Dziennik Zmian — Miłka O. Malzahn

Tworzę te miniaudycje, żeby było można dotknąć tego, co jest poetyckie w naszej rzeczywistości. Dziennik Zmian to dźwiękowy zapis pozornie zwyczajnej i pozornie szarej codzienności. Są tu i refleksje, detale, zaskakujące brzmienia, bo świat bywa i zaskakująco tajemniczy, i wciąż piękny i relaksujący. Uwierz mi.
Albo nie wierz... po prostu posłuchaj.
A jeśli spodoba Ci się odcinek, zaproś mnie na kawę ;) - buycoffee.to/dziennik.zmian


Odcinki od najnowszych:

Noc Kupały – obok legend, ale przy ognisku #123
2021-06-24 18:06:40

Noc Kupały – obok legend, ale przy ognisku Postanowiłam, że będę świętować, co chcę i kiedy  chcę, ale kuszą mnie dobre stare daty. Noc kupały jest niezwykle kusząca – astronomicznie, pogodowo, to święto – legenda, święto po odkurzeniu   wciąż przynoszące radość tym bardziej aktualną, że w zasadzie zmysłową. O to w tym świętowaniu zawsze chodziło, jeśli wierzyć etnografom. Wprawdzie odtwarzanie przedchrześcijańskiego świata, w mentalu i w zgrzebności obyczaju wydaj mi się dość ryzykownym zabiegiem, ale w każdej bajce jest ziarno prawdy i to akurat przeważnie się po prostu czuje.  I dlatego postanowiłyśmy świętować. Bez reguł, bez ram, trochę bajkowo, trochę z szacunku to echa zapomnianej rzeczywistości, które wciąż brzmi w legendach, przysłowiach, ludowych piosenkach i w starych opisach tamtego  świata. To wszystko było i trochę nada jest. I dlatego,  biorąc księżyc na świadka, taki gruby, będący tuż przed pełnią i jasny jak latarnia – świętowałam w świętotwórczym towarzystwie , korzystając z jadła, napitku i poezji. Co do poezji, to wiersz napisała tuż przez Kupalnocką 2021 Basia Goralczuk i wrzuciła na swojego fejsa. Z czego skorzystałyśmy, (technologia by night)  - po to, by chwili dodać splendoru, podążyć za poetyckim obrazem, pomyśleć nad jakąś frazą, zaintonować wspólną myśl. (wiersz w dźwięku) Nie, nie wyruszyłyśmy w poszukiwania kwiatu paproci, zostałyśmy przy ognisku, ale „co się odwlecze, to nie uciecze”.  A radości miałyśmy co niemara, a rozmowy trwały do bladego świtu. I o to chodzi w świętowaniu, w zasadzie  - w każdym. Sprawdź  - jakie świętowania nie budzą twojego entuzjazmu… namierzyłam już kilka.  Sprawdź, czy istniały kiedyś radości, które teraz pasowałyby do ciebie? I… pamiętaj o wierszach. Letnie Przesilenie, kupalnocka, to nasze słowiańskie noc, kiedy spotykają się boginie Wiosny i Lata to najlepszy czas, by świętować Miłość. Święto ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju, płodności, radości i miłości, powszechnie obchodzone na obszarach zamieszkiwanych przez ludy słowiańskie, ale również w podobnym charakterze na obszarach zamieszkiwanych przez ludy bałtyckie, germańskie i celtyckie.

Noc Kupały – obok legend, ale przy ognisku

Postanowiłam, że będę świętować, co chcę i kiedy  chcę, ale kuszą mnie dobre stare daty. Noc kupały jest niezwykle kusząca – astronomicznie, pogodowo, to święto – legenda, święto po odkurzeniu   wciąż przynoszące radość tym bardziej aktualną, że w zasadzie zmysłową. O to w tym świętowaniu zawsze chodziło, jeśli wierzyć etnografom. Wprawdzie odtwarzanie przedchrześcijańskiego świata, w mentalu i w zgrzebności obyczaju wydaj mi się dość ryzykownym zabiegiem, ale w każdej bajce jest ziarno prawdy i to akurat przeważnie się po prostu czuje.  I dlatego postanowiłyśmy świętować. Bez reguł, bez ram, trochę bajkowo, trochę z szacunku to echa zapomnianej rzeczywistości, które wciąż brzmi w legendach, przysłowiach, ludowych piosenkach i w starych opisach tamtego  świata. To wszystko było i trochę nada jest. I dlatego,  biorąc księżyc na świadka, taki gruby, będący tuż przed pełnią i jasny jak latarnia – świętowałam w świętotwórczym towarzystwie , korzystając z jadła, napitku i poezji. Co do poezji, to wiersz napisała tuż przez Kupalnocką 2021 Basia Goralczuk i wrzuciła na swojego fejsa. Z czego skorzystałyśmy, (technologia by night)  - po to, by chwili dodać splendoru, podążyć za poetyckim obrazem, pomyśleć nad jakąś frazą, zaintonować wspólną myśl.

(wiersz w dźwięku)

Nie, nie wyruszyłyśmy w poszukiwania kwiatu paproci, zostałyśmy przy ognisku, ale „co się odwlecze, to nie uciecze”.  A radości miałyśmy co niemara, a rozmowy trwały do bladego świtu. I o to chodzi w świętowaniu, w zasadzie  - w każdym. Sprawdź  - jakie świętowania nie budzą twojego entuzjazmu… namierzyłam już kilka.  Sprawdź, czy istniały kiedyś radości, które teraz pasowałyby do ciebie?

I… pamiętaj o wierszach.

Letnie Przesilenie, kupalnocka, to nasze słowiańskie noc, kiedy spotykają się boginie Wiosny i Lata to najlepszy czas, by świętować Miłość. Święto ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju, płodności, radości i miłości, powszechnie obchodzone na obszarach zamieszkiwanych przez ludy słowiańskie, ale również w podobnym charakterze na obszarach zamieszkiwanych przez ludy bałtyckie, germańskie i celtyckie.

Tajemnica nucenia pod nosem #122
2021-06-23 18:38:17

Żeby osiedle nagle stało się teledyskiem, przestrzenią zaskakująco melancholijną, lub odkrywanie energetycznego potencjału śmietnika za blokiem – jest możliwe za pomocą muzyki. Zresztą wyjście na łąkę z Hanią Rani w uszach tez Mozę przenieść na inną płaszczyznę. No więc wystarczy włożyć sobie w uszy słuchawki, albo na uszy – zdrowiej – skupić się na swoim ciele, nie na tym co się dzieje dookoła i iść. Iść w rytm muzyki. I jść, i czuć. Nie analizować tego, co mijam, nie mówić do siebie ani do nikogo innego - iść z muzyką w głowie i w brzuchu. I to są przenosiny do innego świata. Szybkie i proste. Problematyczny może być wybór. Bo gdy idziemy w miasto z ostrym hiphopem, który wpływa na nasz puls i podkręca wkurzenie – to nie liczmy na super przyjemny dzień, raczej. Chociaż różnie to bywa. Jesteśmy bardzo inni. I zawsze dobieramy muzykę do tego, jacy jesteśmy. Niekiedy dzieje się tak przez słowa piosenki, która nam nagle weszła w mózg, tak możemy się orientować we własnych treściach, tych podświadomych. Dlatego wyłapanie - co nucimy odruchowo i zapytania siebie: a dlaczego – jest otwarciem drzwi do głębszej warstw siebie I dlatego, zamiast robić sobie ze świata teledyski – nucę, chodząc i odkrywam, co tam we mnie jeszcze gra. No to: czym brzmisz dzisiaj?

Żeby osiedle nagle stało się teledyskiem, przestrzenią zaskakująco melancholijną, lub odkrywanie energetycznego potencjału śmietnika za blokiem – jest możliwe za pomocą muzyki. Zresztą wyjście na łąkę z Hanią Rani w uszach tez Mozę przenieść na inną płaszczyznę. No więc wystarczy włożyć sobie w uszy słuchawki, albo na uszy – zdrowiej – skupić się na swoim ciele, nie na tym co się dzieje dookoła i iść. Iść w rytm muzyki. I jść, i czuć. Nie analizować tego, co mijam, nie mówić do siebie ani do nikogo innego - iść z muzyką w głowie i w brzuchu. I to są przenosiny do innego świata. Szybkie i proste. Problematyczny może być wybór. Bo gdy idziemy w miasto z ostrym hiphopem, który wpływa na nasz puls i podkręca wkurzenie – to nie liczmy na super przyjemny dzień, raczej. Chociaż różnie to bywa.

Jesteśmy bardzo inni. I zawsze dobieramy muzykę do tego, jacy jesteśmy.

Niekiedy dzieje się tak przez słowa piosenki, która nam nagle weszła w mózg, tak możemy się orientować we własnych treściach, tych podświadomych. Dlatego wyłapanie - co nucimy odruchowo i zapytania siebie: a dlaczego – jest otwarciem drzwi do głębszej warstw siebie

I dlatego, zamiast robić sobie ze świata teledyski – nucę, chodząc i odkrywam, co tam we mnie jeszcze gra.

No to: czym brzmisz dzisiaj?

Bułgaria - rytmy ciała i głosu (Dynow i inni) #121
2021-06-21 00:11:40

Mam do dyspozycji  powietrze i struny głosowe i dlatego gadam ile wlezie.  Mam do dyspozycji ciało, ten instrument odlotowy. My ludzie, możemy traktować ciało jako instrument nie tylko muzyczny. Ciało – możemy traktować jako scenografię do treści (jak w rozmowie, tzw. mowa ciała etc), ciało  w gestach wiele mówiących, ciało w ruchu, który ma znaczenie symboliczne, jest rodzajem komunikatu, albo po prostu ciało narzędzie do wprowadzania spokoju i harmonii w środku i na zewnątrz (jeśli założymy , że na zewnątrz nie jest wynikiem tego co w środku… ale to inna bajka) Ciało ciało ciało...     zawiodło nie do Bułgarii, żeby tańczyć paneurytmię, w zasadzie zestaw ćwiczeń do muzyki na żywo opracowany po 1900 roku przez filozofa, myśliciela i muzyka – Petyra Dynowa. Tańczyłam a jakże, zbyt krótko, żeby poczuć totalne zharmonizowanie, ale wystarczająco, żeby czuć się dobrze, lekko i swobodnie w tym ruchu. Natomiast to na co chcę zwrócić uwagę to fakt, że w XIX filozofowie  - teozofowie postawili na ruch. Przypominam,że w starożytności nauczanie filozofii tez odbywało się w uchu. No, naprawdę , nie  jest to przypadek, nie jest to filozoficzna fantazja.  Taniec, ćwiczenie to filozoficzna konieczność. Przypomnienie dla ciekawskich: od 1911 roku można tańczyć [niem. Eurythmie z gr. piękny ruch] – antropozoficzną sztuka ruchu, której zasady ( tu  techniki wykonawczej, jak i struktury dzieła scenicznego)  nakreślił  twórca antropozofii Rudolf Steiner (1861 – 1925). Jurij Iwanowicz Gurdżijew,  spędził większość swoich młodych lat, wędrując po Wschodzie w poszukiwaniu mądrości starożytnych religii. Należał do grupy ludzi nazywających się "Wspólnotą Poszukiwaczy Prawdy"; uważali oni, że kiedyś istniała jedna religia, a później podzieliła się i można ją znaleźć w różnych krajach Wschodu. W kresie międzywojennym opracował system dość skomplikowanych tańców, które uważał, za zasadniczą częścią nauki. Wedlu niego człowiekdziała poprzez trzy ośrodki: intelektualny, który myśli i planuje; emocjonalny, odczuwający ból i przyjemność oraz fizyczno-instynktowny, będący twórczym ruchem. W każdym człowieku dominuje jeden z tych ośrodków. Tańce miały na celu odkrycie tych ośrodków i wyrażenie całej filozofii Gurdżijewa poprzez ruch. No i najprostsza, łącząca a z cyklem natury, przypominające ludowe słowiańskie tańce w kręgu – Panewrymia Dynowa. Zawsze tańczona do muzyki granej na żywo, będąca trochę pilatesem, trochę naszym polonezem i zdecydowanie – niepotrzebująca gimnastycznych talentów. O słońcu, jako głównym źródle energii i inspiracji, śpiewa się prawie w każdym utworze towarzyszącym ćwiczeniom. Petyr Dynow podkreślał, że paneurytmia przynosi korzyść zdrowiu tylko wtedy, gdy tańczy się płynnie, zgodnie z wewnętrznym rytmem, zachowując właściwą kolejność figur. Starałam się, naprawdę. Mam do dyspozycji  powietrze i struny głosowe i Mam do dyspozycji ciało, ten instrument odlotowy. A ty masz do dyspozycji to samo. Tylko trochę inaczej…

Mam do dyspozycji  powietrze i struny głosowe i dlatego gadam ile wlezie.  Mam do dyspozycji ciało, ten instrument odlotowy. My ludzie, możemy traktować ciało jako instrument nie tylko muzyczny. Ciało – możemy traktować jako scenografię do treści (jak w rozmowie, tzw. mowa ciała etc), ciało  w gestach wiele mówiących, ciało w ruchu, który ma znaczenie symboliczne, jest rodzajem komunikatu, albo po prostu ciało narzędzie do wprowadzania spokoju i harmonii w środku i na zewnątrz (jeśli założymy , że na zewnątrz nie jest wynikiem tego co w środku… ale to inna bajka)

Ciało ciało ciało...     zawiodło nie do Bułgarii, żeby tańczyć paneurytmię, w zasadzie zestaw ćwiczeń do muzyki na żywo opracowany po 1900 roku przez filozofa, myśliciela i muzyka – Petyra Dynowa.

Tańczyłam a jakże, zbyt krótko, żeby poczuć totalne zharmonizowanie, ale wystarczająco, żeby czuć się dobrze, lekko i swobodnie w tym ruchu.

Natomiast to na co chcę zwrócić uwagę to fakt, że w XIX filozofowie  - teozofowie postawili na ruch. Przypominam,że w starożytności nauczanie filozofii tez odbywało się w uchu. No, naprawdę , nie  jest to przypadek, nie jest to filozoficzna fantazja.  Taniec, ćwiczenie to filozoficzna konieczność.

Przypomnienie dla ciekawskich: od 1911 roku można tańczyć [niem. Eurythmie z gr. piękny ruch] – antropozoficzną sztuka ruchu, której zasady ( tu  techniki wykonawczej, jak i struktury dzieła scenicznego)  nakreślił  twórca antropozofii Rudolf Steiner (1861 – 1925).

Jurij Iwanowicz Gurdżijew,  spędził większość swoich młodych lat, wędrując po Wschodzie w poszukiwaniu mądrości starożytnych religii. Należał do grupy ludzi nazywających się "Wspólnotą Poszukiwaczy Prawdy"; uważali oni, że kiedyś istniała jedna religia, a później podzieliła się i można ją znaleźć w różnych krajach Wschodu. W kresie międzywojennym opracował system dość skomplikowanych tańców, które uważał, za zasadniczą częścią nauki. Wedlu niego człowiekdziała poprzez trzy ośrodki: intelektualny, który myśli i planuje; emocjonalny, odczuwający ból i przyjemność oraz fizyczno-instynktowny, będący twórczym ruchem. W każdym człowieku dominuje jeden z tych ośrodków. Tańce miały na celu odkrycie tych ośrodków i wyrażenie całej filozofii Gurdżijewa poprzez ruch.

No i najprostsza, łącząca a z cyklem natury, przypominające ludowe słowiańskie tańce w kręgu – Panewrymia Dynowa. Zawsze tańczona do muzyki granej na żywo, będąca trochę pilatesem, trochę naszym polonezem i zdecydowanie – niepotrzebująca gimnastycznych talentów. O słońcu, jako głównym źródle energii i inspiracji, śpiewa się prawie w każdym utworze towarzyszącym ćwiczeniom. Petyr Dynow podkreślał, że paneurytmia przynosi korzyść zdrowiu tylko
wtedy, gdy tańczy się płynnie, zgodnie z wewnętrznym rytmem, zachowując właściwą kolejność figur.

Starałam się, naprawdę.

Mam do dyspozycji  powietrze i struny głosowe i Mam do dyspozycji ciało, ten instrument odlotowy.

A ty masz do dyspozycji to samo. Tylko trochę inaczej…

Bułgaria - a czego nie wiesz o panewrytmii...? #120
2021-06-16 19:55:59

Stoję twardo na ziemi  i jestem literką A. Potem składam się w L, a  gdy się prostuję, to jestem pewna, że jakieś ze mnie takie X. Bywam alfabetem, bywam znakiem drogowym, bywam posągiem, ciało jest po względem możliwości niesamowite. Tańczyłam paneurytmię, wg nauk Dynowa. Tańczyłam  w Sofii, w parku o 7 rano. Do muzyki granej na żywo na skrzypcach. Krążyłam, powtarzając  jak papuga kolejne gesty. Wprawdzie bez pełnego zrozumienia, ale z pełnym zaangażowaniem. Panurytmia jest przyjemna, niewysiłkowa, chociaż można mieć zakwasy… w rękach. Serio. Paneurytmia dobrze działa na zdrowe, ale tańczą i młodzie zdrowi i starsi ludzie. Każdy nadąża. I każdy jest skupiony na sobie. Nie ma przestrzeni do sprawdzania komu co lepiej wychodzi . To jest fajne.  W tym tańcu się nie gada, gada się ewentualnie potem, ale nie ma konieczności. Można po tańcu oddalić się w swoim unikalnym stylu. Co kto lubię. Taniec kończą życzenie dobrego dnia i to dopiero jest moment socjalizacji.  Łatwej do ogarnięcia nawet po bułgarsku. Na początku – luźna inwokacja, ale nie ma tu wodzireja, o prawidłowe wykonanie figur dba każdy, kto umie. No dobrze, ale chcę powiedzieć,że takich tańców, ćwiczeń, przyjemnego spokojnego ruchu, w jakimś systemie lub bez jest mnóstwo. W każdej szerokości geograficzne. My ludzie – naprawdę tego potrzebujemy jak… słońca, jak oddechu Nie lekceważmy zatem ani  gimnastyki słowiańskiej, ani jogi, ani pilatesu, ani cantieniki (z włoch przyszła) ani tai-chi, ani żadnego ruchu, który nam pasuje Nie tylko za paneurytmią stoi filozofia konkretna historia i lata praktyk praktykujących. Kiedy patrze na krąg bułgarskich tancerzy, ćwiczących zawsze wśród zieleni, skupionych i poważnych – to wydaje mi się to organiczne, konieczne, niewymuszone i przyszłościowe. Bułgarska profesor kinezjoterapii Ludmiła Chervenkova dwukrotnie przebadała grupę osób współcześnie praktykujących paneurytmię. Pierwszy raz przed rozpoczęciem ćwiczeń, drugi – po sześciu miesiącach. Okazało się, że każda z nich nie tylko stała się sprawniejsza, silniejsza, bardziej wytrzymała i zdrowsza (mniej infekcji, więcej energii). U wszystkich ćwiczących zmniejszył się także poziom lęku, stresu, agresji i innych negatywnych emocji. Wzrosło natomiast subiektywne poczucie szczęścia, własnej wartości i wpływu na rzeczywistość, a także optymizm i satysfakcja z życia. *** Gra na flecie i do stworzeni grupy paneurytmicznej zachęca Cweta / Цвета Коцева

Stoję twardo na ziemi  i jestem literką A. Potem składam się w L, a  gdy się prostuję, to jestem pewna, że jakieś ze mnie takie X.

Bywam alfabetem, bywam znakiem drogowym, bywam posągiem, ciało jest po względem możliwości niesamowite.

Tańczyłam paneurytmię, wg nauk Dynowa. Tańczyłam  w Sofii, w parku o 7 rano. Do muzyki granej na żywo na skrzypcach. Krążyłam, powtarzając  jak papuga kolejne gesty. Wprawdzie bez pełnego zrozumienia, ale z pełnym zaangażowaniem. Panurytmia jest przyjemna, niewysiłkowa, chociaż można mieć zakwasy… w rękach. Serio. Paneurytmia dobrze działa na zdrowe, ale tańczą i młodzie zdrowi i starsi ludzie. Każdy nadąża. I każdy jest skupiony na sobie. Nie ma przestrzeni do sprawdzania komu co lepiej wychodzi . To jest fajne.  W tym tańcu się nie gada, gada się ewentualnie potem, ale nie ma konieczności. Można po tańcu oddalić się w swoim unikalnym stylu. Co kto lubię. Taniec kończą życzenie dobrego dnia i to dopiero jest moment socjalizacji.  Łatwej do ogarnięcia nawet po bułgarsku.

Na początku – luźna inwokacja, ale nie ma tu wodzireja, o prawidłowe wykonanie figur dba każdy, kto umie.

No dobrze, ale chcę powiedzieć,że takich tańców, ćwiczeń, przyjemnego spokojnego ruchu, w jakimś systemie lub bez jest mnóstwo. W każdej szerokości geograficzne. My ludzie – naprawdę tego potrzebujemy jak… słońca, jak oddechu

Nie lekceważmy zatem ani  gimnastyki słowiańskiej, ani jogi, ani pilatesu, ani cantieniki (z włoch przyszła) ani tai-chi, ani żadnego ruchu, który nam pasuje

Nie tylko za paneurytmią stoi filozofia konkretna historia i lata praktyk praktykujących.

Kiedy patrze na krąg bułgarskich tancerzy, ćwiczących zawsze wśród zieleni, skupionych i poważnych – to wydaje mi się to organiczne, konieczne, niewymuszone i przyszłościowe.

Bułgarska profesor kinezjoterapii Ludmiła Chervenkova dwukrotnie przebadała grupę osób współcześnie praktykujących paneurytmię. Pierwszy raz przed rozpoczęciem ćwiczeń, drugi – po sześciu miesiącach. Okazało się, że każda z nich nie tylko stała się sprawniejsza, silniejsza, bardziej wytrzymała i zdrowsza (mniej infekcji, więcej energii). U wszystkich ćwiczących zmniejszył się także poziom lęku, stresu, agresji i innych negatywnych emocji. Wzrosło natomiast subiektywne poczucie szczęścia, własnej wartości i wpływu na rzeczywistość, a także optymizm i satysfakcja z życia.

***

Gra na flecie i do stworzeni grupy paneurytmicznej zachęca Cweta / Цвета Коцева

Maki. Historia prawdziwa. #119
2021-06-12 20:44:57

Maki W tym roku maki kwitną jak szalone. To ich pogoda. To ich czas. W ogrodzie, kępa maków ma 163 cm. wzrostu, jest bujna jak nigdy i przyciąga oko jak nic innego. Choć wybór jest niczego sobie. Te maki są dzikie i co roku w tej kępie jakoś dotąd kwitły. Teraz kwitną nie jakoś – kwitną spektakularnie I - to jest w zasadzie dosyć straszne – gdy je widzę, to w głowie odpala mi się pieśń patriotyczna – czerwone maki . Każdy zna, prawda? I gdy tak sobie przewijam ten test, po raz enty, na widok maków w ogrodzie, to nagle do mnie dociera: Czerwone maki na Monte Cassino Zamiast rosy piły polską krew Zaraz, zaraz! Kwiaty, zamiast rosy piły krew, akurat polską, no horror. Wyobraź sobie krótki film animowany: kwiaty, czerwone, piją krew, zamiast rosy, oto ktoś wchodzi na pole czerwonych maków, a one szumią przy stopach, tak szumią szumią… I takie saą sprawgnioneee… Mam dwa przemyślenia.: 1. uważaj na patriotyczne pieśni i usłysz, co nucisz, usłysz na 100 % 2. nie każdy to kwiat, co się kwieci.

Maki

W tym roku maki kwitną jak szalone. To ich pogoda. To ich czas. W ogrodzie, kępa maków ma 163 cm. wzrostu, jest bujna jak nigdy i przyciąga oko jak nic innego. Choć wybór jest niczego sobie. Te maki są dzikie i co roku w tej kępie jakoś dotąd kwitły. Teraz kwitną nie jakoś – kwitną spektakularnie

I - to jest w zasadzie dosyć straszne – gdy je widzę, to w głowie odpala mi się pieśń patriotyczna – czerwone maki.

Każdy zna, prawda? I gdy tak sobie przewijam ten test, po raz enty, na widok maków w ogrodzie, to nagle do mnie dociera:

Czerwone maki na Monte Cassino
Zamiast rosy piły polską krew

Zaraz, zaraz!

Kwiaty, zamiast rosy piły krew, akurat polską, no horror.

Wyobraź sobie krótki film animowany: kwiaty, czerwone, piją krew, zamiast rosy, oto ktoś wchodzi na pole czerwonych maków, a one szumią przy stopach, tak szumią szumią… I takie saą sprawgnioneee…

Mam dwa przemyślenia.: 1. uważaj na patriotyczne pieśni i usłysz, co nucisz, usłysz na 100 %

2. nie każdy to kwiat, co się kwieci.

Zgubiony dokument - znalezione znaczenia #118
2021-06-09 23:03:58

I straciłam ramy, w jakie mnie włożono gdy miałam 18, mówiąc mi,  że od tego momentu jestem dorosła i gdy pokażę papierek, dokument, plakietkę… to każdy mnie potraktuje jak dorosłą. Taaak. Akurat. Ale od tego czasu mam ten dokument przy sobie i odtąd na myśl, że jakoś go stracę, zawieruszę – prowadziła do dużego niepokoju. Bo jak to? Tak bez dowodu? Cała ciasna siatka zależności, loginów pozwoleń i podejrzeń się rozpadnie! Szczególnie silne jest to w czasie podroży... znasz ten lęk o dokumenty? Znasz ten lęk o dokumenty? Znasz ten lęk o dokumenty? Znasz ten lęk o dokumenty? Jedziesz sobie wzdłuż oceanu, czy idziesz górską ścieżką, albo jesz zupę urodżu na zanzibarskim targu i z tyłu głowy masz myśl – dobrze, dobrze, ale gdzie mam dokumenty? Gdzie mój paszport? Czy tu na pewno? Czy w hotelu dokumenty są bezpieczne? W walizeczce specjalna kieszonka, albo plastikowe, nie - skórzane opakowanie noszone na piersi, żeby nic nie zginęło. Nosz kurde! Przecież to mój czas, moja uwaga, moje myśli, są zatrzymywane przez kawałek plastiku, która ma udowodnić, że ja to ja, że z ojca i matki i z ziemi ojczystej, która nazywa się tak czy siak.  I jak mi gdzieś dokumenty zwinie – to stanę się nikim znikąd i żaden kraj, żadna ojczyzna, żadna matka i ojciec się do mnie nie przyznają? Ej, na pewno? No… możliwe. Serio. Ale tak naprawdę nie – nie  jestem typu parametrami, które tam widnieją. A w podróży sama sobie nadaję wiele imion. Nad morzem jestem rodzajem Miłki Wodnej, na łąkach – jestem Kolonizatorką Zielska, o zachodzie słońca  w górach – zamieniam się w miotłę romantyczną (no dobrze, trochę przesadziłam z tą miotłą, romantyzm zostaje). Nie jestem po prostu imieniem i nazwiskiem oraz imionami rodziców! I tak – prawdą jest, że zgubiłam dokument. DOKUMENT. I zaczęła się odklejać ode mnie identyfikacja obywatelska, te numery, bez których no się nie da tego i tamtego, te dane informujące, że wójt zaświadcza, że ja to ja. Wójt. Szanuję, ale bez dokumentu i wójta… Staję się  kosmitką w jakiejś  galaktyce  - bardziej, niż Miłką mieszkanką miejsca i czasu etc Dokument, symbol przynależności pewnie gdzieś poszybował, ale mam nadzieję, że nie posłuży komuś innemu.  Nie o to tu chodzi, żeby ktoś się żywił się moimi danymi

I straciłam ramy, w jakie mnie włożono gdy miałam 18, mówiąc mi,  że od tego momentu jestem dorosła i gdy pokażę papierek, dokument, plakietkę… to każdy mnie potraktuje jak dorosłą. Taaak. Akurat. Ale od tego czasu mam ten dokument przy sobie i odtąd na myśl, że jakoś go stracę, zawieruszę – prowadziła do dużego niepokoju. Bo jak to? Tak bez dowodu? Cała ciasna siatka zależności, loginów pozwoleń i podejrzeń się rozpadnie!

Szczególnie silne jest to w czasie podroży... znasz ten lęk o dokumenty? Znasz ten lęk o dokumenty? Znasz ten lęk o dokumenty? Znasz ten lęk o dokumenty?

Jedziesz sobie wzdłuż oceanu, czy idziesz górską ścieżką, albo jesz zupę urodżu na zanzibarskim targu i z tyłu głowy masz myśl – dobrze, dobrze, ale gdzie mam dokumenty? Gdzie mój paszport? Czy tu na pewno? Czy w hotelu dokumenty są bezpieczne? W walizeczce specjalna kieszonka, albo plastikowe, nie - skórzane opakowanie noszone na piersi, żeby nic nie zginęło. Nosz kurde!

Przecież to mój czas, moja uwaga, moje myśli, są zatrzymywane przez kawałek plastiku, która ma udowodnić, że ja to ja, że z ojca i matki i z ziemi ojczystej, która nazywa się tak czy siak.  I jak mi gdzieś dokumenty zwinie – to stanę się nikim znikąd i żaden kraj, żadna ojczyzna, żadna matka i ojciec się do mnie nie przyznają? Ej, na pewno? No… możliwe. Serio.

Ale tak naprawdę nie – nie  jestem typu parametrami, które tam widnieją. A w podróży sama sobie nadaję wiele imion. Nad morzem jestem rodzajem Miłki Wodnej, na łąkach – jestem Kolonizatorką Zielska, o zachodzie słońca  w górach – zamieniam się w miotłę romantyczną (no dobrze, trochę przesadziłam z tą miotłą, romantyzm zostaje). Nie jestem po prostu imieniem i nazwiskiem oraz imionami rodziców!

I tak – prawdą jest, że zgubiłam dokument. DOKUMENT.

I zaczęła się odklejać ode mnie identyfikacja obywatelska, te numery, bez których no się nie da tego i tamtego, te dane informujące, że wójt zaświadcza, że ja to ja. Wójt. Szanuję, ale

bez dokumentu i wójta… Staję się  kosmitką w jakiejś  galaktyce  - bardziej, niż Miłką mieszkanką miejsca i czasu etc

Dokument, symbol przynależności pewnie gdzieś poszybował, ale mam nadzieję, że nie posłuży komuś innemu.  Nie o to tu chodzi, żeby ktoś się żywił się moimi danymi

Bułgaria – słońce na górze (Witosza), słońce na dole (Człowieka). #117
2021-06-06 14:08:25

Bułgaria – słońce na górze (Witosza), słońce na dole (Człowieka) Nie jestem tzw. porannym ptaszkiem, raczej ptaszyskiem jestem śródnocnym. Nieustannie mam zamiar to zmienić, dla zdrowia i urody, no ale... Ale tutaj spotykałam słońce o świecie. Bułgarską wersję słońca. Weszłam na górę przed świtem (masyw Witosza, jest wokół Sofii ;) . Weszłam z entuzjazmem.  Ostatecznie…. Ja  osoba w podroży. Trochę inna wersja siebie same. Wiadomo. A takie spotkania były bardzo zalecane  przez Petyra Dynowa – myśliciela, Nauczyciela, teozofa, który tak właśnie celebrował każdy początek dnia. I polecał tę praktykę. Nie jest ona odkrywcza, lecz w tej dziedzinie nie chodzi o odkrywanie kolejnych ameryk, ale o zrozumienie drogi i o konsekwencję. Zatem Petyr Dynow (Beinsa Douno) przez wiele lat o 5 rano dawał publiczne wykłady, w swoim  domu w Sofii, w dzielnicy Izgrew, na jego lekcje przybywali także intelektualiści ze świata. Próbuję sobie to wyobrazić, ale dziewiętnastowieczny zasłuchany tłumek nie chce mi się dać wyobrazić jeszcze. Zbyt wczesna godzina. A – najbardziej popularne wykłady były przed II wojną światową. Nauczyciel umarł, jako szanowany i (poza wszystkim innym) piękny starzec w 1944 roku. Tymczasem pod jedną z gór masywu Witosza pojechaliśmy samochodem.  Wysoko . Zostało kilka kroków na szczyt. Uuu uuu myślałm, że mi rozerwie płuca. Sama wysokość stolicy Bułgarii to 562 м  n.p.m. a ja jeszcze weszłam wyżej. Widok jest piękny, krajobraz kojący, grupa witających słońce - mała. Nie rozumiem bułgarskiego. Ale czekająć  - się milczy. Uff. Kiedy uspokoiłam już oddech, słońce wturlało się znad horyzontu. Wszyscy patrzyli na nie w ciszy. Stojąc sobie zwyczajnie, a bez ceremoni. Dopiero potem tworzymy krąg, jest cicha modlitwa ułożoną przez Petyra Dybowa, kilka luźny zdań i żadnych religijnie uschematyzowanych gestów  (bez wyraźnego prowadzenia), a potem każdy sam do siebie  sobie mówi, czego by chciał od tego dnia. Chcę się wyspać. Lecz to dopiero początek. Uśmiechamy się do siebie i każdy schodzi w dół do swoich  spraw. Czy – słońce dziś zostało już przez Ciebie przywitane? Tak po prostu? *** Po spotkaniu ze słońcem rozmawialiśmy o filozofii z Cwetą Koncewą (Цвета Коцева) – ot tak... przy śniadaniu.  PS. A za moim spotkaniem ze słońcem 'stoi' też Maria Traykova, dziękuję :)

Bułgaria – słońce na górze (Witosza), słońce na dole (Człowieka)

Nie jestem tzw. porannym ptaszkiem, raczej ptaszyskiem jestem śródnocnym. Nieustannie mam zamiar to zmienić, dla zdrowia i urody, no ale...

Ale tutaj spotykałam słońce o świecie. Bułgarską wersję słońca. Weszłam na górę przed świtem (masyw Witosza, jest wokół Sofii ;) . Weszłam z entuzjazmem.  Ostatecznie…. Ja  osoba w podroży. Trochę inna wersja siebie same. Wiadomo. A takie spotkania były bardzo zalecane  przez Petyra Dynowa – myśliciela, Nauczyciela, teozofa, który tak właśnie celebrował każdy początek dnia. I polecał tę praktykę. Nie jest ona odkrywcza, lecz w tej dziedzinie nie chodzi o odkrywanie kolejnych ameryk, ale o zrozumienie drogi i o konsekwencję. Zatem Petyr Dynow (Beinsa Douno) przez wiele lat o 5 rano dawał publiczne wykłady, w swoim  domu w Sofii, w dzielnicy Izgrew, na jego lekcje przybywali także intelektualiści ze świata. Próbuję sobie to wyobrazić, ale dziewiętnastowieczny zasłuchany tłumek nie chce mi się dać wyobrazić jeszcze. Zbyt wczesna godzina. A – najbardziej popularne wykłady były przed II wojną światową. Nauczyciel umarł, jako szanowany i (poza wszystkim innym) piękny starzec w 1944 roku.

Tymczasem pod jedną z gór masywu Witosza pojechaliśmy samochodem.  Wysoko . Zostało kilka kroków na szczyt. Uuu uuu myślałm, że mi rozerwie płuca. Sama wysokość stolicy Bułgarii to 562 м  n.p.m. a ja jeszcze weszłam wyżej.

Widok jest piękny, krajobraz kojący, grupa witających słońce - mała. Nie rozumiem bułgarskiego. Ale czekająć  - się milczy. Uff.

Kiedy uspokoiłam już oddech, słońce wturlało się znad horyzontu. Wszyscy patrzyli na nie w ciszy. Stojąc sobie zwyczajnie, a bez ceremoni. Dopiero potem tworzymy krąg, jest cicha modlitwa ułożoną przez Petyra Dybowa, kilka luźny zdań i żadnych religijnie uschematyzowanych gestów  (bez wyraźnego prowadzenia), a potem każdy sam do siebie  sobie mówi, czego by chciał od tego dnia.

Chcę się wyspać. Lecz to dopiero początek. Uśmiechamy się do siebie i każdy schodzi w dół do swoich  spraw.

Czy – słońce dziś zostało już przez Ciebie przywitane? Tak po prostu?

***

Po spotkaniu ze słońcem rozmawialiśmy o filozofii z Cwetą Koncewą (Цвета Коцева) – ot tak... przy śniadaniu. 

PS. A za moim spotkaniem ze słońcem 'stoi' też Maria Traykova, dziękuję :)

Lotniska (2021) #116
2021-06-03 18:20:14

Pustawo. Co drugi sklep zamknięty, restauracje nieczynne, otwarte są stoiska a kawa i kanapkami. Półki w tych sklepach też raczej puste, wybór snaków- niezbyt imponujący. Nie ma feerii barw i migocących przed oczami reklam. Za to obsługa na lotnisku jest miła i pomocna. Napięcia są tylko w kolejkach prowadzących do kogoś, kto sprawdzi stan dokumentacji zdrowotnej. Poza tym – dużo spokoju. Te lotniska, które mogłam zobaczyć, przypominają puste perony niewielkich stacji w niedzielę po południu. Zastanawiam się, w jakiej formie może wrócić ten ruch, ta gorączka zbiorowego przemieszczania się, którą wciąż jeszcze pamiętam. Czy wróci? Może wróci, może nie, może wróci może nie.... W końcu jakoś musi pojawić się także inna opcja podróżowania, dzięki której będziemy tam, gdzie chcemy, bez tych nerwów, których nie chcemy. Bez ścisku, bez stosu pozwoleń, dokumentów oraz potwierdzeń chowanych w bezpiecznych kieszeniach, w saszetkach, w podręcznych torebkach, które się sprawdza bez końca w strachu, że coś po drodze się zgubiło. Może jesteśmy o krok od wprowadzenia do użytku jakiegoś wielce niszowego wynalazku, o którym jeszcze nic nie wiemy, ale prace i prototypy już są. Jak ze szczepionkami. Były koncepcje, eksperymenty, ale niesprawdzone. Może ten wynalazek podkręci nasze ludzkie marzenia, zmienią status każdego urlopu, wyprawy, pory relaksu? A lotniska po postu przejdą do historii, zaadoptowane do nowych okoliczności, zamienią się w bujne ogrody, w parki rozumnej rozrywki albo miejsca bez żadnego wyraźnego przeznaczenie lub miejsca lokalnego kultu, bez kultu? Jestem świadkiem wielkiej zmiany, która na razie wydaje się małą pustką kilku dużych lotnisk. Jesteś świadkiem...

Pustawo. Co drugi sklep zamknięty, restauracje nieczynne, otwarte są stoiska a kawa i kanapkami. Półki w tych sklepach też raczej puste, wybór snaków- niezbyt imponujący. Nie ma feerii barw i migocących przed oczami reklam. Za to obsługa na lotnisku jest miła i pomocna. Napięcia są tylko w kolejkach prowadzących do kogoś, kto sprawdzi stan dokumentacji zdrowotnej. Poza tym – dużo spokoju. Te lotniska, które mogłam zobaczyć, przypominają puste perony niewielkich stacji w niedzielę po południu. Zastanawiam się, w jakiej formie może wrócić ten ruch, ta gorączka zbiorowego przemieszczania się, którą wciąż jeszcze pamiętam. Czy wróci? Może wróci, może nie, może wróci może nie....

W końcu jakoś musi pojawić się także inna opcja podróżowania, dzięki której będziemy tam, gdzie chcemy, bez tych nerwów, których nie chcemy. Bez ścisku, bez stosu pozwoleń, dokumentów oraz potwierdzeń chowanych w bezpiecznych kieszeniach, w saszetkach, w podręcznych torebkach, które się sprawdza bez końca w strachu, że coś po drodze się zgubiło.

Może jesteśmy o krok od wprowadzenia do użytku jakiegoś wielce niszowego wynalazku, o którym jeszcze nic nie wiemy, ale prace i prototypy już są. Jak ze szczepionkami. Były koncepcje, eksperymenty, ale niesprawdzone. Może ten wynalazek podkręci nasze ludzkie marzenia, zmienią status każdego urlopu, wyprawy, pory relaksu? A lotniska po postu przejdą do historii, zaadoptowane do nowych okoliczności, zamienią się w bujne ogrody, w parki rozumnej rozrywki albo miejsca bez żadnego wyraźnego przeznaczenie lub miejsca lokalnego kultu, bez kultu?

Jestem świadkiem wielkiej zmiany, która na razie wydaje się małą pustką kilku dużych lotnisk. Jesteś świadkiem...

Bułgaria, a na tym grobie rośnie bazylia #
2021-05-31 23:08:56

Bułgaria, a na grobie rośnie bazylia. Na jego grobie rośnie bazylia. Raz do roku jest zbierana, suszona I ziarna służą każdemu, kto zechce. Przy jego grobie się nie milczy. Można śpiewać, można rozmawiać (ale cicho, bo generalnie nie trwoni się energii i czasu na byle co), skupienie jest niezbędne I jest w nim szacunek, ale nie ma sztywności. Kwiaty tu kwitną jak szalone, wszędzie róże, alejki, ławki i – to wręcz rozczulające – małe stołki, takie, jakich kiedyś używało się w kuchni.  Babcie siadały na takich, gdy obierały ziemniaki. W Bułgarii, grób Petyra Dynowa to nie tylko grób Petyra Dynowa – to miejsce, w którym krzyżują się ścieżki tak bardzo różnych ludzi. Niekórym może się to wydawać dziwne. Ale jestem takim dziwnym człowiekiem i nie dziwię się dziwnym sytuacjom, ot - godzinę temu, przy śniadaniowym stole Cweta po prostu zagrała na flecie, który (urywając nagle zdanie) wyciągnęła z szafki. Obyczaje są inne? No nie wiem, czy to kwestia obyczaju. I jeszcze przed śniadaniem zatańczyliśmy pneurytmię, a teraz stoję nad grobem i wącham bazylię. śpiew w tle – muz. Petryr Dynow; Flet – gra Cweta muz. Petryr Dynow Przewodniczka wyprawy - Marija (dziękuję!) CDN.

Bułgaria, a na grobie rośnie bazylia.

Na jego grobie rośnie bazylia. Raz do roku jest zbierana, suszona I ziarna służą każdemu, kto zechce. Przy jego grobie się nie milczy. Można śpiewać, można rozmawiać (ale cicho, bo generalnie nie trwoni się energii i czasu na byle co), skupienie jest niezbędne I jest w nim szacunek, ale nie ma sztywności. Kwiaty tu kwitną jak szalone, wszędzie róże, alejki, ławki i – to wręcz rozczulające – małe stołki, takie, jakich kiedyś używało się w kuchni.  Babcie siadały na takich, gdy obierały ziemniaki.

W Bułgarii, grób Petyra Dynowa to nie tylko grób Petyra Dynowa – to miejsce, w którym krzyżują się ścieżki tak bardzo różnych ludzi. Niekórym może się to wydawać dziwne. Ale jestem takim dziwnym człowiekiem i nie dziwię się dziwnym sytuacjom, ot - godzinę temu, przy śniadaniowym stole Cweta po prostu zagrała na flecie, który (urywając nagle zdanie) wyciągnęła z szafki. Obyczaje są inne? No nie wiem, czy to kwestia obyczaju. I jeszcze przed śniadaniem zatańczyliśmy pneurytmię, a teraz stoję nad grobem i wącham bazylię.

śpiew w tle – muz. Petryr Dynow; Flet – gra Cweta muz. Petryr Dynow

Przewodniczka wyprawy - Marija (dziękuję!) CDN.

Winna.... oleica krówka! #114
2021-05-26 20:53:25

Kiedy jakiś czas temu, - i nie udawajmy, że było to w poprzedniej epoce – Lasy Państwowe zamknęły lasy (państwowe) i do zieleni dostęp stał się występem występnym – zrobiłam duuuuże oczy. Niestety, tak mi nie zostało. Musiałam je zmrużyć, bo nauczona doświadczeniem kornika-mordercy drzew i ludzi – chciałam dostrzec w tym szaleństwie światełko. Do dziś na mojej lubionej trasie jest tablina z informacją, że las jest pełen groźnych drzew - przestrzegają leśnicy. Serio. No, bardziej składny jest komunikat, ale właśnie taki. (vide foto) Zatem gdy tego lata okazało się, że w lasach bywają żmije, że mrówki gryzą, oraz że na dodatek jest (bo jakby onegdaj nie było) oleica krówka  - niebezpieczny owad. Nooo, to doszłam do wniosku, że Marvel ze swoimi komiksami się chowa.  Gdyby nie zdrowy rozsądek –  nie przestaławałabym się bać. Tak jakby w mieście nie było zagrożeń… auta pędzące po ulicach, rowerzyści niebaczący na niebacznych przechodniów, niesmaczna woda w kranie, smog (smog, smog), skupiska ludzkie, które w tym sezonie mają wyjątkowo zł notowania. Bać się bać się bać i nie przestawać (leśnicy przestrzegają!) A potem wyjaśniają, gdzieś w połowie przestrzegania, że chociaż ciecz wydzielana przez oleicę jest bardzo niebezpieczna, to nie powinna stanowić dla człowieka śmiertelnego zagrożenia. Dawka śmiertelna kantarydyny dla człowieka wynosi około 0,03 g tej substancji. Zmrużone oczy wznoszę do nieba (taka tradycja) i już nie liczę na to, że bardzo liczni będą bardzo nielicznym, ale głośnym - patrzeć na ręce, czy rzeczywiście przyrodę rozumieją jak własną kieszeń, a przez palce powinniśmy przepuszczać większość lękotwórczych informacji. To nie Oleica krówka jest wszystkiemu winna, to inne krówki,  na łąkach strachu się pasące.

Kiedy jakiś czas temu, - i nie udawajmy, że było to w poprzedniej epoce – Lasy Państwowe zamknęły lasy (państwowe) i do zieleni dostęp stał się występem występnym – zrobiłam duuuuże oczy. Niestety, tak mi nie zostało. Musiałam je zmrużyć, bo nauczona doświadczeniem kornika-mordercy drzew i ludzi – chciałam dostrzec w tym szaleństwie światełko. Do dziś na mojej lubionej trasie jest tablina z informacją, że las jest pełen groźnych drzew - przestrzegają leśnicy. Serio. No, bardziej składny jest komunikat, ale właśnie taki. (vide foto)

Zatem gdy tego lata okazało się, że w lasach bywają żmije, że mrówki gryzą, oraz że na dodatek jest (bo jakby onegdaj nie było) oleica krówka  - niebezpieczny owad. Nooo, to doszłam do wniosku, że Marvel ze swoimi komiksami się chowa.  Gdyby nie zdrowy rozsądek –  nie przestaławałabym się bać. Tak jakby w mieście nie było zagrożeń… auta pędzące po ulicach, rowerzyści niebaczący na niebacznych przechodniów, niesmaczna woda w kranie, smog (smog, smog), skupiska ludzkie, które w tym sezonie mają wyjątkowo zł notowania.

Bać się bać się bać i nie przestawać (leśnicy przestrzegają!)

A potem wyjaśniają, gdzieś w połowie przestrzegania, że chociaż ciecz wydzielana przez oleicę jest bardzo niebezpieczna, to nie powinna stanowić dla człowieka śmiertelnego zagrożenia. Dawka śmiertelna kantarydyny dla człowieka wynosi około 0,03 g tej substancji.

Zmrużone oczy wznoszę do nieba (taka tradycja) i już nie liczę na to, że bardzo liczni będą bardzo nielicznym, ale głośnym - patrzeć na ręce, czy rzeczywiście przyrodę rozumieją jak własną kieszeń, a przez palce powinniśmy przepuszczać większość lękotwórczych informacji.

To nie Oleica krówka jest wszystkiemu winna, to inne krówki,  na łąkach strachu się pasące.

Informacja dotycząca prawa autorskich: Wszelka prezentowana tu zawartość podkastu jest własnością jego autora

Wyszukiwanie

Kategorie