ze Smoleńskiem, bo ma już wystarczająco dużo kłopotów. W mijającym tygodniu z porządku obrad Sejmu zdjęto chociażby projekt likwidacji Otwartych Funduszy Emerytalnych. Powód? Pieniądze z OFE miałyby trafić pod kontrolę człowieka premiera — Pawła Borysa. A na to absolutnie nie ma zgody ze strony Zbigniewa Ziobry, który robi wszystko, by szkalować Borysa i usunąć Morawieckiego. W dodatku sędzia z nadania Ziobry zablokował możliwość zatrzymania sędziego Igora Tuleyi, który miał usłyszeć zarzuty ujawnienia tajemnicy. Jakaż to tajemnica? To tajemnica Ryszarda Terleckiego, znanego jako pierwszy hipPiS — jako w młodości był „dzieckiem kwiatem” i pozował do nagich fotek, a dziś jest twardym narodowym konserwatystą.   Czy TVP sfinansuje film o dobijaniu rannych w Smoleńsku? Telewizja rządowa TVP zaprezentowała film Ewy Stankiewicz „Stan Zagrożenia” poświęcony katastrofie smoleńskiej. To obraz lansujący teorie spiskowe, choćby takie, że katastrofę przeżyło kilka osób. Tyle, że awantura nie wybuchła wokół tego typu spiskowych teorii Stankiewicz, które poprzez emisje filmu wsparła TVP. Awantura wybuchła wokół zaprezentowanych w filmie zdjęć Ewy Kopacz. Ówczesna minister zdrowia, która pojechała do Moskwy reprezentować polskie władze, opiekować się rodzinami smoleńskimi i czuwać nad sekcjami ofiar katastrofy smoleńskiej, fotografowała się z pracownikami moskiewskiego prosektorium — i to w dość swobodnym stylu. Pozowanie w prosektorium, zwłaszcza w obliczu takiej tragedii, nie było najlepszym pomysłem. Ale ważniejsze jest to, jak wyglądały relacje ówczesnych polskich władz z Rosją w pierwszych dniach po Smoleńsku. Ewa Kopacz pojechała do Moskwy 11 kwietnia, dzień po katastrofie smoleńskiej. Zabrała zespół lekarzy patomorfologów, by współpracowali z Rosjanami podczas identyfikacji ciał i sekcji. Ale niestety, nie wszystko w Moskwie wyglądało tak, jak powinno. W praktyce Kopacz została zostawiona sama sobie. Co prawda, na miejscu był z nią szef Kancelarii Premiera Tomasz Arabski, tyle, że od oglądania zwłok chodził zielony i nie stanowił większego wsparcia. Kopacz, które nie miała doświadczenia w relacjach międzynarodowych, a tym bardziej w relacjach z Rosją, nie udźwignęła tego ciężaru. Rosjanie robili więc, co chcieli, a Kopacz popełniła jeden, wielki błąd: udawała, że wszystko jest w porządku i mówiła rzeczy, które później okazały się nieprawdą. Słowa Ewy Kopacz o tym, że z wielką uwagą obserwowała pracę naszych patomorfologów ręka w rękę z Rosjanami, dementował później Andrzej Seremet, ówczesny prokurator generalny. Seremet przyznał, że kiedy polska delegacja pojawiła się w Moskwie, było już po sekcjach zwłok — Rosjanie zrobili je sami. Po powrocie do Polski natomiast, Ewa Kopacz złożyła w Sejmie deklarację, że cały teren katastrofy został dokładnie sprawdzony i przekopany na metr w głąb. Niedługo potem, stenogram jej wystąpienia został zmieniony. Jak się okazało, nie był badany cały teren katastrofy, a jedynie miejsca konkretnych znalezisk. Kiedy pojawiły się informacje o pomyleniu ciał ofiar i o tym, że w jednej trumnie znajdowały się szczątki kilku osób, mit współpracy z Rosjanami ostatecznie runął. W tym sensie zdjęcia ukazane w filmie Ewy Stankiewicz są ilustracją szerszego problemu, a nie głównym problemem. Zresztą sama reżyserka nie przywiązuje do tych zdjęć szczególnej wagi. Dla niej ważniejsze jest to, czy Rosjanie dobijali rannych. Twierdzi, że TVP sfinansuje jej kolejny film na ten temat. Czy Jacek Kurski wyłoży kilkaset tysięcy złotych na taki materiał? Sędzia Ziobry sprzeciwił się prokuraturze Ziobry W miniony czwartek Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego odmówiła wyrażenia zgody na zatrzymanie i przymusowe doprowadzenie do prokuratury sędziego Igora Tuleyi. Sędzia Tuleya konsekwentnie odmawia stawienia się w prokuraturze, bo – jak podkreśla - nie uznaje Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego za sąd, w związku z czym dla niego decyzje tej izby nie są ważne. A co jest powodem całej tej sprawy? Chodzi o wyjątkowo czuły majestat Ryszarda Terleckiego, znanego jako pierwszy hipPiS — w młodości był „dzieckiem kwiatem” i pozował do nagich fotek, a dziś jest twardym narodowym konserwatystą. Pod koniec 2016 roku PiS wpadł na pomysł, żeby pozbyć się dziennikarzy z Sejmu, doszło do protestu mediów — 16 grudnia dziennikarze przez jeden dzień w ogóle nie informowali o polityce. Tego dnia podczas debaty w Sejmie, opozycja zaatakowała PiS za plany usunięcia dziennikarzy z parlamentu. Do wybuchu doszło gdy poseł PO Michał Szczerba, który zwrócił się do Marka Kuchcińskiego per „Panie marszałku kochany”. Marszałek Sejmu, oburzony tym zwrotem, wyrzucił posła z obrad. Doprowadziło to do okupacji przez opozycję sali plenarnej Sejmu. Wtedy PiS przeniósł obrady do mniejszej Sali Kolumnowej, nie wpuścił tam posłów opozycji i przegłosował to, co chciał. Do prokuratury trafiło doniesienie, że PiS złamało prawo, utrudniając udział w głosowaniach posłom opozycji. Prokuratura, kierowana przez Zbigniewa Ziobrę, uznała oczywiście, że wszystko było w porządku. I wtedy w sprawie pojawił się Igor Tuleya — do niego trafiło odwołanie polityków opozycji od decyzji prokuratury. Sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie nakazał prokuraturze wszcząć śledztwo jeszcze raz, ujawniając jednocześnie zeznania Ryszarda Terleckiego, który przyznał, że wyrugowano wtedy posłów opozycji z Sali Kolumnowej - tym samym naruszając prawo. Prokuratura uznała, że ujawnienie tych zeznań było złamaniem tajemnicy śledztwa. I właśnie z tego powodu — obnażenia Terleckiego — sędzią Tuleyą zajęła się prokuratura. Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego złożona z ludzi Zbigniewa Ziobry zgodziła się na postawienie mu zarzutów ujawnienia tajemnicy, dlatego uchyliła mu immunitet i zawiesiła jako sędziego. Jednak Tuleya konsekwentnie nie stawiał się do prokuratury na przesłuchanie w charakterze podejrzanego, więc prokuratura złożyła wniosek do Izby Dyscyplinarnej, by sędziego doprowadzić na przesłuchanie siłą. Wszystko wydawało się formalnością. Ale niespodziewanie, tym razem Izba Dyscyplinarna po dziesiątkach godzin rozpraw nie wyraziła zgody na poranną wizytę smutnych panów u Tulei. Stało się to za sprawą sędziego Adama Rocha, który dziś przez sympatyków obozu władzy, odsądzany jest od czci i wiary. Roch to człowiek Ziobry. Czy to przypadek, że nie zgodził się na spektakularne zatrzymanie sędziego? A może to element większej układanki politycznej? Wszak w obozie władzy wrze. Kaczyński, Gowin i Ziobro podkładają sobie świnie W niedzielę ma się spotkać tzw. „rada koalicji” — Jarosław Kaczyński, Jarosław Gowin i Zbigniew Ziobro. Rozmowa została umówiona przez mediatora, bo panowie w ostatnich tygodniach praktycznie ze sobą nie rozmawiają, tylko podkładają sobie nawzajem świnie. W mijającym tygodniu z porządku obrad Sejmu zdjęto chociażby projekt likwidacji Otwartych Funduszy Emerytalnych. Powód? Pieniądze z OFE miałyby trafić pod kontrolę człowieka premiera - Pawła Borysa. A na to absolutnie nie ma zgody ze strony Ziobry, który robi wszystko, by szkalować Borysa i usunąć Morawieckiego. Czy koalicja rządząca jest jeszcze w stanie zrobić cokolwiek wspólnie? Prezes PiS bardzo źle znosi sytuacje, w których jest politycznym impotentem — nie może rządzić, a jedynie administruje. Receptą mogłyby być przyspieszone wybory, poprzedzone wyrzuceniem Ziobry i Gowina ze Zjednoczonej Prawicy. Ale czy wcześniejsze wybory są możliwe? Wszyscy ludzie, którzy dzięki PiS trafili do instytucji publicznych i spółek skarbu państwa są przerażenie takim scenariuszem. Boją się, że Kaczyński nie wytrzyma stanu bezradności, podejmie ryzyko wyborcze — i że przegra, co będzie oznaczać czystkę wśród beneficjentów państwowej kasy. Blokowany przez koalicjantów program gospodarczy Nowy Ład, przygotowywany przez Mateusza Morawieckiego, wygląda jak program wyborczy PiS. Znalazł się w nim między innymi pomysł kwoty wolnej od podatku na poziomie 30 tysięcy złotych (czyli każdy kto zarobi do 30 tys. zł rocznie, nie płaci podatku dochodowego). To plan przekupienia wyborców, bo w takim wariancie ogromna część emerytów — czyli żelaznego elektoratu PiS — uniknie płacenia podatku. Kaczyński liczy, że dzięki temu PiS uda się dobić od 30 procent w sondażach i w razie przyspieszonych wyborów, utrzymać władzę. Kaczyński jest już bardzo zmęczony koalicjantami, a z kolei Ziobro i Gowin zakładają, że niezależnie od wyniku spotkań umawianych przez mediatorów, w kolejnych wyborach nie będzie dla nich miejsca na listach PiS.

Telewizja Polska wsparła spiskowe smoleńskie teorie, emitując film Ewy Stankiewicz „Stan Zagrożenia”. Wydźwięk filmu jest jasny — katastrofę przeżyło kilka osób, a Rosjan należy podejrzewać o dobijanie rannych. Jednak to nie te spiskowe teorie, wsparte przez TVP, stały się przedmiotem awantury. Tak się złożyło, że awantura wybuchła wokół zaprezentowanych przelotnie w tym filmie zdjęć Ewy Kopacz z pracownikami moskiewskiego prosektorium, do których sama reżyserka nie przywiązuje wielkiej wagi. Czy to nie jest świadome odwracanie uwagi od niewygodnych dla PiS teorii Stankiewicz?
Obóz władzy nie chce problemów ze Smoleńskiem, bo ma już wystarczająco dużo kłopotów.
W mijającym tygodniu z porządku obrad Sejmu zdjęto chociażby projekt likwidacji Otwartych Funduszy Emerytalnych. Powód? Pieniądze z OFE miałyby trafić pod kontrolę człowieka premiera — Pawła Borysa. A na to absolutnie nie ma zgody ze strony Zbigniewa Ziobry, który robi wszystko, by szkalować Borysa i usunąć Morawieckiego.
W dodatku sędzia z nadania Ziobry zablokował możliwość zatrzymania sędziego Igora Tuleyi, który miał usłyszeć zarzuty ujawnienia tajemnicy. Jakaż to tajemnica? To tajemnica Ryszarda Terleckiego, znanego jako pierwszy hipPiS — jako w młodości był „dzieckiem kwiatem” i pozował do nagich fotek, a dziś jest twardym narodowym konserwatystą.

 

Czy TVP sfinansuje film o dobijaniu rannych w Smoleńsku?

Telewizja rządowa TVP zaprezentowała film Ewy Stankiewicz „Stan Zagrożenia” poświęcony katastrofie smoleńskiej. To obraz lansujący teorie spiskowe, choćby takie, że katastrofę przeżyło kilka osób. Tyle, że awantura nie wybuchła wokół tego typu spiskowych teorii Stankiewicz, które poprzez emisje filmu wsparła TVP. Awantura wybuchła wokół zaprezentowanych w filmie zdjęć Ewy Kopacz. Ówczesna minister zdrowia, która pojechała do Moskwy reprezentować polskie władze, opiekować się rodzinami smoleńskimi i czuwać nad sekcjami ofiar katastrofy smoleńskiej, fotografowała się z pracownikami moskiewskiego prosektorium — i to w dość swobodnym stylu. Pozowanie w prosektorium, zwłaszcza w obliczu takiej tragedii, nie było najlepszym pomysłem. Ale ważniejsze jest to, jak wyglądały relacje ówczesnych polskich władz z Rosją w pierwszych dniach po Smoleńsku. Ewa Kopacz pojechała do Moskwy 11 kwietnia, dzień po katastrofie smoleńskiej. Zabrała zespół lekarzy patomorfologów, by współpracowali z Rosjanami podczas identyfikacji ciał i sekcji. Ale niestety, nie wszystko w Moskwie wyglądało tak, jak powinno. W praktyce Kopacz została zostawiona sama sobie. Co prawda, na miejscu był z nią szef Kancelarii Premiera Tomasz Arabski, tyle, że od oglądania zwłok chodził zielony i nie stanowił większego wsparcia. Kopacz, które nie miała doświadczenia w relacjach międzynarodowych, a tym bardziej w relacjach z Rosją, nie udźwignęła tego ciężaru. Rosjanie robili więc, co chcieli, a Kopacz popełniła jeden, wielki błąd: udawała, że wszystko jest w porządku i mówiła rzeczy, które później okazały się nieprawdą. Słowa Ewy Kopacz o tym, że z wielką uwagą obserwowała pracę naszych patomorfologów ręka w rękę z Rosjanami, dementował później Andrzej Seremet, ówczesny prokurator generalny. Seremet przyznał, że kiedy polska delegacja pojawiła się w Moskwie, było już po sekcjach zwłok — Rosjanie zrobili je sami. Po powrocie do Polski natomiast, Ewa Kopacz złożyła w Sejmie deklarację, że cały teren katastrofy został dokładnie sprawdzony i przekopany na metr w głąb. Niedługo potem, stenogram jej wystąpienia został zmieniony. Jak się okazało, nie był badany cały teren katastrofy, a jedynie miejsca konkretnych znalezisk. Kiedy pojawiły się informacje o pomyleniu ciał ofiar i o tym, że w jednej trumnie znajdowały się szczątki kilku osób, mit współpracy z Rosjanami ostatecznie runął. W tym sensie zdjęcia ukazane w filmie Ewy Stankiewicz są ilustracją szerszego problemu, a nie głównym problemem. Zresztą sama reżyserka nie przywiązuje do tych zdjęć szczególnej wagi. Dla niej ważniejsze jest to, czy Rosjanie dobijali rannych. Twierdzi, że TVP sfinansuje jej kolejny film na ten temat. Czy Jacek Kurski wyłoży kilkaset tysięcy złotych na taki materiał?

Sędzia Ziobry sprzeciwił się prokuraturze Ziobry

W miniony czwartek Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego odmówiła wyrażenia zgody na zatrzymanie i przymusowe doprowadzenie do prokuratury sędziego Igora Tuleyi. Sędzia Tuleya konsekwentnie odmawia stawienia się w prokuraturze, bo – jak podkreśla - nie uznaje Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego za sąd, w związku z czym dla niego decyzje tej izby nie są ważne. A co jest powodem całej tej sprawy? Chodzi o wyjątkowo czuły majestat Ryszarda Terleckiego, znanego jako pierwszy hipPiS — w młodości był „dzieckiem kwiatem” i pozował do nagich fotek, a dziś jest twardym narodowym konserwatystą.
Pod koniec 2016 roku PiS wpadł na pomysł, żeby pozbyć się dziennikarzy z Sejmu, doszło do protestu mediów — 16 grudnia dziennikarze przez jeden dzień w ogóle nie informowali o polityce. Tego dnia podczas debaty w Sejmie, opozycja zaatakowała PiS za plany usunięcia dziennikarzy z parlamentu. Do wybuchu doszło gdy poseł PO Michał Szczerba, który zwrócił się do Marka Kuchcińskiego per „Panie marszałku kochany”. Marszałek Sejmu, oburzony tym zwrotem, wyrzucił posła z obrad. Doprowadziło to do okupacji przez opozycję sali plenarnej Sejmu. Wtedy PiS przeniósł obrady do mniejszej Sali Kolumnowej, nie wpuścił tam posłów opozycji i przegłosował to, co chciał. Do prokuratury trafiło doniesienie, że PiS złamało prawo, utrudniając udział w głosowaniach posłom opozycji. Prokuratura, kierowana przez Zbigniewa Ziobrę, uznała oczywiście, że wszystko było w porządku. I wtedy w sprawie pojawił się Igor Tuleya — do niego trafiło odwołanie polityków opozycji od decyzji prokuratury. Sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie nakazał prokuraturze wszcząć śledztwo jeszcze raz, ujawniając jednocześnie zeznania Ryszarda Terleckiego, który przyznał, że wyrugowano wtedy posłów opozycji z Sali Kolumnowej - tym samym naruszając prawo. Prokuratura uznała, że ujawnienie tych zeznań było złamaniem tajemnicy śledztwa. I właśnie z tego powodu — obnażenia Terleckiego — sędzią Tuleyą zajęła się prokuratura. Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego złożona z ludzi Zbigniewa Ziobry zgodziła się na postawienie mu zarzutów ujawnienia tajemnicy, dlatego uchyliła mu immunitet i zawiesiła jako sędziego. Jednak Tuleya konsekwentnie nie stawiał się do prokuratury na przesłuchanie w charakterze podejrzanego, więc prokuratura złożyła wniosek do Izby Dyscyplinarnej, by sędziego doprowadzić na przesłuchanie siłą. Wszystko wydawało się formalnością. Ale niespodziewanie, tym razem Izba Dyscyplinarna po dziesiątkach godzin rozpraw nie wyraziła zgody na poranną wizytę smutnych panów u Tulei. Stało się to za sprawą sędziego Adama Rocha, który dziś przez sympatyków obozu władzy, odsądzany jest od czci i wiary. Roch to człowiek Ziobry. Czy to przypadek, że nie zgodził się na spektakularne zatrzymanie sędziego? A może to element większej układanki politycznej? Wszak w obozie władzy wrze.

Kaczyński, Gowin i Ziobro podkładają sobie świnie

W niedzielę ma się spotkać tzw. „rada koalicji” — Jarosław Kaczyński, Jarosław Gowin i Zbigniew Ziobro. Rozmowa została umówiona przez mediatora, bo panowie w ostatnich tygodniach praktycznie ze sobą nie rozmawiają, tylko podkładają sobie nawzajem świnie. W mijającym tygodniu z porządku obrad Sejmu zdjęto chociażby projekt likwidacji Otwartych Funduszy Emerytalnych. Powód? Pieniądze z OFE miałyby trafić pod kontrolę człowieka premiera - Pawła Borysa. A na to absolutnie nie ma zgody ze strony Ziobry, który robi wszystko, by szkalować Borysa i usunąć Morawieckiego. Czy koalicja rządząca jest jeszcze w stanie zrobić cokolwiek wspólnie? Prezes PiS bardzo źle znosi sytuacje, w których jest politycznym impotentem — nie może rządzić, a jedynie administruje. Receptą mogłyby być przyspieszone wybory, poprzedzone wyrzuceniem Ziobry i Gowina ze Zjednoczonej Prawicy. Ale czy wcześniejsze wybory są możliwe? Wszyscy ludzie, którzy dzięki PiS trafili do instytucji publicznych i spółek skarbu państwa są przerażenie takim scenariuszem. Boją się, że Kaczyński nie wytrzyma stanu bezradności, podejmie ryzyko wyborcze — i że przegra, co będzie oznaczać czystkę wśród beneficjentów państwowej kasy. Blokowany przez koalicjantów program gospodarczy Nowy Ład, przygotowywany przez Mateusza Morawieckiego, wygląda jak program wyborczy PiS.
Znalazł się w nim między innymi pomysł kwoty wolnej od podatku na poziomie 30 tysięcy złotych (czyli każdy kto zarobi do 30 tys. zł rocznie, nie płaci podatku dochodowego). To plan przekupienia wyborców, bo w takim wariancie ogromna część emerytów — czyli żelaznego elektoratu PiS — uniknie płacenia podatku. Kaczyński liczy, że dzięki temu PiS uda się dobić od 30 procent w sondażach i w razie przyspieszonych wyborów, utrzymać władzę. Kaczyński jest już bardzo zmęczony koalicjantami, a z kolei Ziobro i Gowin zakładają, że niezależnie od wyniku spotkań umawianych przez mediatorów, w kolejnych wyborach nie będzie dla nich miejsca na listach PiS.

#85 -Kościół atakuje szczepionki, podczas gdy liczba ofiar koronawirusa rośnie. Co zrobi PiS?
2021-04-17 17:48:40

Kontrolowany przez PiS Trybunał Konstytucyjny uchylił przepisy, na podstawie których Adam Bodnar pełnił obowiązki Rzecznika Praw Obywatelskich. Decyzje o politycznej egzekucji Bodnara zapadły dużo wcześniej i zupełnie gdzie indziej — w gabinecie Jarosława Kaczyńskiego, bo to oczywiste, że prezes PiS steruje szefową TK Julią Przyłębską. Czym Kaczyńskiemu podpadł Bodnar? Protestami po decyzji w sprawie zaostrzenia przepisów aborcyjnych oraz próbą zablokowania zakupu wydawnictwa Polska Press przez Orlen. W sprawie RPO koalicja Zjednoczonej Prawicy działa jeszcze wspólnie — ale to jedna z niewielu takich kwestii, bo wojna na prawicy przybiera na sile. Politycy PiS i Solidarnej Polski obrzucają się dziś odpowiedzialnością za to, że podejrzany o korupcję były minister PO Sławomir Nowak wyszedł z aresztu. Z kolei przedstawiciele Porozumienia zarzucają PiS, że używa wobec nich haków. Z koalicyjnego klubu odchodzi prof. Wojciech Maksymowicz, człowiek Gowina. To jego reakcja na to, że Ministerstwo Zdrowia publicznie zasugerowało, że jako lekarz eksperymentował na płodach. Wkrótce eksperymentami na płodach został z kolei zaatakowany rząd. Przewodniczący zespołu ekspertów Episkopatu Polski do spraw bioetycznych bp Józef Wróbel zaprezentował stanowisko, wedle którego katolicy nie powinni godzić się na szczepienie preparatami AstraZeneca i Johnson&Johnson, bo — według wywodu biskupa — w ich produkcji korzystano z linii komórkowych, stworzonych na bazie tkanek z abortowanych płodów. Obóz władzy nabrał wody w usta — i nie ma się co dziwić. Wszak przyjęcie dosłownie stanowiska biskupa Wróbla oznacza, że antyaborcyjny PiS faszeruje ludzi proaborcyjnymi szczepionkami. O tym wszystkim posłuchają Państwo w najnowszym odcinku podcastu „Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z „Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu. Julia, zwana „Wysokim Trybunałem” Kadencja Rzecznika Praw Obywatelskich skończyła się jesienią minionego roku, ale PiS nie jest w stanie wybrać nowego rzecznika, bo potrzeba do tego zgody Senatu, który kontroluje opozycja. W tej sytuacji Adam Bodnar pełnił obowiązki RPO na podstawie ustawy, która nakazuje odchodzącemu rzecznikowi wykonywać obowiązki do czasu wyboru następcy. Właśnie te przepisy Trybunał Julii Przyłębskiej uznał za niekonstytucyjne. Ale decyzje o politycznej egzekucji Bodnara zapadły dużo wcześniej i zupełnie gdzie indziej — w gabinecie Jarosława Kaczyńskiego, bo to oczywiste, że prezes PiS steruje Przyłębską. Po usunięciu Bodnara, PiS domknie system nomenklaturowy w Polsce, gdzie wszystkie instytucje podporządkowane zostały Jarosławowi Kaczyńskiemu. Bez znaczenia są tu jakiekolwiek przepisy, bo sterując Przyłębską, ostateczne decyzje o konstytucyjności przepisów podejmuje właśnie prezes PiS. Czym Kaczyńskiemu podpadł Bodnar? Protestami po decyzji w sprawie zaostrzenia przepisów aborcyjnych oraz próbą zablokowania zakupu wydawnictwa Polska Press przez Orlen. Po usunięciu Bodnara — co ostatecznie stanie się za 3 miesiące — PiS chce przejąć kontrolę nad stanowiskiem RPO. Na stole leżą więc dwa warianty. Pierwszym jest oczywiście przekonanie opozycji do poparcia kandydata PiS. Poseł PiS Bartłomiej Wróblewski, bardzo intensywnie prowadzi rozmowy w Senacie, by przekonać kilku senatorów opozycji, by go poparli. Drugim wariantem jest zmiana ustawy o RPO i stworzenie instytucji pełniącego obowiązki Rzecznika Praw Obywatelskich. I takiego „p.o. RPO” powoływałby Sejm lub prezydent — czyli w praktyce PiS i Kaczyński. Usuwając Bodnara, PiS przekonuje, że kadencja to rzecz święta i nie można jej naruszać. To czystej wody hipokryzja, bo za swych rządów PiS skracał kadencje szefów mediów publicznych, prezesów sądów i członków KRS — w tym ostatnim przypadku dzięki niezawodnej prezes Julii, która każe się tytułować „Wysokim Trybunałem”. W 2018 roku PiS pod rękę z prezydentem forsowali projekt, który zakładał skrócenie 6-letniej konstytucyjnej kadencji pierwszej prezes Sądu Najwyższego - Małgorzaty Gersdorf, co miało stać się za sprawą obniżenia wieku emerytalnego. Wtedy nikomu w obozie władzy nie przeszkadzało, że przepisy emerytalne miały mieć pierwszeństwo przed Konstytucją. Koalicjanci walczą przy użyciu prokuratury Sytuacja w obozie władzy staje się coraz gęstsza. Z aresztu po 9 miesiącach wyszedł Sławomir Nowak, któremu prokuratura stawia ciężkie zarzuty,  m.in , korupcję, pranie pieniędzy i kierowanie grupą przestępczą. Stało się to kolejnym pretekstem do starcia w Zjednoczonej Prawicy. Wiceminister spraw zagranicznych Paweł Jabłoński z PiS zaatakował Zbigniewa Ziobrę, wypominając mu, że przez tak długi czas nie udało się sformułować aktu oskarżenia, przez co Nowak mógł wyjść na wolność. Dłużny nie pozostał wiceminister sprawiedliwości Sebastian Kaleta, który oskarżył Jabłońskiego o blokadę reform wymiaru sprawiedliwości i wynegocjowanie słabych warunków w rozmowach z Unią Europejską, ograniczających polską suwerenność. Ale spór wokół Nowaka nie był jedynym. W mijającym tygodniu doszło do jednego jeszcze starcia — tym razem między PiS a Porozumieniem. Krytyczny wobec działań rządu w sprawie pandemii poseł Wojciech Maksymowicz — związany z Gowinem profesor medycyny — oskarżony został o eksperymenty na abortowanych płodach. Autorem doniesienia do prokuratury był Mariusz Dzierżawski, były polityk Unii Polityki Realnej, od lat walczący o wprowadzenie w Polsce całkowitego zakazu aborcji. Kolejny donos wpłynął do Ministerstwa Zdrowia, które tak krytykuje Maksymowicz. A resort wszczął kontrolę. Maksymowicz jest oburzony, uważa, że to zemsta za jego krytykę działań ministra Adama Niedzielskiego. W efekcie tego starcia Maksymowicz opuścił klub parlamentarny PiS. W ten sposób krucha przewaga Zjednoczonej Prawicy w Sejmie stała się jeszcze skromniejsza. Jarosław Kaczyński w ogóle przestał spotykać się z liderami mniejszych partii koalicji. Nie ma między nimi zaufania i już wiadomo, że ten rząd nie będzie w stanie przeprowadzić żadnego ważnego projektu, bo nie będzie na to albo zgody Ziobry, albo Gowina, albo nawet części polityków PiS. Bo w partii rządzącej nie ma całkowitej jedności, a jej politycy zaczynają kontestować to, co się dzieje. Widzą spadające notowania, obawiając się przy tym utraty miejsc na listach wyborczych. To, co ich jeszcze łączy są stanowiska i gigantyczne pieniądze w spółkach skarbu państwa.  Kościół atakuje szczepionki, którymi szczepi rząd PiS W minionym tygodniu rządzącej prawicy napytali biedy także polscy biskupi. A konkretnie — przewodniczący zespołu ekspertów Episkopatu Polski do spraw bioetycznych bp Józef Wróbel, który zaprezentował stanowisko w sprawie szczepionek. Wedle biskupa Wróbla katolicy nie powinni godzić się na szczepienie preparatami AstraZeneca i Johnson&Johnson, bo — według wywodu biskupa — budzą one przeciwskazania etyczne, gdyż w ich produkcji korzystano z linii komórkowych, stworzonych na bazie tkanek z abortowanych płodów. Szkopuł w tym, że to stanowisko stoi w sprzeczności z decyzjami Watykanu. W grudniu 2020 roku, watykańska Kongregacja Nauki Wiary poinformowała, że moralnie akceptowalne jest zaszczepienie się tymi szczepionkami. Biskup Wróbel w ogóle nie tłumaczy, o co mu chodzi — a kluczowe jest to, że w szczepionkach oczywiście nie ma żadnych tkanek pochodzących z aborcji. Linie komórkowe, wykorzystywane w badaniach leków i szczepionek, częściowo powstały dzięki aborcji. Tyle, że dziesiątki lat temu — i od dziesiątków lat służą do badań medycznych. Dlaczego w tak trudnym momencie, kiedy jest tyle kontrowersji związanych ze szczepionkami, polski Episkopat podgrzewa jeszcze atmosferę? Decydenci z PiS, odpowiadający za narodowy program szczepień, ze stanowiskiem Kościoła polemizować nie chcą — za dużo ich łączy interesów z biskupami. A przecież przyjęcie dosłownie stanowiska biskupa Wróbla oznacza, że PiS — ograniczające legalną aborcję — jednocześnie faszeruje ludzi nieetycznymi szczepionkami.

Kontrolowany przez PiS Trybunał Konstytucyjny uchylił przepisy, na podstawie których Adam Bodnar pełnił obowiązki Rzecznika Praw Obywatelskich. Decyzje o politycznej egzekucji Bodnara zapadły dużo wcześniej i zupełnie gdzie indziej — w gabinecie Jarosława Kaczyńskiego, bo to oczywiste, że prezes PiS steruje szefową TK Julią Przyłębską. Czym Kaczyńskiemu podpadł Bodnar? Protestami po decyzji w sprawie zaostrzenia przepisów aborcyjnych oraz próbą zablokowania zakupu wydawnictwa Polska Press przez Orlen.
W sprawie RPO koalicja Zjednoczonej Prawicy działa jeszcze wspólnie — ale to jedna z niewielu takich kwestii, bo wojna na prawicy przybiera na sile. Politycy PiS i Solidarnej Polski obrzucają się dziś odpowiedzialnością za to, że podejrzany o korupcję były minister PO Sławomir Nowak wyszedł z aresztu. Z kolei przedstawiciele Porozumienia zarzucają PiS, że używa wobec nich haków. Z koalicyjnego klubu odchodzi prof. Wojciech Maksymowicz, człowiek Gowina. To jego reakcja na to, że Ministerstwo Zdrowia publicznie zasugerowało, że jako lekarz eksperymentował na płodach.
Wkrótce eksperymentami na płodach został z kolei zaatakowany rząd. Przewodniczący zespołu ekspertów Episkopatu Polski do spraw bioetycznych bp Józef Wróbel zaprezentował stanowisko, wedle którego katolicy nie powinni godzić się na szczepienie preparatami AstraZeneca i Johnson&Johnson, bo — według wywodu biskupa — w ich produkcji korzystano z linii komórkowych, stworzonych na bazie tkanek z abortowanych płodów. Obóz władzy nabrał wody w usta — i nie ma się co dziwić. Wszak przyjęcie dosłownie stanowiska biskupa Wróbla oznacza, że antyaborcyjny PiS faszeruje ludzi proaborcyjnymi szczepionkami.
O tym wszystkim posłuchają Państwo w najnowszym odcinku podcastu „Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z „Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu.

Julia, zwana „Wysokim Trybunałem”

Kadencja Rzecznika Praw Obywatelskich skończyła się jesienią minionego roku, ale PiS nie jest w stanie wybrać nowego rzecznika, bo potrzeba do tego zgody Senatu, który kontroluje opozycja. W tej sytuacji Adam Bodnar pełnił obowiązki RPO na podstawie ustawy, która nakazuje odchodzącemu rzecznikowi wykonywać obowiązki do czasu wyboru następcy. Właśnie te przepisy Trybunał Julii Przyłębskiej uznał za niekonstytucyjne.
Ale decyzje o politycznej egzekucji Bodnara zapadły dużo wcześniej i zupełnie gdzie indziej — w gabinecie Jarosława Kaczyńskiego, bo to oczywiste, że prezes PiS steruje Przyłębską. Po usunięciu Bodnara, PiS domknie system nomenklaturowy w Polsce, gdzie wszystkie instytucje podporządkowane zostały Jarosławowi Kaczyńskiemu. Bez znaczenia są tu jakiekolwiek przepisy, bo sterując Przyłębską, ostateczne decyzje o konstytucyjności przepisów podejmuje właśnie prezes PiS. Czym Kaczyńskiemu podpadł Bodnar? Protestami po decyzji w sprawie zaostrzenia przepisów aborcyjnych oraz próbą zablokowania zakupu wydawnictwa Polska Press przez Orlen. Po usunięciu Bodnara — co ostatecznie stanie się za 3 miesiące — PiS chce przejąć kontrolę nad stanowiskiem RPO. Na stole leżą więc dwa warianty. Pierwszym jest oczywiście przekonanie opozycji do poparcia kandydata PiS. Poseł PiS Bartłomiej Wróblewski, bardzo intensywnie prowadzi rozmowy w Senacie, by przekonać kilku senatorów opozycji, by go poparli. Drugim wariantem jest zmiana ustawy o RPO i stworzenie instytucji pełniącego obowiązki Rzecznika Praw Obywatelskich. I takiego „p.o. RPO” powoływałby Sejm lub prezydent — czyli w praktyce PiS i Kaczyński.
Usuwając Bodnara, PiS przekonuje, że kadencja to rzecz święta i nie można jej naruszać. To czystej wody hipokryzja, bo za swych rządów PiS skracał kadencje szefów mediów publicznych, prezesów sądów i członków KRS — w tym ostatnim przypadku dzięki niezawodnej prezes Julii, która każe się tytułować „Wysokim Trybunałem”. W 2018 roku PiS pod rękę z prezydentem forsowali projekt, który zakładał skrócenie 6-letniej konstytucyjnej kadencji pierwszej prezes Sądu Najwyższego - Małgorzaty Gersdorf, co miało stać się za sprawą obniżenia wieku emerytalnego. Wtedy nikomu w obozie władzy nie przeszkadzało, że przepisy emerytalne miały mieć pierwszeństwo przed Konstytucją.

Koalicjanci walczą przy użyciu prokuratury

Sytuacja w obozie władzy staje się coraz gęstsza. Z aresztu po 9 miesiącach wyszedł Sławomir Nowak, któremu prokuratura stawia ciężkie zarzuty, m.in, korupcję, pranie pieniędzy i kierowanie grupą przestępczą. Stało się to kolejnym pretekstem do starcia w Zjednoczonej Prawicy. Wiceminister spraw zagranicznych Paweł Jabłoński z PiS zaatakował Zbigniewa Ziobrę, wypominając mu, że przez tak długi czas nie udało się sformułować aktu oskarżenia, przez co Nowak mógł wyjść na wolność. Dłużny nie pozostał wiceminister sprawiedliwości Sebastian Kaleta, który oskarżył Jabłońskiego o blokadę reform wymiaru sprawiedliwości i wynegocjowanie słabych warunków w rozmowach z Unią Europejską, ograniczających polską suwerenność. Ale spór wokół Nowaka nie był jedynym.
W mijającym tygodniu doszło do jednego jeszcze starcia — tym razem między PiS a Porozumieniem. Krytyczny wobec działań rządu w sprawie pandemii poseł Wojciech Maksymowicz — związany z Gowinem profesor medycyny — oskarżony został o eksperymenty na abortowanych płodach. Autorem doniesienia do prokuratury był Mariusz Dzierżawski, były polityk Unii Polityki Realnej, od lat walczący o wprowadzenie w Polsce całkowitego zakazu aborcji. Kolejny donos wpłynął do Ministerstwa Zdrowia, które tak krytykuje Maksymowicz. A resort wszczął kontrolę. Maksymowicz jest oburzony, uważa, że to zemsta za jego krytykę działań ministra Adama Niedzielskiego. W efekcie tego starcia Maksymowicz opuścił klub parlamentarny PiS. W ten sposób krucha przewaga Zjednoczonej Prawicy w Sejmie stała się jeszcze skromniejsza.
Jarosław Kaczyński w ogóle przestał spotykać się z liderami mniejszych partii koalicji. Nie ma między nimi zaufania i już wiadomo, że ten rząd nie będzie w stanie przeprowadzić żadnego ważnego projektu, bo nie będzie na to albo zgody Ziobry, albo Gowina, albo nawet części polityków PiS. Bo w partii rządzącej nie ma całkowitej jedności, a jej politycy zaczynają kontestować to, co się dzieje. Widzą spadające notowania, obawiając się przy tym utraty miejsc na listach wyborczych. To, co ich jeszcze łączy są stanowiska i gigantyczne pieniądze w spółkach skarbu państwa. 

Kościół atakuje szczepionki, którymi szczepi rząd PiS

W minionym tygodniu rządzącej prawicy napytali biedy także polscy biskupi. A konkretnie — przewodniczący zespołu ekspertów Episkopatu Polski do spraw bioetycznych bp Józef Wróbel, który zaprezentował stanowisko w sprawie szczepionek. Wedle biskupa Wróbla katolicy nie powinni godzić się na szczepienie preparatami AstraZeneca i Johnson&Johnson, bo — według wywodu biskupa — budzą one przeciwskazania etyczne, gdyż w ich produkcji korzystano z linii komórkowych, stworzonych na bazie tkanek z abortowanych płodów. Szkopuł w tym, że to stanowisko stoi w sprzeczności z decyzjami Watykanu. W grudniu 2020 roku, watykańska Kongregacja Nauki Wiary poinformowała, że moralnie akceptowalne jest zaszczepienie się tymi szczepionkami. Biskup Wróbel w ogóle nie tłumaczy, o co mu chodzi — a kluczowe jest to, że w szczepionkach oczywiście nie ma żadnych tkanek pochodzących z aborcji. Linie komórkowe, wykorzystywane w badaniach leków i szczepionek, częściowo powstały dzięki aborcji. Tyle, że dziesiątki lat temu — i od dziesiątków lat służą do badań medycznych.
Dlaczego w tak trudnym momencie, kiedy jest tyle kontrowersji związanych ze szczepionkami, polski Episkopat podgrzewa jeszcze atmosferę? Decydenci z PiS, odpowiadający za narodowy program szczepień, ze stanowiskiem Kościoła polemizować nie chcą — za dużo ich łączy interesów z biskupami. A przecież przyjęcie dosłownie stanowiska biskupa Wróbla oznacza, że PiS — ograniczające legalną aborcję — jednocześnie faszeruje ludzi nieetycznymi szczepionkami.

#84 - Prezes Kaczyński sfrustrowany swą polityczną niemocą. Czy to się skończy przyspieszonymi wyborami?
2021-04-10 19:19:29

Jak zwykle gdy trzeba twardemu elektoratowi wytłumaczyć rzeczywistość, Jarosław Kaczyński wezwał swych podwładnych z „Gazety Polskiej”, by udzielić wywiadu o partii i państwie. I pojechał. Pal licho, że zaatakował opozycję, nazywając ją rakiem — onkologiczne porównania są w jego arsenale, obfitującym w określenia kryminalne, formą i tak dość delikatną. Ważniejsze, jest to, co Kaczyński zasugerował. Otóż, ponieważ koalicjanci mu brykają, to nie da się wykluczyć przyspieszonych wyborów. Ta deklaracja prezesa nakłada się na plotki z politycznego światka, że główni gracze biorą pod uwagę wybory na jesieni tego roku. Bez względu na to, czy to groźba realna, czy nie, w obozie władzy trwa ferment. W tej rozgrywce ważną postacią jest Jacek Kurski. Przede wszystkim, Kurski gra na osłabienie Mateusza Morawieckiego i pozbawienie go premierostwa. Dlatego właśnie „Wiadomości” TVP zaatakowały Pawła Borysa, prawą rękę Morawieckiego w kwestiach gospodarczych i finansowych. Kurski uważa, że to Morawiecki stoi za wyciekami do mediów informacji o Danielu Obajtku — atak na Borysa miał być dla premiera sygnałem ostrzegawczym. Jednocześnie Kurski dobrze się bawi — Antonim Macierewiczem. Właśnie upokorzył byłego wszechpotężnego szefa MON i głównego smoleńskiego śledczego PiS. O tym wszystkim posłuchają Państwo w najnowszym odcinku podcastu „Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z „Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu. Gowin patrzy w oczy Kaczyńskiemu Przez ostatnie kilka miesięcy czytając wywiady liderów Zjednoczonej Prawicy, można było tylko ziewać. Choć w obozie władzy buzowało, to na zewnątrz wszyscy trzymali gardę. Teraz to się zmieniło. W mijającym tygodniu ukazały się dwa ważne wywiady, pokazujące głęboki kryzys obozu władzy. Szef PiS Jarosław Kaczyński wypowiedział się dla „Gazety Polskiej”, a lider Porozumienia Jarosław Gowin dla „Super Expressu”. Po tej lekturze nasuwa się jedno pytanie: co oni jeszcze robią w jednym rządzie? Prezes Kaczyński zaatakował opozycję, nazywając ją rakiem na zdrowej, polskiej tkance, o premierze powiedział, że gdyby nie on, to Morawiecki nie byłby tym kim jest, a przy okazji pogroził także Zbigniewowi Ziobrze. Co jednak ważniejsze, Kaczyński zasugerował, że ponieważ koalicjanci mu brykają, to nie da się wykluczyć przyspieszonych wyborów. Ta deklaracja prezesa nakłada się na plotki z politycznego światka, że główni gracze biorą pod uwagę wybory na jesieni tego roku. Czy to wariant realny? A może Kaczyński tylko grozi Ziobrze i Gowinowi, że jeśli nie będą posłuszni, to rozpisze wybory po to, by wypadli poza Sejm? Warto pamiętać o tym, że Jarosław Kaczyński ma traumę 2007 roku, kiedy przyspieszone wybory doprowadziły do porażki jego rządu i utraty władzy przez PiS na 8 lat. Kaczyński ma swoje lata i nie może ryzykować utraty władzy — wie, że jej już nigdy nie odzyska. Z drugiej strony prezes jest coraz bardziej sfrustrowany własną niemocą — odkąd Ziobro i Gowin zabrali się za uderzanie w PiS, to kilka ważnych dla Kaczyńskiego projektów politycznych zostało zatrzymanych — choćby program gospodarczy Nowy Ład. Rząd buksuje i nie jest w stanie dalej prowadzić rewolucji, o jakiej marzył prezes PiS. Ważąc te racje na tę chwile można powiedzieć, że emocje Kaczyńskiego nie są jeszcze na tyle silne, by doprowadzić do przyspieszonych wyborów. Ale co będzie za parę tygodni? Koalicjanci zaostrzają kurs wobec PiS, co pokazuje wywiad Jarosława Gowina dla „Super Expressu”. Wicepremier po raz pierwszy mówi jasno, że próba rokoszu w jego Porozumieniu była zemstą PiS. Sugeruje, że powiedział Kaczyńskiemu prosto w oczy, że tego nie akceptuje. Kurski sojusznikiem Obajtka W tej całej rozgrywce, która się toczy w obozie władzy, ważną postacią jest Jacek Kurski. Przede wszystkim, gra na osłabienie Mateusza Morawieckiego i pozbawienie go premierostwa. Kiedy w zeszłym tygodniu „Wiadomości” TVP atakowały bliskiego współpracownika premiera, szefa Polskiego Funduszu Rozwoju Pawła Borysa, nie był to przypadek. To była odpowiedź na podejmowane przez premiera próby usunięcia Obajtka i rozważanie Borysa na jego następcę. Wrogowie Morawieckiego, w tym Kurski, są przekonani, że to ludzie premiera maczali palce w ujawnianych taśmowo skandalach wokół Obajtka. Atak na szefa PFR miał nie tylko skompromitować konkurenta Obajtka, ale — co ważniejsze — pokazać Kaczyńskiemu, że dokładnie ci ludzie w obozie władzy, którzy po publikacjach dotyczących Obajtka domagają się jego odwołania, stanęli w obronie Borysa. To miało doprowadzić do wyświetlenia Kaczyńskiemu frakcji Morawieckiego i jej interesów. Symptomatyczne, że Kurski za materiał o Borysie nie dostał od Kaczyńskiego po głowie. Pożegnanie z Macierewiczem To zresztą niejedyna rozgrywka Jacka Kurskiego. Mija właśnie 11. rocznica katastrofy smoleńskiej, a Antoni Macierewicz przygotował film, która jest podsumowaniem prac jego podkomisji. Kurski co najmniej od 2018 roku konsekwentnie wycina Macierewicza z programów TVP, sądząc, że jego zamachowe teorie szkodzą PiS-owi. Co jest więc powodem tego, że prezes TVP zgodził się puścić film szefa podkomisji smoleńskiej? Otóż Macierewicz dostał zgodę władz PiS na emisję filmu, pod warunkiem, że to będzie ostatni jego dokument smoleński. W tym sensie jest to pożegnanie z Macierewiczem. Skąd ta decyzja? W ostatnich miesiącach wokół Macierewicza zrobiło się gorąco. Zaczęły go atakować smoleńskie rodziny związane z PiS, domagając się audytu jego pracy. W finale przeciwko Macierewiczowi wystąpili nawet członkowie jego własnej podkomisji smoleńskiej. Kurski nie byłby jednak sobą, gdyby dodatkowo nie upokorzył Macierewicza. Zgodził się na emisję filmu pod dodatkowym warunkiem — napisania proszalnego listu przez Macierewicza. Chodziło o upokorzenie Macierewicza, bo list z miejsca wylądował w „Wiadomościach”. Sobotni film, w którym Macierewicz powtarza swe teorie o wybuchu na pokładzie tupolewa i sugeruje zamach ze strony Rosjan, jest jego osobistym raportem smoleńskim. Nie stoi za nim szef PiS, nie stoją rodziny smoleńskie, a podkomisji praktycznie już nie ma. Władze PiS po raz ostatni pozwoliły Macierewiczowi obsadzić się w roli smoleńskiego bohatera.

Jak zwykle gdy trzeba twardemu elektoratowi wytłumaczyć rzeczywistość, Jarosław Kaczyński wezwał swych podwładnych z „Gazety Polskiej”, by udzielić wywiadu o partii i państwie. I pojechał. Pal licho, że zaatakował opozycję, nazywając ją rakiem — onkologiczne porównania są w jego arsenale, obfitującym w określenia kryminalne, formą i tak dość delikatną. Ważniejsze, jest to, co Kaczyński zasugerował. Otóż, ponieważ koalicjanci mu brykają, to nie da się wykluczyć przyspieszonych wyborów. Ta deklaracja prezesa nakłada się na plotki z politycznego światka, że główni gracze biorą pod uwagę wybory na jesieni tego roku. Bez względu na to, czy to groźba realna, czy nie, w obozie władzy trwa ferment. W tej rozgrywce ważną postacią jest Jacek Kurski. Przede wszystkim, Kurski gra na osłabienie Mateusza Morawieckiego i pozbawienie go premierostwa. Dlatego właśnie „Wiadomości” TVP zaatakowały Pawła Borysa, prawą rękę Morawieckiego w kwestiach gospodarczych i finansowych. Kurski uważa, że to Morawiecki stoi za wyciekami do mediów informacji o Danielu Obajtku — atak na Borysa miał być dla premiera sygnałem ostrzegawczym. Jednocześnie Kurski dobrze się bawi — Antonim Macierewiczem. Właśnie upokorzył byłego wszechpotężnego szefa MON i głównego smoleńskiego śledczego PiS. O tym wszystkim posłuchają Państwo w najnowszym odcinku podcastu „Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z „Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu.

Gowin patrzy w oczy Kaczyńskiemu

Przez ostatnie kilka miesięcy czytając wywiady liderów Zjednoczonej Prawicy, można było tylko ziewać. Choć w obozie władzy buzowało, to na zewnątrz wszyscy trzymali gardę. Teraz to się zmieniło. W mijającym tygodniu ukazały się dwa ważne wywiady, pokazujące głęboki kryzys obozu władzy. Szef PiS Jarosław Kaczyński wypowiedział się dla „Gazety Polskiej”, a lider Porozumienia Jarosław Gowin dla „Super Expressu”. Po tej lekturze nasuwa się jedno pytanie: co oni jeszcze robią w jednym rządzie?
Prezes Kaczyński zaatakował opozycję, nazywając ją rakiem na zdrowej, polskiej tkance, o premierze powiedział, że gdyby nie on, to Morawiecki nie byłby tym kim jest, a przy okazji pogroził także Zbigniewowi Ziobrze. Co jednak ważniejsze, Kaczyński zasugerował, że ponieważ koalicjanci mu brykają, to nie da się wykluczyć przyspieszonych wyborów. Ta deklaracja prezesa nakłada się na plotki z politycznego światka, że główni gracze biorą pod uwagę wybory na jesieni tego roku.
Czy to wariant realny? A może Kaczyński tylko grozi Ziobrze i Gowinowi, że jeśli nie będą posłuszni, to rozpisze wybory po to, by wypadli poza Sejm?
Warto pamiętać o tym, że Jarosław Kaczyński ma traumę 2007 roku, kiedy przyspieszone wybory doprowadziły do porażki jego rządu i utraty władzy przez PiS na 8 lat. Kaczyński ma swoje lata i nie może ryzykować utraty władzy — wie, że jej już nigdy nie odzyska.
Z drugiej strony prezes jest coraz bardziej sfrustrowany własną niemocą — odkąd Ziobro i Gowin zabrali się za uderzanie w PiS, to kilka ważnych dla Kaczyńskiego projektów politycznych zostało zatrzymanych — choćby program gospodarczy Nowy Ład. Rząd buksuje i nie jest w stanie dalej prowadzić rewolucji, o jakiej marzył prezes PiS.
Ważąc te racje na tę chwile można powiedzieć, że emocje Kaczyńskiego nie są jeszcze na tyle silne, by doprowadzić do przyspieszonych wyborów. Ale co będzie za parę tygodni? Koalicjanci zaostrzają kurs wobec PiS, co pokazuje wywiad Jarosława Gowina dla „Super Expressu”. Wicepremier po raz pierwszy mówi jasno, że próba rokoszu w jego Porozumieniu była zemstą PiS. Sugeruje, że powiedział Kaczyńskiemu prosto w oczy, że tego nie akceptuje.

Kurski sojusznikiem Obajtka

W tej całej rozgrywce, która się toczy w obozie władzy, ważną postacią jest Jacek Kurski. Przede wszystkim, gra na osłabienie Mateusza Morawieckiego i pozbawienie go premierostwa. Kiedy w zeszłym tygodniu „Wiadomości” TVP atakowały bliskiego współpracownika premiera, szefa Polskiego Funduszu Rozwoju Pawła Borysa, nie był to przypadek. To była odpowiedź na podejmowane przez premiera próby usunięcia Obajtka i rozważanie Borysa na jego następcę. Wrogowie Morawieckiego, w tym Kurski, są przekonani, że to ludzie premiera maczali palce w ujawnianych taśmowo skandalach wokół Obajtka. Atak na szefa PFR miał nie tylko skompromitować konkurenta Obajtka, ale — co ważniejsze — pokazać Kaczyńskiemu, że dokładnie ci ludzie w obozie władzy, którzy po publikacjach dotyczących Obajtka domagają się jego odwołania, stanęli w obronie Borysa. To miało doprowadzić do wyświetlenia Kaczyńskiemu frakcji Morawieckiego i jej interesów. Symptomatyczne, że Kurski za materiał o Borysie nie dostał od Kaczyńskiego po głowie.

Pożegnanie z Macierewiczem

To zresztą niejedyna rozgrywka Jacka Kurskiego. Mija właśnie 11. rocznica katastrofy smoleńskiej, a Antoni Macierewicz przygotował film, która jest podsumowaniem prac jego podkomisji. Kurski co najmniej od 2018 roku konsekwentnie wycina Macierewicza z programów TVP, sądząc, że jego zamachowe teorie szkodzą PiS-owi. Co jest więc powodem tego, że prezes TVP zgodził się puścić film szefa podkomisji smoleńskiej?
Otóż Macierewicz dostał zgodę władz PiS na emisję filmu, pod warunkiem, że to będzie ostatni jego dokument smoleński. W tym sensie jest to pożegnanie z Macierewiczem. Skąd ta decyzja? W ostatnich miesiącach wokół Macierewicza zrobiło się gorąco. Zaczęły go atakować smoleńskie rodziny związane z PiS, domagając się audytu jego pracy. W finale przeciwko Macierewiczowi wystąpili nawet członkowie jego własnej podkomisji smoleńskiej.
Kurski nie byłby jednak sobą, gdyby dodatkowo nie upokorzył Macierewicza. Zgodził się na emisję filmu pod dodatkowym warunkiem — napisania proszalnego listu przez Macierewicza. Chodziło o upokorzenie Macierewicza, bo list z miejsca wylądował w „Wiadomościach”. Sobotni film, w którym Macierewicz powtarza swe teorie o wybuchu na pokładzie tupolewa i sugeruje zamach ze strony Rosjan, jest jego osobistym raportem smoleńskim. Nie stoi za nim szef PiS, nie stoją rodziny smoleńskie, a podkomisji praktycznie już nie ma. Władze PiS po raz ostatni pozwoliły Macierewiczowi obsadzić się w roli smoleńskiego bohatera.

#83 - Zaczęła się walka o fotel premiera. Kurski atakuje Morawieckiego, a Dworczyk lansuje się szczepionkami
2021-04-03 16:38:04

Rządowy pełnomocnik Michał Dworczyk otworzył kolejkę do szczepień dla 40- i 50-latków, ponieważ duża część 60-latków nie pali się do antycovidowych zastrzyków. Tyle, że obóz władzy wpadł w panikę, obawiając się wizerunkowego skutku tej operacji — część młodszych zaszczepiłaby się przed seniorami i ciężko chorymi. W rządzie doszło do wewnętrznego starcia, Dworczyk został zaatakowany i musiał się cofnąć. Całe to starcie do idealna ilustracja sytuacji na szczytach Zjednoczonej Prawicy. Dworczyk ma prosty polityczny cel: chce zostać premierem, budując swą pozycję dzięki sukcesowi szczepień. Nie wszystkim zależy więc na jego sukcesie. Premierem chce też być Jacek Kurski, który coraz śmielej sobie poczyna dyskredytując w „Wiadomościach” Mateusza Morawieckiego. Działaniom premiera w sprawie walki z koronawirusem przygląda się bez życzliwości szef NIK Marian Banaś, kiedyś zausznik PiS, dziś na kursie kolizyjnym z partią władzy. Banaś udzielił ostrego wywiadu „Business Insiderowi”. Zasugerował, że rząd nie potrafi walczyć z pandemią, marnotrawi publiczne pieniądze na nietrafione inwestycje, upolitycznił prokuraturę i specsłużby do tego stopnia, że systemowo tuszowane są tam nieprawidłowości. Banaś zdobył się na tę wylewność ze strachu. Czego się boi? O tym wszystkim posłuchają Państwo w najnowszym odcinku podcastu „Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z „Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu. Padł system Dworczyka Odpowiedzialny za program szczepień minister Michał Dworczyk ma prosty polityczny cel: zbudować swą niezależną pozycję dzięki sukcesowi szczepień i zniesieniu dzięki temu pandemicznych ograniczeń. Od dłuższego czasu Dworczyk stara się zrzucać odpowiedzialność za zwalczanie koronawirusa na ministra zdrowia Adama Niedzielskiego i premiera Mateusza Morawieckiego, samemu prezentując się wyłącznie jako „władca szczepionek”. Nie ma się co dziwić. O ile program szczepień idzie coraz sprawniej, to walka z koronawirusem przynosi klęskę za klęską. W mijającym tygodniu Dworczyk mógł zarobić kilka dodatkowych politycznych punktów, gdy nagle — w nocy ze środy na czwartek — otworzył możliwość szczepień dla 40- i 50-latków. Szkopuł w tym, że zrobił to samowolnie, nie informując nawet Morawieckiego i Niedzielskiego. W obozie władzy wybuchł skandal — okazało się, że część 40-latków może się zaszczepić szybciej, niż 60- czy 70-latkowi albo przewlekle chorzy. Dworczyk szybko się wycofał ze swego pomysłu, przesuwając 40-latków dalej w kolejce i przekonując, że mogli się zapisać przed seniorami ze względu na „błąd systemu”. Sprawa wygląda jednak inaczej. O panicznym wycofaniu się za szczepień młodszych zdecydowała polityka. To, co zrobił Dworczyk, było logiczne. Otworzył kolejkę dla młodszych roczników, ponieważ duża część 60-latków nie pali się do szczepień. Ale obóz władzy wpadł w panikę, obawiając się wizerunkowego skutku tej operacji — część młodszych zaszczepiłaby się przed seniorami i ciężko chorymi. W obozie władzy doszło do wewnętrznego starcia, Michał Dworczyk został zaatakowany i musiał się cofnąć. Z punktu widzenia systemu szczepień, 40-latkowie nie są problemem. Liczby są jednoznaczne: na wcześniejsze szczepienia zapisało się ok. 60 tys. z nich. A to znaczy, że gdyby Dworczyk nie cofał ich w kolejce, to wszyscy razem zostaliby zaszczepieni w pół dnia (bo szczepimy dziennie między 100 a 200 tys osób). Oczywiście — pojawiła się obawa, że jeśli Dworczyk nie wyłączy rejestracji, to dołączą kolejne tysiące 40-latków, którzy chcą wrócić do normalności — spotkań towarzyskich, wyjazdów i posyłania dzieci do szkoły. A to wywróciłoby cały system szczepień zbudowany na kruchej hierarchii. Zamieszanie ze szczepieniami jest idealnym obrazem wojenek wewnątrz obozu władzy. Nie jest tajemnicą, że Dworczyk marzy o tym, by zostać premierem. Nie wszystkim zależy więc na jego sukcesie w programie szczepień. Niestety, w momencie, kiedy padają kolejne rekordy zakażeń, a Polska pod względem koronawirusowych zgonów notuje trzeci wynik na świecie, rząd staje się zakładnikiem własnej propagandy i wewnętrznych gierek — kto zbuduje się na szczepieniach, a kto straci na koronawirusie. Kurski testuje Kaczyńskiego. TVP na wojnie z Morawieckim Zamieszanie związane ze szczepieniami nie jest jednak jedynym problemem w obozie władzy. Są kolejne dowody na to, że Zjednoczona Prawica się sypie. Po pierwsze, zaczyna przegrywać głosowania w Sejmie. Z pozoru mało znaczące, ale takie, które są sygnałem dla Jarosława Kaczyńskiego, że w praktyce nie ma większości, bo Jarosław Gowin i Zbigniew Ziobro realizują coraz bardziej niezależną politykę. Po drugie, coraz większa część Zjednoczonej Prawicy zaczyna rozumieć, jakim — cytując wicepremiera Piotr Glińskiego — „domem wariatów” jest TVP. Już kilka tygodni temu Kurski wyciął z anteny Solidarną Polskę i Porozumienie za wierzganie Kaczyńskiemu. Teraz „Wiadomości” zaatakowały bardzo bliskiego współpracownika premiera, Pawła Borysa, który kieruje Polskim Funduszem Rozwoju — to antykryzysowy wehikuł rządu. Przyzwyczailiśmy się do tego, że TVP jest zwierciadłem, w którym można dojrzeć relacje, jakie występują w obozie władzy. Skąd zatem akurat atak na niego — i to teraz?  To wojna zastępcza, bo Kurski nie może wprost zaatakować premiera. Jednak dla wszystkich w obozie władzy jest jasne: uderzenie w Borysa, to tak naprawdę uderzenie w Morawieckiego. Czy Kurski miał na to przyzwolenie Kaczyńskiego, głównego twórcy ramówki TVP? Wszystko wskazuje na to, że nie. Kurski testuje Kaczyńskiego: sprawdza, jak mocno — ale nie bezpośrednio — może uderzyć w premiera. Prezes TVP interesuje się również wspomnianym wcześniej Michałem Dworczykiem. To nie jest przypadek — Kurski także marzy o fotelu szefa Rady Ministrów. Chceli zatrzymać Banasia? Jakby władza miała mało problemów, to w minionym tygodniu doszły kolejne. Oto nagle odezwał się szef NIK Marian Banaś. Właściciel słynnej kamienicy, w której wynajmowano pokoje na godziny, udzielił mocnego wywiadu „Business Insiderowi”. Zapowiedział, że prowadzi szereg kontroli związanych z aferami PiS. Użył mocnych słów, sugerując, że rząd nie potrafi walczyć z pandemią, marnotrawi publiczne pieniądze na nietrafione inwestycje, upolitycznił prokuraturę i specsłużby do tego stopnia, że systemowo tuszowane są tam nieprawidłowości. „Jeśli chodzi o finanse publiczne, obronność, bezpieczeństwo wewnętrzne i energetyczne oraz osoby, które odpowiadają i zarządzają tymi obszarami, posiadamy dowody świadczące o głębokich patologiach i dysfunkcji w tym zakresie” — stwierdził. Dlaczego Banaś uderza właśnie w tym momencie? Bo żyje groźbą usunięcia go z urzędu. PiS już raz naciskał na prezesa NIK, by podał się do dymisji, ale nie udało się go złamać. Dziś podejmowana jest kolejna próba. Ważnym elementem tej rozgrywki jest jego syn, Jakub, który znalazł się pod lubą CBA. Z informacji, które Banasiowie dostali z zaufanych źródeł, wynika, że Jakub Banaś wraz żoną mieli zostać zatrzymani, co doprowadzić miało także do postawienia zarzutów prezesowi NIK. Dlatego Banaś ostro grozi obozowi władzy — to wywiad adresowany do czytelników ze szczytów PiS. Szef NIK zapowiedział kontrole w CBA (ukłony dla Mariusza Kamińskiego), Orlenie (to dla promotorów Daniela Obajtka), SKOK Wołomin (pozdrowienia dla Jacka Sasina), czy Get Backu (to ma dotrzeć do premiera). Ale czy na pewno Banaś jest gotowy na wojnę z nimi?

Rządowy pełnomocnik Michał Dworczyk otworzył kolejkę do szczepień dla 40- i 50-latków, ponieważ duża część 60-latków nie pali się do antycovidowych zastrzyków. Tyle, że obóz władzy wpadł w panikę, obawiając się wizerunkowego skutku tej operacji — część młodszych zaszczepiłaby się przed seniorami i ciężko chorymi. W rządzie doszło do wewnętrznego starcia, Dworczyk został zaatakowany i musiał się cofnąć. Całe to starcie do idealna ilustracja sytuacji na szczytach Zjednoczonej Prawicy. Dworczyk ma prosty polityczny cel: chce zostać premierem, budując swą pozycję dzięki sukcesowi szczepień. Nie wszystkim zależy więc na jego sukcesie.
Premierem chce też być Jacek Kurski, który coraz śmielej sobie poczyna dyskredytując w „Wiadomościach” Mateusza Morawieckiego. Działaniom premiera w sprawie walki z koronawirusem przygląda się bez życzliwości szef NIK Marian Banaś, kiedyś zausznik PiS, dziś na kursie kolizyjnym z partią władzy. Banaś udzielił ostrego wywiadu „Business Insiderowi”. Zasugerował, że rząd nie potrafi walczyć z pandemią, marnotrawi publiczne pieniądze na nietrafione inwestycje, upolitycznił prokuraturę i specsłużby do tego stopnia, że systemowo tuszowane są tam nieprawidłowości. Banaś zdobył się na tę wylewność ze strachu. Czego się boi? O tym wszystkim posłuchają Państwo w najnowszym odcinku podcastu „Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z „Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu.

Padł system Dworczyka

Odpowiedzialny za program szczepień minister Michał Dworczyk ma prosty polityczny cel: zbudować swą niezależną pozycję dzięki sukcesowi szczepień i zniesieniu dzięki temu pandemicznych ograniczeń. Od dłuższego czasu Dworczyk stara się zrzucać odpowiedzialność za zwalczanie koronawirusa na ministra zdrowia Adama Niedzielskiego i premiera Mateusza Morawieckiego, samemu prezentując się wyłącznie jako „władca szczepionek”.
Nie ma się co dziwić. O ile program szczepień idzie coraz sprawniej, to walka z koronawirusem przynosi klęskę za klęską.
W mijającym tygodniu Dworczyk mógł zarobić kilka dodatkowych politycznych punktów, gdy nagle — w nocy ze środy na czwartek — otworzył możliwość szczepień dla 40- i 50-latków. Szkopuł w tym, że zrobił to samowolnie, nie informując nawet Morawieckiego i Niedzielskiego. W obozie władzy wybuchł skandal — okazało się, że część 40-latków może się zaszczepić szybciej, niż 60- czy 70-latkowi albo przewlekle chorzy. Dworczyk szybko się wycofał ze swego pomysłu, przesuwając 40-latków dalej w kolejce i przekonując, że mogli się zapisać przed seniorami ze względu na „błąd systemu”.
Sprawa wygląda jednak inaczej. O panicznym wycofaniu się za szczepień młodszych zdecydowała polityka.
To, co zrobił Dworczyk, było logiczne. Otworzył kolejkę dla młodszych roczników, ponieważ duża część 60-latków nie pali się do szczepień. Ale obóz władzy wpadł w panikę, obawiając się wizerunkowego skutku tej operacji — część młodszych zaszczepiłaby się przed seniorami i ciężko chorymi. W obozie władzy doszło do wewnętrznego starcia, Michał Dworczyk został zaatakowany i musiał się cofnąć.
Z punktu widzenia systemu szczepień, 40-latkowie nie są problemem. Liczby są jednoznaczne: na wcześniejsze szczepienia zapisało się ok. 60 tys. z nich. A to znaczy, że gdyby Dworczyk nie cofał ich w kolejce, to wszyscy razem zostaliby zaszczepieni w pół dnia (bo szczepimy dziennie między 100 a 200 tys osób). Oczywiście — pojawiła się obawa, że jeśli Dworczyk nie wyłączy rejestracji, to dołączą kolejne tysiące 40-latków, którzy chcą wrócić do normalności — spotkań towarzyskich, wyjazdów i posyłania dzieci do szkoły. A to wywróciłoby cały system szczepień zbudowany na kruchej hierarchii.
Zamieszanie ze szczepieniami jest idealnym obrazem wojenek wewnątrz obozu władzy. Nie jest tajemnicą, że Dworczyk marzy o tym, by zostać premierem. Nie wszystkim zależy więc na jego sukcesie w programie szczepień. Niestety, w momencie, kiedy padają kolejne rekordy zakażeń, a Polska pod względem koronawirusowych zgonów notuje trzeci wynik na świecie, rząd staje się zakładnikiem własnej propagandy i wewnętrznych gierek — kto zbuduje się na szczepieniach, a kto straci na koronawirusie.

Kurski testuje Kaczyńskiego. TVP na wojnie z Morawieckim

Zamieszanie związane ze szczepieniami nie jest jednak jedynym problemem w obozie władzy. Są kolejne dowody na to, że Zjednoczona Prawica się sypie. Po pierwsze, zaczyna przegrywać głosowania w Sejmie. Z pozoru mało znaczące, ale takie, które są sygnałem dla Jarosława Kaczyńskiego, że w praktyce nie ma większości, bo Jarosław Gowin i Zbigniew Ziobro realizują coraz bardziej niezależną politykę. Po drugie, coraz większa część Zjednoczonej Prawicy zaczyna rozumieć, jakim — cytując wicepremiera Piotr Glińskiego — „domem wariatów” jest TVP.
Już kilka tygodni temu Kurski wyciął z anteny Solidarną Polskę i Porozumienie za wierzganie Kaczyńskiemu. Teraz „Wiadomości” zaatakowały bardzo bliskiego współpracownika premiera, Pawła Borysa, który kieruje Polskim Funduszem Rozwoju — to antykryzysowy wehikuł rządu. Przyzwyczailiśmy się do tego, że TVP jest zwierciadłem, w którym można dojrzeć relacje, jakie występują w obozie władzy. Skąd zatem akurat atak na niego — i to teraz?
 To wojna zastępcza, bo Kurski nie może wprost zaatakować premiera. Jednak dla wszystkich w obozie władzy jest jasne: uderzenie w Borysa, to tak naprawdę uderzenie w Morawieckiego. Czy Kurski miał na to przyzwolenie Kaczyńskiego, głównego twórcy ramówki TVP? Wszystko wskazuje na to, że nie. Kurski testuje Kaczyńskiego: sprawdza, jak mocno — ale nie bezpośrednio — może uderzyć w premiera. Prezes TVP interesuje się również wspomnianym wcześniej Michałem Dworczykiem. To nie jest przypadek — Kurski także marzy o fotelu szefa Rady Ministrów.

Chceli zatrzymać Banasia?

Jakby władza miała mało problemów, to w minionym tygodniu doszły kolejne. Oto nagle odezwał się szef NIK Marian Banaś. Właściciel słynnej kamienicy, w której wynajmowano pokoje na godziny, udzielił mocnego wywiadu „Business Insiderowi”. Zapowiedział, że prowadzi szereg kontroli związanych z aferami PiS. Użył mocnych słów, sugerując, że rząd nie potrafi walczyć z pandemią, marnotrawi publiczne pieniądze na nietrafione inwestycje, upolitycznił prokuraturę i specsłużby do tego stopnia, że systemowo tuszowane są tam nieprawidłowości. „Jeśli chodzi o finanse publiczne, obronność, bezpieczeństwo wewnętrzne i energetyczne oraz osoby, które odpowiadają i zarządzają tymi obszarami, posiadamy dowody świadczące o głębokich patologiach i dysfunkcji w tym zakresie” — stwierdził.
Dlaczego Banaś uderza właśnie w tym momencie? Bo żyje groźbą usunięcia go z urzędu. PiS już raz naciskał na prezesa NIK, by podał się do dymisji, ale nie udało się go złamać. Dziś podejmowana jest kolejna próba. Ważnym elementem tej rozgrywki jest jego syn, Jakub, który znalazł się pod lubą CBA. Z informacji, które Banasiowie dostali z zaufanych źródeł, wynika, że Jakub Banaś wraz żoną mieli zostać zatrzymani, co doprowadzić miało także do postawienia zarzutów prezesowi NIK. Dlatego Banaś ostro grozi obozowi władzy — to wywiad adresowany do czytelników ze szczytów PiS. Szef NIK zapowiedział kontrole w CBA (ukłony dla Mariusza Kamińskiego), Orlenie (to dla promotorów Daniela Obajtka), SKOK Wołomin (pozdrowienia dla Jacka Sasina), czy Get Backu (to ma dotrzeć do premiera). Ale czy na pewno Banaś jest gotowy na wojnę z nimi?

#82 - Rząd w panice zamyka kraj, a premierowi pali się grunt pod nogami. Czuje to Zbigniew Ziobro, który przystąpił do otwartego ataku na PiS. Czy pandemia wykończy Zjednoczoną Prawicę?
2021-03-27 18:57:23

Premier, czując, że przegrywa walkę z pandemią i może za to słono zapłacić, postanowił zastosować unik. Zaatakował opozycję i prywatną służbę zdrowia, przekonując, że gdyby to opozycja rządziła, to sprywatyzowane przez nią szpitale jeszcze gorzej zwalczałaby koronawirusa. Akcja Morawieckiego pokazuje, że pali mu się grunt pod nogami. Premier zdaje sobie sprawę z popełnionych przez rząd błędów i wie, że rzeczywista liczba chorych jest znacznie wyższa od oficjalnych statystyk. Czuje to także Zbigniew Ziobro, który rozpoczął długofalową operację obliczoną na wykończenie Morawieckiego i wysadzenie go z premierowskiego fotela. W mijającym tygodniu ukazał się wywiad z Ziobrą dla skrajnie prorządowego tygodnika „Sieci”, w którym lider Solidarnej Polski po raz pierwszy tak otwarcie atakuje premiera, wprost uznając go za farbowanego lisa, człowieka Platformy, który omotał Jarosława Kaczyńskiego. O tym wszystkim posłuchają Państwo w najnowszym odcinku podcastu „Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z „Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu. Déjà vu z koronawirusem Rząd wprowadzaniem kolejnych obostrzeń funduje nam déjà vu — przypomina wydarzenia sprzed roku, gdy w panice zakazał wszystkiego. Znów zamykane są sklepy, salony fryzjerskie i kosmetyczne, a także przedszkola i żłobki. Ale premier, czując, że przegrywa walkę z pandemią i może za to słono zapłacić, postanowił zastosować unik. Zaatakował opozycję, ale też prywatną służbę zdrowia, przekonując, że gdyby to opozycja rządziła, to sprywatyzowane przez nią szpitale jeszcze gorzej zwalczałyby pandemię. Prawda jest jednak taka, że gdy rządziła koalicja PO-PSL, to nie było prywatyzacji szpitali. W dodatku premier uraził sektor prywatnej służby zdrowia, który — wbrew tezom Morawieckiego — pomaga państwu walczyć z koronawirusem. Szeroko zakrojona akcja szczepień możliwa jest właśnie dlatego, że włączyli się w nią ci „źli” prywaciarze. Za rządów PO nie było mowy o prywatyzacji, pojawił się pomysł komercjalizacji — czyli przekształcenia szpitali w spółki skarbu państwa. Chodziło o to, żeby zmusić dyrektorów szpitali do lepszego pilnowania finansów — długi szpitali to zmora budżetu państwa. Ale nawet komercjalizacja pozostała tylko opcją, a nie obowiązkiem, bo w ówczesnej koalicji rządzącej PO-PSL nie zgody na obowiązkowe przekształcenia. Akcja Morawieckiego pokazuje, że pali mu się grunt pod nogami. Premier zdaje sobie sprawę z popełnionych przez rząd błędów, wie, że rzeczywista liczba chorych jest znacznie wyższa od oficjalnych statystyk i że służba zdrowia właściwie przestała sobie dawać radę z koronawirusem. Zachęcony przez swoich doradców wizerunkowych, próbuje przerzucić odpowiedzialność za własne błędy na innych. Premier, łącząc w jedno dwa określenia — prywatyzacja i komercjalizacja szpitali — robi celowo. Chce postraszyć społeczeństwo wizją prywatnych szpitali, do których zwyczajni obywatele nie będą mieli wstępu. To zresztą już tradycja. Od 2007 r. w chwilach kryzysu PiS atakuje Platformę zarzutami o skrycie planowaną prywatyzację, która zamknie bramy szpitali przed uboższymi. Czy to jeszcze działa na wyborców? Ziobro beszta Morawieckiego i Kaczyńskiego Pandemia nie jest jedynym problemem premiera. Mateusz Morawiecki ma też duże kłopoty w obozie władzy. W mijającym tygodniu ukazał się wywiad ze Zbigniewem Ziobrą dla skrajnie prorządowego tygodnika „Sieci”, w którym lider Solidarnej Polski po raz pierwszy tak otwarcie atakuje premiera, wprost uznając go za farbowanego lisa, człowieka Platformy, który omotał Jarosława Kaczyńskiego. Ziobro oskarża premiera o to, że przekonuje szefa PiS do polityki, która rozmija się z programem Zjednoczonej Prawicy. Twierdzi wręcz, że rząd Morawieckiego... realizuje politykę PO i Donalda Tuska. Czy to już rutyna, że minister sprawiedliwości bombarduje premiera, czy to jednak wyjątkowy moment, bo Ziobro czuje słabnącą pozycję Morawieckiego i wie, że może pozwolić sobie na harce? Zastanawiające jest to, że politycy PiS schowali się i nie komentują tego wywiadu. W partii rządzącej nie widać też chęci ukarania Zbigniewa Ziobry za te słowa. A Ziobro wie, jaka jest arytmetyka — Kaczyński nie może go wyrzucić z rządu, bo rząd upadnie. Wiedząc, że Kaczyński jest na niego skazany, Ziobro otwarcie mu się stawia. Ewidentnie przekracza barierę krytyki koalicyjnej, a to oznaczać może tylko jedno: przygotowywanie się do samodzielnego startu w wyborach parlamentarnych. Słowo o prezydencie na literę „d” Granice wyzwisk w polskiej polityce zniknęły już dawno. Kiedy jedni o drugich mówią jako o kryminalistach, padają zarzuty o krwi na rękach i spisku z Putinem, zdumiewać może fakt, że jednym słowem można naruszyć godność prezydenta. Pisarz Jakub Żulczyk, komentując zachowanie Andrzeja Dudy, który ociągał się z gratulacjami dla nowego prezydenta USA Joe Bidena, nazwał go debilem. Sprawą zajęła się prokuratura, która złożyła akt oskarżenia do sądu przeciwko pisarzowi. Dla jasności — prezydent nie dopominał się ścigania Żulczyka, prokuratura zrobiła to z urzędu. Tym samym, pisarz otrzymał krajową i światową promocję, o jakiej mógł tylko marzyć. Andrzejowi Dudzie ten proces chwały nie przyniesie. W dodatku łatwo mu wytknąć hipokryzję. Dekadę temu bronił blogera, który utworzył stronę internetową „Antykomor.pl”, na której publikował liczne memy czy fotomontaże z prezydentem Bronisławem Komorowskim w roli głównej. Na tej stronie znalazła się również gra, w której można było postrzelać do ówczesnego prezydenta. Niechętny Komorowskiemu bloger usłyszał wtedy zarzuty i został skazany przez sąd pierwszej instancji. Jak zareagował wtedy PiS i sam Andrzej Duda? Stanęli w obronie twórcy „Antykomora” — i to mimo że miał na koncie także pospolite przestępstwa, takie jak podrabianie dokumentów. Przygotowali całą akcję, której koordynatorką była rzeczniczka Zbigniewa Ziobry Edyta Żyła, a obrońcą oskarżonego został mecenas Bartosz Kownacki, wtedy związany z Ziobrą, dziś poseł PiS. Sprawę komentował także ówczesny poseł PiS Andrzej Duda, zaciekle atakując sądy i broniąc skazanego. Duda przekonywał, że w strzelaniu do wizerunku Komorowskiego chodzi o wolność słowa. Ostatecznie, sprawa znieważenia prezydenta przez „Antykomora” została umorzona. A jak dzisiaj zakończy się sprawa Jakuba Żulczyka?

Premier, czując, że przegrywa walkę z pandemią i może za to słono zapłacić, postanowił zastosować unik. Zaatakował opozycję i prywatną służbę zdrowia, przekonując, że gdyby to opozycja rządziła, to sprywatyzowane przez nią szpitale jeszcze gorzej zwalczałaby koronawirusa. Akcja Morawieckiego pokazuje, że pali mu się grunt pod nogami. Premier zdaje sobie sprawę z popełnionych przez rząd błędów i wie, że rzeczywista liczba chorych jest znacznie wyższa od oficjalnych statystyk. Czuje to także Zbigniew Ziobro, który rozpoczął długofalową operację obliczoną na wykończenie Morawieckiego i wysadzenie go z premierowskiego fotela. W mijającym tygodniu ukazał się wywiad z Ziobrą dla skrajnie prorządowego tygodnika „Sieci”, w którym lider Solidarnej Polski po raz pierwszy tak otwarcie atakuje premiera, wprost uznając go za farbowanego lisa, człowieka Platformy, który omotał Jarosława Kaczyńskiego.
O tym wszystkim posłuchają Państwo w najnowszym odcinku podcastu „Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z „Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu.

Déjà vu z koronawirusem

Rząd wprowadzaniem kolejnych obostrzeń funduje nam déjà vu — przypomina wydarzenia sprzed roku, gdy w panice zakazał wszystkiego. Znów zamykane są sklepy, salony fryzjerskie i kosmetyczne, a także przedszkola i żłobki. Ale premier, czując, że przegrywa walkę z pandemią i może za to słono zapłacić, postanowił zastosować unik. Zaatakował opozycję, ale też prywatną służbę zdrowia, przekonując, że gdyby to opozycja rządziła, to sprywatyzowane przez nią szpitale jeszcze gorzej zwalczałyby pandemię. Prawda jest jednak taka, że gdy rządziła koalicja PO-PSL, to nie było prywatyzacji szpitali. W dodatku premier uraził sektor prywatnej służby zdrowia, który — wbrew tezom Morawieckiego — pomaga państwu walczyć z koronawirusem. Szeroko zakrojona akcja szczepień możliwa jest właśnie dlatego, że włączyli się w nią ci „źli” prywaciarze.
Za rządów PO nie było mowy o prywatyzacji, pojawił się pomysł komercjalizacji — czyli przekształcenia szpitali w spółki skarbu państwa. Chodziło o to, żeby zmusić dyrektorów szpitali do lepszego pilnowania finansów — długi szpitali to zmora budżetu państwa. Ale nawet komercjalizacja pozostała tylko opcją, a nie obowiązkiem, bo w ówczesnej koalicji rządzącej PO-PSL nie zgody na obowiązkowe przekształcenia.
Akcja Morawieckiego pokazuje, że pali mu się grunt pod nogami. Premier zdaje sobie sprawę z popełnionych przez rząd błędów, wie, że rzeczywista liczba chorych jest znacznie wyższa od oficjalnych statystyk i że służba zdrowia właściwie przestała sobie dawać radę z koronawirusem. Zachęcony przez swoich doradców wizerunkowych, próbuje przerzucić odpowiedzialność za własne błędy na innych.
Premier, łącząc w jedno dwa określenia — prywatyzacja i komercjalizacja szpitali — robi celowo. Chce postraszyć społeczeństwo wizją prywatnych szpitali, do których zwyczajni obywatele nie będą mieli wstępu. To zresztą już tradycja. Od 2007 r. w chwilach kryzysu PiS atakuje Platformę zarzutami o skrycie planowaną prywatyzację, która zamknie bramy szpitali przed uboższymi. Czy to jeszcze działa na wyborców?

Ziobro beszta Morawieckiego i Kaczyńskiego

Pandemia nie jest jedynym problemem premiera. Mateusz Morawiecki ma też duże kłopoty w obozie władzy. W mijającym tygodniu ukazał się wywiad ze Zbigniewem Ziobrą dla skrajnie prorządowego tygodnika „Sieci”, w którym lider Solidarnej Polski po raz pierwszy tak otwarcie atakuje premiera, wprost uznając go za farbowanego lisa, człowieka Platformy, który omotał Jarosława Kaczyńskiego. Ziobro oskarża premiera o to, że przekonuje szefa PiS do polityki, która rozmija się z programem Zjednoczonej Prawicy. Twierdzi wręcz, że rząd Morawieckiego... realizuje politykę PO i Donalda Tuska. Czy to już rutyna, że minister sprawiedliwości bombarduje premiera, czy to jednak wyjątkowy moment, bo Ziobro czuje słabnącą pozycję Morawieckiego i wie, że może pozwolić sobie na harce? Zastanawiające jest to, że politycy PiS schowali się i nie komentują tego wywiadu. W partii rządzącej nie widać też chęci ukarania Zbigniewa Ziobry za te słowa. A Ziobro wie, jaka jest arytmetyka — Kaczyński nie może go wyrzucić z rządu, bo rząd upadnie. Wiedząc, że Kaczyński jest na niego skazany, Ziobro otwarcie mu się stawia. Ewidentnie przekracza barierę krytyki koalicyjnej, a to oznaczać może tylko jedno: przygotowywanie się do samodzielnego startu w wyborach parlamentarnych.

Słowo o prezydencie na literę „d”

Granice wyzwisk w polskiej polityce zniknęły już dawno. Kiedy jedni o drugich mówią jako o kryminalistach, padają zarzuty o krwi na rękach i spisku z Putinem, zdumiewać może fakt, że jednym słowem można naruszyć godność prezydenta. Pisarz Jakub Żulczyk, komentując zachowanie Andrzeja Dudy, który ociągał się z gratulacjami dla nowego prezydenta USA Joe Bidena, nazwał go debilem. Sprawą zajęła się prokuratura, która złożyła akt oskarżenia do sądu przeciwko pisarzowi. Dla jasności — prezydent nie dopominał się ścigania Żulczyka, prokuratura zrobiła to z urzędu. Tym samym, pisarz otrzymał krajową i światową promocję, o jakiej mógł tylko marzyć.
Andrzejowi Dudzie ten proces chwały nie przyniesie. W dodatku łatwo mu wytknąć hipokryzję. Dekadę temu bronił blogera, który utworzył stronę internetową „Antykomor.pl”, na której publikował liczne memy czy fotomontaże z prezydentem Bronisławem Komorowskim w roli głównej. Na tej stronie znalazła się również gra, w której można było postrzelać do ówczesnego prezydenta.
Niechętny Komorowskiemu bloger usłyszał wtedy zarzuty i został skazany przez sąd pierwszej instancji. Jak zareagował wtedy PiS i sam Andrzej Duda? Stanęli w obronie twórcy „Antykomora” — i to mimo że miał na koncie także pospolite przestępstwa, takie jak podrabianie dokumentów. Przygotowali całą akcję, której koordynatorką była rzeczniczka Zbigniewa Ziobry Edyta Żyła, a obrońcą oskarżonego został mecenas Bartosz Kownacki, wtedy związany z Ziobrą, dziś poseł PiS. Sprawę komentował także ówczesny poseł PiS Andrzej Duda, zaciekle atakując sądy i broniąc skazanego. Duda przekonywał, że w strzelaniu do wizerunku Komorowskiego chodzi o wolność słowa. Ostatecznie, sprawa znieważenia prezydenta przez „Antykomora” została umorzona. A jak dzisiaj zakończy się sprawa Jakuba Żulczyka?

#81 - Ziemianin Obajtek — prezes Orlenu ze zbawcy narodu stał się obciążeniem obozu władzy. Dlaczego PiS tak twardo go broni?
2021-03-20 18:55:08

To najbardziej błyskotliwa kariera czasów PiS. Syn malarza i krawcowej, za młodu szkolny awanturnik, potem wójt Pcimia i znajomy gangstera o znaczącym pseudonimie „Prezes” — ta przeszłość zaczyna się Danielowi Obajtkowi odbijać czkawką. No bo jak ktoś kto zarabiał 3 tys. na rękę w firmie wujów, a potem pracował tylko na państwowym, dorobił się kilkunastu nieruchomości wartych miliony złotych? Obajtek to niejedyny problem PiS, może nawet — wbrew pozorom — wcale nie najpoważniejszy. Pandemia uderza w Polskę ze wzmożoną siłą, padają smutne rekordy zajętych miejsc szpitalnych i respiratorów. Rząd został zmuszony na nowo wprowadzić ostre restrykcje. A rozważa całkowicie zamknięcie nas w domach. Na razie obostrzenia obowiązują do 9 kwietnia. W politycznym światku plotkuje się, że to nie przypadek. Rząd bałby się utrudnić prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu obchody rocznicy katastrofy smoleńskiej. I tak to mogą być najtrudniejsze dla PiS obchody od lat. Rodziny smoleńskie są coraz bardziej zirytowane działalnością podkomisji śledczej Antoniego Macierewicza oraz przewlekaniem śledztwa przez prokuraturę. W dodatku wewnątrz podkomisji doszło do ostrej wojny — Macierewicz został oskarżony o paraliżowanie prac, wprowadzanie chaosu i generowanie konfliktów. O tym wszystkim posłuchają Państwo w najnowszym odcinku podcastu „Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z „Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu. Rząd nie bada tego, w jaki sposób rozprzestrzenia się wirus W listopadzie ubiegłego roku — podczas drugiej fali koronawirusa — polska służba zdrowia znalazła się w krytycznym punkcie. Dziś taka sytuacja ma miejsce po raz drugi, bo dzienne wyniki zakażeń zbliżają się do 30 tysięcy, a w całym kraju zachorowało już ponad 2 miliony ludzi. Rząd, po tym, jak w lutym luzował obostrzenia, dziś przywraca je w całym kraju. Ale rozważane jeszcze drastyczniejsze metody — takie zakaz przemieszczania się. Tylko czy władza wie, w jakim kierunku zmierza?  Kiedy w lutym rząd luzował obostrzenia, otwierane były galerie handlowe, teatry i kina, eksperci ostrzegali, że w Polsce zaczyna dominować brytyjska wersja koronawirusa i że może się to źle skończyć. Rząd zlekceważył wtedy ostrzeżenia własnych ekspertów, a finał jest taki, jaki jest.  Minął rok pandemii, a rząd nie zrobił nic, by wymyślić plan na funkcjonowanie z koronawirusem. Liczenie na szczepionkę okazało się zgubne, bo owszem, szczepionka jest, ale jest jej mało. Jedynym rozwiązaniem, jakie widzi rząd, jest więc zamknięcie całego kraju. Oczywiście, zapewne doprowadzi to do zmniejszenia liczby zakażeń, szpitale będą mogły odetchnąć, ale padną niektóre branże gospodarki. Rząd nie bada tego, w jaki sposób rozprzestrzenia się wirus, co umożliwiłoby trafne podejmowanie decyzji co zamykać, a co nie. Przy gorszych wynikach zachorowań rząd po prostu zamyka wszystko. To recepta doraźna, ale nie na dłuższą metę. Bo za chwilę dzieci będą kończyć kolejny już rok szkoły w trybie awaryjnym, a przedsiębiorcy, którym jeszcze udało się przetrwać, dłużej mogą tego nie wytrzymać. Sprawdźcie swoje księgi wieczyste. Obajtek już w nich może być Historia Daniela Obajtka jest idealnym przykładem na to, w jaki sposób dzisiejszy obóz władzy prywatyzuje państwo. Prezes Orlenu ma kilkanaście drogich nieruchomości w Małopolsce, na Pomorzu, a także w stolicy. Może ich być więcej, bo niemal codziennie na jaw wychodzą kolejne fakty dotyczące biznesów Obajtka, karier ludzi z jego otoczenia i wielomilionowego majątku, którego — jak twierdzi — dorobił się pracując na państwowym Kluczem do Obajtka jest jego przeszłość. Lokalnym królem rynku nieruchomości był już jako wójt Pcimia. Skąd miał na to pieniądze? Teraz dzięki posadzie w Orlenie Obajtek i jego znajomi mogą robić interesy życia — od nieruchomości po parówki. Szczególnie błyskotliwa jest kariera jego partnerki, która kolekcjonuje posady w państwowych spółkach. Jest  m.in . sekretarzem rady nadzorczej firmy, która jest największym w Polsce producentem materiałów wybuchowych. Politycy PiS próbują bronić Obajtka, ale mają z tym coraz większy kłopot. Tym bardziej, że nie chodzi tylko o jego dworki, wille, pensjonaty i apartamenty. Jako wójt Obajtek obracał się w podejrzanym środowisku — przypisywane mu były kontakty z gangsterem o pseudonimie „Prezes”. W kwietniu 2013 r Obajtek został zatrzymany przez Centralne Biuro Śledcze Policji. Usłyszał zarzut współdziałania ze zorganizowaną grupą przestępczą „Prezesa”, wyłudzenie z firmy swych wujów 1,4 mln zł i podzielenie się tą kwotą z przestępcami, do tego przyjęcie od „Prezesa” 50 tys. zł łapówki za ustawienie przetargu na budowę kanalizacji. Groziło mu 10 lat odsiadki. Gdy PiS doszło do władzy, nowy minister sprawiedliwości i szef prokuratury Zbigniew Ziobro przeprowadził całą operację zmiany prawa, by móc wycofać z sądu korupcyjną sprawę Obajtka i ją umorzyć. Jedną z największych tajemnic fenomenu Obajtka jest właśnie ten moment — czemu cały aparat państwa PiS, zbudowanego na hasłach antykorupcyjnych, zaangażował się w wyciąganie z ławy oskarżonych wójta Pcimia. Obajtek jest systematycznie przez obóz władzy pchany do góry. To nie jest przypadek — Obajtek zbudował sobie siatkę wpływów, w której znajdują się działacze PiS, media związane z władzą i specsłużby przez nią kontrolowane. Czyżby to był układ, wedle najczystszej pisowskiej definicji? Rodziny smoleńskie krytykują Macierewicza Zbliża się kolejna, jedenasta już rocznica katastrofy smoleńskiej. Przy okazji nastąpiło wzmożenie w telewizji rządowej. TVP przygotowała materiał, w którym znów próbowała obciążyć Donalda Tuska odpowiedzialnością za błędy podczas wyjaśniania przyczyn katastrofy. To próba ukrycia kłopotów wewnątrz środowiska PiS. Bo problem leży zupełnie w kim innym. Negatywnym bohaterem staje się szef rządowej podkomisji smoleńskiej Antoni Macierewicz. Pierwszym, który otwarcie zaatakował byłego szefa MON był Glenn Jorgensen, duński ekspert, do komisji wprowadzony właśnie przez Macierewicza. Otwarcie zaczęli go krytykować również przedstawiciele rodzin smoleńskich związanych z PiS — choćby Magdalena Merta czy Małgorzata Wassermann. Rodziny smoleńskie liczyły na wyjaśnienie katastrofy, wierzyły w to, że podkomisja Macierewicza do tego doprowadzi. Tak się jednak nie stało, dlatego dziś to PiS sam ma problem ze Smoleńskiem. Co Jarosław Kaczyński powie rodzinom ofiar i elektoratowi smoleńskiemu 10 kwietnia? Prezes od dłuższego czasu unika tego tematu i dystansuje się od Macierewicza, który ze Smoleńskiem został pozostawiony sam sobie.

To najbardziej błyskotliwa kariera czasów PiS. Syn malarza i krawcowej, za młodu szkolny awanturnik, potem wójt Pcimia i znajomy gangstera o znaczącym pseudonimie „Prezes” — ta przeszłość zaczyna się Danielowi Obajtkowi odbijać czkawką. No bo jak ktoś kto zarabiał 3 tys. na rękę w firmie wujów, a potem pracował tylko na państwowym, dorobił się kilkunastu nieruchomości wartych miliony złotych?
Obajtek to niejedyny problem PiS, może nawet — wbrew pozorom — wcale nie najpoważniejszy. Pandemia uderza w Polskę ze wzmożoną siłą, padają smutne rekordy zajętych miejsc szpitalnych i respiratorów. Rząd został zmuszony na nowo wprowadzić ostre restrykcje. A rozważa całkowicie zamknięcie nas w domach.
Na razie obostrzenia obowiązują do 9 kwietnia. W politycznym światku plotkuje się, że to nie przypadek. Rząd bałby się utrudnić prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu obchody rocznicy katastrofy smoleńskiej. I tak to mogą być najtrudniejsze dla PiS obchody od lat. Rodziny smoleńskie są coraz bardziej zirytowane działalnością podkomisji śledczej Antoniego Macierewicza oraz przewlekaniem śledztwa przez prokuraturę. W dodatku wewnątrz podkomisji doszło do ostrej wojny — Macierewicz został oskarżony o paraliżowanie prac, wprowadzanie chaosu i generowanie konfliktów. O tym wszystkim posłuchają Państwo w najnowszym odcinku podcastu „Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z „Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu.

Rząd nie bada tego, w jaki sposób rozprzestrzenia się wirus

W listopadzie ubiegłego roku — podczas drugiej fali koronawirusa — polska służba zdrowia znalazła się w krytycznym punkcie. Dziś taka sytuacja ma miejsce po raz drugi, bo dzienne wyniki zakażeń zbliżają się do 30 tysięcy, a w całym kraju zachorowało już ponad 2 miliony ludzi. Rząd, po tym, jak w lutym luzował obostrzenia, dziś przywraca je w całym kraju. Ale rozważane jeszcze drastyczniejsze metody — takie zakaz przemieszczania się. Tylko czy władza wie, w jakim kierunku zmierza?
 Kiedy w lutym rząd luzował obostrzenia, otwierane były galerie handlowe, teatry i kina, eksperci ostrzegali, że w Polsce zaczyna dominować brytyjska wersja koronawirusa i że może się to źle skończyć. Rząd zlekceważył wtedy ostrzeżenia własnych ekspertów, a finał jest taki, jaki jest.
 Minął rok pandemii, a rząd nie zrobił nic, by wymyślić plan na funkcjonowanie z koronawirusem. Liczenie na szczepionkę okazało się zgubne, bo owszem, szczepionka jest, ale jest jej mało. Jedynym rozwiązaniem, jakie widzi rząd, jest więc zamknięcie całego kraju. Oczywiście, zapewne doprowadzi to do zmniejszenia liczby zakażeń, szpitale będą mogły odetchnąć, ale padną niektóre branże gospodarki.
Rząd nie bada tego, w jaki sposób rozprzestrzenia się wirus, co umożliwiłoby trafne podejmowanie decyzji co zamykać, a co nie. Przy gorszych wynikach zachorowań rząd po prostu zamyka wszystko. To recepta doraźna, ale nie na dłuższą metę. Bo za chwilę dzieci będą kończyć kolejny już rok szkoły w trybie awaryjnym, a przedsiębiorcy, którym jeszcze udało się przetrwać, dłużej mogą tego nie wytrzymać.

Sprawdźcie swoje księgi wieczyste. Obajtek już w nich może być

Historia Daniela Obajtka jest idealnym przykładem na to, w jaki sposób dzisiejszy obóz władzy prywatyzuje państwo. Prezes Orlenu ma kilkanaście drogich nieruchomości w Małopolsce, na Pomorzu, a także w stolicy. Może ich być więcej, bo niemal codziennie na jaw wychodzą kolejne fakty dotyczące biznesów Obajtka, karier ludzi z jego otoczenia i wielomilionowego majątku, którego — jak twierdzi — dorobił się pracując na państwowym
Kluczem do Obajtka jest jego przeszłość. Lokalnym królem rynku nieruchomości był już jako wójt Pcimia. Skąd miał na to pieniądze? Teraz dzięki posadzie w Orlenie Obajtek i jego znajomi mogą robić interesy życia — od nieruchomości po parówki. Szczególnie błyskotliwa jest kariera jego partnerki, która kolekcjonuje posady w państwowych spółkach. Jest m.in. sekretarzem rady nadzorczej firmy, która jest największym w Polsce producentem materiałów wybuchowych.
Politycy PiS próbują bronić Obajtka, ale mają z tym coraz większy kłopot. Tym bardziej, że nie chodzi tylko o jego dworki, wille, pensjonaty i apartamenty.
Jako wójt Obajtek obracał się w podejrzanym środowisku — przypisywane mu były kontakty z gangsterem o pseudonimie „Prezes”. W kwietniu 2013 r Obajtek został zatrzymany przez Centralne Biuro Śledcze Policji. Usłyszał zarzut współdziałania ze zorganizowaną grupą przestępczą „Prezesa”, wyłudzenie z firmy swych wujów 1,4 mln zł i podzielenie się tą kwotą z przestępcami, do tego przyjęcie od „Prezesa” 50 tys. zł łapówki za ustawienie przetargu na budowę kanalizacji. Groziło mu 10 lat odsiadki. Gdy PiS doszło do władzy, nowy minister sprawiedliwości i szef prokuratury Zbigniew Ziobro przeprowadził całą operację zmiany prawa, by móc wycofać z sądu korupcyjną sprawę Obajtka i ją umorzyć.
Jedną z największych tajemnic fenomenu Obajtka jest właśnie ten moment — czemu cały aparat państwa PiS, zbudowanego na hasłach antykorupcyjnych, zaangażował się w wyciąganie z ławy oskarżonych wójta Pcimia.
Obajtek jest systematycznie przez obóz władzy pchany do góry. To nie jest przypadek — Obajtek zbudował sobie siatkę wpływów, w której znajdują się działacze PiS, media związane z władzą i specsłużby przez nią kontrolowane. Czyżby to był układ, wedle najczystszej pisowskiej definicji?

Rodziny smoleńskie krytykują Macierewicza

Zbliża się kolejna, jedenasta już rocznica katastrofy smoleńskiej. Przy okazji nastąpiło wzmożenie w telewizji rządowej. TVP przygotowała materiał, w którym znów próbowała obciążyć Donalda Tuska odpowiedzialnością za błędy podczas wyjaśniania przyczyn katastrofy. To próba ukrycia kłopotów wewnątrz środowiska PiS. Bo problem leży zupełnie w kim innym. Negatywnym bohaterem staje się szef rządowej podkomisji smoleńskiej Antoni Macierewicz. Pierwszym, który otwarcie zaatakował byłego szefa MON był Glenn Jorgensen, duński ekspert, do komisji wprowadzony właśnie przez Macierewicza. Otwarcie zaczęli go krytykować również przedstawiciele rodzin smoleńskich związanych z PiS — choćby Magdalena Merta czy Małgorzata Wassermann. Rodziny smoleńskie liczyły na wyjaśnienie katastrofy, wierzyły w to, że podkomisja Macierewicza do tego doprowadzi. Tak się jednak nie stało, dlatego dziś to PiS sam ma problem ze Smoleńskiem. Co Jarosław Kaczyński powie rodzinom ofiar i elektoratowi smoleńskiemu 10 kwietnia? Prezes od dłuższego czasu unika tego tematu i dystansuje się od Macierewicza, który ze Smoleńskiem został pozostawiony sam sobie.

#80 - PiS przygotowuje się na porażkę w 2023 roku. Kaczyński montuje bezpieczniki, które utrudnią życie nowej władzy
2021-03-13 15:42:08

Jeszcze niedawno rząd znosił koronawirusowe ograniczenia i przekonywał, że po Wielkanocy będzie już prawie normalnie. A teraz musi zamykać kolejne regiony i wstrzymywać operacje planowe. Kłopoty w służbie zdrowia nie skłoniły PiS do zaniechania politycznej gry. Jarosław Kaczyński zamierza zaproponować nowego kandydata na Stanowisko rzecznika Praw Obywatelskich. Jego plan jest politycznie przebiegły — konserwatywny poseł PiS Bartłomiej Wróblewski może dostać poparcie kilku senatorów opozycji, dzięki czemu zostanie wybrany. A z własnym RPO i własnym Trybunałem Konstytucyjnym Kaczyński będzie w stanie sypać piach w tryby nowej władzy, jeśli przegra wybory za 2 lata. O tym wszystkim posłuchają Państwo w najnowszym odcinku podcastu „Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z „Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu. Prezes Kaczyński wziął pierwszą dawkę szczepionki W mijającym tygodniu doszło do sytuacji bez precedensu. Narodowy Fundusz Zdrowia wydał rekomendację dla dyrektorów szpitali, by wstrzymali zabiegi planowe. Co skłoniło rząd do takiego posunięcia?  Jeszcze niedawno minister zdrowia Adam Niedzielski tłumaczył, że sytuacja pandemiczna ulega poprawie i po Świętach możemy spodziewać się luzowania obostrzeń. Ale okazało się, że rząd znów przestrzelił. Do zamkniętego Pomorza oraz Warmii i Mazur, od poniedziałku dołączają województwa mazowieckie i lubuskie. W szpitalach ponownie zaczyna brakować miejsc, a karetki jeżdżą z pacjentami od jednej do drugiej placówki.  Zadziwiać może jedynie trwanie służby zdrowia, bo jak stwierdził były minister zdrowia i poseł Porozumienia prof. Wojciech Maksymowicz były realne analizy, które pokazywały, że system zdrowotny w Polsce miał zawalić się listopadzie, czyli podczas jesiennej, drugiej fali pandemii. Ale służba zdrowia formalnie nie upadnie nigdy, po prostu nie będzie leczyć mniej ludzi, czego efektem będzie większa liczba zgonów. Widać to było na jesieni, widać będzie i teraz po decyzji NFZ. Nie wszyscy, którzy czekają na zabiegi planowe, mogą czekać. Na szczęście coraz sprawniej idą szczepienia. No i zaczepił się Pierwszy Obywatel, Jarosław Kaczyński. Władza szykuje pułapkę na nową władzę W systemie politycznym w Polsce jest tak, że można wygrać wybory, ale mieć kłopoty z rządzeniem. Konstytucja zawiera pewne hamulce. Każda władza kombinuje, by tym hamulcom nie podlegać, ale spodziewając się wyborczej porażki uruchamia je, po to, by utrudnić działanie swym przeciwnikom politycznym. Taka sytuacja miała już miejsce w roku 2015, kiedy koalicja PO-PSL czuła, że to PiS zmierza do władzy. Co się wtedy wydarzyło? Przede wszystkim, na Rzecznika Praw Obywatelskich wybrano Adama Bodnara, człowieka o liberalno-lewicowych inklinacjach, który miał blokować konserwatywne zapędy Prawa i Sprawiedliwości. Po drugie, Platforma z ludowcami, wspierane przez SLD próbowały przemeblować Trybunał Konstytucyjny. Te trzy partie wybrały pięciu sędziów Trybunału, chociaż podstawa prawna była do wyboru trzech z nich. Politycy Platformy, PSL i lewicy myśleli, że wprowadzając awansem dwóch sędziów, zapewnią sobie większość w TK na czas rządów PiS. Bo kiedy ma się te dwa instrumenty, czyli Rzecznika Praw Obywatelskich i Trybunał Konstytucyjny, można napsuć krwi nowej władzy. Tamtej władzy pułapka się nie udała, bo po wyborach Kaczyński zdemolował Trybunał używając operacji PO-PSL jako znakomitego pretekstu. Oczywiście, to już historia, ale historia, która wraca. Bo PiS — kontrolując Trybunał — od dłuższego czasu próbuje także wybrać swojego Rzecznika Praw Obywatelskich. Chce mieć to blokujące combo na wypadek utraty władzy. Do tej pory na RPO Kaczyński wskazywał kandydatów, którzy nie mieli żadnych szans na wybór, bo rzecznik musi zostać zatwierdzony przez Senat, gdzie kruchą większość ma opozycja. Ale w końcu rządzący poszli po rozum do głowy i wrócili do najbardziej przebiegłego pomysłu. Bartłomiej Wróblewski, bo o nim mowa, to polityk PiS o ultrakonserwatywnych poglądach. To on jest autorem wniosku do TK w sprawie aborcji, który skończył się praktycznym zakazem przerywania ciąży. Władza liczy na to, że w Senacie, gdzie opozycja ma tylko jeden głos przewagi, może udać się przepchnąć Wróblewskiego. Są już tego pierwsze sygnały. Kandydata PiS mogą poprzeć dwaj senatorowie opozycji, konserwatyści Jan Filip Libicki i Marek Plura. To pokazuje, że w sprawach światopoglądowych partie nie mają kontroli nad swoimi parlamentarzystami. A jeśli Wróblewski zostanie Rzecznikiem Praw Obywatelskich, to nowa władza — wyłoniona w 2023 roku — będzie miała z nim przez większość swych rządów, bo kadencję skończy w 2026 r. Solidarna Polska gotowa do ataku na PiS Unia Europejska już zastanawia się nad tym, jak będzie wyglądał krajobraz polityczno-społeczny po pandemii koronawirusa. Przyjęto budżet unijny na kolejne 7 lat, w którym wypłatę środków uzależniono od przestrzegania praworządności. Częścią budżetu jest także fundusz odbudowy, czyli wielka pożyczka, zaciągnięta przez UE, z której pieniądze przeznaczone zostaną na odbudowę gospodarki w państwach członkowskich po COVID-19. To 750 miliardów euro, z których Polska może dostać ponad 150 miliardów złotych w kredytach i 100 miliardów złotych w postaci bezzwrotnych dotacji. Ale by ten fundusz mógł wejść w życie w całej Unii Europejskiej, musi zostać ratyfikowany przez parlamenty krajów członkowskich, w tym polski Sejm. Ale PiS ma problem: ziobryści nie chcą o tym słyszeć. Rząd PiS, pozbawiony w tej sprawie większości, musi więc rozmawiać z opozycją. A opozycja stawia warunki, bo podejrzewa, że unijną kasę PiS zamieni w swój fundusz wyborczy, kierując ją tam, gdzie może liczyć na zysk polityczny. Czy Kaczyński będzie musiał usiąść do rozmów ze znienawidzonymi przeciwnikami politycznymi i ustąpić? Prezes PiS jest pragmatykiem i wie, że Polska potrzebuje miliardów z UE. A na Zbigniewa Ziobrę nie ma co liczyć. Lider Solidarnej Polski zakłada, że nie znajdzie się na listach wyborczych PiS w 2023 roku, więc buduje własną tożsamość i ekstremizuje się w swej antyunijnej retoryce. Cel jest prosty — atak na PiS z prawej strony i próba odebrania części elektoratu Konfederacji. Jak się skończy to starcie o unijną kasę, którego istotą jest wojna wewnątrz obozu władzy?

Jeszcze niedawno rząd znosił koronawirusowe ograniczenia i przekonywał, że po Wielkanocy będzie już prawie normalnie. A teraz musi zamykać kolejne regiony i wstrzymywać operacje planowe. Kłopoty w służbie zdrowia nie skłoniły PiS do zaniechania politycznej gry. Jarosław Kaczyński zamierza zaproponować nowego kandydata na Stanowisko rzecznika Praw Obywatelskich. Jego plan jest politycznie przebiegły — konserwatywny poseł PiS Bartłomiej Wróblewski może dostać poparcie kilku senatorów opozycji, dzięki czemu zostanie wybrany. A z własnym RPO i własnym Trybunałem Konstytucyjnym Kaczyński będzie w stanie sypać piach w tryby nowej władzy, jeśli przegra wybory za 2 lata. O tym wszystkim posłuchają Państwo w najnowszym odcinku podcastu „Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z „Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu.

Prezes Kaczyński wziął pierwszą dawkę szczepionki

W mijającym tygodniu doszło do sytuacji bez precedensu. Narodowy Fundusz Zdrowia wydał rekomendację dla dyrektorów szpitali, by wstrzymali zabiegi planowe. Co skłoniło rząd do takiego posunięcia?
 Jeszcze niedawno minister zdrowia Adam Niedzielski tłumaczył, że sytuacja pandemiczna ulega poprawie i po Świętach możemy spodziewać się luzowania obostrzeń. Ale okazało się, że rząd znów przestrzelił. Do zamkniętego Pomorza oraz Warmii i Mazur, od poniedziałku dołączają województwa mazowieckie i lubuskie. W szpitalach ponownie zaczyna brakować miejsc, a karetki jeżdżą z pacjentami od jednej do drugiej placówki.
 Zadziwiać może jedynie trwanie służby zdrowia, bo jak stwierdził były minister zdrowia i poseł Porozumienia prof. Wojciech Maksymowicz były realne analizy, które pokazywały, że system zdrowotny w Polsce miał zawalić się listopadzie, czyli podczas jesiennej, drugiej fali pandemii.
Ale służba zdrowia formalnie nie upadnie nigdy, po prostu nie będzie leczyć mniej ludzi, czego efektem będzie większa liczba zgonów. Widać to było na jesieni, widać będzie i teraz po decyzji NFZ. Nie wszyscy, którzy czekają na zabiegi planowe, mogą czekać.
Na szczęście coraz sprawniej idą szczepienia. No i zaczepił się Pierwszy Obywatel, Jarosław Kaczyński.

Władza szykuje pułapkę na nową władzę

W systemie politycznym w Polsce jest tak, że można wygrać wybory, ale mieć kłopoty z rządzeniem. Konstytucja zawiera pewne hamulce. Każda władza kombinuje, by tym hamulcom nie podlegać, ale spodziewając się wyborczej porażki uruchamia je, po to, by utrudnić działanie swym przeciwnikom politycznym. Taka sytuacja miała już miejsce w roku 2015, kiedy koalicja PO-PSL czuła, że to PiS zmierza do władzy. Co się wtedy wydarzyło? Przede wszystkim, na Rzecznika Praw Obywatelskich wybrano Adama Bodnara, człowieka o liberalno-lewicowych inklinacjach, który miał blokować konserwatywne zapędy Prawa i Sprawiedliwości. Po drugie, Platforma z ludowcami, wspierane przez SLD próbowały przemeblować Trybunał Konstytucyjny. Te trzy partie wybrały pięciu sędziów Trybunału, chociaż podstawa prawna była do wyboru trzech z nich. Politycy Platformy, PSL i lewicy myśleli, że wprowadzając awansem dwóch sędziów, zapewnią sobie większość w TK na czas rządów PiS. Bo kiedy ma się te dwa instrumenty, czyli Rzecznika Praw Obywatelskich i Trybunał Konstytucyjny, można napsuć krwi nowej władzy.
Tamtej władzy pułapka się nie udała, bo po wyborach Kaczyński zdemolował Trybunał używając operacji PO-PSL jako znakomitego pretekstu.
Oczywiście, to już historia, ale historia, która wraca. Bo PiS — kontrolując Trybunał — od dłuższego czasu próbuje także wybrać swojego Rzecznika Praw Obywatelskich. Chce mieć to blokujące combo na wypadek utraty władzy. Do tej pory na RPO Kaczyński wskazywał kandydatów, którzy nie mieli żadnych szans na wybór, bo rzecznik musi zostać zatwierdzony przez Senat, gdzie kruchą większość ma opozycja. Ale w końcu rządzący poszli po rozum do głowy i wrócili do najbardziej przebiegłego pomysłu. Bartłomiej Wróblewski, bo o nim mowa, to polityk PiS o ultrakonserwatywnych poglądach. To on jest autorem wniosku do TK w sprawie aborcji, który skończył się praktycznym zakazem przerywania ciąży. Władza liczy na to, że w Senacie, gdzie opozycja ma tylko jeden głos przewagi, może udać się przepchnąć Wróblewskiego. Są już tego pierwsze sygnały. Kandydata PiS mogą poprzeć dwaj senatorowie opozycji, konserwatyści Jan Filip Libicki i Marek Plura. To pokazuje, że w sprawach światopoglądowych partie nie mają kontroli nad swoimi parlamentarzystami. A jeśli Wróblewski zostanie Rzecznikiem Praw Obywatelskich, to nowa władza — wyłoniona w 2023 roku — będzie miała z nim przez większość swych rządów, bo kadencję skończy w 2026 r.

Solidarna Polska gotowa do ataku na PiS

Unia Europejska już zastanawia się nad tym, jak będzie wyglądał krajobraz polityczno-społeczny po pandemii koronawirusa. Przyjęto budżet unijny na kolejne 7 lat, w którym wypłatę środków uzależniono od przestrzegania praworządności. Częścią budżetu jest także fundusz odbudowy, czyli wielka pożyczka, zaciągnięta przez UE, z której pieniądze przeznaczone zostaną na odbudowę gospodarki w państwach członkowskich po COVID-19. To 750 miliardów euro, z których Polska może dostać ponad 150 miliardów złotych w kredytach i 100 miliardów złotych w postaci bezzwrotnych dotacji. Ale by ten fundusz mógł wejść w życie w całej Unii Europejskiej, musi zostać ratyfikowany przez parlamenty krajów członkowskich, w tym polski Sejm. Ale PiS ma problem: ziobryści nie chcą o tym słyszeć. Rząd PiS, pozbawiony w tej sprawie większości, musi więc rozmawiać z opozycją. A opozycja stawia warunki, bo podejrzewa, że unijną kasę PiS zamieni w swój fundusz wyborczy, kierując ją tam, gdzie może liczyć na zysk polityczny. Czy Kaczyński będzie musiał usiąść do rozmów ze znienawidzonymi przeciwnikami politycznymi i ustąpić? Prezes PiS jest pragmatykiem i wie, że Polska potrzebuje miliardów z UE. A na Zbigniewa Ziobrę nie ma co liczyć. Lider Solidarnej Polski zakłada, że nie znajdzie się na listach wyborczych PiS w 2023 roku, więc buduje własną tożsamość i ekstremizuje się w swej antyunijnej retoryce. Cel jest prosty — atak na PiS z prawej strony i próba odebrania części elektoratu Konfederacji. Jak się skończy to starcie o unijną kasę, którego istotą jest wojna wewnątrz obozu władzy?

#79 - Ziobryści gotowi na wojnę z Kaczyńskim. Solidarna Polska chce zablokować operację fundamentalną dla prezesa PiS
2021-03-06 17:12:50

Rząd zmienia zasady szczepień przeciwko COVID-19, ale widać wyraźnie, że wciąż nie ma jasnego planu walki z pandemią. No bo jakim cudem młodzi pracownicy naukowi uczelni zostali zaszczepieni przed chorymi na raka? Sprawność rządu obniża zaostrzający się konflikt w koalicji. Ludzie Zbigniewa Ziobry swym radykalizmem przysparzają Jarosławowi Kaczyńskiemu masę problemów. Wojna z Ziobrą wykańcza też premiera, który jest politycznie coraz słabszy i próbuje się ratować tworząc radę doradców, w której dominują wasale Kaczyńskiego. O tych wszystkich tematach posłuchają Państwo w najnowszym odcinku podcastu „Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z „Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu. Rok w koronie. Kaczyński oblał egzamin z przywództwa 4 marca minął dokładnie rok, odkąd na w Polsce pojawił się koronawirus. Wiosną minionego roku rząd zamknął wiele branż gospodarki, nie pozwolił nam wychodzić z domu, a dzieci zaczęły uczyć się zdalnie. Potem rząd odwołał wszystkie ograniczenia, bo chciał wywołać wrażenie, że wygrał z koronawirusem. Cel był jasny: PiS chciało pomóc Andrzejowi Dudzie wygrać wybory prezydenckie, więc trzeba było wyborców uspokajać i zaganiać do urn. Duda na takim wspomaganiu wybory wygrał, ale skutek był do przewidzenia: na jesieni uderzyła w nas druga fala zarazy. Ograniczenia więc wróciły i w różnym zakresie trwają do dziś. Ludzie po roku są zmęczeni, a władza nie pokazuje im, że wie co robi i działa logicznie. Wciąż nie ma jasno określonych kryteriów walki z pandemią. Z jednej strony rząd zamyka całe regiony — jak Warmia i Mazury oraz Pomorze — i zapowiada się otwieranie szpitali tymczasowych. A z drugiej minister zdrowia Adam Niedzielski zapowiada, że po świętach może nastąpić znaczące luzowanie obostrzeń. Dzisiaj głównym problemem walki z epidemią są opóźnienia w dostawach szczepionek. W związku z tym, rząd zmienił zasady szczepień i wydłużył okres oczekiwania między pierwszą, a drugą dawką. To powoduje, że szczepionki, które dotąd czekały na ludzi jako druga dawka, teraz czekać nie będą i zostaną podane nowym szczepionym. W ten sposób więcej osób dostanie szybko pierwszą dawkę. Bo - jak wskazują badania - już po pierwszej dawce nabiera się odporności na poziomie 50 procent. Rząd stawia więc na to, by jak najwięcej ludzi zaszczepić pierwszą dawką, a na drugi plan zrzuca to, czy drugą dawkę w ogóle będzie miał.  Ponieważ unijny system zakupu szczepionek szwankuje — bo część firm farmaceutycznych oszukuje Brukselę — polski rząd zaczyna się interesować szczepionką z Chin. Na czwartkowej konferencji prasowej, Michał Dworczyk ogłosił, że bierzemy to pod uwagę. Do Chińczyków odezwał się sam prezydent, choć to może nie najlepszy prognostyk. Poprzednim razem, gdy Andrzej Duda dobił targu z prezydentem Chin, do Polski przyleciały maseczki, które do niczego się nie nadawały. Rząd podejmuje też inne działania. Sztandarowym projektem jest linia do rozlewania szczepionek w Polfie Tarchomin. Odpowiada za to wicepremier Jacek Sasin, pewne jest więc tylko jedno — na pewno zapłacimy za tę inwestycję, ale niekoniecznie dojdzie ona do skutku. Ten rok z koroną dowiódł fiaska myśli politycznej Jarosława Kaczyńskiego. Konflikty koalicyjne, piątka dla zwierząt, zaostrzanie aborcji, wyrzucanie Ziobry z rządu, a Gowina z jego własnej partii — to pochłaniało prezesa, a nie COVID. Czasy kreują liderów, a prezes nie zdał egzaminu z przywództwa. Gwiazdorzy wśród doradców politycznych Morawieckiego   Premier Mateusz Morawiecki powołał w środę radę doradców politycznych, która liczyć będzie 21 osób. Barwnych życiorysów nie brakuje. Przewodniczącym został Krzysztof Tchórzewski, były minister energii, który najpierw twierdził, że załatwi Polakom rekompensaty za wzrost cen energii, a gdy z rządu odszedł, to oświadczył, że rekompensat nie będzie, bo zarabiamy coraz więcej i damy sobie radę. Wśród członków rady jest także poseł PiS Leonard Krasulski, który przez lata ukrywał, że w PRL był zawodowym żołnierzem i służył w pułku czołgów, który masakrował robotników na Wybrzeżu w grudniu 1970 r. Krasulski twierdził, że nie brał udziału w tłumieniu Grudnia, bo został w jednostce. Przekonywał też, że był żołnierzem opozycyjnym, za co potem został wyrzucony z wojska. Okazało się, że rzeczywiście z komunistycznego wojska został wyrzucony. Tyle, że za kradzież beczki spirytusu. Inną gwiazdą rady doradców politycznych będzie bez wątpienia inny poseł PiS Jest też Robert Telus. Ma talenty impresario z show-biznesu. Do jednego z programów TVP wcisnął swą córkę, zięcia i wielu znajomych. Niemal wszyscy powołani przez premiera do rady politycznej, to ludzie głęboko związani z Jarosławem Kaczyńskim. I jednocześnie — najczęściej przeciwnicy Morawieckiego. Była to więc inicjatywa prezesa, żeby wzmocnić Morawieckiego w partii i osłabić wewnętrzną krytykę pod adresem premiera. Ale priorytetem Kaczyńskiego nie jest dziś obrona Morawieckiego, a obrona własnej pozycji politycznej. Kaczyński musi zachować większość parlamentarną, nie będzie więc umierał za premiera. Osłabiony przez pandemiczny rok Mateusz Morawiecki znalazł się dziś w niebywale trudnej sytuacji. Nikt nie mówi już o nim jako o potencjalnym następcy Jarosława Kaczyńskiego, a do tego jest coraz słabszy w relacjach ze Zbigniewem Ziobrą, który wyciąga coraz to mocniejsze armaty przeciwko niemu. Solidarna Polska idzie na wojnę z PiS Władze PiS odwołując z rządu najbardziej kontrowersyjnego polityka Solidarnej Polski Janusza Kowalskiego, chciały pokazać miejsce w szeregu partii Zbigniewa Ziobry. PiS liczył na to, że — cytując wicemarszałka Sejmu Ryszarda Terleckiego — da Solidarnej Polsce po łapkach i partia Ziobry przestanie fikać. Wyszło dokładnie odwrotnie. Kowalski zwolniony z rządu ma dużo większą swobodę w atakowaniu PiS — ziobryści dali mu specjalną „licencję na zabijanie”. Solidarna Polska nie poprze ratyfikacji umowy z Unią dotyczącej stworzenia funduszu odbudowy UE po koronawirusie — to konsekwencja otwarcie antyunijnej polityki ziobrystów. Dla PiS to kłopot, bo bez posłów Solidarnej Polski umowa nie zostanie zatwierdzona. A jeśli Polska jej nie zatwierdzi, to nie dostanie miliardów fundusz odbudowy UE w ogóle nie powstanie w tej formie. I nie będzie pieniędzy. A — według planów — Polska ma z funduszu odbudowy otrzymać 153 miliardy zł w postaci kredytów i ok. 100 miliardów zł w postaci bezzwrotnych dotacji. Drugi koalicyjny front to energetyka. Ziobryści odrzucają decyzje PiS, które zdecydowało się na odchodzenie od węgla. Ziobryści atakują PiS, podkreślając, że „nawet Platforma Obywatelska i SLD” nie zamykały kopalń. Promują się wśród związkowców na Śląsku, a jednocześnie straszą uboższych podwyżkami cen energii. W dodatku ziobryści chcą zablokować fundamentalną operację na rynku paliwowym, jaką jest fuzja Orlenu z Lotosem — to trzecie pole wojny. Fuzja dwóch naftowych firm to marzenie prezesa Kaczyńskiego, który chciałby przekształcić Orlen w gigantyczny, paliwowo-energetyczno-gazowo-wydawniczo-parówkowy konglomerat. Solidarna Polska cały swój aparat zaangażowała w próbę zablokowania tej fundamentalnej operacji. To ważna gra, która pokazuje, że ziobryści są gotowi pójść na wojnę z Kaczyńskim w sprawie, która jest dla niego jedną z najważniejszych. To idealnie obrazuje stan koalicji rządzącej.

Rząd zmienia zasady szczepień przeciwko COVID-19, ale widać wyraźnie, że wciąż nie ma jasnego planu walki z pandemią. No bo jakim cudem młodzi pracownicy naukowi uczelni zostali zaszczepieni przed chorymi na raka? Sprawność rządu obniża zaostrzający się konflikt w koalicji. Ludzie Zbigniewa Ziobry swym radykalizmem przysparzają Jarosławowi Kaczyńskiemu masę problemów. Wojna z Ziobrą wykańcza też premiera, który jest politycznie coraz słabszy i próbuje się ratować tworząc radę doradców, w której dominują wasale Kaczyńskiego. O tych wszystkich tematach posłuchają Państwo w najnowszym odcinku podcastu „Stan po Burzy”, który prowadzą Agnieszka Burzyńska z „Faktu” oraz Andrzej Stankiewicz z Onetu.

Rok w koronie. Kaczyński oblał egzamin z przywództwa

4 marca minął dokładnie rok, odkąd na w Polsce pojawił się koronawirus. Wiosną minionego roku rząd zamknął wiele branż gospodarki, nie pozwolił nam wychodzić z domu, a dzieci zaczęły uczyć się zdalnie. Potem rząd odwołał wszystkie ograniczenia, bo chciał wywołać wrażenie, że wygrał z koronawirusem. Cel był jasny: PiS chciało pomóc Andrzejowi Dudzie wygrać wybory prezydenckie, więc trzeba było wyborców uspokajać i zaganiać do urn. Duda na takim wspomaganiu wybory wygrał, ale skutek był do przewidzenia: na jesieni uderzyła w nas druga fala zarazy. Ograniczenia więc wróciły i w różnym zakresie trwają do dziś.
Ludzie po roku są zmęczeni, a władza nie pokazuje im, że wie co robi i działa logicznie. Wciąż nie ma jasno określonych kryteriów walki z pandemią. Z jednej strony rząd zamyka całe regiony — jak Warmia i Mazury oraz Pomorze — i zapowiada się otwieranie szpitali tymczasowych. A z drugiej minister zdrowia Adam Niedzielski zapowiada, że po świętach może nastąpić znaczące luzowanie obostrzeń.
Dzisiaj głównym problemem walki z epidemią są opóźnienia w dostawach szczepionek. W związku z tym, rząd zmienił zasady szczepień i wydłużył okres oczekiwania między pierwszą, a drugą dawką. To powoduje, że szczepionki, które dotąd czekały na ludzi jako druga dawka, teraz czekać nie będą i zostaną podane nowym szczepionym. W ten sposób więcej osób dostanie szybko pierwszą dawkę. Bo - jak wskazują badania - już po pierwszej dawce nabiera się odporności na poziomie 50 procent. Rząd stawia więc na to, by jak najwięcej ludzi zaszczepić pierwszą dawką, a na drugi plan zrzuca to, czy drugą dawkę w ogóle będzie miał.
 Ponieważ unijny system zakupu szczepionek szwankuje — bo część firm farmaceutycznych oszukuje Brukselę — polski rząd zaczyna się interesować szczepionką z Chin. Na czwartkowej konferencji prasowej, Michał Dworczyk ogłosił, że bierzemy to pod uwagę. Do Chińczyków odezwał się sam prezydent, choć to może nie najlepszy prognostyk. Poprzednim razem, gdy Andrzej Duda dobił targu z prezydentem Chin, do Polski przyleciały maseczki, które do niczego się nie nadawały.
Rząd podejmuje też inne działania. Sztandarowym projektem jest linia do rozlewania szczepionek w Polfie Tarchomin. Odpowiada za to wicepremier Jacek Sasin, pewne jest więc tylko jedno — na pewno zapłacimy za tę inwestycję, ale niekoniecznie dojdzie ona do skutku.
Ten rok z koroną dowiódł fiaska myśli politycznej Jarosława Kaczyńskiego. Konflikty koalicyjne, piątka dla zwierząt, zaostrzanie aborcji, wyrzucanie Ziobry z rządu, a Gowina z jego własnej partii — to pochłaniało prezesa, a nie COVID. Czasy kreują liderów, a prezes nie zdał egzaminu z przywództwa.

Gwiazdorzy wśród doradców politycznych Morawieckiego 

Premier Mateusz Morawiecki powołał w środę radę doradców politycznych, która liczyć będzie 21 osób. Barwnych życiorysów nie brakuje. Przewodniczącym został Krzysztof Tchórzewski, były minister energii, który najpierw twierdził, że załatwi Polakom rekompensaty za wzrost cen energii, a gdy z rządu odszedł, to oświadczył, że rekompensat nie będzie, bo zarabiamy coraz więcej i damy sobie radę. Wśród członków rady jest także poseł PiS Leonard Krasulski, który przez lata ukrywał, że w PRL był zawodowym żołnierzem i służył w pułku czołgów, który masakrował robotników na Wybrzeżu w grudniu 1970 r. Krasulski twierdził, że nie brał udziału w tłumieniu Grudnia, bo został w jednostce. Przekonywał też, że był żołnierzem opozycyjnym, za co potem został wyrzucony z wojska. Okazało się, że rzeczywiście z komunistycznego wojska został wyrzucony. Tyle, że za kradzież beczki spirytusu.
Inną gwiazdą rady doradców politycznych będzie bez wątpienia inny poseł PiS Jest też Robert Telus. Ma talenty impresario z show-biznesu. Do jednego z programów TVP wcisnął swą córkę, zięcia i wielu znajomych.
Niemal wszyscy powołani przez premiera do rady politycznej, to ludzie głęboko związani z Jarosławem Kaczyńskim. I jednocześnie — najczęściej przeciwnicy Morawieckiego. Była to więc inicjatywa prezesa, żeby wzmocnić Morawieckiego w partii i osłabić wewnętrzną krytykę pod adresem premiera. Ale priorytetem Kaczyńskiego nie jest dziś obrona Morawieckiego, a obrona własnej pozycji politycznej. Kaczyński musi zachować większość parlamentarną, nie będzie więc umierał za premiera. Osłabiony przez pandemiczny rok Mateusz Morawiecki znalazł się dziś w niebywale trudnej sytuacji. Nikt nie mówi już o nim jako o potencjalnym następcy Jarosława Kaczyńskiego, a do tego jest coraz słabszy w relacjach ze Zbigniewem Ziobrą, który wyciąga coraz to mocniejsze armaty przeciwko niemu.

Solidarna Polska idzie na wojnę z PiS

Władze PiS odwołując z rządu najbardziej kontrowersyjnego polityka Solidarnej Polski Janusza Kowalskiego, chciały pokazać miejsce w szeregu partii Zbigniewa Ziobry. PiS liczył na to, że — cytując wicemarszałka Sejmu Ryszarda Terleckiego — da Solidarnej Polsce po łapkach i partia Ziobry przestanie fikać. Wyszło dokładnie odwrotnie. Kowalski zwolniony z rządu ma dużo większą swobodę w atakowaniu PiS — ziobryści dali mu specjalną „licencję na zabijanie”.
Solidarna Polska nie poprze ratyfikacji umowy z Unią dotyczącej stworzenia funduszu odbudowy UE po koronawirusie — to konsekwencja otwarcie antyunijnej polityki ziobrystów. Dla PiS to kłopot, bo bez posłów Solidarnej Polski umowa nie zostanie zatwierdzona. A jeśli Polska jej nie zatwierdzi, to nie dostanie miliardów fundusz odbudowy UE w ogóle nie powstanie w tej formie. I nie będzie pieniędzy. A — według planów — Polska ma z funduszu odbudowy otrzymać 153 miliardy zł w postaci kredytów i ok. 100 miliardów zł w postaci bezzwrotnych dotacji.
Drugi koalicyjny front to energetyka. Ziobryści odrzucają decyzje PiS, które zdecydowało się na odchodzenie od węgla. Ziobryści atakują PiS, podkreślając, że „nawet Platforma Obywatelska i SLD” nie zamykały kopalń. Promują się wśród związkowców na Śląsku, a jednocześnie straszą uboższych podwyżkami cen energii.
W dodatku ziobryści chcą zablokować fundamentalną operację na rynku paliwowym, jaką jest fuzja Orlenu z Lotosem — to trzecie pole wojny. Fuzja dwóch naftowych firm to marzenie prezesa Kaczyńskiego, który chciałby przekształcić Orlen w gigantyczny, paliwowo-energetyczno-gazowo-wydawniczo-parówkowy konglomerat. Solidarna Polska cały swój aparat zaangażowała w próbę zablokowania tej fundamentalnej operacji. To ważna gra, która pokazuje, że ziobryści są gotowi pójść na wojnę z Kaczyńskim w sprawie, która jest dla niego jedną z najważniejszych. To idealnie obrazuje stan koalicji rządzącej.

Informacja dotycząca prawa autorskich: Wszelka prezentowana tu zawartość podkastu jest własnością jego autora

Wyszukiwanie

Kategorie