Dziennik Zmian — Miłka O. Malzahn

Tworzę te miniaudycje, żeby było można dotknąć tego, co jest poetyckie w naszej rzeczywistości. Dziennik Zmian to dźwiękowy zapis pozornie zwyczajnej i pozornie szarej codzienności. Są tu i refleksje, detale, zaskakujące brzmienia, bo świat bywa i zaskakująco tajemniczy, i wciąż piękny i relaksujący. Uwierz mi.
Albo nie wierz... po prostu posłuchaj.
A jeśli spodoba Ci się odcinek, zaproś mnie na kawę ;) - buycoffee.to/dziennik.zmian


Odcinki od najnowszych:

Miasto pająków #22
2020-06-07 22:36:04

MIASTO PAJĄKÓW Mam świat równoległy w łazience. Taka siatka, jak podejrzewam -  rodzinna, która reaguje natychmiastową ucieczką, na zbyt jasne światło; zbyt gwałtowny ruch; trzaśnięcie drzwiami. Pająku – nie pękaj, a raczej: pająki nie pękajcie. To ja, właścicielka łazienki. Mieszkam razem wami w tej łazience, tyle że potrzebuję więcej światła. Mam świat równoległy w łazience, taką podupadłą dzielnicę pełną pajęczyn. Zdecydowany romantyzm. Staram się nie trzaskać drzwiami. Szukam zastosowania dla moich pająków, A W sieci internetowej znajduję informacje, że niedawno Mieszkańcy stanu Minas Gerais w Brazylii doświadczyli deszczu pająków spadających nieba. W międzyczasie  Jezioro Vistonida w północnej Grecji stało się przekleństwem dla osób cierpiących na arachnofobię, bo zostało pokryte olbrzymią pajęczyną, utkaną przez tysiące małych stworzeń. Albo - Armia Stanów Zjednoczonych będzie testować ubrania zawierające „pajęczą sieć”. Użyte włókna mają podobną strukturę do prawdziwej sieci, która jest mocniejsza niż stal. Tak.... To ja może cicho zamknę te drzwi.

MIASTO PAJĄKÓW

Mam świat równoległy w łazience.

Taka siatka, jak podejrzewam -  rodzinna, która reaguje natychmiastową ucieczką, na zbyt jasne światło; zbyt gwałtowny ruch; trzaśnięcie drzwiami.

Pająku – nie pękaj, a raczej: pająki nie pękajcie. To ja, właścicielka łazienki. Mieszkam razem wami w tej łazience, tyle że potrzebuję więcej światła.

Mam świat równoległy w łazience, taką podupadłą dzielnicę pełną pajęczyn.

Zdecydowany romantyzm.

Staram się nie trzaskać drzwiami.

Szukam zastosowania dla moich pająków,

A W sieci internetowej znajduję informacje, że niedawno Mieszkańcy stanu Minas Gerais w Brazylii doświadczyli deszczu pająków spadających nieba. W międzyczasie  Jezioro Vistonida w północnej Grecji stało się przekleństwem dla osób cierpiących na arachnofobię, bo zostało pokryte olbrzymią pajęczyną, utkaną przez tysiące małych stworzeń. Albo - Armia Stanów Zjednoczonych będzie testować ubrania zawierające „pajęczą sieć”. Użyte włókna mają podobną strukturę do prawdziwej sieci, która jest mocniejsza niż stal.

Tak....

To ja może cicho zamknę te drzwi.

sadzić joby - obserwacja lokalna (podlaska) #21
2020-06-01 20:09:24

Sadzić joby Całkiem sympatyczny obywatel dziś posadził jeszcze kilka Jobów i zadowolony pozostawił je w pełnym słońcu. On się tych Jobów nigdy nie wstydził, nigdy nie powstrzymywał się przed sadzeniem, nigdy też (co dziwne) nie spodziewał się że urosną, albo zakwitną. Tymczasem raz posadzony Job powoli, lecz w sposób nieunikniony – rośnie. Pobiera energię jak prawie wszystko na tej ziemi – ze słońca, oraz bezpośrednio od swojego stwórcy. Z jego myśli, z jego wkurzenia, z jego opanowanej agresji. Zatem ten, co joby sadzi nieustannie je zasila. Znam wiele takich ogródków. Ogródek całkiem sympatycznego obywatela jest bardzo okazały. A ty – co sadzisz, kochanie? "Job twoju mać" czyli joby sadzić (on sadził) - to rodzaj przekleństwa używanego dość powszechnie w północno - wschodniej Polsce, na wschód od Białegostoku, nie pomijając i tego słynnego miasta. Wiem, z całą pewnością, że kujawsko-pomorskie nie sadzi jobów. W każdym razie... nie w ten sposób

Sadzić joby

Całkiem sympatyczny obywatel dziś posadził jeszcze kilka Jobów i zadowolony pozostawił je w pełnym słońcu. On się tych Jobów nigdy nie wstydził, nigdy nie powstrzymywał się przed sadzeniem, nigdy też (co dziwne) nie spodziewał się że urosną, albo zakwitną.

Tymczasem raz posadzony Job powoli, lecz w sposób nieunikniony – rośnie. Pobiera energię jak prawie wszystko na tej ziemi – ze słońca, oraz bezpośrednio od swojego stwórcy. Z jego myśli, z jego wkurzenia, z jego opanowanej agresji. Zatem ten, co joby sadzi nieustannie je zasila.

Znam wiele takich ogródków.

Ogródek całkiem sympatycznego obywatela jest bardzo okazały.

A ty – co sadzisz, kochanie?

"Job twoju mać" czyli joby sadzić (on sadził) - to rodzaj przekleństwa używanego dość powszechnie w północno - wschodniej Polsce, na wschód od Białegostoku, nie pomijając i tego słynnego miasta. Wiem, z całą pewnością, że kujawsko-pomorskie nie sadzi jobów. W każdym razie... nie w ten sposób

Smaki - mała historia podmiany #20
2020-05-29 18:44:53

Smaki – mała historia podmiany Kiedy zamknęły się za nami drzwi naszych domów, a każde wyjście do sklepu stało się dobrem reglamentowanym, a wyjście do parku – nielegalną wyprawą po szczęście – zaczęliśmy gotować. My, ludzie niezainteresowani dotąd procedurami wypieków zaczęliśmy wrzucać w ‘facebooki’ pierwsze i siódme chleby, ciasta i inne bardziej zwyczajne  przysmaki. My ludzie, zgromadzeni w mieszkaniach, raczej kameralnie, musieliśmy tez to całe dobre zjeść. I było to nasza pocieszenie i była to nasza szansa na odkrycie w sobie talentu, był wspólny stół i zapach przynoszący ukojenie. Jak u babci. Jak w prawdziwym domu. Jak wtedy, gdy mama czekała z obiadem. Jak przed gwiazdką. Od smaków – do wzruszeń, Bo My ludzie, w którymś momencie historii człowieczej na ziemi, porzuciliśmy (nie wiem dlaczego)    smak czułego spojrzenia, smak wiatru znad morza, smak bladego świtu, smak zielonej trawy gryzionej zawadiacko latem, nad rzeką, smak ziemi, który dociera wtedy, gdy leżymy spokojnie, delektując się spokojnym leżeniem. Smak pocałunku. Smak pożegnania. Te smaki, które nas karmiły przez wieki, zamieniliśmy w wyrafinowane, ale sztuczne przywoływanie tych smaków. Smak czułego spojrzenia, smak wiatru znad morza, smak świtu, smak zielonej trawy, smak ziemi, smak pocałunku, pożegnania, deszczu zamieniliśmy to w pocie czoła na Gratine douphinois - elegancka pyra po francusku; pieczony łosoś w aromacie kopru włoskiego na musie z topinambura - Krewetki w ostrym Pesto zapiekanym w Mulach  -Sałatka cztery sery z żurawiną, orzechami włoskimi i oliwka czarną i kaparami - Tortellini nadziewane ricottą i grzybami w kremowym sosie gorgonzola. Krem Brulle. Wszystko po to, żeby się przenieść w lepszy, bezpieczny świat – jak u mamy, jak u babci, jak w  wypasionej restauracji, w której jesteśmy pod opieka ochrony, kelnera szefa kuchni, jesteśmy zauważenie, jesteśmy obsłużeni, jesteśmy zadowoleni, jesteśmy zaspokojeni Chciałabym jednak karmić się życiem, w czystej postaci Czułe spojrzenie, wiatr znad morza, chłodny świt, jasnozielona trawa,  miękka i wilgotna ziemia, pocałunek, pożegnanie, deszcz…

Smaki – mała historia podmiany

Kiedy zamknęły się za nami drzwi naszych domów, a każde wyjście do sklepu stało się dobrem reglamentowanym, a wyjście do parku – nielegalną wyprawą po szczęście – zaczęliśmy gotować. My, ludzie niezainteresowani dotąd procedurami wypieków zaczęliśmy wrzucać w ‘facebooki’ pierwsze i siódme chleby, ciasta i inne bardziej zwyczajne  przysmaki.

My ludzie, zgromadzeni w mieszkaniach, raczej kameralnie, musieliśmy tez to całe dobre zjeść. I było to nasza pocieszenie i była to nasza szansa na odkrycie w sobie talentu, był wspólny stół i zapach przynoszący ukojenie. Jak u babci. Jak w prawdziwym domu. Jak wtedy, gdy mama czekała z obiadem. Jak przed gwiazdką. Od smaków – do wzruszeń,

Bo My ludzie, w którymś momencie historii człowieczej na ziemi, porzuciliśmy (nie wiem dlaczego)    smak czułego spojrzenia, smak wiatru znad morza, smak bladego świtu, smak zielonej trawy gryzionej zawadiacko latem, nad rzeką, smak ziemi, który dociera wtedy, gdy leżymy spokojnie, delektując się spokojnym leżeniem. Smak pocałunku. Smak pożegnania. Te smaki, które nas karmiły przez wieki, zamieniliśmy w wyrafinowane, ale sztuczne przywoływanie tych smaków.

Smak czułego spojrzenia, smak wiatru znad morza, smak świtu, smak zielonej trawy, smak ziemi, smak pocałunku, pożegnania, deszczu

zamieniliśmy to w pocie czoła na

Gratine douphinois - elegancka pyra po francusku; pieczony łosoś w aromacie kopru włoskiego na musie z topinambura - Krewetki w ostrym Pesto zapiekanym w Mulach  -Sałatka cztery sery z żurawiną, orzechami włoskimi i oliwka czarną i kaparami - Tortellini nadziewane ricottą i grzybami w kremowym sosie gorgonzola. Krem Brulle.

Wszystko po to, żeby się przenieść w lepszy, bezpieczny świat – jak u mamy, jak u babci, jak w  wypasionej restauracji, w której jesteśmy pod opieka ochrony, kelnera szefa kuchni, jesteśmy zauważenie, jesteśmy obsłużeni, jesteśmy zadowoleni, jesteśmy zaspokojeni

Chciałabym jednak karmić się życiem, w czystej postaci

Czułe spojrzenie, wiatr znad morza, chłodny świt, jasnozielona trawa,  miękka i wilgotna ziemia, pocałunek, pożegnanie, deszcz…

Pan fryzjer - będzie dobrze #19
2020-05-28 14:48:51

Pan fryzjer zaczyna taniec z nożyczkami i przy akompaniamencie cięć i czesań śpiewa cicho: Będzie dobrze, będzie dobrze. Zanim przejdzie do -   Jest dobrze jest dobrze W radiu - zapowiedzą brak radia. Na pogodnym dotąd niebie – ktoś złoży deszczowy podpis z chmur. Z szafki spadnie płyn odkażający. Wszyscy będą się bali, że przyjdzie kontrola i nas zje. A pan fryzjer tańczy nad moją głową, w której myśli migają z siłą stroboskopu. Potem. Po porządni ułożonymi włosami, które czasie pandemii rosły jak szalone, jak płaszcz ochronny, jak bariera antywirusowa – nie będzie widać tego całego bałaganu. Jest dobrze, jest dobrze. Jest dobrze, jest dobrze,  Jest dobrze jest dobrze lalalala ;)

Pan fryzjer zaczyna taniec z nożyczkami i przy akompaniamencie cięć i czesań śpiewa cicho:

Będzie dobrze, będzie dobrze. Zanim przejdzie do -  Jest dobrze jest dobrze

W radiu - zapowiedzą brak radia. Na pogodnym dotąd niebie – ktoś złoży deszczowy podpis z chmur. Z szafki spadnie płyn odkażający. Wszyscy będą się bali, że przyjdzie kontrola i nas zje.

A pan fryzjer tańczy nad moją głową, w której myśli migają z siłą stroboskopu. Potem.

Po porządni ułożonymi włosami, które czasie pandemii rosły jak szalone, jak płaszcz ochronny, jak bariera antywirusowa – nie będzie widać tego całego bałaganu.

Jest dobrze, jest dobrze. Jest dobrze, jest dobrze,  Jest dobrze jest dobrze lalalala ;)

Naga ręka #18
2020-05-24 11:58:43

Taka sytuacja: Kolejka wcale nie jest duża, więc moja radość – całkiem spora. W dużym sklepie wciąż nie krąży zbyt wielu ludzi. Omijamy się szerokim uchem , nie widać czy uśmiechnięci, czy nie. Wrzucam na taśmę dorodne rzodkiewki, kaszę i nowy ręcznik, bo stary doznał uszczerbku na urodzie z powodu domowego autofryzjerstwa. Dorzucam jeszcze idealny talerzyk, na każdą okazję w kolorze wkurzonego Bałtyku. Wydaje mi się, że taka konsumencka niesubordynacja jeszcze nie świadczy o mnie tak źle. Owszem, mam kilka innych talerzy, owszem próbuję żyć ekonomicznie i ekologicznie, ale są w życiu człowieka takie momenty.... Więc stoję w kolejce, patrzę na kasjerkę, która nie patrzy na nikogo zza pleksi, nie mogę patrzeć w okno, bo sklep nie ma okien. A wiem, że za oknami prawie lato, słońce operuje już odważnie, świat się zieleni, nawet miasto oddycha czystszym powietrzem. Ludzie jeszcze nie bardzo, wciąż obowiązuje oficjalna obawa przed wirusem. Ale ile... można wciągać golfy na uszy – tak sobie myślę, sięgając po portmonetkę – i podaję kasjerce banknot. I nagle – błysk – i nagle świst – i nagle wyostrzenie obrazu – widzę, wyraźnie widzę: podaję jej pieniądze !!!! Nie kartę, nie kod blik, posługuję się, odruchowo banknotem (i jeszcze przygotowałam drobne! ). Jest jeszcze gorzej: ponieważ w sklepie jest ciepło, nieświadome podciągnęłam rękawy bluzy po łokcie i teraz wyciągam do przerażonej pani zupełnie nagą dłoń. Zakończoną banknotem!!!! Obie zamieramy. Ona ogląda się, szukając ratunku. Ja doznaję stuporu i stoję z wyciągniętą przed siebie ręką jak rzeźba. Kolor mojej skóry nagle wydaje mi się absurdalny. Ktoś za moimi plecami szeleści plastikowymi rękawiczkami. Wyobrażam sobie – że zaciera ręce. Moja naga ręka jednak nie odpuszcza. JEST. I jest naga! To była naprawdę długa chwila. Potem pani, uzbrojona w niebieskie rękawiczki, odebrała ode mnie banknot. Sprawnie wydała resztę.  Zapakowałam zakupy, kątem oka rejestrując jak bardzo, bardzo dokładnie odkaża wszystko do dokoła. Moja naga ręka poszukała rękawa i dla pewności- zaparkowała w kieszeni.

Taka sytuacja:

Kolejka wcale nie jest duża, więc moja radość – całkiem spora. W dużym sklepie wciąż nie krąży zbyt wielu ludzi. Omijamy się szerokim uchem , nie widać czy uśmiechnięci, czy nie. Wrzucam na taśmę dorodne rzodkiewki, kaszę i nowy ręcznik, bo stary doznał uszczerbku na urodzie z powodu domowego autofryzjerstwa. Dorzucam jeszcze idealny talerzyk, na każdą okazję w kolorze wkurzonego Bałtyku. Wydaje mi się, że taka konsumencka niesubordynacja jeszcze nie świadczy o mnie tak źle. Owszem, mam kilka innych talerzy, owszem próbuję żyć ekonomicznie i ekologicznie, ale są w życiu człowieka takie momenty....

Więc stoję w kolejce, patrzę na kasjerkę, która nie patrzy na nikogo zza pleksi, nie mogę patrzeć w okno, bo sklep nie ma okien.

A wiem, że za oknami prawie lato, słońce operuje już odważnie, świat się zieleni, nawet miasto oddycha czystszym powietrzem. Ludzie jeszcze nie bardzo, wciąż obowiązuje oficjalna obawa przed wirusem. Ale ile... można wciągać golfy na uszy – tak sobie myślę, sięgając po portmonetkę – i podaję kasjerce banknot. I nagle – błysk – i nagle świst – i nagle wyostrzenie obrazu – widzę, wyraźnie widzę: podaję jej pieniądze !!!! Nie kartę, nie kod blik, posługuję się, odruchowo banknotem (i jeszcze przygotowałam drobne! ). Jest jeszcze gorzej: ponieważ w sklepie jest ciepło, nieświadome podciągnęłam rękawy bluzy po łokcie i teraz wyciągam do przerażonej pani zupełnie nagą dłoń. Zakończoną banknotem!!!! Obie zamieramy. Ona ogląda się, szukając ratunku. Ja doznaję stuporu i stoję z wyciągniętą przed siebie ręką jak rzeźba. Kolor mojej skóry nagle wydaje mi się absurdalny. Ktoś za moimi plecami szeleści plastikowymi rękawiczkami. Wyobrażam sobie – że zaciera ręce. Moja naga ręka jednak nie odpuszcza. JEST. I jest naga!

To była naprawdę długa chwila.

Potem pani, uzbrojona w niebieskie rękawiczki, odebrała ode mnie banknot. Sprawnie wydała resztę. 

Zapakowałam zakupy, kątem oka rejestrując jak bardzo, bardzo dokładnie odkaża wszystko do dokoła.

Moja naga ręka poszukała rękawa i dla pewności- zaparkowała w kieszeni.

Przychodzą do mnie wiadomości #17
2020-05-22 20:07:37

Wiadomości Z rozmaitych głośników przychodzą do mnie wiadomości, po których czuję... niesmak. Taka niedookreślona pewność, że nie mają dobrych intencji. Nie trawię ich i podejrzewam, że one za mną nie przepadają, a świat, w którym brzmią najlepiej - przypomina ponury komiks. Nie moja bajka, ale moje głośniki. Wzdycham szczerze. Oddech zmiata ze stołu okruszki po chlebie powszednim. Wymiotłabym wszystkie te wiadomości, ale nie należą do mnie, choć podobno są powszednie jak chleb. Gdybym miała tę odwagę,  o której myślę.   Gdybym miała tę odwagę, o której  myślę... Trzasnęłabym drzwiami, zapadłaby klamka, głośniki jak dojrzałe śliwki wpadłyby w kompot, kompot doprowadziłabym do wrzenia. BUUUM> Raj by stanął przede mną otworem, a wszystkich złych pochłonęłoby piekło. Przychodzą do mnie wiadomości, a ja każdą z nich przytulam i mówię: Nie krzycz już; Nie martw mnie; Nie jesteś tak istotna, na jaką chcesz wyglądać; Nie jesteś tak prawdziwa, za jaką cię biorą; Nie jesteś spokojna; Nie jesteś sobą; Nie jesteś mną; Idź spać. Dobranoc. Gdybym miała odwagę,  o której myślę - Z rozmaitych głośników przychodziłaby do mnie błoga cisza. *** Maj 2020 - Przybiło mnie to, co się dzieje w "Trójce", przygwoździło mnie i krajobraz  przestał być ten sam. To jest refleksja, to jest moja melodia pisana w  "dzienniku raczej pogodnych zmian". Oś obrotu namierzam bardzo powoli,  lecz być może o to właśnie chodzi.

Wiadomości

Z rozmaitych głośników przychodzą do mnie wiadomości, po których czuję... niesmak. Taka niedookreślona pewność, że nie mają dobrych intencji. Nie trawię ich i podejrzewam, że one za mną nie przepadają, a świat, w którym brzmią najlepiej - przypomina ponury komiks. Nie moja bajka, ale moje głośniki.

Wzdycham szczerze. Oddech zmiata ze stołu okruszki po chlebie powszednim. Wymiotłabym wszystkie te wiadomości, ale nie należą do mnie, choć podobno są powszednie jak chleb.

Gdybym miała tę odwagę,  o której myślę.  Gdybym miała tę odwagę, o której  myślę...

Trzasnęłabym drzwiami, zapadłaby klamka, głośniki jak dojrzałe śliwki wpadłyby w kompot, kompot doprowadziłabym do wrzenia. BUUUM>

Raj by stanął przede mną otworem, a wszystkich złych pochłonęłoby piekło.

Przychodzą do mnie wiadomości, a ja każdą z nich przytulam i mówię:

Nie krzycz już;

Nie martw mnie;

Nie jesteś tak istotna, na jaką chcesz wyglądać;

Nie jesteś tak prawdziwa, za jaką cię biorą;

Nie jesteś spokojna;

Nie jesteś sobą;

Nie jesteś mną;

Idź spać.

Dobranoc.

Gdybym miała odwagę,  o której myślę - Z rozmaitych głośników przychodziłaby do mnie błoga cisza.

***

Maj 2020 - Przybiło mnie to, co się dzieje w "Trójce", przygwoździło mnie i krajobraz  przestał być ten sam. To jest refleksja, to jest moja melodia pisana w  "dzienniku raczej pogodnych zmian". Oś obrotu namierzam bardzo powoli,  lecz być może o to właśnie chodzi.

Wiatr, który pomaga wzlatującym. #16
2020-05-21 20:00:00

Wiatr.  I teraz jakoś silnej czuję ten wiatr, który pomaga wzlatującym, w oczy nie wieje, a delikatnie opukuje plecy. Gdybym była postacią z rysunku, to pękłabym wzdłuż kręgosłupa i bym wysunęła skrzydła: silne, piękne, lśniące w słońcu. Otrzepałabym się, machnęłabym nimi kilka razy. Tylko dla efektu, dla poczucia, że są. Nie odleciałabym daleko. Ot, spojrzenie z góry na drogę, na plac, na dom, na pole - gdzie w tym roku zakwitną chabry, takie pole jest czyste – a to już wystarczy. Zmieniam perspektywę – cały świat to rozumie. Podniebne ścieżki rozwijają się same, kierunkowskazy z chmur prezentują mi tysiące możliwości, i nagle ziemskie drogi zaczynają snuć się w innym tempie, inną frazą rozchodzą się w inne strony. Mogę schować skrzydła. Ale nie muszę. Mogę ruszyć w drogę, ale to nie jest konieczne, żeby silniej poczuć ten wiatr, który pomaga wzlatującym.

Wiatr. 

I teraz jakoś silnej czuję ten wiatr, który pomaga wzlatującym, w oczy nie wieje, a delikatnie opukuje plecy. Gdybym była postacią z rysunku, to pękłabym wzdłuż kręgosłupa i bym wysunęła skrzydła: silne, piękne, lśniące w słońcu. Otrzepałabym się, machnęłabym nimi kilka razy. Tylko dla efektu, dla poczucia, że są. Nie odleciałabym daleko. Ot, spojrzenie z góry na drogę, na plac, na dom, na pole - gdzie w tym roku zakwitną chabry, takie pole jest czyste – a to już wystarczy. Zmieniam perspektywę – cały świat to rozumie. Podniebne ścieżki rozwijają się same, kierunkowskazy z chmur prezentują mi tysiące możliwości, i nagle ziemskie drogi zaczynają snuć się w innym tempie, inną frazą rozchodzą się w inne strony.
Mogę schować skrzydła. Ale nie muszę. Mogę ruszyć w drogę, ale to nie jest konieczne, żeby silniej poczuć ten wiatr, który pomaga wzlatującym.

Na bosaka #15
2020-05-16 01:00:00

Ziemia jeszcze nie jest tak ciepła jak latem. Idę równolegle do ulicy, którą jadą samochody. Za szybko. Za głośno. Ja się nie spieszę. Zdejmuję buty, biorę je w rękę i ważę. Za ciężkie. Za czarne. Za stare. Moje stopy przyklejają się do podłoża, jakby były spragnione, jakby mogły się napić z magicznego źródła serca Ziemi poprzez ten kurz miejski, poprzez ten piach. Pozwalam im, chociaż dwie panie jadące ścieżką rowerową oglądają się, patrzą na mnie długo i krytycznie. Mój uśmiech nie wystarcza - macham do nich dużym palcem u lewej stopy. Ale ktoś, kto się spieszy, nie dostrzega takich budujących szczegółów. Na tej trasie w zasadzie jest pusto. Na wszystkich trasach jest pustawo, że czuję się jak wybraniec, kroczący podejrzaną drogą i to bez hełmu, bez przyłbicy, bez kasku, w dodatku na bosaka Trudno Ruszam przed siebie, a przy każdym kroku czuję taaaką miękkość ścieżki, jakby ziemia się uginała. Nie, żebym była za ciężka, po prostu planeta jest jak poduszka, wystarczy się do niej przytulić.

Ziemia jeszcze nie jest tak ciepła jak latem. Idę równolegle do ulicy, którą jadą samochody. Za szybko. Za głośno. Ja się nie spieszę. Zdejmuję buty, biorę je w rękę i ważę. Za ciężkie. Za czarne. Za stare.

Moje stopy przyklejają się do podłoża, jakby były spragnione, jakby mogły się napić z magicznego źródła serca Ziemi poprzez ten kurz miejski, poprzez ten piach.

Pozwalam im, chociaż dwie panie jadące ścieżką rowerową oglądają się, patrzą na mnie długo i krytycznie. Mój uśmiech nie wystarcza - macham do nich dużym palcem u lewej stopy. Ale ktoś, kto się spieszy, nie dostrzega takich budujących szczegółów.

Na tej trasie w zasadzie jest pusto. Na wszystkich trasach jest pustawo, że czuję się jak wybraniec, kroczący podejrzaną drogą i to bez hełmu, bez przyłbicy, bez kasku, w dodatku na bosaka

Trudno

Ruszam przed siebie, a przy każdym kroku czuję taaaką miękkość ścieżki, jakby ziemia się uginała. Nie, żebym była za ciężka, po prostu planeta jest jak poduszka, wystarczy się do niej przytulić.

Opustoszało mi miasto #14
2020-05-12 01:00:00

Opustoszało mi miasto / oddech To nie z mojego powodu opustoszało miasto, nie czuję się winna, ale czasem mam spuszczoną głowę, gdy dmuchnę przed siebie za mocno, gdy powietrze z moich płuc, spotka powietrze drugiego człowieka. I nawzajem. Ale aloha – aloha, aloha Mój oddech jest twoim oddechem, aloha - nawet jeżeli jesteś setki kilometrów stąd Powietrze, ten nośnik wielu cudów, mieszanka wielu gazów - nie ulatuje hen w kosmos, zostaje tutaj z nami. W mieście nie ma echa tych tłumów bawiących się na rynku w nocy, podźwięków koncertów dudniących jak bębny przeznaczenia, ani cienia zebrań rozmaitych stowarzyszeń i grup wsparcia, ani pogłosu przepełnionych sal, ani wypełnionych przepowiedni. Nie ma tego i może nawet nigdy nie było, może wydawało mi się, że w mieście buczy jak w pasiece, dzwoni jak w głowie po nieprzespanej nocy, huczy, jakby wszystkie fabryki otworzyły nagle okna, drzwi i serca zaawansowanej technologii. Nic z tych rzeczy. Syrena karetki pogotowia tylko od czasu do czasu tnie ciszę na plastry i zostawia je na opróżnionych z innych dźwięków ulicach. Ale to nie z mojego powodu wszystko ucichło Wciąż mam się dobrze i oddycham głęboko - ufając, że oddech drugiego człowieka tylko polepszy naszą sytuację. To nie z mojego powodu opustoszało miasto, A jednak Czuję się trochę niepewnie, kiedy tak patrzysz na mnie.

Opustoszało mi miasto / oddech

To nie z mojego powodu opustoszało miasto, nie czuję się winna, ale czasem mam spuszczoną głowę, gdy dmuchnę przed siebie za mocno, gdy powietrze z moich płuc, spotka powietrze drugiego człowieka. I nawzajem.

Ale aloha – aloha, aloha

Mój oddech jest twoim oddechem, aloha - nawet jeżeli jesteś setki kilometrów stąd

Powietrze, ten nośnik wielu cudów, mieszanka wielu gazów - nie ulatuje hen w kosmos, zostaje tutaj z nami.

W mieście nie ma echa tych tłumów bawiących się na rynku w nocy, podźwięków koncertów dudniących jak bębny przeznaczenia, ani cienia zebrań rozmaitych stowarzyszeń i grup wsparcia, ani pogłosu przepełnionych sal, ani wypełnionych przepowiedni.

Nie ma tego i może nawet nigdy nie było, może wydawało mi się, że w mieście buczy jak w pasiece, dzwoni jak w głowie po nieprzespanej nocy, huczy, jakby wszystkie fabryki otworzyły nagle okna, drzwi i serca zaawansowanej technologii.

Nic z tych rzeczy. Syrena karetki pogotowia tylko od czasu do czasu tnie ciszę na plastry i zostawia je na opróżnionych z innych dźwięków ulicach.

Ale to nie z mojego powodu wszystko ucichło

Wciąż mam się dobrze i oddycham głęboko - ufając, że oddech drugiego człowieka tylko polepszy naszą sytuację.

To nie z mojego powodu opustoszało miasto,

A jednak

Czuję się trochę niepewnie, kiedy tak patrzysz na mnie.

No, wielkie rzeczy #13
2020-05-10 01:00:00

Wielkie rzeczy są małe, i trzeba je pozbierać do kupy, żeby zobaczyć całość. Puste rondo, wielkie, obłe i spokojnie jak nigdy; Widok zza firanki, tu jedyne drzewo w tym betonowym zakątku, z dnia na dzień, staje się coraz bardziej zielone. Puchnie nadzieją, bo wody wciąż jest za mało. Słaby poranny deszcz, wsiąka w moją kurtkę, nigdy nie dotrze do mojej skóry, nie jestem pewna czy dotrze do liści tych nielicznych drzew. Z widoków składam obraz świata na dziś: Zielone światło dla nikogo - na przejściu dla pieszych; Wciąż senna atmosfera o 9 rano Brak jakiejkolwiek atmosfery pod klubem X, opróżnione miejscach po kawiarnianych stolikach Nie pozwalam gołębiowi zamieszkać na moim balkonie, rejestruję w pamięci miejsce po gołębiu. Wiadomo. Ale pozwalam papierowym śmieciom fruwać po mojej kuchni jak jaskółki Wolność dla rzeczy małych, która jest wielka; wolność dla rzeczy wielkich, które wydają się małe  – niech będą tym, czym chcą, niech widzę to, czym są. Składam obraz świata na dziś: same drobiazgi, nieduży bałagan najbliższej w przestrzeni jeszcze niedawno byłam czołgiem tego świata, a teraz jestem trzciną, chylącą się ku trzeciej kawie, wkrótce będę kosmiczną anteną Wnoszę to po sposobie, w jaki prostuję palce rąk, gdy przysłaniam oczy, patrząc w niebo - zawsze zwracam twarz do słońca, jak słonecznik, Wnoszę to po tym, że wciąż szukam miejsca, gdzie mogłabym się okopać, albo zapuścić korzenie Być może będę transmitować małe pakiety informacyjne, z których wyrosną piękne tłuste paczki. Będę udzielać się publicznie, odpowiadając jednym zwięzłym zdaniem na najtrudniejsze pytania, będę jak szafa grająca, z nieprzewidywalną muzyką; Będę montować ze najdrobniejszych szczegółów układanki coraz wspanialszej codzienności, I będzie nas więcej A my anteny – potrzebujemy szczegółów, drobiazgów, elektronów, protonów, neutronów fotonów kwarków - rzeczy małych Potrzebujemy Zielonego światła dla nikogo na wyludnionym przejściu dla pieszych Wciąż sennej atmosfery o 9 rano

Wielkie rzeczy są małe, i trzeba je pozbierać do kupy, żeby zobaczyć całość.

Puste rondo, wielkie, obłe i spokojnie jak nigdy;

Widok zza firanki, tu jedyne drzewo w tym betonowym zakątku, z dnia na dzień, staje się coraz bardziej zielone. Puchnie nadzieją, bo wody wciąż jest za mało.

Słaby poranny deszcz, wsiąka w moją kurtkę, nigdy nie dotrze do mojej skóry, nie jestem pewna czy dotrze do liści tych nielicznych drzew.

Z widoków składam obraz świata na dziś:

Zielone światło dla nikogo - na przejściu dla pieszych;

Wciąż senna atmosfera o 9 rano

Brak jakiejkolwiek atmosfery pod klubem X, opróżnione miejscach po kawiarnianych stolikach

Nie pozwalam gołębiowi zamieszkać na moim balkonie, rejestruję w pamięci miejsce po gołębiu. Wiadomo.

Ale pozwalam papierowym śmieciom fruwać po mojej kuchni jak jaskółki

Wolność dla rzeczy małych, która jest wielka; wolność dla rzeczy wielkich, które wydają się małe  – niech będą tym, czym chcą, niech widzę to, czym są.

Składam obraz świata na dziś: same drobiazgi, nieduży bałagan najbliższej w przestrzeni

jeszcze niedawno byłam czołgiem tego świata, a teraz jestem trzciną, chylącą się ku trzeciej kawie,

wkrótce będę kosmiczną anteną

Wnoszę to po sposobie, w jaki prostuję palce rąk, gdy przysłaniam oczy, patrząc w niebo - zawsze zwracam twarz do słońca, jak słonecznik,

Wnoszę to po tym, że wciąż szukam miejsca, gdzie mogłabym się okopać, albo zapuścić korzenie

Być może będę transmitować małe pakiety informacyjne, z których wyrosną piękne tłuste paczki.

Będę udzielać się publicznie, odpowiadając jednym zwięzłym zdaniem na najtrudniejsze pytania, będę jak szafa grająca, z nieprzewidywalną muzyką;

Będę montować ze najdrobniejszych szczegółów układanki coraz wspanialszej codzienności,

I będzie nas więcej

A my anteny – potrzebujemy szczegółów, drobiazgów, elektronów, protonów, neutronów fotonów kwarków - rzeczy małych

Potrzebujemy

Zielonego światła dla nikogo na wyludnionym przejściu dla pieszych

Wciąż sennej atmosfery o 9 rano

Informacja dotycząca prawa autorskich: Wszelka prezentowana tu zawartość podkastu jest własnością jego autora

Wyszukiwanie

Kategorie